debaty / ANKIETY I PODSUMOWANIA

Skaczemy po górach, czyli rysowanie grubą kreską najważniejszych punktów odniesienia

Adam Poprawa

Artur Burszta

Bartosz Sadulski

Grzegorz Jankowicz

Paweł Kaczmarski

Piotr Czerniawski

Przemysław Witkowski

Głosy Artura Burszty, Piotra Czerniawskiego, Grzegorza Jankowicza, Pawła Kaczmarskiego, Adama Poprawy, Bartosza Sadulskiego i Przemysława Witkowskiego w debacie "Barbarzyńcy czy nie? Dwadzieścia lat po 'przełomie'".

strona debaty

Barbarzyńcy czy nie? Dwadzieścia lat po „przełomie”

Zapis dyskusji „Barbarzyńcy czy nie. Dwadzieścia lat po ‚przełomie'”, która odbyła się w księgarni Port Literacki 20 marca 2009 roku

Grzegorz Jankowicz: Naszym zadaniem jest podsumowanie ostatniego dwudziestolecia w polskiej literaturze. Jakiś czas temu w krakowskim Instytucie Kultury powstał projekt badawczy, którego celem była socjologiczna analiza pola literackiego od 1989 roku do dziś. Dlaczego pole literackie, a nie np. najważniejsze wydarzenia literackie? Doszliśmy do wniosku, że to, co wydarzyło się po 1989 roku, stanowi pewną całość złożoną z rozmaitych języków, dyskursów, instytucji. Chciałbym państwu zaproponować rozmowę na temat owego szeroko rozumianego pola literackiego. Ale zanim zaczniemy naszą dyskusję, musimy ustalić symboliczny początek owego okresu.

Piotr Czerniawski: Myślę, że ważnym tropem na początek są Zimne kraje Świetlickiego z 1992 roku. Jeśli mówimy o 1989 roku i o przełomie, to trzeba wyznaczyć ten pierwszy, symboliczny moment, wypowiedź poetycką, która nada impet zrywowi pokoleniowemu. Zimne kraje to była książka zawsze wymieniana jako pierwsza nowa wypowiedź poetycka, skierowana przeciw poprzedniemu pokoleniu.

Przemysław Witkowski: A czy to nie jest trochę tak, jak ze Skamandrem? Kontekst, w jakim oni zaistnieli (1918 rok, niepodległość, odciążenie ideologiczne i polityczne literatury itp.). Czy w przypadku „brulionu” nie mamy do czynienia z czymś podobnym? Tak, jak Skamander na długo zdominował scenę poetycką, a poeci tej formacji, Tuwim, Iwaszkiewicz, do dziś są utożsamiani z poezją międzywojnia (dopiero po nich wymienia się Wata, Sterna), tak i w naszej recepcji, niezależnie od tego, co było po „brulionie”, poezję „przełomu” zdominowali Jacek Podsiadło, Marcin Świetlicki czy Marcin Sendecki… Dominacja w dyskursie popularnym tej opcji utrzymuje się. Nie mówię, że ma wpływ na pisanie młodych polskich poetów…

Grzegorz Jankowicz: Chodziłoby zatem o to, że pomiędzy 1918 i 1989 istnieje specyficzna konwergencja. Skamander wszedł na scenę literacką, ponieważ istniały odpowiednie warunki, które umożliwiły zmianę pokoleniową. Podobnie w 1989 – pojawiło się nowe pokolenie, które trafiło na odpowiedni moment, na moment otwarcia przestrzeni kulturowej, społecznej i politycznej.

Przemysław Witkowski: Było oczekiwanie czegoś nowego w literaturze, pojawiła się formacja, która spełniała mniej więcej to założenie, toteż udało im się osiągnąć to, czego później, mimo naprawdę dużych nakładów, nie udało się osiągnąć żadnej innej grupie. Takiej dominacji, takiego kojarzenia, istnienia w popularnym obiegu. Nie twierdzę, że Świetlicki jest gwiazdą pop, ale w ramach poezji polskiej tak to można opisać.

Piotr Czerniawski: On przede wszystkim wydał książkę, która spełniała wszystkie warunki, żeby być książką przełomową. Po pierwsze, pojawił się nowy język poetycki, zastosowany bardzo konsekwentnie. Po drugie, było bardzo wyraźne odcięcie od poprzedniego pokolenia poetyckiego i wymierzony mu policzek…

Grzegorz Jankowicz: O jakim pokoleniu mówimy? Chodzi o to, żebyśmy sporządzili taką najogólniejszą mapę historyczną: jeżeli Świetlicki na początku lat 90. wchodzi do obiegu literackiego i wymierza policzki starszemu pokoleniu, to kto jest jego oponentem?

Piotr Czerniawski: Tym poprzednim pokoleniem, które bylibyśmy w stanie jakoś ukonstytuować, byłaby jednak Nowa Fala, która w latach 80. już stopniowo odchodziła, a właściwie degenerowała się i obsadzała pozycje, natomiast nie powstawały pod koniec lat 80. żadne wybitne pozycje poetów związanych z tą formacją…

Adam Poprawa: A Widokówka z tego świata?

Piotr Czerniawski: …Więc jako to poprzednie pokolenie identyfikowana była Nowa Fala, jak sądzę.

Przemysław Witkowski: To też ciekawe, czy mówimy o popularnej, czy bardzo szczegółowej recepcji…?

Grzegorz Jankowicz: Skaczemy trochę po górach, ale chodzi o zarysowanie najgrubszą kreską najważniejszych punktów odniesienia.

Piotr Czerniawski: Kto zaatakował Świetlickiego jako pierwszy? Poeta nowofalowy. Ale on nie zaatakował bezpośrednio Nowej Fali, zaatakował, tak się przynajmniej mówiło, Polkowskiego… Niemniej, jeśli on atakuje Polkowskiego, a zaatakowani czują się nowofalowcy, coś jest na rzeczy.

Adama Poprawa: Nie należy zapominać o pokoleniu ludzi trochę młodszych od nowofalowców, choć jak się patrzy na metryki, to jest to zaledwie kilka lat różnicy, pokolenie zupełnie inne, nazywane Pokoleniem ’76. Wśród nich Piotr Sommer, Bronisław Maj i kilku innych poetów, którzy mieli trochę za mało czasu w historii, zwłaszcza w gęstej, ostrej historii politycznej tamtych lat, żeby stać się pokoleniem tak wyrazistym, jak Nowa Fala. Zresztą ze względu na ówczesną sytuację polityczną byli w bardzo niewygodnej sytuacji, bo polemika poetycka, literacka czy estetyczna z Nową Falą mogła zostać odczytana jako polemika propagandowa, zgodna z oczekiwaniami decydentów. Poza tym oni mogli ewentualnie krytykować założenia Nowej Fali, a nowofalowcy w późnych latach 70. oficjalnie nie mogli się bronić, bo byli objęci zakazem druku. W każdym razie, poza okolicznościami stricte politycznymi, w końcu lat 70. Nowej Fali jako pokolenia już nie ma, oni działają na własną rękę i – będę się spierał z Piotrem – ogłaszają tomiki wybitne, myślę przede wszystkim o Widokówce z tego świata(1988) Stanisława Barańczaka, Jechać do Lwowa (1985) Adama Zagajewskiego. Wydaje mi się, że to jest jego ostatni naprawdę dobry tom, ale jego odbiór był spowodowany również tym, co czytamy przy zupełnie innej okazji u Miłosza: „aż nazwą odkryciem postarzały zakaz”. Nagle okazało się, że pisanie o różnych szczegółach, obserwacja świata i zachwyt tym światem, że to jest odkryciem.

Przemysław Witkowski: Nie chodziło mi o to, że jest to tomik niewybitny, czy wręcz zły, chodziło mi tylko o to, że Świetlicki ewidentnie od tego kierunku się odcina.

Adama Poprawa: Tak, z tym, że to odcięcie jest bardzo szczególne. Żeby zrozumieć polemikę z Janem Polkowskim, trzeba wiedzieć, kim był Polkowski. Żeby zrozumieć apolityczność Świetlickiego, trzeba oczywiście zauważyć – bo w języku polityki różnie można to czytać – że fraza „niczego o mnie nie ma w konstytucji” jest deklaracją polityczną. W każdym razie istotniejsze jest niewątpliwie to, że to dla mnie trochę zapomniane, trochę niedostrzegane Pokolenie ’76 przygotowuje język, który będzie później, w drugiej połowie lat 80., odkryty, i który powoli będzie nabierał znaczenia w „brulionie”. „brulion”, kiedy powstawał, był nastawiony podwójnie krytycznie, podwójnie opozycyjnie: zarówno wobec pierwszego obiegu, jak i wobec pewnych modeli drugoobiegowych.

Miałem przyjemność poznać tych ludzi w fazie „burzy i naporu” „brulionu”. Robert Tekieli, jeszcze przed swoim nawróceniem, w którymś z akademików krakowskich zagadywał o jednego, drugiego autora: „dołóż mu! dołóż mu!”. „brulion” szedł na atak, a że wielokrotnie miał w tym rację, to jest oczywiście inny problem. I tutaj myślę, że to oczekiwanie, o którym mówił Przemysław Witkowski, rzeczywiście było i w wypadku Skamandrytów, i w wypadku poetów po 1989 roku. Na tomik Świetlickiego bardzo mocno czekano, tyle, że te oczekiwania są nieraz powierzchowne, pojawi się jeden poeta – wystarczy, publiczność jest nasycona, tym bardziej, że model odbioru poetyckiego mocno się zmienił.

Nie wchodzę w korektury i w szczegóły historycznoliterackie, bo dużo by mówić na ten temat. Skamandryci rzeczywiście odegrali dużą historyczną rolę, ale przyznam się, że kiedyś miałem wykłady z historii międzywojennej literatury polskiej, i kiedy patrzyłem na te ważne z historycznego punktu widzenia wiersze Skamandrytów, stwierdziłem, że ciekawsze od tego byłoby, gdybym pomówił o tym, co się wtedy działo w literaturze europejskiej, i cztery wykłady zeszły na samego Ulissesa.

Przemysław Witkowski: Nie miałem zamiaru wyróżniać Skamandrytów, mówiłem tylko o oczekiwaniu i recepcji, tak samo, jak było z pokoleniem „brulionu”. Oni mieli to szczęście, że weszli w te dwa, trzy, cztery lata, w których istniało wrażenie, że wszystko można wydać, w dowolnej ilości, a ludzie to kupią, ponieważ przez czterdzieści pięć lat kupić nie mogli. Wychodziły wtedy miliony pism, najróżniejsze książki, ale po kilku latach okazało się, że ludzie nie są zainteresowani sztuką wyższą w takim stopniu, na jaki liczono. W efekcie twórcy z okolic „brulionu” zdążyli się zakorzenić jako poszczególne, dominujące osoby w recepcji czytelników, a kolejne grupy, pokolenia, osoby miały mniej szczęścia, bo musiały się mierzyć z kapitalizmem, rynkiem wydawniczym, nakładami, sprzedażą.

Bartosz Sadulski: Tu dotykamy tak naprawdę sedna przełomu ’89, bo mimo że był to ewidentny przełom polityczny, to kiedy myślimy o nim w kontekście literackim, to jest to raczej przełom wydawniczy: następuje decentralizacja wydawnicza, co pociąga za sobą te konsekwencje, o których powiedział Przemek. Natomiast ja bym chciał powiedzieć, że z perspektywy tego dwudziestolecia można odnieść wrażenie, że poeci „brulionu” są rzeczywiście ważni, ale nie wiem, czy nie największe znaczenie miała ta trzecia droga, czyli Andrzej Sosnowski, który z „brulionem” nie był związany w żaden sposób. Wariant Sosnowskiego, o którym często pisze Karol Maliszewski, czyli coś pośrodku, pomiędzy tymi umownymi klasycystami a barbarzyńcami. Można by pewnie powiedzieć o jeszcze jednej, czwartej drodze, reprezentowanej przez np. Honeta, Różyckiego czy Majzla, czyli naszych imaginistów. Natomiast z perspektywy czasu można zażartować, pisał o tym Piotr Kępiński, że może nie tyle nie było pokolenia „brulionu”, co zrobiło się z niego pokolenie „bulionu”, ci wszyscy poeci utyli, spuchli i posiwieli i zdziadziali; ale mam wrażenie, że w latach 90. było więcej ważnych debiutów niż chociażby w ostatniej dekadzie.

Grzegorz Jankowicz: Większość książek krytycznoliterackich, które powstawały w tamtych czasach albo w latach następnych, podsumowując pierwszych sześć, siedem lat po 1989 roku, miały w tytule przemianę lub przełom: Apetyt na przemianęŚlady przełomuChwilowe zawieszenie broni. Niemniej jednak pod koniec lat 90. po raz pierwszy pojawiły się pierwsze głosy (i – co najważniejsze – wychodziły one spod pióra krytyków, którzy jeszcze w 1994 i 1995 roku byli gotowi bronić „brulionu”, chociaż sami do tej formacji nie należeli) podkreślające, że „brulion” nie wyznacza prawdziwego przełomu w literaturze polskiej. Jest raczej zjawiskiem przejściowym, które przygotowuje drogę radykalnie nowej propozycji literackiej. Jak widzicie kwestię przełomu 1989?

Przemysław Witkowski: Ja to widzę jako przełom, przełom, który raczej nadgania coś, co zostało opuszczone w rozwoju poezji w Polsce, niż przynosi coś nowego. Przyswojenie sobie poetyki czy to – wcześniej – szkoły nowojorskiej, czy też Lowella i Berrymana, to nie było coś, co działo się równolegle z poezją amerykańską, to się wydarzyło dwadzieścia, dwadzieścia pięć lat za późno… Więc dla mnie to byłby skok w kierunku dorównania temu, co dzieje się w literaturze na świecie, jeśli chodzi o sposób wypowiedzi poetyckiej…

Piotr Czerniawski: Cofnijmy się do tego, co powiedział Grzegorz, że pokolenie „brulionu” przygotowało jedynie miejsce pod przełom, przecież nic takiego nie zaszło…

Przemysław Witkowski: Oni zrezygnowali z tej wzniosłej poetyki, tego napuszonego tonu, sprowadzili poezję na ziemię, przynajmniej językowo…

Piotr Czerniawski: Musimy jednak narysować lekkie tło historyczne, bo bez tych punktów zaczepienia nie ruszymy. To, że Marian Stala w końcu lat 90. ogłosił na łamach „Tygodnika Powszechnego” tezę, że przełomu nie było, a „brulion” to faza przejściowa, było spowodowane tym, że pokolenie weszło w fazę upadku. Redaktorzy pisma doznali bardzo gwałtownego nawrócenia, odcięli się dosyć mocno od wszystkich wcześniej firmowanych działań, czyli przede wszystkim od tego nurtu największej zgrywy. Odcięli się od Totartu, od swoich autorów, stali się śmiertelnie poważni, przy czym Świetlicki i Podsiadło, dwa nazwiska, które od 1992 do, powiedzmy, 1997 roku były w dyskursie wszechobecne, nieomal jedyne, dwaj giganci nowej poezji, oczywiście ignorowani przez krytyków starszych, za to czytani przez młodzież (dla gości w czarnych swetrach był Świetlicki, dla gości z dreadami był Podsiadło), nie przejęli przywództwa. Odcięli się, stopniowo zaczęli zmieniać swoje poetyki i wycofywać się w rejony, w których już nie mogli być tak popularni.

Przemysław Witkowski: Czy mówimy personalnie, czy mówimy o tym, że pewne pokolenie na poziomie języka, na poziomie używanych narzędzi zmienia poezję, bo jeżeli mówimy o osobach, to możemy mówić, że Podsiadło to…

Piotr Czerniawski: Podsiadło mógł tłuc swoje anarchistyczne wiersze pewnie i do 2009 roku, ale on zaczął w pewnym momencie pisać coraz bardziej prywatne wiersze i w którymś momencie zniknął… Świetlicki sto razy odcinał się od tego, co pisał wcześniej, i tysiąc razy powtarzał, że rola czołowego poety pokolenia go nie interesuje. Więc pojawiła się próżnia.

Przemysław Witkowski: Mówimy teraz o pokoleniach, czy o poezji…?

Grzegorz Jankowicz: Mówimy o dynamice pokolenia. Początkowy impet z lat 90. ustąpił miejsca powolnej atrofii. Zmieniły się postawy ideowe (przykład Tekielego jest znamienny), ale także najważniejsi twórcy pokolenia stracili ochotę na przewodzenie (o ile w ogóle ją mieli). Piotr stawia tezę, że nowego nie było; że „brulion” doprowadził do powstania nowej formy kulturowej, postawił nowe fundamenty, po czym je zdemontował, i na to puste miejsce nie weszło nic równie wyrazistego. Czy zgadzacie się z taką tezą?

Piotr Czerniawski: Inaczej: to jest kontekst jednego pokolenia, które trwa nadal, w którego wyimaginowanym ciele zachodziły zmiany i przeformowania, a natura oczywiście próżni nie znosi, i w miejsce tej pustki po „brulionie” pojawiło się kilka inicjatyw. Powiedzmy o tej inicjatywie ha!artowej, do której zaraz pewnie dojdziemy, która jednak nie wypaliła, bo też nie wykreowała ani nowych nazwisk, ani tak naprawdę nowego spojrzenia na literaturę: to byli przecież w większości autorzy, którzy zaistnieli gdzie indziej. Możemy pominąć „Lampę i Iskrę Bożą”, która próbowała kontynuować ten nurt jajcarski „brulionu”, ale z powodu ekstrawaganckich gustów Pawła Dunina-Wąsowicza to nie miało najmniejszej szansy powodzenia. Bardzo ważnym elementem jest oczywiście Fort Legnica, z jego pierwotną, punkową energią – on w zasadzie pozbierał sieroty po pokoleniu „brulionu”, dołożył paru nowych autorów, i w tym miejscu zaczęło się konstytuować coś nowego. Możemy jeszcze przypomnieć „Nowy Nurt” jako ośrodek, wokół którego zaczęli się gromadzić młodzi ludzie, i który ma ogromne zasługi zwłaszcza dla krytyki literackiej.

Grzegorz Jankowicz: Do czasów Fortu nie było tak dużej imprezy festiwalowej, która integrowałaby twórców i odbiorców tej literatury.

Adam Poprawa: Wcześniej byłoby to niewykonalne. Kiedy poznałem „brulionowców”, był 1988 rok, i w Krakowie odbywały się – będziecie się śmiali – Młodzieżowe Dni Kultury Chrześcijańskiej pod hasłem „Bądź wierny i idź”. Tam były ciekawe wieczory autorskie i przeróżni poeci. Jury, w którym zasiadali Stala, Filipowicz i Szymborska! Odbywały się przezabawne rzeczy, ale organizacyjnie takie imprezy jak Fort, nie byłyby wtedy wykonalne. Wtedy „brulion” ukazywał się nielegalnie, za jego kolportaż można było zostać zamkniętym, i oni długo zastanawiali się nad tym, czy otworzyć jakąś furtkę, żeby próbować już działać trochę bardziej legalnie, i na ostatniej stronie pojawiło się nazwisko Mirka Spychalskiego i adres do korespondencji. To był wyłom; pierwsza taka rzecz w latach 80.

Przemysław Witkowski: Odnośnie słów Piotra: z Twoją tezą mogę się zgodzić połowicznie. Niewątpliwie, Świetlicki i Podsiadło odcięli się, nie stworzyli środowiska, nie mają gazety, wydawnictwa, ta poetyka jest puszczona samopas. Dla mnie to jest przełom, nie tylko dlatego, że ja, mając czternaście lat, chodziłem w czarnym swetrze i słuchałem Świetlików: dla mnie to było zdjęcie języka z koturnu. Patrząc z perspektywy czasu, „brulion” działał anarchistycznie w tym względzie, że wprowadzał większy luz wypowiedzi, i to w poezji zostało.

Grzegorz Jankowicz: Czy mógłbyś, Arturze, opowiedzieć o początkach Fortu i pomyśle na scalenie środowiska, a może nawet całego pokolenia pod egidą jednego festiwalu?

Artur Burszta: Dziwnie się czuję jako postać historyczna (śmiech). Może więc niech bardziej będzie to głos świadka tamtego okresu.
Mamy 1996 rok. Odbywa się pierwsza edycja festiwalu. Legnicki zespół Sertyżur wykonuje na nim piosenki do wierszy Marcina Sendeckiego. Dwa miesiące później występują na ostatniej imprezie „brulionowej”. Na wylocie jest też „Nowy Nurt”. Dariusz Sośnicki, ówczesny sekretarz redakcji, na moją ofertę współpracy odpowiada: „nasz właściciel wypłynął statkiem, okazuje się, że brakuje mu pieniędzy na kamerę, i prawdopodobnie niedługo ‚Nowy Nurt’ padnie, więc z tej współpracy raczej nic nie będzie”. Nasza inicjatywa pojawiała się zatem w znaczącym momencie.

Możliwe, że cykl „Barbarzyńcy i nie”, który wystartował jesienią tego samego roku, był próbą scalenia środowiska. Z jednej strony znaleźli się tam autorzy związani z „brulionem” – Marcina Barana, Krzysztofa Jaworskiego, Jacka Podsiadło i Marcina Świetlickiego. Z drugiej Darek Foks i Tomasz Majeran – autorzy związani z „Nowym Nurtem”. Nie zabrakło także miejsca dla Andrzeja Sosnowskiego funkcjonującego poza tymi obiegami. Kiedy spojrzymy na zbiorowe zdjęcie z Fortu Legnica ’97, to zauważymy także Miłosza Biedrzyckiego, Adama Wiedemanna, Wojciecha Wilczyka, a także najważniejsze dla tego pokolenia postacie – Piotra Sommera i Bohdana Zadurę.

Po pierwszej edycji cyklu zakończonej wydaniem książki Zimne kraje 3 Marcina Świetlickiego wszystko potoczyło się samo. Jedno wynikało z drugiego. Przełomowy był na pewno festiwal w 1998 roku i przyjazd Irlandczyków. Pojawiła się tajemnicza „loża masońska” i „sąd kapturowy”, który decydował, kogo zapraszać do Fortu. Do grona autorów dołączyli: Tomek Różycki, Marcin Hamkało, Radek Kobierski, Jacek Gutorow, potem Roman Honet, Krzysztof Siwczyk i pierwsza w tym towarzystwie poetka Marta Podgórnik. Na pewno znaczący był także akces Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego, wówczas tajemniczej postaci, poety kojarzonego tylko z książkami, który przez całą dekadę lat 90. nie pojawiał się publicznie. Rok później Fort został zdobyty. Na czwarty festiwal przyjechało tyle osób, że przed jednym z wydarzeń musiałem prosić publiczność o zachowanie środków ostrożności, bo jeden drobny niedopałek mógł puścić z dymem Teatr Modrzejewskiej (śmiech). Musieliśmy zdecydować co dalej. Nie było już odwrotu. Zamknięty i elitarny Fort przemienił się w przyjazny dla wszystkich Port.

Czy tym legnickim działaniom należy się jakieś szczególne miejsce w tym przełomie, o którym próbujemy tutaj rozmawiać? Trudno jest mi to oceniać.

Piotr Czerniawski: Wydaje się, że w tych pierwszych latach Fortu nie było ambicji, żeby kreować nowe zjawiska. Rzeczywiście, Dycki jest pierwszym takim autorem, który wcześniej publikował, miał recenzje, i zaczął być z Fortem jednoznacznie kojarzony. Stał się po zmianie Fortu w Port pierwszą gwiazdą nowej formuły imprezy, coraz bardziej otwartej i przeglądowej. Tam się po prostu jeździło się na poetów, ludzie z całego kraju przyjeżdżali nie tylko na konkretne nazwiska, ale dlatego, że tam byli „nasi”. Pamiętam fantastyczne rozmowy z ludźmi, których widziałem tam pewnie pierwszy i ostatni raz, którzy byli fanami jakiegoś autora, który dopiero co wydał jedną książkę, a oni przemierzali całą Polskę, żeby go zobaczyć. I ta energia się oczywiście zgubiła po drodze, bo w tym pokoleniu, jak się ma dwadzieścia lat, to jest się już takim poważnym staruszkiem.

Powracając do wcześniejszej wypowiedzi Przemka Witkowskiego: nie możemy mówić o językach poetyckich, bo trudno je wyodrębnić, będziemy mogli tę sferę podsumować, kiedy pojawi się nowe pokolenie, które wymierzy kopniaka temu staremu…

Kamil Zając: Nie sądzisz, że była taka rzecz, że to pole, o którym mówił Grzegorz, zostało rozszerzone, chodzi mi o język, który przestał być „dzikim mięsem, które rośnie w ranie”, a zaczęto się nad nim zastanawiać. Bo to, o czym mówimy, ta pokoleniowość, te podziały, „brulion” nie „brulion”, to dla mnie skansen. Ważny, istotny, ale jednak skansen, to nie było dla mnie dotykalne; za to rozszerzenie pojęcia języka – spory literackie, choćby ten najsłynniejszy spór Podsiadły z Sendeckim, Piotr Sommer, jego przekłady Irlandczyków, jakiś nowy oddech, idąca za tym nowa krytyka, teoria literatury i filozofia – to było to coś ważnego, co nastąpiło w dwudziestoleciu, a właściwie w jego pierwszym dziesięcioleciu, a w drugim dziesięcioleciu stało się najważniejsze.

Paweł Kaczmarski: Chciałbym się odnieść do wcześniejszych słów Artur Burszty. Czy Fort Legnica, a potem Port, miał znaczenie historyczne? Owszem: stłumił – przynajmniej ja tak to rozumiem – jakiś nacisk czy pośpiech w tworzeniu kolejnej formacji pokoleniowej. W tamtym momencie Fort jawi się jako moment zawieszenia czy spokoju, który pozwala na wprowadzenie nowych narzędzi językowych, pewną reformę poetyki.

Grzegorz Jankowicz: Na sekundę wejdę ci w słowo: w tym mniej więcej czasie pojawia się wysyp książek podsumowujących dwie pierwsze fale po ’89 roku, więc rzeczywiście w tym sensie jest to teza prawdziwa. Nie było ataku na pokolenie, krytycy towarzyszący mieli czas, żeby sformułować i podsumować tezy krytycznoliterackie na temat języka, gatunków, konwencji itd.

Paweł Kaczmarski: Ja poszedłbym jeszcze o krok dalej i powiedział, że, przynajmniej z mojej, zdecydowanie młodszej perspektywy, jeżeli przełom się dokonał, to właśnie wtedy. Te przemiany historyczno-socjologiczne na polu literackim mnie wydają się bardzo marginalne. Dopiero ten moment, kiedy umożliwiono wprowadzenie czegoś nowego do poetyki, można uznać za przełomowy. Dlatego jeśli szukać przełomu, to w okolicach Portu, i w tym sensie był on wydarzeniem jak najbardziej historycznym.

Grzegorz Jankowicz: Co Państwo na to?

Piotr Czerniawski: Ciężko powiedzieć, bo jeżeli pokolenie trwa dwadzieścia lat, to jasne, że w międzyczasie pojawiają się ludzie, którzy w wchodzą w literaturę, i dla nich te punkty graniczne wyglądają inaczej. Weźmy Krzysztofa Jaworskiego – kto go czyta z dwudziestoletnich ludzi? To był autor niezwykle istotny, którego po dziesięciu latach przypominamy sobie jak wykopalisko, a przecież to zjawisko, które nadal trwa, to nie jest gość z innego pokolenia. Jest trochę tak, że Andrzej Sosnowski zaciera te poetyki lat 90. przez swój niewiarygodny, biorąc pod uwagę początki, wpływ, i ciężko sobie wyobrazić, że coś przed nim mogło być… To jest też kwestia tego, że zabrakło przywódców, więc w naturalny sposób musiało pojawić się nazwisko, które byłoby punktem odniesienia.

Grzegorz Jankowicz: Ale co to znaczy, Piotrze, że musiało się pojawić takie zjawisko?

Piotr Czerniawski: Zawsze są jakieś punkty orientacyjne, i zawsze jest tak, że pojawia się ktoś, kto jest po prostu punktem odniesienia dla piszących, niekoniecznie dla tych, co bezpośrednio go kopiują, chodzi o sposób podejścia do materii poetyckiej.

Paweł Kaczmarski: Ja bym polemizował, bo miałbym kłopot z oceną, czy większy wpływ na to, co się teraz dzieje w poezji ma Andrzej Sosnowski, czy zeszłoroczne debiuty. Widzę to tak, że doszło do pewnego ujednolicenia pokoleniowego: ci najstarsi, nawet jeszcze związani z „brulionem”, Świetlicki już może nie, ale na pewno Sendecki, i całkiem świeży debiutanci, mają wpływ bardzo porównywalny, nie ma takiego hierarchizowania nazwisk.

Przemysław Witkowski: Może teraz, bo parę lat temu znalazłbym sporo zdecydowanych kopistów i epigonów Sosnowskiego. Myślisz, że teraz ich nie ma?

Piotr Czerniawski: Ja to wciąż widzę w zdecydowanej większości nowych rzeczy. Dopiero zaczynają się pojawiać pierwsze zwiastuny uwolnienia młodych poetów spod wpływu Sosnowskiego. Co z tego, skoro są pod wpływem Honeta? Nie wydaje mi się, aby pojawiły się ostatnio książki, które świadczyłyby o tym, że szykuje się jakiś przełom pokoleniowy. Sosnowski jest nadal najmocniejszym nazwiskiem, przede wszystkim przez fakt, że od kilkunastu lat wciąż wychodzą jego nowe książki, wciąż czyta się jego nowe wiersze. Fakt, że pojawia się grupa nudziarzy kopiujących poetykę tego czy innego poety nie ma znaczenia. Jeśli słyszę, jak Igor Stokfiszewski mówi, że Jaś Kapela to jest coś nowego, to się śmieję, bo wiem, że to jest kopia Filipa Zawady. A Filip Zawada jest poetą pokolenia „brulionu”, w którego ostatnim numerze zdążył opublikować kilka wierszy.

Grzegorz Jankowicz: Chciałbym Państwu teraz zaprezentować tezę Dariusza Nowackiego, jaką przedstawił on w odpowiedzi na naszą ankietę na temat przełomu. Według Nowackiego w ’89 roku sytuacja była bardzo trudna dla ludzi, którzy chcieli, jak na przykład Tekieli, robić kulturę, ponieważ nie istniały żadne mocne punkty odniesienia. „brulion” wchodził na pustą scenę literacką. Nie trzeba było niczego burzyć, negacja istniejącego porządku kultury była niepotrzebna, bo ów porządek był podówczas bardzo słaby. To stwarzało doskonałe warunki dla młodych autorów, którzy cieszyli się niemal nieograniczoną wolnością. Nie musieli się nikomu kłaniać. Trudno było działać w dialektycznym spięciu z poprzednikami, ale z drugiej strony nie trzeba było wykonywać żadnych gestów feudalnych.

Piotr Czerniawski: Nie wiemy, co by było, gdyby nie upadł „brulion”, gdyby paru osobom nie odbiło w pewnym momencie.

Grzegorz Jankowicz: To prawda, ale pozwólcie, że dokończę tezę Nowackiego: oni nie musieli kłaniać się instytucjom, Marcin Świetlicki nie przyjął Paszportu „Polityki”, Jacek Podsiadło nie dał się wciągnąć w machinę medialną etc., choć przyjął nagrodę im. Miłosza, więc zrobił ukłon w stronę literackiego establishmentu. Niemniej jednak żadne inne pokolenie z takiej – trochę przypadkowej – wolności nie korzystało. Roczniki 70. miały dużo trudniejszy start.

Przemysław Witkowski: Ja jestem trochę młodszy i zastanawia mnie, czy wyście traktowali te kontestacje poważnie? Świetlicki i Podsiadło kontestator? Świetlicki prowadzi Pegaza, Podsiadło pisze felietony do „Tygodnika Powszechnego”…

Piotr Czerniawski: Jednak jest pewne zaskoczenie, że Podsiadło, poeta kojarzony z byciem kompletnym outsiderem, okazuje się być pierwszym młodym autorem, który wyciąga wnioski z Miłosza i potrafi na tej bazie stworzyć coś nowego. Ikona roczników 70. został jednak Dycki.

Grzegorz Jankowicz: W 2000 roku Dycki został przez organizatorów krakowskiego festiwalu „Zapowiadających Się” zaproszony w charakterze gościa specjalnego. Patronem tego eventu zainicjowanego przez „Ha!art” był Stanisław Czycz. Chodziło o to, by podkreślić nowość, jaką była propozycja roczników 90., propozycja trochę po macoszemu potraktowana przez starszych. Ci autorzy przyjeżdżali do Legnicy zawsze w charakterze publiczności, może poza Siwczykiem…

Artur Burszta: Wydaje mi się, że całkiem sporo z owych zapowiadających się, to są osoby, które w Legnicy miały swoje czytania…

Grzegorz Jankowicz: Na festiwalu zapowiadających się było trzydziestu autorów, z czego moim zdaniem trzech, czterech zaprezentowało mocne propozycje poetyckie.

Artur Burszta: Ja jakoś nie rozumiałem do końca tej inicjatywy. Niby roczniki 70. a Tomasz Majeran czy Jacek Gutorow mimo, że urodzeni w 1971 roku, nie byli na festiwal zaproszeni. Czas pokazał, że była to wątpliwa inicjatywa. Bo nic takiego, jak pokolenie roczników 70., w przestrzeni literackiej nie zaistniało.

Grzegorz Jankowicz: Moim zdaniem to nietrafiona teza. Zgodziłbym się z pierwszą jej częścią, że inicjatywa, jaką było wprowadzenie do literatury nowego pokolenia roczników 70., to był pomysł kaskaderski, realizowany z dosyć sporym zapleczem logistycznym, ale bez wyraźnego pomysłu krytycznoliterackiego. Natomiast jeśli chodzi o drugą część, to zgody nie ma. Jeśli ten pierwszy festiwal spełnił jakąkolwiek funkcję, to jako medium, dzięki któremu ludzie zaczęli się ze sobą komunikować. To było laboratorium, w którym testowano rozmaite scenariusze. Doświadczenie z roku 2000 zaowocowało bardzo silną integracją młodego środowiska intelektualnego, które najpierw zgromadziło się wokół „Ha!artu”, potem także wokół „Krytyki Politycznej”. Pojawiła się bardzo mocna propozycja kulturalno-społeczno-polityczna.

Artur Burszta: Ale nie literacka.

Bartosz Sadulski: Mam wrażenie, że to świadczy o tym, że te podziały, które dobrze sprawdzały się i funkcjonowały w latach 90., czyli np. podział na barbarzyńców i klasycystów, zupełnie nie przystaje do rzeczywistości po 2000 roku. Podjęliśmy z Przemkiem Witkowskim próbę sklasyfikowania języków poetyckich roczników 80., ale debiutujących po 2000 roku, i było to zadanie bardzo skomplikowane, wyszła nam taka bardzo gęsta mapa. Jeżeli cechą poezji lat 90. jest, jak się często mówi, wielogłosowość, to jak nazwać, sformalizować poezję lat 2000? Roczników 70. czy 80. nie konstytuuje teraz jakiekolwiek czasopismo czy struktura, tak jak to było w przypadku roczników 60., które były konstytuowane przez „brulion”. Być może jest to zasadnicze zagadnienie dla historyków i krytyków.

Przemysław Witkowski: Czyli jest to taka krzywa opadająca sinusoidalnie: wstępuje pokolenie „brulionu”, załamuje się ta fala, potem pierwsza Legnica, znów trochę w górę, ale już mniej, potem „Ha!art”, jeszcze mniejszy ruch w górę, potem jeszcze coś, a teraz – lecimy w dół, jeśli chodzi o recepcję pokoleń.

Grzegorz Jankowicz: Jest w tym sporo prawdy. Ci, którzy na początku tej dekady wykorzystywali literaturę roczników 70. do promocji nowej instytucji, w tej chwili tę literaturę porzucają.

Bartosz Sadulski: Ale to nie są środowiska, którym zależy na generowaniu nowych zjawisk poetyckich, bo trudno za takie uznać wydawanie przez ha!art serie poetyckie, w której w tym roku znalazły się tylko dwie pozycje, Król i Konstrat. Nie widać, żeby to było zaprogramowane na tworzenie konkretnego, długofalowego projektu, tak, żeby można było mówić o generacji „Ha!artu”, bo coś takiego jednak nie istnieje. Tak samo jest z „Krytyką Polityczną”. To nie jest środowisko, któremu zależy na tworzeniu nowych zjawisk poetyckich. Wśród czasopism, których jest wiele, które pojawiają się na miesiąc, na rok, na dwa lata, nie ma instytucji, która ma ochotę wziąć na swoje barki tworzenie takich zjawisk.

Przemysław Witkowski: Brakuje też w tych istniejących już wydawnictwach czy ośrodkach koncentracji wokół jakiejś poetyki, czy wokół polityki wydawania, bo to najczęściej jest „od Sasa do Lasa”. Bo jeżeli u Ciebie, Arturze, wychodzi i Jacek Dehnel, i Marcin Sendecki, jeżeli w SDK-u jest taka sama rozpiętość autorów, od Szpidlera po Przybyłowskiego, to nie możemy powiedzieć, że istnieje jakaś polityka promowania pewnej poetyki, pewnego stylu pisania, pewnej grupy autorów, którzy jakoś są ze sobą zbieżni. Uważam, że to też jest istotny brak na polskim rynku, brak czasopism i wydawnictw, które maja wyraźną orientację, czy to poetycką, czy to polityczną.

Piotr Czerniawski: Tak naprawdę najważniejszy jest brak krytyki…

Przemysław Witkowski: Ogólnie wydaje mi się, że sytuacja na polskim rynku wydawniczym powinna dążyć do sytuacji, gdzie są pisma o wyraźnej linii, wydawnictwa korespondujące z linią tych pism i wydające książki, które mieszczą się w pewnej poetyce, a nie wszystkie książki. Wydaje mi się, że tak jest w części wydawnictw zachodnich i taka sytuacja byłaby idealna.

Piotr Czerniawski: Arturze, odmówił ci kiedyś ktoś wzięcia udziału w festiwalu?

Artur Burszta: Nie.

Piotr Czerniawski: No właśnie. Dopiero, kiedy pojawią się ludzie, którzy będą odmawiać Arturowi z powodów takich, że chcą mieć coś swojego, jeśli nastąpi taki gest odcięcia, wtedy będziemy mogli mówić o powstaniu wyraźnego środowiska.

Grzegorz Jankowicz: Przemek mówi o sytuacji, w której istnieje wiele środowisk reprezentujących różne opcje ideowe i wchodzących ze sobą w twórczy konflikt. Ale czy w Polsce coś takiego jest dziś w ogóle możliwe?

Adam Poprawa: Jest za mała publiczność literacka na to zróżnicowanie. Tutaj został powtórzony zarzut Barańczaka sprzed czterdziestu lat. W pierwszej swojej książce krytycznej Barańczak zarzucał młodym poetom, że rozsyłają swoje pierwociny poetyckie do różnych czasopism z nadzieją na debiut, że nie liczą się dla nich idee artystyczne, byle tylko wydrukować. Dzisiaj jest za mała publiczność literacka, żeby można było w ten sposób się odróżniać. Co prawa tomik poetycki łatwiej wydać niż kiedykolwiek indziej, ale czasopisma mają ogromne kłopoty z utrzymaniem się, i gdyby miało powstać jeszcze pismo, które wyrzuci każdego, kto pisze z regularną średniówką, bo miałoby to być niezgodne z ideami artystycznymi… To jest niewykonalne.

Przemysław Witkowski: Ja bym chciał z jednej strony sytuacji, w której autor powie: nigdy nie chciałbym publikować w piśmie X, a z drugiej strony pismo powie: nigdy nie wydrukujemy autora Y. Dla mnie byłaby to sytuacja idealna, a tymczasem, jak Pan mówi, wysyła się wszędzie i drukuje się wszędzie.

Piotr Czerniawski: Rynek wydawniczy swoją drogą, a potrzeba czasu swoją. Wydaje nam się, że pisma drukowane w latach 90. były produkowane wielkimi nakładami środków, ale przypomnij sobie, jak wyglądał „brulion”: przecież to był zin. Ziny odegrały wówczas ogromną rolę: kiedy pojawia się dużo pism, wydawanych tanim kosztem, różniących się od tego, co wychodzi oficjalnie, to jest to oznaka, że pojawia się nowa energia. To charakterystyczne, że tamtemu pokoleniu towarzyszyły przy narodzinach właśnie takie zjawiska. Ale zin się instytucjonalizuje i przestaje być w którymś momencie wyrazisty.

Przemysław Witkowski: Dobrze, ale konflikt, jaki w tym przypadku się pojawia, jest zdrowy, tworzy wyraźną opozycję…

Piotr Czerniawski: Tak, ale mówimy o konfliktach, podczas gdy nikt z nikim nie jest tak naprawdę skonfliktowany…

Przemysław Witkowski: To właśnie mówię: nie ma konfliktu, więc nie ma wyrazistości, nie ma wyrazistości, więc nie ma świadomych, ukonstytuowanych pokoleń.

Piotr Czerniawski: Specjalnie pytałem, czy ktokolwiek odmówił Arturowi Burszcie, bo w sieci wciąż się słyszy o monopolu Biura Literackiego, które ma być taką groźną, złowieszczą instytucją monopolizującą rynek wydawniczy. Ale kiedy przychodzi co do czego, nikt nie mówi: „Ja z tą wielką, monopolizującą instytucją nie chcę mieć nic wspólnego, wolę robić swoje gdzieś z boku”. To byłoby naturalne, że pojawi się przynajmniej jedna taka osoba: ale się nie pojawiła. Już w 1997 roku w Forcie ktoś chciał robić anty-Fort na rynku, ale autorzy, którzy byli w to zaangażowani, później już nie byli tacy bardzo anty. Zatem nie ma konfliktu, to, co rzeczywiście istnieje, to są zwykłe środowiskowe utyskiwania.

Adam Poprawa: Przyszło mi teraz do głowy, że jest pismo, jest miejsce, które spełnia Pana marzenia – „Kwartalnik Artystyczny”. Absolutnie zamknięte, ekskluzywne środowisko… chociaż jeden Portowy autor w nim partycypuje: Bogusław Kierc.

Bartosz Sadulski: Ale „Zeszyty Literackie” są bardziej ekskluzywne, bo tam publikują zmarli.

Grzegorz Jankowicz: Proszę Państwa, udało nam się poruszyć zaledwie kilka kwestii związanych z ostatnim dwudziestoleciem. Dla pocieszenia dodam, że projekt Instytutu Kultury, o którym mówiłem na początku, został rozpisany na kilkanaście lat. Mamy jeszcze trochę czasu. Dziękuję państwu za rozmowę. I do zobaczenia na Porcie.

O AUTORZE

Adam_Poprawa_-_300x300 Artur BURSZTA__biogram autorzy_leksykon_300x300_Sadulski autorzy_leksykon_300x300_Jankowicz Kaczmarski_Uczestnicy autorzy_leksykon_300x300_Czerniawski autorzy_leksykon_300x300_Witkowski
Adam Poprawa

Urodzony w 1959 roku, filolog, krytyk literacki i muzyczny, pracuje na wrocławskiej polonistyce. W ostatnich latach wydał tomy prozy Walce wolne, walce szybkie (2009) i Kobyłka apokalipsy (2014). Przygotował poszerzoną, odcenzurowaną edycję Pamiętnika z powstania warszawskiego Białoszewskiego (2014).

Artur Burszta

Redaktor naczelny wydawnictwa Biuro Literackie. Od 1996 roku dyrektor festiwalu literackiego organizowanego jako Fort Legnica, od 2004 – Port Literacki Wrocław, a od 2016 – Stacja Literatura. Autor programów telewizyjnych w TVP Kultura: Poezjem (2008–2009) i Poeci (2015) oraz filmu Dorzecze Różewicza (2011). Inicjator krajowych i zagranicznych projektów, z których najbardziej znane to: Europejskie Forum Literackie, Komiks wierszem, Krytyk z uczelni, Nakręć wiersz, Nowe głosy z Europy, Piosenki na papierze, Poezja polska od nowa, Pogotowie poetyckie, Połów. Poetyckie debiuty, Szkoła z poezją, Wakacje z kulturą. Wyróżniony m.in. nagrodą Sezonu Wydawniczo-Księgarskiego IKAR za „odwagę wydawania najnowszej poezji i umiejętność docierania z nią różnymi drogami do czytelnika” oraz nagrodą Biblioteki Raczyńskich „za działalność wydawniczą i żarliwą promocję poezji”.  

Bartosz Sadulski

Ur. 1986. Poeta, dziennikarz. Autor arkusza poetyckiego artykuły pochodzenia zwierzęcego (2009) oraz tomów wierszy post (2012) oraz tarapaty (2016). Za pierwszy z nich był nominowany w 2013 roku do Nagrody Literackiej Silesius w kategorii „debiut”. Wiersze publikował między innymi w Lampie, Odrze, Gazecie Wyborczej, Chimerze i antologii Połów. Poetyckie debiuty 2010. Autor przewodników po Malcie i Bornholmie. Mieszka we Wrocławiu.

Grzegorz Jankowicz

Urodzony w 1978 roku. Krytyk, filozof literatury i tłumacz. Redaktor serii krytycznoliterackiej „Punkt Krytyczny” czasopisma „Studium”. Wykładał literaturę polską na Uniwersytecie Indiana w Bloomington. Współpracownik Centre for Advanced Studies in the Humanities UJ. Prowadził audycję „Czytelnia” w TVP Kultura. Jest wiceprezesem i redaktorem w Fundacji Korporacja Ha!Art. Redaktor działu kultura „Tygodnika Powszechnego”. Juror Wrocławskiej Nagrody Poetyckiej „Silesius”. Dyrektor wykonawczy Międzynarodowego Festiwalu Literatury im. Josepha Conrada. Mieszka w Krakowie.

Paweł Kaczmarski

Urodzony w 1991 roku. Krytyk literacki, pisze głównie o poezji współczesnej. Redaktor działu recenzji książkowych w „Ricie Baum” oraz „8. Arkusza”, dodatku młodopoetyckiego do miesięcznika „Odra”. Współpracownik czasopisma naukowego „Praktyka Teoretyczna”. Mieszka we Wrocławiu.

Piotr Czerniawski

Urodzony w 1976 roku. Poeta i krytyk literacki, redaktor działu poetyckiego "Rity Baum". Mieszka we Wrocławiu.

Przemysław Witkowski

Urodzony we Wrocławiu. Absolwent stosunków międzynarodowych na Uniwersytecie Wrocławskim, doktor nauk humanistycznych w zakresie nauk o polityce. Jego teksty publikowały m.in. „Odra”, „Tygodnik Powszechny”, „Tygiel Kultury”, „Krytyka Polityczna”, „Gazeta Wyborcza” i „Twórczość”. W 2008 roku finalista Konkursu im. Jacka Bierezina, a w 2009 r. nominowany do nagrody kulturalnej "Gazety Wyborczej" wARTo. Stale współpracuje z czasopismem literacko-artystycznym „Rita Baum”, magazynem „Ha!art” i „Krytyką Polityczną”. Od 2008 r. współredaguje "młodoliteracki" dział miesięcznika „Odra” (8. Arkusz Odry). Mieszka we Wrocławiu.