20/03/17

Insekty i trolle

Grzegorz Wróblewski

Strona cyklu

Matrix
autorzy_leksykon_300x300_Wroblewski
Grzegorz Wróblewski

Urodzony w 1962 roku w Gdańsku. Poeta, prozaik, dramaturg. Autor wielu książek (poezja, dramat, proza); m.in. Ciamkowatość życia (1992/2002), Planety (1994), Noc w obozie Corteza (2007), Nowa Kolonia (2007), Dwie kobiety nad Atlantykiem (2011), Wanna Hansenów (2013), Kosmonauci (2015), tłumaczony na kilkanaście języków, m.in. na język angielski (Our Flying Objects - selected poems, 2007, A Marzipan Factory - new and selected poems, 2010, Kopenhaga - prose poems, 2013, Let's Go Back to the Mainland, 2014). Dwukrotnie wyróżniony w Konkursie na Brulion Poetycki (1990, 1992). Stypendysta Duńskiej Rady Literatury i Duńskiej Państwowej Fundacji Sztuki. Należy do Duńskiego Związku Pisarzy (Dansk Forfatterforening). Od 1985 roku mieszka w Kopenhadze.

Piotr Szreniawski: Czytam wywiady z Tobą, bardzo dużo tam trudnych rzeczy, pada mnóstwo nazw i nazwisk mi nieznanych, i pewnie niezbyt znanych szerszemu ogółowi. Czy jesteś twórcą elitarnym? I skąd czerpiesz wiedzę o tym, co się w literaturze dzieje na świecie?

Grzegorz Wróblewski: Z tymi nazwami/nazwiskami nie jest chyba aż tak hermetycznie. Od 32 lat mieszkam na stałe poza Polską i siłą rzeczy poruszam się w nieco odmiennych dekoracjach. Wywiady są często szybkie, bardzo sygnałowe, ograniczone ilością znaków i nie ma w nich możliwości na jakieś szersze historie opisowe. Po to jednak do dyspozycji tzw. technologia, żeby już na własną rękę szukać, posprawdzać np. w sieci, jeśli jakiś wątek wyda się szczególnie interesujący. Natomiast definicja „elitarności” jest zawsze względna. Może kojarzyć się ze smutnymi, konserwatywnymi osobnikami, przekazującymi kolejnym pokoleniom wzory kultury, które miałyby mieć uniwersalne, ponadczasowe znaczenie. Dla innych z kolei oznacza światy lodołamaczy, istot eksperymentujących, idących wiecznie pod prąd buntowników. Giraffa camelopardalis, poczciwy ssak parzystokopytny, nigdy jakoś nie była bohaterką moich akryli, tak się również złożyło, że nie jestem autorem powieści zbliżonych stylistycznie do średniowiecznego eposu rycerskiego. Są ludzie, którzy czują moje książki/obrazy, a także (oczywiście!) i tacy, którzy dużo z nich nie załapują. Jak najbardziej klasyczna, ziemska batalia i perturbacje.

Nie mam pojęcia jak wygląda współczesna poezja w Pakistanie, co dzieje się z literaturą na Haiti czy Borneo etc. Mimo maksymalnej „gimnastyki” nasza wiedza o tym zawsze będzie dość ograniczona i wyrywkowa. Wszystkiego nie damy rady przeczytać. Np. współczesną, niezwykle zresztą ciekawą, poezję rosyjską poznałem dzięki antologiom i pismom amerykańskim. Podobnie było z bardzo mnie interesującym rynkiem indyjskim. Ponieważ znam język duński, posiadam niezłą orientację w światach skandynawskich (Dania-Szwecja-Norwegia). Z kolei nadwiślańska kraina też systematycznie odrabia zaległości. Cała masa istotnych rzeczy (poezja-proza-dramat) jest obecnie dostępna w Polsce w przekładach. Trzeba jedynie wiedzieć czego właściwie szukać… Każdy ma odmienne preferencje. Od prawie 20 lat moje utwory (tłum.) ukazują się w pismach (drukowanych i online), w antologiach, arkuszach poetyckich (chapbookach), wreszcie regularnych książkach na terenie USA, UK, Australii. Dzięki temu mogłem zaznajomić się z autorami, literaturą, tendencjami w sztuce, które działały na mnie w sposób stymulujący, rozwojowy. Jestem już chyba odpowiednio wiekowym człowiekiem. W trakcie tej długiej, planetarnej trasy trafiłem na wielu intrygujących pisarzy, krytyków, artystów wizualnych, muzyków („teoretyków & praktyków”) itd., pochodzących z rozmaitych zakątków globu. Rodzaj „międzynarodówki”. Z niektórymi się zaprzyjaźniłem, podsyłamy sobie często linki i artykuły. Rozmawiamy, dyskutujemy na temat interesujących nas zjawisk. Więc także i stąd moja wiedza, czy raczej cząstka wiedzy, o współczesnej literaturze światowej…

Jakbym rzucił dwa hasła: abstrakcyjność, i ekspresyjność, to co przychodzi Ci do głowy? Czym jest dla Ciebie abstrakcja i czym jest dla Ciebie ekspresja?

Oczywiście wtedy przychodzi mi do głowy ekspresjonizm abstrakcyjny. Wychowałem się w dużym stopniu na takich artystach jak Mark Tobey, Jackson Pollock czy Cy Twombly. Sztuka bezprzedmiotowa, abstrakcja geometryczna i niegeometryczna to z reguły naczynia połączone. Prace „nieprzedstawiające” można realizować na różne sposoby. Cisza i minimalizm to równie dobrze rozedrganie i gęstość. Minimal art przechodzi często w taszyzm, a action painting w color field painting. Ekspresyjny Willem de Kooning może znienacka działać na psychikę podobnie jak Mark Rothko. Kilka razy przedstawiłem na wystawach prace pozornie formalnie sprzeczne. Efekt był jednak udany. Kaligrafie umieszczono obok obiektów mixed-media, płócien krańcowo ascetycznych/konceptualnych. Krzyk okazywał się monochromem pozbawionym kreski, jakiegokolwiek „ornamentu”. Fala nadawcza była tam jednak do siebie zbliżona. Niekiedy zastanawiam się nad akcjami praktycznie niemożliwymi do zrealizowania. Chodzi mi na przykład po głowie rzadko już chyba stosowana technika graficzna – linoryt. Sam nigdy się tym nie zajmowałem, miałem skojarzenia z głupkowatymi stempelkami, czy inną beznadziejną, ilustracyjną wycinanką. Zdawałem sobie sprawę, że jest to zabawa tylko dla tzw. wybrańców (mimo że kiedyś co drugie kółko plastyczne miało to w swoim repertuarze). Pozornie dużo w linorycie nie wykombinujemy, gdyż każde cięcie nożykiem, ruch dłuta, są już definitywne i nie można się z tego wycofać. Kompozycje statyczne… Oczywiście, wiele zależy też od wstępnego szkicu danej pracy (?), twardości samego linoleum itd. Z reguły mogłem jednak zaobserwować jedynie wspomniane już góralskie kaftany albo pretensjonalne krajobrazy. I tutaj tzw. wątek polski, żebyśmy nie rozmawiali tylko o nowojorskich wynalazkach. Mniej więcej w 1977 roku zetknąłem się po raz pierwszy z twórczością Józefa Gielniaka (1932-1972). Jego cykle linorytów, np. „Sanatorium” czy „Improwizacje” – wykonywane w sanatorium dla gruźlików w Bukowcu, gdzie się leczył, tworzył i zmarł – wydały mi się nieprawdopodobne! Gielniak, wychodząc z klimatów figuratywnych, po czasie osiągnął fazę absolutnie niepodrabialnej, abstrakcjonalistycznej improwizacji, poprzeczkę zdecydowanie planetarną. Jego prace to było właśnie to „odrzeczowianie rzeczy”, o które tutaj nam chodzi. Bardzo daleko i głęboko poszybował w psychoprzestrzeni, oddalił się od materii. Nieduże płytki linoleum, japońska bibuła – nie mam pojęcia jak, ale udało mu się to zrobić…

Znalazłem Twoją twórczość, kiedy szukałem informacji o „asemic writing”. Kiedy według Ciebie warto tworzyć nie opowiadając konkretnych historii czy też nawet nie przekazując jakichś treści? I jak w tym kontekście postrzegasz brzmienie w poezji?

Jesteś chyba pierwszą osobą na planecie Ziemia, która dotarła do mojej twórczości akurat poprzez „asemic writing”. Sytuacja lekko zaskakująca… Pamiętam, że sto lat temu napisał do mnie z kolei człowiek, zainteresowany jednym z moich wywiadów. Powiedziałem w nim, że zawsze bardzo lubiłem australijską grupę „The Triffids”. On był także ich fanem i nawiązaliśmy potem ciekawy kontakt. Więc zdarzają się czasem takie nieco zakręcone ścieżki… Oczywiście, chyba już od wczesnych lat miałem niezły trip na piktogramy Azteków czy starożytną kaligrafię chińską. Rękopis Wojnicza pasjonował mnie w równym stopniu, co Zaślubiny Arnolfinich J. van Eycka, czy Panny dworskie Diego Velazqueza. Działalność takich ludzi jak Brion Gysin albo wspomniany już wcześniej Cy Twombly miała dla mnie fundamentalne znaczenie. Już po wyjeździe z Polski mogłem gruntownie poznać prace zachodnich minimalistów (Donald Judd!), konceptualistów etc. W Kopenhadze zetknąłem się bezpośrednio z ludźmi, których nauczycielami byli członkowie grupy COBRA. Panował tu niezwykle mi odpowiadający „estetyczny klimat”. Doceniałem szaleństwo obrazów Jorna, ale najbardziej interesował mnie Pierre Alechinsky. Właśnie u niego było wszystko to, czego szukałem w sztuce. Kreska-linia-plama Alechinsky’ego, jego kaligraficzne trasy, tworzyły maksymalną całość. Twombly i Alechinsky nie byli klasycznymi artystami „asemic writing”. Bez nich nie można jednak o tym kierunku (nurcie) szczegółowo się wypowiadać. Obszar jest bardzo rozległy, nie nadaje się do wsadzenia w jakieś sztywne ramki. Osoby mniej może w temacie zorientowane myślą, że chodzi tu tylko i wyłącznie o rodzaj kompletnie niezrozumiałego pisma, szalonych znaków, „having no specific semantic content” zapisków. Obserwując jednak dokonania artystów, którzy są z tym ruchem bezpośrednio związani (lub mocno z nim kojarzeni), szybko załapujemy jak ciężkie do „kwadratowego” zdefiniowania jest to zagadnienie, jak różnorodne formalnie, skomplikowane i jednocześnie intrygujące mogą być przejścia, obszary styku, łącza pomiędzy „asemic writing”, poezją dźwiękową, konkretną, action painting etc. Inaczej działają wybitna Lucinda Sherlock i choćby Marton Koppany. Zupełnie odmienną energię, psychologiczny efekt wywołuje sygnał, który przekazują nam tacy guru, teoretycy i artyści „asemic writing” jak Michael Jacobson, Nico Vassilakis, Tim Gaze. Warto odszukiwać w sieci ich artykuły, przykłady prac, antologie. Wiedza na ten temat stanie się z miejsca bardziej zaawansowana. „Asemic writing” to niekiedy rejestr pozostawionych na plaży śladów, konfiguracje kumulusów, czy Hiroshi Sugimoto i jego oceaniczne fotografie. To kumputerowe impresje i taniec bakterii pod mikroskopem. Fala, która szuka odbiorcy. I może się zdarzyć, że pomiędzy stacją nadawczą, a mniej lub bardziej przypadkowym odbiorcą następuje rodzaj silnego porozumienia. Pulsacje się pokrywają, uzupełniają… Moje prace wizualne pokazałem po raz pierwszy w Danii jeszcze w latach 80. ubiegłego stulecia (jak to dziwnie brzmi!), potem dość często uczestniczyłem w akcjach zbiorowych i indywidualnych, przeważnie w Kopenhadze, ale także w Niemczech i UK. Pierwsza moja wystawa nad Wisłą miała miejsce w 2014 roku w Muzeum Literatury w Warszawie. Po 29 (!) latach od czasu wyjazdu na stałe z Polski. Kolejne odbyły się w latach 2014-2015 w Katowicach, Gdańsku i Łodzi. Zaprezentowałem na nich m.in. pracę pt. „Asemic writing. Red”. To mój jedyny obraz, gdzie tytuł tak bezpośrednio namawia, objaśnia publiczności, z czym mamy ew. do czynienia. W wielu innych obrazach widoczny jest element kaligraficzny, tusz połączony z akrylem, krajobraz „psychiczny”, niefiguratywny. Michael Jacobson kilkakrotnie zamieszczał moje rzeczy na stronie „The New Post-literate: A Gallery Of Asemic Writing”. Dla niego moja działalność w sztukach wizualnych, niektóre cykle/serie zahaczały właśnie o szeroko pojętą definicję „asemic writing”. Były wariantem, możliwością tego kierunku. Albo notes A STUDY OF A HORSE FOR DOCTOR MARABOUT, całość wypełniały znaki, nieczytelne słowa, litery-cyfry, wykonane kolorowymi tuszami i długopisem. Można to było zdecydowanie zaliczyć do „asemic writing”, miało charakter dziennika (listu?), istniał tylko 1 oryginalny egz., który przekazałem osobie z myślą o której go przez wiele miesięcy tworzyłem. Kilka sekwecji można chyba nadal odnaleźć na stronie australijskiego pisma online, „Otoliths”. Nie opowiadając konkretnych historii, utrwaliłem tam wszystko, co się wtedy zdarzyło, licząc po cichu na to, że może coś z tego (rozłożonego na wiele kartek papieru) sygnału pomoże adresatowi w zrozumieniu bardzo zniuansowanej kondycji, rozmaitych „up & down”, klimatów jasnych, szarych i ciemnych, zadręcząjących mój mózg. Wątpię, czy w tym przypadku martwa natura z winogronami, jakaś śródziemnomorska akwarela lub wiersze Kochanowskiego mogły to zrobić w bardziej kompleksowy, pojemny sposób. Komunikacja to zawsze wielkie misterium. Ograniczają nas normy kulturowe, ideowe i bardzo często religijne. Nie wiemy, na czym miałby polegać cel egzystencji. Zawsze mi się zdawało, że jedynym sensem, czymś dającym tzw. wewnętrzną satysfakcję byłoby nawiązanie jakiegoś solidnego kontaktu, porozumienia z innym przedstawicielem ras istot rozumnych. Każdy osobnik to jednak dobrze obwarowane, niezależne imperium. Wymiana myśli i uczuć to niestanny, często beznadziejny eksperyment! Niby mamy do dyspozycji słowa, teksty, dźwięki, obrazy, gesty itd. Znamy jednak dobrze hasła w stylu: „Dogadałem się z nią bez słów” albo „on kompletnie nie rozumie, co do niego mówię”. Istnieje również coś takiego jak synestezja, polegająca na tym, że doświadczenia jednego zmysłu wywołują rodzaj doświadczeń typowych dla innych. Litery/cyfry mogą tworzyć skojarzenia kolorystyczne, kolor czerwony odczuwany jest jako gorący itd. Niektórym ludziom robi się szybko mdło na widok budowli zrealizowanych w stylu brutalistycznym, inni dostają od tego wielogodzinnego wzwodu. Orgazmem może być zespół ABBA albo szamańskie bębenki Grenlandczyków… Procesy chemiczne, reakcje w fałdach! Mimo epoki Ultra-Mobile PC dużo na ten temat nie wiemy. Więc zamiast listu miłosnego w stylu Historyjek taksówkowych Topora i symbolicznej laurki z nenufarami (impresjonistami), kogoś może zastanowić dźwięk o niskiej częstotliwości (25 do 150 Hz), przypominający mruczenie kota.

Brzmienie w poezji to predyspozycje psychologiczne autora, rodzaj języka, którym operuje, forma, w której realizuje zapis. Potem sposób czytania, odtworzenia. Pozornie sztywny, mało „rozbujany” tekst może doskonale oddychać w wersji dźwiękowej. Z kolei pomyślany już z góry jako przeznaczony do działań z muzyką, nie zawsze się w takiej funkcji sprawdza. Deformacje, asceza, barok. Duńczycy słysząc język polski, myślą, że mają do czynienia z chrząszczem, czy innym „znerwicowanym” insektem, my z kolei reagujemy na duński jak na okrzyki bojowe megalitycznych trolli. Inna sprawa, że fonetyka danego obszaru nigdy nie jest czymś długowiecznym, zmienia się zawsze co kilkanaście, a na bank co kilkadziesiąt lat… Brzmienie „wewnętrzne” poezji, wersyfikacja, długość wyrazów, rymy, rytm, spółgłoski i samogłoski – podobnie jak pozornie beznaczeniowe „asemic writing”, potrafią konstruktywnie zaskoczyć lub zobojętnić (i znowu linia: nadawca-odbiorca), zwłaszcza, jeśli mamy do czynienia z ewidentnym plagiatem, ścieżką już wielokrotnie opracowaną, powtórzoną. Nie sposób zliczyć wszystkich mutacji „Cabaret Voltaire”. Hugo Ball ma się dziś doskonale! Brzmienie w poezji to każdy przecinek, kwestia feelingu, poziomu glukozy we krwi w momencie jej czytania/słuchania. Bardzo często się zdarza, że odkrywamy wiersze na nowo, dziwimy się, że przeoczyliśmy coś istotnego podczas pierwszego podejścia. Bomby z opóźnionym zapłonem! Zero reguły. Dla niektórych Pan Tadeusz to klasyczny przykład absurdalnego, fonetycznego poematu. Dzieło „konceptualne”. Dla innych to smutna i mało rozwojowa gloryfikacja wąsatych kłusowników, w sensie formalnym rzecz nieistotna. I warto chyba zaznaczyć, że pewne historie są ciężkie do przeskoczenia. W przypadku „podwieczorków przy mikrofonie”, mimo pomocy magicznego laptopa/elektroniki, mogą pojawić się ograniczenia krtaniowe/wargowe/dziąsłowe czy inne podniebienne… Z kolei „defekt” to niekiedy rozpoznawalność. Ayahuasca nie gwarantuje podróży na Marsa, a najczęściej kontakt z duchem stojącego w naszym pobliżu plastikowego wazonu czy pojemnika na śmieci. Inspiruje nas czasoprzestrzeń, długość Plancka i czarne dziury, ale nadal dolewamy do rosołu krew kaczki.

Co sądzisz o różnych sposobach zapisu i wykonywania poezji?

W tym wszystkim nie chodzi o naiwną, biblijną namowę pt. „nie patrz rozumem, ale duszą”, zbyt dobrze znamy hasła przeróżnych manipulatorów. Zdarzają się czasem ludzie podatni na szamanizm (wejściówka 100 $), seans spirytystyczny (wejściówka 110 $), czy na innego lewitującego (dzięki ukrytym sznurkom) fakira (wejściówka 125 $). Wiadomo, poezja dźwiękowa czy „asemic writing” ocierają się o zjawiska mało jeszcze rozpracowane, niekiedy jakoś tam tajemnicze, autor zdaje się spełniać wtedy rolę pośrednika, medium, łącznika między światem realnym a znajdującym się w innym wymiarze, zgorzkniałym Napoleonem. Tymczasem ta robiąca na nas wrażenie improwizacja, „ulotny” performance jest najczęściej rezultatem wieloletniego zasuwania, katorżniczego mieszania farby, eksperymentów z dźwiękami, ciałem, płaszczyznami/bryłami (jak to było w przypadku linorytów Gielniaka). To tysiące przeczytanych książek i uparta analiza „whale songs”. Praca organiczna, zamiast astralnych dywagacji. Natomiast pogardliwe traktowanie Pollocka & Co., wnioski w stylu „każdy głupi by tak namalował”, agresywne, wręcz paniczne reakcje na sztukę informel (zresztą także na sztukę wideo, land-art, instalacje itd.), świadczą jedynie o zerowej orientacji w temacie, o rodzaju umysłowej blokady i estetycznej nieświadomości (używając z kolei parlamentarnych słów). Nikogo obsesyjnie nie namawiam na naskalne rysunki z Lascaux (jedną z moich inspiracji), czy tagi wykonane flamastrem, ale nie dajmy się wiecznie terroryzować niereformowalnym miłośnikom landszaftów (tzw. zażartym przeciwnikom sztuki „zwyrodniałej”). Jak wiadomo, istnieją różne sposoby i koncepcje zapisu poezji, stale eksperymentuje się z formą. To nie jest jakieś pustelnictwo, dziedzina zarezerwowana wyłącznie dla hermetycznych ekscentryków. To także (przede wszystkim!) część zwykłego, trywialnego życia. Czy się z tym zgadzamy czy nie… Poezja jest wilgotna i sucha. Będzie się nieustannie rozwijać i podupadać, ulegać modom, przeciwstawiać i topornie podlizywać fuckerskim reżimom, wchłaniać i wykorzystywać technologiczne gadżety, dystansować od nich. Walczyć o Amazonię, by po chwili ją pacyfikować. Opowiadać o miłości, kotach i płciowych narządach. Będzie się izolować albo wpychać na festiwale rockowe w Roskilde. Powstawać na czerpanym papierze i ekranach laptopów. Pełzać lub podskakiwać w czasach opresji, odwilży, biedy i dobrobytu. Poezja to graffiti i salon. Graffiti w salonie, a salon w saloonie. Liryka funeralna lub agitacyjno-polityczna nie muszą koniecznie mieć monumentalnego brzmienia. Tusz nie ma wyjściowo żadnej „przewagi” nad klawiaturą… Kaszel przydaje się w wierszach audytywnych, wiersze zapachowe są ułożone z kwiatów. Interesowały mnie od lat aktywności kanadyjskiego autora i performera, Christiana Boka. Jedną z jego głośnych akcji było zakodowanie wiersza w DNA bakterii. Zaczął badać, czy da mu ona poetycką, biologiczną odpowiedź na zasadzie zakodowanego ciągu aminokwasów i czy zdoła potem to rozszyfrować. Bok chciałby w przyszłości pobawić się dalej, sprawdzić jeszcze inną odmianę tego świata mikrusów, bakterię Deinococcus radiodurans. Nazywa się ją „Conanem”, gdyż potrafi przetrwać w niemalże każdym ekstremalnym środowisku. Jeśli mu się uda, tekst mógłby się reprodukować w nieskończoność, przez miliardy lat. Przeskoczyć wszystkie możliwe cywilizacje, a już na pewno wiadome istoty cierpiące na nerwicę natręctw i Invisible Pink Unicorn. Trzeba też z miejsca zaznaczyć, że Christian Bok porządnie się w biologii molekularnej rozeznał. W jego przypadku nie mamy do czynienia z natchnionym naturszczykiem. No i może coś jeszcze na temat „poetry in motion”, bo jakoś o tej poezji ruchu zapominamy. Układy ciała, jego cień, dynamika lub spowolnienia, w połączeniu z historiami wizualnymi, wzbogacone syczeniem/milczeniem/płaczem/jękami/czytaniem numeru PESEL – proszę tu sobie coś słuchowego dodać, mogą przynieść zaskakujący rezultat. Niby na świecie nie ma już nic nadzwyczajnego. Zajmuje się tym spora ilość artystów, wiadomo, nie wszystko może się nam wydać istotne, czy jakoś tam stymulujące. Mamy zawsze swoich „faworytów”. Ciekawy jest moim zdaniem np. poeta, artysta wizualny i choreograf – Alex Cecchetii. Cecchetti tworzy eksperymentalną literaturę, buduje „ludzkie instalacje”. Ciała „wystawione” w publicznej przestrzeni wywołują różne reakcje, powstają wtedy napięcia, powstają znakomite poematy na żywo. Ma rodzaj jakiegoś specyficznego wyczucia, coś ważnego chce nam w swoich działaniach na pewno przekazać.

Jak w Danii przedstawia się sytuacja szeroko rozumianej poezji dźwiękowej?

Relatywnie dużo się tutaj dzieje. Mam na myśli Kopenhagę. Rzadko bywam w Aarhus, Odense czy Aalborgu. Jutlandia, Fionia – to są już inne światy. Podam więc na początek ciekawy przykład kopenhaski, sprzed kilku lat. Sieć bibliotek i szkół podstawowych, kilkanaście wybranych jednostek, połączyło siły w ramach lepszego rozpropagowania poezji. Powstał projekt poezji dźwiękowej (po duńsku „lydpoesi”), do którego zaproszono uczniów 8-9 klas. Pracowano w takich obszarach jak poetry slam, stand-up, rap i spoken word. Nad samą poezją, a następnie możliwościami, jakie pojawiają się w przypadku połączenia tekstu z dźwiękami. Część zajęć dotyczyła sceny, metod poruszania się po niej, nawiązywania kontaktu z publiką, a także „elementu konkurencyjności”, mającego znaczenie podczas zbiorowych występów. I tutaj rzecz chyba fundamentalna. Ludźmi, którzy to prowadzili, byli progresywni poeci, muzycy, raperzy. Osoby posiadające wiedzę, zawodowcy. Nastolatki szybko załapują, jeśli coś jest robione w sposób niekompetentny, nudny, na zasadzie odwalania rytmiki w świetlicach lub jakiejś przygłupiej katechezy. Osiągnięto ciekawe rezultaty i z tego co wiem, projekty w tym stylu nadal się rozwijają. Dobrze służą nowym falom poetów, raperom, ludziom ze świata post hip-hopowego, gościom z obszaru body art, czy innych poszukiwań.

Albo przykłady z mojego frontu. Właśnie zostałem zaproszony do wzięcia udziału w akcji poetyckiej, organizatorem jest biblioteka w dzielnicy Islands Brygge, znana z promowania rzeczy eksperymentalnych, mniej konwencjonalnych. Mają do tego specjalny lokal, rodzaj piwnic (underground!), składu książek wycofanych z obiegu, teoretycznie przeznaczonych do kasacji. I tam, wśród regałów wypełnionych książkami, które przy okazji doskonale się sprawdzają, jako izolacja dźwiękowa (akustyka jest naprawdę super), mieści się nieduża scena, miejsce przeróżnych „hybrydycznych” koncertów i wieczorów poetyckich. Tym razem wystąpi pięć osób. Nie znam jeszcze dokładnej listy autorów, dowiedziałem się, że oprócz mnie będzie na pewno ktoś z Chin i Somalii. Mieszanka odpowiednio więc wybuchowa, kompletnie odległe od siebie strefy kulturowe. Idea jest taka, że mamy się produkować w swoich oryginalnych językach. Może wyjść z tego niezła podróż w nieznane… Duńska publiczność nie będzie raczej w stanie zrozumieć znaczenia słów, spróbuje natomiast zarejestrować brzmienie czytanych wierszy. Melodię, rytm, „klimat” danych utworów. Będzie to więc dla duńskiego odbiorcy, dla większości osób, które tam przyjdą, rodzaj seansu poezji dźwiękowej. Takich różnych akcji miałem tu niezliczoną ilość. Kopenhaga jest bastionem eksperymentu, bez względu na podziały formalne, generacyjne, kolor skóry, płeć czy seksualną orientację. Poszukiwania trwają… Undergroundy mieszają się z overgroundami. Hologram z publicystyką albo podniosłymi trenami. Sztuka szablonu z mikrofonami. Żeby napisać nieco humorystycznie – noise z psychodelicznymi, współczesnymi wersjami Ariona z Koryntu. I nie wyczuwam w związku z tym jakiegoś chorobliwego chaosu, robionego na siłę kolażu. Jeśli już „destabilizacja”, to w pozytywnym znaczeniu. Duński kryminał ma się i tak przecież wspaniale, nie mówiąc już o sukcesie designu czy tutejszego filmu. W urozmaiconym krajobrazie można się lepiej rozwijać. Zależy to jednak (przede wszystkim!) od nas samych. Często słyszy się narzekania w stylu, że w Mińsku Mazowieckim nie można niczego dokonać i trzeba się w związku z tym ewakuować na Brooklyn/Bronx. A po kilku latach MoMA zrobi nam retrospektywną wystawę, na której zaprezentuje samogrające, znoszone spodnie dresowe, recytujące poezję zbliżoną stylistycznie do Kurta Schwittersa. Niestety, nic nie ma za friko. Najpierw trzeba coś konkretnego stworzyć, żeby potem móc spekulować, dlaczego ma to taki, czy inny respons, siłę oddziaływania itd. Podstawą jest zawsze „produkt”, którym dysponujemy. Jeśli istnieje on tylko na zasadzie niezrealizowanej mrzonki, a najważniejszą bitwą jest konflikt z decydentami miejscowego domu kultury, wtedy nie pomogą nam żadne antypody. Warto także pamiętać, że bez względu na koniunkturę ekonomiczną, na tzw. okoliczności przyrody, aktywności typu „asemic writing”, czy eksperymentalne łączenie poezji z dźwiękiem, zawsze pozostaną w niszy. Bez niszy nie istniałby jednak mainstream, nie mogłaby się rozwijać popularna kultura, nie byłoby skąd czerpać inspiracji. Chodzi o to, żeby była większa świadomość istnienia tych wszystkich niekomercyjnych działań, rozpoznanie ich charakteru, wzajemnych powiązań i zależności. Tak dzieje się właśnie w Kopenhadze, gdzie nie traktuje się tego w sposób podejrzliwy, jako rodzaju demona (o fakirach wspomniałem już wcześniej), tajemniczej/zawirusowanej, zagrażającej głównym nurtom kontrkultury. Księgowość nie robi nalotu, jeśli właściciel kiosku zmieni nagle kolor włosów na pink.

Jak eksperymentować w poezji dźwiękowej, a jednocześnie nie skonfliktować się ze środowiskiem literackim w Polsce?

Ostatnio oglądałem film o przyjaźni człowieka z potężnym, nilowym krokodylem. „Zasady łamie się ciągle, a najczęściej w niedziele”. W Polsce „interdyscyplinarność” staje się chyba powoli czymś obligatoryjnym. Różne są tego efekty, ale coś na pewno się pozmieniało. W końcu były tam od dawna ciekawe punkty odniesienia, choćby eksperymenty Mirona Białoszewskiego. Podejrzewam, że gdybym chciał obecnie poczytać w kraju wiersze „wśród blasku świec” i z nastrojowymi skrzypcami w tle, ludzie pomyśleliby, że to jakiś konceptualny trip. Teraz co druga pisząca osoba prezentuje się na scenie w towarzystwie speców od elektroniki. Albo próbuje solowo, koniecznie z syntetycznym szumem i gwałtownymi ruchami kolanem. Gitara akustyczna nie jest już, jak wiadomo, dominującym instrumentem. Nie widzę konfliktu. Nie widzę też potrzeby globalnych, siłowych konsolidacji. Co innego rzetelna orientacja w terenie, o czym wspominałem już wcześniej. Przepływ informacji, elastyka, wiedza na temat rozmaitych wariantów sztuki! „Środowisko literackie” to ponadto pojęcie ambiwalentne. W zasadzie nie wiadomo, co miałoby tak naprawdę oznaczać. Publikację, wraz grupą 27 czy 227 autorów, w tej samej antologii, generacyjny przedział, ilość wypalonych jointów z XX23? Przynależność do określonej „kasty” często jest wymyślana przez niezbyt przychylnie nastawionych, obrabiających nam tył „badaczy”. Pomaga im uzasadnić tworzone ad hoc, mętne teorie. Teksty, które napisałem w latach 1980-1985, kiedy jeszcze mieszkałem na Dolnym Mokotowie w Warszawie, komentowano (myśląc, że powstały już za siedmioma lasami), jako przykład zgubnego wpływu szkoły nowojorskiej i zachodniego, zdegenerowanego modelu życia. Nagle może się okazać, że jest się przedstawicielem, czy osobą związaną ze środowiskiem ludzi uprawiających japońskie haiku, po chwili, że z poezją dźwiękową nadawaną ze szczytu Empire State Building, by na koniec otrzymać stempelek autora metafizycznego, śródziemnomorskiego. Traktuję te sezonowe nalepki z dystansem, gdyż w tym układzie musiałbym być z wieloma (nieoczekiwanymi!) osobami formalnie/ideologicznie zabliźniony, a z tymi, których cenię i czuję rodzaj pokrewieństwa, na każdej linii frontu skonfliktowany. My przykładowo trafiliśmy na siebie poprzez „asemic writing”, sporo osób kojarzy mnie w Kopenhadze z pismem „Overste kirurgiske” a w Warszawie z „Brulionem”. Są goście mający delikatne pojęcie o moich działaniach ze światem rockowym (punkowym, nowofalowym itd.), inni zapamiętali, że John Tchicai i jazz improwizowany. Nie czytali natomiast moich książek… Trzeba uważać z tym pochopnym szufladkowaniem. Jasne, że mamy ciągle do czynienia z różnymi towarzyskimi konfiguracjami, kółkami różańcowymi, mniej lub bardziej wiarygodnymi hierarchiami i koteriami, ale nie mówimy tu przecież o rodzinie Gambino. Inna skala… Nie jesteśmy chyba ubezwłasnowolnieni. Mamy świadomość istnienia ciemnej strony księżyca, więc powinniśmy unikać pułapek. Sami możemy być „środowiskiem”, wchodzić w artystyczne układy z pasjonującymi nas kosmicznymi (parytety) siostrami. Każdy posiada zresztą inny temperament i zapotrzebowania. Są autorzy, którzy trzymają się z dala od sceny, nie konfrontują swoich tekstów na zewnątrz, rzadko się udzielają w pismach i na festiwalowych zlotach. Izolacja może być zdrowa, działać wzmacniająco, nie oznacza od razu przegranej. Zamiast denaturatu można pić zieloną herbatę. Natomiast estetyczne polaryzacje, przejścia i konstruktywne „wymiany argumentów” nikomu nigdy nie zaszkodziły. Na tym polega logika rozwoju przestrzeni. Chyba że zaczyna się robić ostrzejsza spinka i do głosu dochodzą tylko rozgoryczeni na maxa fundamentaliści. Przegięcia, monolity ideologiczne mają fatalny skutek. Na jakiś czas wszystko uniformizują. Nastaje dłuższa lub krótsza epoka lodowa. Moduł bazowy Mira unosi się poza zasięgiem… Plejstocen przynosi ze sobą nowe, proste do przewidzenia „jakości”. Z mroku agitek nie jest się łatwo wydostać. Wtedy wszystko może skończyć się jednostajnym werblem i piosenkami w stylu: „Falanga walczy, falanga czuwa, falanga wielką Polskę wykuwa…”. Dość zredukowaną odmianą linii dźwiękowej… W takich klimatach nawet rozmowa o użyciu trójkątów w poezji konkretnej byłaby ciężka do zrealizowania. Wiadomo, że jak kark zechce się ze mną ganiać po ulicy Marszałkowskiej w Warszawie, gdy usłyszy, że komunikuję się z kimś np. po duńsku, to będzie to miało (niekoniecznie szczęśliwy) wpływ na odczyt mojego kardiogramu, na kompozycję minimalistyczną albo „asemic writing”. Z kolei opozycyjna poezja łagrowa nadaje się potem wyłącznie do szklanej gabloty. Żyjemy określoną ilość sezonów, niektórzy załapują się na kary kompozycyjne, inni na darmowe odżywki i niańkę, od chwili urodzenia. Wypadałoby jednak posiadać „świadomość”… Czy żeby przyspieszyć ogólny rozwój na pewno potrzebna jest wojna?

Nie pytam o granice między sztukami czy o tworzenie dzieł w ramach różnych dziedzin, chociaż takie pytanie w odniesieniu do Twojej twórczości byłoby oczywiste (zachęcam czytelników do klikania w linki pod wywiadem). Chciałem za to zapytać, kiedy według Ciebie warto nagrywać wiersze, i ewentualnie jak komponować poezję dźwiękową z innymi sztukami czy dziedzinami twórczości.

Z nagrywaniem wierszy jest chyba dość podobnie jak z publikowaniem ich w pismach czy książkach. Każdy ma swoje akwarium, ale chodziłoby w końcu o nawiązanie jakiegoś kontaktu z zewnętrznością. Towarzyszą temu często rozterki i wątpliwości. Nie wiemy, czy dany kawałek jest odpowiednio nośny, kiedy i czy w ogóle powinien pojawić się w druku, studio, na scenie. Miałem taką sytuację z rodzajem poematu, zapisem „Blue Pueblo”, warto ten przykład przytoczyć, choć dotyczy mediów nie związanych akurat z dźwiękiem. Tekst był ewidentnie graniczny, lustro bardzo ostrej jazdy i kompletnego szybowania w dół. W którymś momencie myślałem, że to jest mój ostatni sygnał z tego pięknego świata. Jakiś wariant podsumowania zabawy w oddychanie. Nie chciałem, żeby go potem odnalazł w szufladzie „cleaner”, więc zmobilizowałem się, wskoczyłem w spodnie i pożeglowałem na pocztę. Po kilku miesiącach został opublikowany w „Twórczości”. Wszystko to miało ciąg dalszy. Odezwali się do mnie ludzie, dziękując, że zdecydowałem się rzecz puścić w obieg. Mówili, że „Blue Pueblo” pozwoliło im lepiej rozpoznać ich własny koszmar i pomogło (paradoksalnie) przeżyć ekstremalne momenty. Zapis dotarł także do Wojtka Wilczyka. Wykonał on w Kopenhadze cykl czarno-białych fotografii pokazujących scenerię tekstu. Fotografii maksymalnie czujnych… Większość z nich przedstawiała moją okolicę, zaułki dzielnicy Amager. Poprzez architekturę i światło można było dokładniej załapać, w jakiej psychicznej opresji znalazł się tzw. narrator.

Rzecz została następnie wydana w formie artbooka (BWA, Zielona Góra 2015). Jako projekt poetycko-fotograficzny. Pokazano go na kilku wystawach, m.in. w krakowskim MOCAK-u. Na ścianach, oprócz zdjęć, był umieszczony wydruk tekstu, także w wersji anglo, tłum. przez Adama Zdrodowskiego. Coś bardzo osobistego, „ekshibicjonistycznego”, zaczęło nagle żyć własnym życiem. Nie było to dla mnie proste i nadal mam dreszcze, jak o tym wszystkim pomyślę… Czy było warto? Jeśli faktycznie mogłem w ten sposób wesprzeć kogoś duchowo, pomóc w wydostaniu się na powierzchnię, to chyba – tak. Podobnych dylematów nie miałem nigdy w przypadku utworów, które z miejsca wydawały mi się „przeznaczone” do działań scenicznych, do eksperymentowania z dźwiękiem. Np. wiersz „Schyłek” (powstał jeszcze w Polsce) jest rodzajem plakatu, wielogłosu. Podejmuje kwestię podstawową, istnienia-nieistnienia boga, psychozy związanej z rozwiązywaniem zagadki. Kolaż ten daje duże możliwości improwizacyjne, czytałem go w połączeniu z różnymi instrumentami, z ludźmi grającymi rocka, a także odjechany, acidowy jazz czy muzykę noise. Ostatnio podczas poetycko-dźwiękowego performance „Europa. Zmierzch antropocenu”, zrealizowanego razem z Pawłem Kelnerem Rozwadowskim w CSW w Warszawie, jesienią 2015 roku. „Schyłek” chciałbym wykonać jeszcze niejeden raz, mimo że kosztuje zawsze niezliczoną ilość energii. Piotr Gwiazda w bardzo ciekawy sposób dokonał przekładu tego utworu na jęz. angielski, „ Decline”.
Od lat istnieje też wersja duńska. Nigdy jednak nie ośmieliłem się wykrzykiwać „Schyłku” w innym języku niż polski. Większość wierszy użytych do akcji dźwiękowych, zamieszczana była w „regularnych” książkach. Podczas występów zmieniały się natomiast często ich wersje, pojawiał się mix językowy, cięcia/powtórzenia etc. Były jednak i takie, które stworzone zostały tylko do działań z moimi grupami „Slurp” i „Piano & Poetry”. Albo z okazji trip-hopowej płyty „Projekt1”, nagranej wspólnie z Bobim Peru (Maćkiem Sinkowskim). Kilka powstało dla Pawła Kelnera i zespołu „Deuter”.

Ciężko mi myśleć o sensie/potrzebie działań z poezją dźwiękową, gdyby to miało polegać na samotnym zamknięciu się w czterech ścianach, zakupie kilku butelek wina lub porcji proszku, a następnie na decybelach, hałaśliwej deklamacji połączonej z gwałtownymi uderzeniami w blat biurka. Wtedy jedynymi zainteresowanymi byliby sąsiedzi za ścianą lub wezwany przez nich patrol policji.

Nie jestem muzykiem, ani aktywnym performerem, nie gram na żadnym instrumencie. Nie obsługuję też laptopów czy skrzynek z efektami. Nie mam ambicji budowania przestrzeni poetycko-dźwiękowej na siłę. Zajmuję się tym w momencie, gdy wiem, że jest możliwość dogadania się z kimś na zbliżonych, odpowiadających mi falach. To nie musi być jakaś wielka przyjaźń czy miłość (choć takie na szczęście się czasem zdarzają!), ale pewność, że nie chodzi tylko o szybki, powierzchowny rezultat, o powielanie wielokrotnie przetartych już szlaków. Optymalna współpraca oznacza spotkanie się ludzi o podobnym do siebie „przestrzennym zakłopotaniu”. Pojawia się wtedy wiele możliwości, metod realizowania projektu. Od razu przychodzą mi do głowy takie kolaboracje jak np. psychodeliczne wystąpienie Williama S. Burroughsa i Kurta Cobaina, „The Priest They Called Him”. Kawałek jest szalony, mimo że stworzony został w sposób „korespondencyjny”, na odległość. Najpierw nagrany został głos Burroughsa w studio w Kansas, a dopiero po kilku miesiącach zrealizował do niego gitarowe światy-solówki Cobain, ze swojej bazy w Seattle. Winyl był doskonały! Dla wielu ludzi zajmujących się improwizacją, spoken word czy noise, będzie to zawsze produkcja kultowa, niezwykle istotny punkt odniesienia. Jest rzeczą dość naturalną, że osoby mające podobną wizję, ogląd rzeczywistości, związani ze sobą „estetycznie”, choć działający na co dzień w różnych mediach, próbują niekiedy wspólnej trasy, eksperymentu. Niektórym się to udaje… Powstają w ten sposób intrygujące hybrydy. Mój ulubiony poeta Beat Generation, Michael McClure, współpracował często z Rayem Manzarkiem z „The Doors”. Lepiej więc być nie mogło, tzn. bardziej przewidywalnie. A jednak każda z wydanych przez nich płyt, każdy krążek, to zaskakujący (w sensie pozytywnym), nierutynowy przykład rozwiązań w poezji dźwiękowej, tego co można zrobić, działając z odpowiednimi ludźmi. Jest dużo innych akcji, które mocno siedzą mi w głowie, np. David Thomas z „Pere Ubu” i jego performance itd. Ten „klasyczny”, wydawać by się mogło, schemat, czytanie tekstu razem z dźwiękami, nigdy nie będzie czymś wyczerpanym, warto takie historie kontynuować. Szukać pod wodą, w dżungli i kocich oczach, to może dać nam znienacka speeda! W przypadku „asemic writing”, poezji konkretnej, dźwiękowej – mówimy często o potężnej wariantywności, formalnym potencjale, elastyce tych działań. Wszystko jest możliwe i równie dobrze nic nie jest możliwe. Ciężko określić, kiedy poezja dźwiękowa sprawdzi się nam w hologramach, a kiedy przy okazji historii transowych, w połączeniach z grą ciała i cienia. Wszystko może rozłożyć źle zamontowana żarówka. Atutem okazuje się rozklekotany mikrofon. Wszelkiego rodzaju intermedialne projekty (studyjne/akcyjne) oparte są w dużym stopniu na niewiadomej. Nawet jeśli zabierają się za nie giganci w stylu w/w Burroughsa-Cobaina. Mogą okazać się kompletnym minięciem. Czymś zrobionym zbyt spontanicznie, a w innym przypadku sztucznie wyrachowanym. Trzeba być wobec siebie nieustannie krytycznym, dać innym uczestnikom „zbiorówki” szansę, nie posiadać paranoi bezwzględnego guru-lidera. W przypadku „technologicznej samowystarczalności” mieć orientację, wiedzę dot. narzędzi, którymi się posługujemy. Gdybym miał się pojawić ponownie na horyzoncie, z pewnością zająłbym się akustyczną komunikacją waleni. Rozpracowywaniem wspaniałego śpiewu humbaka i zwalczaniem sonarów wojskowych, które go pacyfikują.

I finiszowo – kilka orientacyjnych, związanych z moją działalnością linków (teksty-obrazy-dźwięk):





Piotr Szreniawski – poeta, prowadzi blog http://poezjadzwiekowa.blogspot.com