24/09/18

Gazeta jak Coltrane

Adam Poprawa

Strona cyklu

Niepogubione afekty
Adam_Poprawa_-_300x300
Adam Poprawa

Urodzony w 1959 roku, filolog, krytyk literacki i muzyczny, pracuje na wrocławskiej polonistyce. W ostatnich latach wydał tomy prozy Walce wolne, walce szybkie (2009) i Kobyłka apokalipsy (2014). Przygotował poszerzoną, odcenzurowaną edycję Pamiętnika z powstania warszawskiego Białoszewskiego (2014).

Saksofon Johna Coltrane’a nie należał do anemicznych. Muzyk grał gęstym, intensywnym dźwiękiem; niektórzy krytycy, opisując nawet relatywnie wczesne nagrania artysty, prześcigali się w hiperbolach. Ktoś na przykład stwierdził, że Trane dmie tak, jakby chciał rozszarpać swój saksofon. Ale przyszedł czas na podwojenie: Coltrane zatrudnił drugiego tenorzystę, Pharoaha Sandersa, który miał grać jeszcze ostrzej i potężniej. Takie dubeltowe rozwiązanie porównywano do pewnego zwyczaju kaznodziejskiego, rozpowszechnionego wśród czarnoskórych amerykańskich chrześcijan. Otóż mówiący kazanie brał sobie do pomocy drugi głos, który – stojąc z boku i lekko z tyłu – powtarzał i dopowiadał, podbijając w ten sposób prozodię. No i w zestawieniu z Sandersem lider brzmiał łagodniej.

Od jakiegoś czasu do sobotniego wydania „Gazety Wyborczej” dołączany jest dodatek „The Wall Street Journal”. Przedrukowywane i tłumaczone publikacje z amerykańskiego pisma są na tak lichym poziomie, że sama „Wyborcza” od razu wygląda poważniej. Być może to jest główny powód pojawienia się tego dodatku?

W każdym razie w jednym z niedawnych numerów wspaniałomyślnie przedrukowano artykuł Adama Kirscha Co i po co czyta Ameryka? Otóż telewizja PBS – jak zaś powszechnie wiadomo, stacje telewizyjne są szczególnie chętne i kompetentne w tematach literackich – ułożyła „listę stu ulubionych książek beletrystycznych w USA” (cytuję przekład Macieja Orłowskiego). Zestaw sporządzono na podstawie – autor nazywa używa takiego właśnie terminu – „opinii ponad 7 tys. czytelników” (podkreślenie moje). W którymś z filmów z Harrym Calahanem stwierdził on, iż zdania są jak dupy: podzielone (tak brawurowo oddał to przynajmniej polski tłumacz listy dialogowej). A skoro tak, to i ponad 7 tys. amerykańskich czytelników mogło mieć swoje opinie, podzielone jak czarna rozpacz. Setka podliczonych książek to miszmasz w stanie bliskim absolutu, od Don Kichota do książek o Greyu, przez Zbrodnię i karę, Przygody Tomka Sawyera, Wędrówkę pielgrzyma Johna Bunyana z 1678 roku, Jądro ciemności oraz, powiedzmy, Kod da Vinci.

Jasne, taki zbiór aż się prosi o analizę z punktu widzenia socjologii, a dokładniej: socjopatologii literatury. Nie wiem, na ile owych ponad 7 tys. czytelników stanowi próbę reprezentatywną, jednakże i tak jest to znamienna aż nadto zbiorowa wypowiedź. Owszem, autor artykułu zastanawia się, co ta lista mówi o mieszkańcach Stanów Zjednoczonych, tyle że posługuje się metodą obserwacji mentalnie uczestniczącej. Pisze więc, „że serc Amerykanów nie podbija literatura zagraniczna”, że „Amerykanie są moralistami” (zapewne dlatego w innej ankiecie wybrali Trumpa), że „Amerykanów bardziej interesuje historia niż styl. To kultura niecierpliwości – chcemy przerzucać strony jak najszybciej, by dowiedzieć się, jak się potoczyły losy bohaterów, a nie zwalniać z powodu stylu, który zwraca na siebie uwagę”, że „uwielbienie książek o Harrym Potterze, podobnie jak niemal biblijny status Gwiezdnych wojen, to coś więcej niż wariactwo garstki fanów”.

Starczy? To nie wszystko: stereotypowy prymat fabuły prowadzi autora do tezy, w myśl której „być może dla wielu nie ma większego znaczenia, czy zapoznają się z daną historią za pośrednictwem książki, czy ekranizacji. Najważniejsza jest sama narracja”. O matko ludowa. Czy jeszcze tu chodzi o literaturę? „My” Adama Kirscha jest przynajmniej w części retoryczne, ale też za bardzo rozumie on wspólnotę, o której pisze, niemal współodczuwa z nią. Nie żebym mieszkał w kraju o wysokiej kulturze czytelniczej, gdybym jednak miał pisać tak, jak mój amerykański imiennik, najpierw bym zapytał, jak się można zrzec obywatelstwa USA.

Ale to ciągle jeszcze nie wszystko. Najważniejszy jest początek, a pierwszy akapit artykułu nokautuje:

„Kiedy w maju zmarł Philip Roth, autorzy nekrologów zgodnie stwierdzili, że był »gigantem amerykańskiej powieści«. Według tych, którzy zawodowo zajmują się literaturą – krytyków, wykładowców i wydawców – był najwybitniejszym z wybitnych. Wszyscy ci ludzie nie zadali sobie jednak pytania (choć nekrolog być może nie jest do tego najlepszym miejscem): czy czytelnicy podzielają ich ocenę? Czy Philip Roth rzeczywiście jest jednym z ulubionych pisarzy Amerykanów?”.

I beg your pardon. O czym mówimy? O krytyce literatury czy o opiniach ludu, które są, jak to ujął Harry Calahan, jak lud dupowate. Czy nekrolog rzeczywiście nie jest najlepszym miejscem na rozważanie recepcji? Spróbujmy: 29 lipca zmarł w Warszawie Tomasz Stańko, wybitny muzyk, twórca wielu olśniewających nagrań, o którym jednak miliony Polaków nigdy nie słyszały. Rzeczywiście, cokolwiek dziwnie by wyglądał taki tekst w czarnych ramkach. Wracając zaś do artykułu: a dlaczego nie pytać w drugą stronę? Jeśli na przykład całe Stany ekscytują się tym, co się zdarzyło podczas występów piosenkarskich w trakcie finału Super Bowl, to dlaczego nie zapytać przy okazji, co sądzą na ten temat obywatele przynajmniej trochę rozgarnięci?

Dzieła autora Amerykańskiej sielanki znalazły się poza komentowaną w artykule listą. Książki Rotha sobie z tym poradzą, ale czy społeczeństwo?