20/03/17

Skundleni, kąsający

Przemysław Rojek

Strona cyklu

Wieża Kurremkarmerruka
autorzy_leksykon_300x300_Rojek
Przemysław Rojek

Urodzony w 1978 roku w Nowym Sączu. Doktor literaturoznawstwa, nauczyciel języka polskiego w Liceum Ogólnokształcącym Zakonu Pijarów, były redaktor w kilku sieciowych przestrzeniach Biura Literackiego. Laureat Nagrody Archiwum Emigracji Biblioteki Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, stypendysta Fundacji na Rzecz Nauki Polskiej. Autor m. in. książki o Aleksandrze Wacie, bloga Bartleby de Angola oraz biBLiotecznego cyklu Wieża Kurremkarmerruka. Mieszka w Krakowie.

No więc gdyby to było tylko tak, że dotacje ministerialne dostały akurat te, nie inne czasopisma – to może bym nic nie napisał; bo spójrzmy prawdzie w oczy: każda władza próbuje jakoś tam ustawiać kulturę pod siebie, w obecnym rozdaniu nie ma kasy na „Krytykę Polityczną”, jest na „Arcana”, w 2015 roku hajs miała Krypa, bez dotacji obejść musiała się „Teologia Polityczna” (dziś akurat szczodrze uhonorowana). Tak że może nie luz, ale w sumie wiadomo, o co kaman (poza tym w szale podpinania się pod kolejne jeremiady na temat tego, co władza właśnie zrobiła z czasopiśmiennictwem społecznym, politycznym i kulturalnym, warto też poświęcić chwilę na wysłuchanie głosów rozsądku – nawet jeśli ten rozsądek nie za bardzo pasuje nam do naszego rebeliancko-martyrologicznego obrazka; dobrze poczytać choćby to, co na swoim blogu napisał w temacie Radek Wiśniewski, jak zawsze z tyleż bolesnym, co trzeźwiącym cokolwiek dystansem).

Kurde, może nawet następny gest wiadomego ministerstwa – ten, który pozbawił kasy kilka istotnych wydarzeń promujących czytelnictwo i szeroko pojmowaną kulturę duchową, choćby Festiwal Haupta, Nagrodę im. Ryszarda Kapuścińskiego, Stację Literatura (to najbardziej boli, wiadomo), Poznań Poetów, Nagrodę Kościelskich czy Dni Tischnerowskie – też nie zmusiłby mnie do wystukania tych iluśtam zdań. Zresztą – ocenianie obu (i tych czasopiśmienniczych, i tych festiwalowych) ruchów „oszczędnościowych” Ministerstwa Kultury podle klucza sympatii i antypatii światopoglądowo-politycznych naszej tymczasowej władzuchny, też nie bardzo działa… Że nie sypnęli groszem na Ha!wangardę albo „Nowego Obywatela”, to jest akurat jasne – liberała w ryj, a komuchów na gałąź; ale tego, że w dzieleniu dotacji pominięto na ten przykład „Frondę Lux” czy kampanię promującą czytelnictwo organizowaną przez TV Trwam, tego już ni cholery pojąć się nie da – no, chyba że założyć ruch makiaweliczny zgoła, czyli dbałość ministerstwa o to, by na liście odwołań też znalazło się trochę prawilnych, żeby nie trzeba było w czas dokonywania aktu finansowego miłosierdzia miotać się między czortem lewicy a Belzebubem liberalizmu.

Ale jako się rzekło – wszystko to byłoby za mało, by przerwać moje wiosenne rozleniwienie i zagonić mnie przed klawiaturę… Wahanie – pisać czy nie pisać, ale raczej nie – zaczęło się wahać (że raczej tak, raczej pisać) dopiero po tym, kiedy prezydencką nagrodę Zasłużonego dla Polszczyzny odebrał Wojciech Wencel. Ale tak po prawdzie, to najsilniejszego kopa do pisania dał mi bonmocik, który na swoim fejsbukowym łolu umieściła Asia Mueller: „nie udało się Platonowi, co się udało MKiDN-owi”.

***

Bo tak naprawdę nie chodzi przecież o to – jako się rzekło – że dystrybuowane przez władzę pieniądze dostaje to akurat czasopismo czy tamto wydarzenie, podobnie jak nie jest ostatecznie najważniejsze, czy wobec braku państwowego mecenatu będzie rzeczywista klapa tego kwartalnika lub owego festiwalu (raz zapewne będzie, raz nie – a literatura i tak jakoś to przeżyje); dużo bardziej znacząca i niepokojąca wydaje mi się tendencja generalna: że po prostu budżetowych złotówek dostanie tak w ogóle drastycznie mniej pism o wiadomym charakterze, zaledwie piętnaście wobec zeszłorocznych czterdziestu jeden. Podobnie interpretuję próbę – która najpewniej zakończy się sukcesem co najwyżej umiarkowanym – wykoszenia z literackiej mapy Polski działań grupujących w jednym miejscu i czasie piszących i czytających. Podobnie – czyli jak? Ano tak, że zarówno w skoku na czasopisma, jak i w szarży na festiwale mniej chodzi o to, kto i co ma być w literaturze jak najmniej obecne, a bardziej o to, żeby tej literatury samej w sobie było jak najmniej, zwłaszcza poezji. No i to piękna jest tradycja, wielce starożytna i w ogóle wcale szlachetna, sięgająca właśnie pradziadka naszej kultury, czyli Platona, którego przywołała Joanna. A to jej przywołanie Platona mnie z kolei przywołało jeszcze kogoś innego – upiora i dybuka, który żarł mnie przez pięć lat mozolenia się nad doktoratem, a który (jak widać) dalej kąsa i nawiedza:

Platon kazał nas wyświecić
z Miasta, w którym Mądrość rządzi.
W nowej Wieży z Kości (ludzkich)
dziś Astrolog trutynuje
gwiazd koniunkcję z Marsem, oraz
z Oekonomią bied i brzydot.
Mrok zapada i Minerwa
śle swe sowy do Wyroczni.
Platon kazał mnie wyświecić
w noc bez Światłych Filozofów.
Kwiaty szczęściem oddychają,
chmura ciepło deszczem pachnie,
w ciszy słyszę swoje kroki,
idę a i nie wiem dokąd?
Platon kazał mnie wyświecić
z Miasta, w którym rządzi Zmora.

Tako rzecze Aleksander Wat w „Ciemnym świecidle”, tytułowym wierszu z ostatniej swej książki poetyckiej, wydanej w paryskiej Libelli w 1968 roku, już po samobójczej śmierci autora. A o co chodzi? A o to, że wiersz Wata w sposób jeśli nawet nie niedościgniony, to w każdym razie nieprzeciętnie sugestywny wnika w głąb tego właśnie zjawiska, które dokonuje się na naszych oczach w Polsce, w decyzjach tymczasowo zawiadującej naszym krajem władzy – czyli w strach (przyjmujący kształt systemowego, instytucjonalnego szantażu ekonomicznego) decydentów przed poezją.

Platon – o czym wiadomo z trzeciej księgi Państwa – nie widzi miejsca dla poetów w swoim urządzeniu polis, tego samego polis, które Zygmunt Bauman zinterpretował ongiś jako pierwszy zaczyn Auschwitz. Poeta w wierszu Wata zostaje „wyświecony” z miasta zarządzanego przez Mądrość, synekdochę zbiorowego wysiłku filozofów, którym autor Sympozjonu chciał oddać pełnię władzy politycznej – „wyświecony”, czyli wyrzucony poza krąg światła rzucanego przez Mądrość właśnie (zwraca uwagę typowa dla Wata, ironiczna gra słowem „wyświecać”; dziś oznacza ono zużywanie ubrania, dawniej używano go na określanie ceremonialnego wypędzania z miasta złodzieja, demaskatorsko oświetlanego na odchodnym przez świece; ale przecież słowo to kojarzyć nam się winno – właśnie na prawach ironii – z „wyświęcaniem”, czyli namaszczaniem na kapłana).

Ale co dzieje się w blasku Mądrości w Mieście, pod nieobecność wyświeconego poety? Władzę obejmuje wszelka zgroza: posiadacz wiedzy najbardziej tajemnej, czyli astrologii (niech będzie, że chodzi o filozofa), urzęduje w Wieży z Kości – ale nie z tej tradycyjnie znamionującej szlachetność, czyli słoniowej (inwokacja maryjna znana z litanii loretańskiej), lecz na upiornym cmentarzu ludzkich szczątków; tam „trutynuje” (czyli roztrząsa) szansę na nową, symbolizowaną przez Marsa wojnę, oraz – jak byśmy to dziś powiedzieli, skoro już Wat wprowadza kontekst ekonomiczny – zarządza kryzysami, zarówno tymi etycznymi („bieda”), jak i estetycznymi („brzydota”).

Dwa następne zdania – a poniekąd dwa dystychy, bo choć wiersz jest stychiczny, to przecież bardzo wyraziście, trocheicznie zrytmizowany – wyprowadzają nas poza Miasto i jego zgrozę, w przestrzeń przynależną wyświeconemu poecie-kapłanowi. Nastaje noc – ciemności okrywają ziemię, ale (znów ironia!) to właśnie w mroku, w wy-świeceniu rodzi się istotna mądrość, ta, której wstrętny jest bóg wojennego szału, ludzkie szczątki, rynkowa wartość nędzy i ohydy: wszak heglowska sowa zlatuje z ramienia Minerwy dopiero o zmierzchu. Poeta – z wyroku Platona – oddala się od trupiego ognika (tytułowego „ciemnego świecidła”) spowijającego upiornym blaskiem rządzone przez Światłych Filozofów Miasto, odchodzi ku wyższemu, piękniejszemu, prawdziwszemu porządkowi rzeczy.

Co odnajduje? Żywą naturę (kwiaty pachnące szczęściem, aromat ciepłego deszczu w chmurach), możliwość wglądu w samego siebie (wreszcie słyszalny rytm własnych kroków), nade wszystko zaś – nieskończoną możliwość, otwartą potencję, wyzwolenie z rygoru, normy i prawa, radosną wiedzę rodzącą się w nieskrępowanym twórczym zbłądzeniu. Wszystko to, co zaczyna się poza limesem Miasta, w którym rządzi już nie Mądrość z wersu drugiego, ale jej odsłonięte, prawdziwe (bo skoro Platon, to prawda jako ἀλήθεια, „odsłonięcie”) oblicze – czyli Zmora.

***

Skąd ten strach Platona – którego pozwalam sobie tu potraktować jako metaforyczny skrót każdego stanowienia państwowej władzy opartej na restrykcji i opresji – przed poezją? Skąd przeświadczenie, że poezja zagraża? Przeświadczenie, któremu tak dobitny wyraz dał ostatnio niejaki Jerzy Gizella w opublikowanym na stronach internetowych dwumiesięcznika „Arcana” (pierwsze miejsce na tegorocznej liście dotacji MKiDN-u), kuriozalnie resentymentalnym wierszydle „Próbny alarm dla miasta”, gdzie w jednej ze strof czytamy, że „ Do redakcji czerwonego miesięcznika / Poeci przychodzą w mundurach / Redaktor naczelny podpisuje wyroki / Śmierci na prawicowych krytyków / Na razie in blanco”… Czemu PiS-owski rząd – jak tyle innych przed nim i zapewne też po nim – próbuje „wyświecić” Poetów z Miasta?

Pierwszy powód niechęci Platona do poetów – powód mniej mnie tutaj interesujący – miał związek z tym, co z platonizmem kojarzy się najbardziej, czyli z dualistyczną ontologią idei i fenomenu. Dostępny nieoświeconemu umysłowi świat, powiada autor Fedona, jest jeno niedoskonałą kopią rzeczywistej rzeczywistości bytów idealnych; stąd działalność poety (i w ogólności artysty) jako kopisty kopii jest nie tyle już nawet niepotrzebna, co wprost szkodliwa: wszak odwodzi nas od istotnych sensów, pogłębia wykop w słynnej jaskini miast z niej wyprowadzać.

To jednak – jak już wspomniałem – sprawa moim zdaniem mniej istotna: poniekąd dla Platona, ale z pewnością dla Wata, być może dla Joanny Mueller, takoż chyba dla obecnych decydentów od kultury. Bo jest jeszcze jeden strach przed poezją… Otóż poezja wedle myślenia starożytnych Greków – jak wiadomo już z Kategorii Stagiryty – to ποιέω, poiein, czyli świadome wytwarzanie czegoś; ale to intencjonalne, antynaturalne działanie kulturotwórcze dokonuje się niejako z dwóch kierunków: od strony warsztatu (τέχνης), czyli w pewnym sensie od wewnątrz, jest sprawą technicznej biegłości samego piszącego, i tak jakby z zewnątrz (μανια), gdy zachodzi pod wpływem niemożliwego do odparcia nacisku czegoś, co zamienia poetę w demona, w głos radykalnej inności. Poezja pierwszego typu to – powiedzmy – Jan Kochanowski wyzwalający w trenach nuklearne zgoła energie retoryki obliczonej wyłącznie na zagadanie jego bólu; drugi typ poetyckiego działania to Konrad eksplodujący na ściany swej celi tym, co wydarły z niego anioły i diabły.

Tej drugiej poezji, tej manicznej się boją. Bo przecież już Platon nie miał wątpliwości: poeta owładnięty manią za nic ma sobie normy i prawa, organizacje i instytucje, polityków, filozofów i kapłanów – on bezpośrednio z bogami gada… Sowa bogini mądrości – przypominał Wat – ożywa wtedy, gdy gaśnie upiorny blask wszystkowidzącego oka władzy; wtedy, gdy nic nie widać, gdy widać już tylko owo błogosławione nic, będące innym nazwaniem absolutnej wolności poszukiwania i stanowienia sensu. To poeta jako transmiter boskiego głosu anarchizuje ustalone porządki: katastrofę nazywa wypadkiem, inwestycję – niesprawiedliwością, sanację – pełzającą dyktaturą, powstanie – wojną domową. W świecie ślepców jednooki król – a gdy władza sankcjonować chce szaleństwo jako rozum, to wtedy właśnie mania (a nawet Mania – bo pod takim imieniem Grecy znali boginię obłędu) uzdalnia do mówienia strasznych prawd, do wykrzykiwania ponad głowami tłumu, że siostra Ratched jest naga. Dlatego właśnie EmKaiDeEn musi wygonić poetów – wszystkich (albo prawie wszystkich, o czym – o tym „prawie” – za chwilę) – z państwa. Wyświecić ich z Miasta rządzonego przez zmorę Mądrości żywiącej się kultem wojny, nekrofilną fascynacją historyczną rzezią, podsycaniem ekonomicznego resentymentu i brzydotą estetyki zwasalizowanej przez oficjalny obrzęd.

***

A skąd ten psi trop, który zapowiedziałem już w tytule tego mojego tu pisania? Być może pamięta ktoś Wielką Improwizację głównego bohatera Dnia świra Marka Koterskiego – Adaś Miauczyński, sfrustrowany nauczyciel polskiego (ale przecież też poeta – bo i sam pisze, i żyje z wzniosłego trudu bycia rozjaśniającym głosem poetów) odchodzi z nędzną wypłatą od okienka w szkolnej kasie i mówi, między innymi, tak: „wszechporażająca nas wszystkich pogarda władzy od dyktatury aż po demokrację, która nas, kałamarzy, ma za mniej niż zero. Dlaczego władza każdej maści ma mnie za nic? Czy czerwona, czy biała, jestem dla niej śmieciem, kurwa! Pod każdą władzą czuję się jak kundel!”

To mogłoby być podsumowanie tego, o czym mówię – obawiająca się poezji władza zawsze będzie sięgać po narzędzia wykluczenia, zmarginalizowania, skundlenia. Ale władza powinna też pamiętać o tym, o czym wiedział już Adam Mickiewicz, gdy kreślił ostatnie wersy „Do przyjaciół Moskali” – że niewiele jest rzeczy bardziej niebezpiecznych niż nadmiernie skundlony kundel, „który tak się wdroży / Do cierpliwie i długo noszonej obroży, / Że w końcu gotów kąsać rękę, co ją targa.”

Tak, właśnie tak. Bo przecież „dyktaturami zawsze wstrząsają poeci” – tak kończy się monolog Adasia Miauczyńskiego. I o tym myślałem sobie dzisiaj, gdy próbowałem zmóc wicher i deszcz w drodze do pewnego marketu budowlanego, a dyktatura nieba wstrząsana była pierwszą w tym roku wiosenną burzą, ryjącą powietrze w kolory niczym z Muncha. Przemakając do nitki myślałem, jak ostre są zęby skundlonego Konrada Góry, skundlonego Ryby, skundlonego Dawida Mateusza. Ale też skundlonej Marty Podgórnik, skundlonej Joanny Mueller i skundlonej Niny Manel. I nawet – czego może nie przeczuwa nikt z emkaideenowckich platonów i innych nowosilcowów – skundlonego Szymona Słomczyńskiego, skundlonego Rafała Gawina, skundlonego Jakobe Mansztajna i skundlonego Rafała Skoniecznego. I w ogóle całej tej skrajnie niebezpiecznej watahy – a imię jej Legion. I wicher przytargał mi wtedy jeszcze jeden cytat, tym razem z Julio Cortázara: „nikt bowiem nie jest bezpowrotnie stracony i wielu poetów pisuje nadal na ścianach komisariatów na południu, północy, zachodzie i wschodzie tej ohydnej, przecudownej ziemi”.

***

No dobra – ale przecież napisałem na początku, że walnym impulsem do tej kończonej właśnie refleksji był dla mnie moment, w którym dowiedziałem się, że wybitnie zasłużonym dla mowy naszej ojczystej Prezydent Rzeczpospolitej Polskiej uznał Wojciecha Wencla; a później wspomniałem też, że niektórych poetów jednak się z naszego Miasta nie wyświeci (tak, tu też o Wencla mi chodziło). No właśnie – czy przyjdzie mi teraz wszystko odszczekać? Bo skoro moim zdaniem nie chodzi dziś w Polsce o wygrywanie jednej poezji przeciw drugiej, ale o flekowanie poezji jako takiej – to o czym ja właściwie mówię, czego się lękam, skoro oto poeta doczekuje się takiej nobilitacji?

Nie, nie będzie odszczekiwania – będzie to, czym Wat opisuje swój przywoływany uprzednio wiersz, czyli cytat z samego Platona, który to cytat, jak sądzę, wszystko domknie i wszystko wyjaśni – a już na pewno to, czemu lęk władzy przed poetycką manią i tejże władzy laur dla autora „Ody na dzień św. Cecylii” to dwie strony tego samego medalu: „wystarczą nam poeci mierni, za to użyteczni: niech naśladują mowę naszych cnót a styl ich stosować ma się do reguł, któreśmy wypracowali podejmując trud wychowania wojów”.