recenzje / IMPRESJE

Dziennik pisany czytaniem (Krynickiego)

Przemysław Rojek

Recenzja Przemysława Rojka, towarzysząca premierze książki Przekreślony początek Ryszarda Krynickiego, wydanej w Biurze Literackim 20 marca 2017 roku.

Okladka__Przekreslony_poczatek Biuro Literackie kup książkę na poezjem.pl

22 stycznia, wtorek. Przedpołudnie.

Wymyśliłem, że będę pisał dziennik mojego czytania Krynickiego. Żeby sprawdzić (nie po raz pierwszy, zapewne i nie ostatni), jak czytanie interferuje z tym, co czytaniem nie jest. Ale też dlatego, że intuicyjnie rozpoznaję tę poezję jako coś, co rzuca wyjątkowo mocne wyzwanie pozatekstowemu światu. Czy też – jak to nazwał ongiś Joseph Conrad – oddaje widzialnemu światu sprawiedliwość. A jak nie oddaje, to wymierza. Poza wszystkim zaś – wydaje mi się, że tak właśnie, przez wprowadzenie Podajcie dalej w krwiobieg mojej codzienności, mogę nadać tej książce nobilitację jakoś tam najwyższą, namaścić ją na suwerena pewnej części mojej egzystencji. Części zewsząd ograniczanej, to jasne – ale czyż wszelakie ograniczanie nie jest znakiem wodnym każdej egzystencji jako takiej?

Wczoraj wieczorem Kraków wyglądał jak pociągnięty jednolitą, gładką warstwą lukru. Śnieżne krupy wczesnym popołudniem, kiedy to wracałem z pogrzebu (cóż począć: przybywanie lat znaczy się – jak to zauważył niegdyś Andrzej Stasiuk – wzrastającą liczbą pogrzebów, na których trzeba się stawiać), marznący deszcz tuż po zmroku, mróz po zachodzie słońca – robią swoje. Wszystko pokryte lodem („Nowa Huta – lodem skuta”, obwieszcza facebookowy profil Radia NH), wyjście na zakupy do pobliskiego sklepu zajmuje dwakroć więcej czasu niż zwykle, ba!, nawet rytualne wycieczki nałogowca na balkon trzeba naprawdę solidnie przemyśleć. Czarne sylwetki, już to drobiąc, już to ślizgając się, przemykają przez osiedle ostrożnie jak nigdy. Choć oczywiście znajduje się też miejsce na nową zabawę: trzeba zleźć z gładkich jak lustro alejek na połyskliwe tafle skrytych pod lodem i śniegiem trawników i cieszyć się widokiem pojawiających się nagle pod stopą pęknięć biało-srebrzystej skorupy, z nagła i z donośnym hukiem znaczących ją metrowymi i dłuższymi szramami. Przychodzą mi na myśl obrazy łyżwiarzy Pietera Breughla – i ten z myśliwymi, i ten z pułapką na ptaki; w tym, co oglądam z balkonu, widzę takie samo napięcie: między ostrożnością ruchów, osobliwą i niepodrabialną ciszą zimowego powietrza, a donośnym echem roześmianych głosów, trzaskiem pęknięć rozcinających zlodowaciały śnieg. Tak, tak właśnie oglądam Breughla, raczej go słuchając: cisza zimy i jej brzmienia (krakanie, śmiech, wizg łyżew, być może muzyka, odgłosy wsi) nie znoszą się wzajem, trwając w skupieniu obok siebie, jednocześnie.

Ale nie o tym chciałem… Bo myślałem – patrząc na ważących każdy swój krok mieszkańców mojego osiedla – o ostrożności czytania Krynickiego. Nie, nie czytania, raczej samego podchodzenia do tego wyboru wierszy poety, do podtytułu, który napawa zgrozą, który rodzi ostrożność właśnie. Dwadzieścia dwa wiersze z lat 1965-2010! Jakże to tak? Bez mała pół wieku pisania i niewiele ponad dwadzieścia tekstów? Ile to wychodzi, niespełna pół wiersza na rok? To wydaje się niemożliwe, skandaliczne: na taki autorski wybór stać tylko kogoś, kto do siebie i swej twórczości ma stosunek surowy, krytyczny, wymagający (co wszak często bywa u pisarza jeśli już nie całkowicie jednym i tym samym, to niemal) w sposób z niczym nieporównywalny. I to jest właśnie – myślę patrząc na rozpaczliwie walczące o równowagę wśród chwilowego nowohuckiego glacjału labradory i yorki – ten imperatyw ostrożności czytania Krynickiego. Mam ochotę czytać go medytacyjnie, kontemplacyjnie, wchodząc w rzeczywistość wiersza jak w tekst objawiony: jeśli ktoś z półwiecza orania piórem wykroił tylko tyle, to nie mam wątpliwości, że uczestniczyć będę w czymś oczyszczonym z wszystkiego, co przygodne, co nieistotne.

A zatem – ostrożnie. Pamiętając jednocześnie, że ta poezja miała za zadanie łamać lód, znaczyć bliznami nazbyt pewną siebie oczywistość, rozlegać się psującym dobrostan milczenia echem.

22 stycznia, wtorek. Wieczorem.

Wracam myślą do tej ostrożności czytania Krynickiego, wracam też do ostrożności jako naczelnej figuracji postępowania poezji autora Organizmu zbiorowego ze światem – wracam tym chętniej, że dla przeciwwagi obejrzałem dziś Hobbita. Niezwykłą podróż i (niezależnie od tego, co o filmie tym sądzę) barokowo rozbuchanej estetyki mam chwilowo dokładnie tyle, ile trzeba. Wracam więc do poety, którego poezję tak często lubi się otwierać wytrychami nazywanymi rozmaicie, ale znaczącymi właśnie specyficzną ostrożność poety w relacji z przedmiotami jego poetykich zabiegów: ascezą formy, powściągliwością wyrazu, programowym ubóstwem, upodobaniem do gatunków takich jak haiku. Tak, czasem nie sposób się z tym nie zgodzić, trzeba tylko zadać sobie pytanie, co w zamian – co zostaje, kiedy się powściągnie formę, kiedy wiersz zwinie się w sobie.
Co daje asceza, okrutne ćwiczenie ciała – wszystkie te trwania na słupie, włosiennice, taplanie się w pomyjach pod schodami rodzinnego domu, wszyscy ci flagellanci i ojcowie pustyni? Jest oczywiście manifestacją siły ducha, który pokonuje najbardziej nawet, wydawać by się mogło, niezbywalne potrzeby ciała. Po części podobny efekt osiąga się również w jodze, której piątym filarem jest pratyahara – sztuka wycofywania zmysłów, koncentrowania się na wnętrzu, odcinaniu tego, co rozprasza. Droga jest różna i, skądinąd, wiele mówi o różnicy między Zachodem a Wschodem: tu agresywny akt woli, wzniosły gwałt na samym sobie, tam pasywność i zanikanie – ale efekt ma być podobny: usunięcie zewnętrzności, apoteoza tego, co wewnętrzne.

Czy o taką ascezę chodzi w tej praktyce ubóstwa, której tak mocnym znakiem są wiersze Krynickiego: Podajcie dalej, Unoszone wiatrem, Światełko i wiele innych? Czy są one literacką praktyką jogi? Po części tak – ale na myśl przychodzi mi inny nieco model usuwania się ze świata: ten, który kabała Izaaka Lurii opisuje jako cimcum. Wedle tej koncepcji Bóg, który przed powstaniem świata wypełniał sobą absolutnie wszystko, poprzez akt kreacji wycofał się, by mogło powstać widzialne. Świat zatem – jakkolwiek paradoksalnie by to nie zabrzmiało – istnieje pod nieobecność Boga.

Co by to miało znaczyć w odniesieniu do poezji Krynickiego? Wydaje mi się, że w tych wierszach chodzi o wycofanie się samego siebie ze świata pojmowane jako rezygnacja z apodyktycznej podmiotowej suwerenności. Ta bowiem bywa władcą absolutnym, podporządkowującym sobie rzeczywistość – to zaś grozić może utratą czegoś, co szczególnie Krynickiemu bliskie, czyli perspektywy etycznej. To warto mocno podkreślić: Krynicki jest poetą głęboko etycznym, co nie oznacza ani arbitralnego moralizowania (jak u Herberta), ani zdystansowanego filozoficznego oglądu (jak u Szymborskiej), ani ewokowania dziejowej, społecznej bądź egzystencjalnej zgrozy (jak u Różewicza). Może – paradoksalnie – najbliżej byłoby tu do Białoszewskiego, czytanego jako skrajnie otwarty słuchacz świata. Te porównania nie są jednak ważne: chodzi o to, że ascezę poezji Ryszarda Krynickiego interpretuję jako chęć radykalnego wyjścia ku temu, co inne, a co jest jeszcze jednym zamianowaniem etyki. Bo w świecie po cimcum znika absolutna boska potencja, a pozostaje twarde prawo konieczności, którym musi się rządzić świat widzialny. Zamieńmy boską potencję na rozbuchane roszczenia podmiotu, a konieczność na etyczność – i będziemy mieć wiersz Krynickiego.

29 stycznia, wtorek. Wieczorem.

Tygodniowa przerwa w pisaniu. Dlaczego? Sam nie wiem. Tymczasem przyszła odwilż. Cała zewnętrzność – teraz pogrążona w coraz bardziej dotykalnym mroku – wypełniona jest wyłącznie dźwiękami: pluskiem, chlupotaniem, kapaniem. Bieli coraz mniej – to, co bure, szare, pożółkłe i brudnozielone, zajmuje przestrzeń niepodzielnie. Dlatego muszę się spieszyć, by to, co chcę teraz zapisać, miało sens: wiersze Krynickiego są jak gawrony na śniegu.

30 stycznia, środa. Popołudnie.

Krynicki na wczorajszych zajęciach szkolnego koła olimpijskiego z języka polskiego. Chciałem sprawdzić, jak ta poezja działa na nastolatków, jak, pod jakim kątem ich jej czytanie przenika się z moim. Największe zdziwienie: bardziej niż wyraźne, sensualne niemal doświadczanie tej poezji jako pesymistycznej. Może to ta raczej późna pora (zmrok wciąż jeszcze zapada wcześnie, zbyt wcześnie), może zmęczenie całym dniem, może ponury i na dłuższą metę uciążliwy, jakoś tam smutny dźwięk ściekającego i tłukącego w szeroki blaszany parapet śniegu, ale dyskusja co i raz więźnie w tym, co kojarzy się ze smutkiem, ten zaś zdaje się wypływać z samotności, pustki. Powoli docieramy do tego, że to właśnie to puste miejsce (opuszczone przez radykalnie wycofany podmiot), ta samotność (o której lepiej chyba mówić, że jest wyborem strategii pustelnika: kogoś, kto wybiera samotniczość w paradoksalnej kontrze do samotności – pustelnik odsuwa się, by widzieć lepiej, głębiej), że właśnie one znaczą. Ale znaczą cokolwiek inaczej niż w sposób, który pomyślał mi się tydzień temu – asceza, pratyahara, cimcum (przychodzi mi teraz do głowy jeszcze kenosis apostoła z Tarsu: ogołocenie, odarcie, wyzucie się z samego siebie), wszystko to zdaje się przemawiać do czytających wraz ze mną Krynickiego, ale odczuwamy też językową nieprzenikliwość powierzchni tych wierszy. Ten, który tu mówi, buduje dystans, wycofuje się, by mógł zaistnieć ów rządzony twardą koniecznością, widzialny świat, oglądany przezeń jakimś obejmującym wszelką wielkość i wszelką niegodziwość rybim okiem. Ale to odarcie zasłon mai, ten sprzeciw wobec doksy, oznacza postawienie w stan oskarżenia języka, którym rzeczywistość komunikuje się z nami. Weźmy wiersz Wigilia noc – już sam tytuł jest skandalem, skandalem obnażenia podobnym temu, jakim była noc Narodzenia. Frazeologizm „noc wigilijna” bywa kwintesencją bezrefleksyjnego bezpieczeństwa, skojarzenia z nim związane rozładowują wszystkie napięcia, łagodzą, pokrywają wszelką egzystencjalną niedogodność pudrem i lukrem, otulają w puch. Tymczasem wystarczy potraktować ten skostniały w słodycz słowo-obraz inwersją, przeorać jego gramatyczną logikę brutalnym rylcem apozycji – i oto pojawia się drażniące sąsiedztwo wigilii i nocy, macochy tajemnic. A sam wiersz? Brudny, zachwaszczony, językowo zająkliwy (zaiste, język to prawdziwie „dziki” i „mięsny”, „wypluwany razem z krwią”), szukający swojego słowa po omacku – przecież tym bardziej nie może on do końca ukryć rozgrywającego się w nim podskórnie misterium, które, przeniesione w inną przestrzeń, teraz dopiero nabiera prawdziwego życia, które jest przeciwieństwem wszelkiej językowej i znaczeniowej petryfikacji.

Kończymy wnioskiem, że smutek czytania Krynickiego jest koniecznym smutkiem towarzyszącym rozstawaniu się z oczywistościami. Gaszę światło. Wychodzę w mokry śnieg zalegający dookoła, w uciążliwy marznący deszcz, w niedobry, ciepły – a mimo to przejmujący chłodem – chłostający mrokiem wiatr.

4 lutego, poniedziałek. Wieczorem.

Przedwczesna wiosna. Bywa, że za dnia zapatrzę się w niebo. W mocnych podmuchach rozsnuwają się ołowiano-rtęciowe chmury, na obrzeżach rozświetlają się na perłowo i na waniliowo, a w tych pęknięciach czysty, jakiś taki zawilgotniały błękit (jego „łagodne oko”, jak u Norwida – nikt chyba nie znalazł lepszego nań określenia). W takich chwilach jestem bezbronny. Krew budzi się ze snu zimowego, kości skrzypią przeciągając się mimowiednie, skryte gdzieś najgłębiej atawizmy dziedziczone po nomadycznych przodkach walą w bęben serca, mózg ślini się plemienną tęsknotą za niestabilnością. Nie za jakąś wielką, fundamentalną – ale gdzieś tam by się ruszyło.

Przychodzi mi na myśl inny wiersz Krynickiego, tytułowy: Podajcie dalej. Choć właściwie nie cały wiersz – ten, choć krótki, skraca mi się jeszcze bardziej, do tego niesłychanego „niebotycznego pisma obłoków”. Tak, to z tego utworu pochodzi bodaj najsłynniejszy (może obok tamtego porównania języka do dzikiego mięsa) fragment całej twórczości poety – otwierające pierwszy wers samookreślenie mówiącego my: „niepodlegli nicości”. Piękne – niestety, spospolitowane, nadużyte w zbyt wielu opowieściach usiłujących wepchnąć całą powojenną polską lirykę do przystrojonej narodowymi barwami trumny, z której co i rusz wychodzi inwokowany przez Konrada w wileńskim klasztorze bazylianów upiór. Mnie zaś urzekają obłoki przemienione w „niebotyczne pismo”. A przecież metafora jak każda inna, dość nawet przejrzysta, oparta na wydobyciu z „niebotyczności” (na prawach chwytu retorycznego znanego jako paregmenon) jej mniej na pierwszy rzut oka widocznej etymologii, wiążącej naniebny obłok z dotykaniem tegoż nieba. Dla mnie jednak dziś znaczy to coś zupełnie innego, odpowiada na ten momentalny dotyk wyższego sensu, na tę epifanię potrzeby wiosennego wyjścia z bezruchu, która tak nieodmiennie doświadcza mnie zawsze o tej porze roku. Coś mi mówi, że teraz już zawsze widząc taki a nie inny nieboskłon, wciągając do płuc (gdzieś spoza smogu) aromat rozmarzającej, poruszonej przez pierwsze krety ziemi, czując, jak to, co z braku lepszego określenia nazwę duszą, porasta mi sierścią, że będę wtedy myślał o „niebotycznym piśmie obłoków”.

No właśnie – czemu te niebotyczne obłoki są pismem? Pewnie dlatego, że cały ten Krynicki to praca tęsknoty za znaczeniem. Dotyczy to zarówno tych wierszy bardziej ascetycznych, epifanijnych, jak i bełkotliwych, przypominających utaplane we wszelkich nowomowach „I do this, I do that poems” Franka O’Hary (najlepszym przykładem jest najdłuższy w zbiorze utwór, 31 marca 1971, godzina 19.21). W pierwszych znaczenie ma się wbić w mózg jak cierń, ma się objawić w mistycznym skrócie – w tych drugich trzeba go odrzeć z tego, co jest dyskursywną przemocą nonsensu. Te pierwsze – wracam to tego, co mi się dwa tygodnie temu pomyślało na marginesie cytatu z Conrada – oddają sprawiedliwość widzialnemu światu, te drugie temu samemu światu sprawiedliwość wymierzają. Wszak świat powstały dzięki ekonomii cimcum to świat prawa (i będę się upierał, że jest to najwznioślejsze prawo etyczne), które trzeba odkryć, a jak się nie da – trzeba je narzucić.

Był dziś taki moment, że nad osiedle nadciągnęła niespodziana cisza, mącona jedynie pośpiesznym stukaniem w blachę, coś jak krople zawdiackiego deszczu. Odkryłem, że to drobienie stada gołębi na dachu naprzeciwko.

6 lutego, środa. Wieczorem.

Jeszcze raz wracam do tej etyki, do tego, jak pozostaje ona w przestrzeni poezji ogołoconej z bezwzględnej supremacji podmiotu. Krótki wiersz samym swym tytułem skupia moją uwagę na konkretnym miejscu: Rue de Poitiers. Patrzę na mapę: samo centrum Paryża, tuż obok Sekwana, za nią Luwr i Pola Elizejskie. I cała reszta tekstu także niebywale konkretna – bezosobowym głosem snuje się opowieść o porze dnia, pogodzie, o strajku w pobliskim Musée d’Orsay. Ale punktem najwyższej koncentracji staje się żebrak, być może uchodźca – przedstawiony z werstyczną bezpośredniością w otoczeniu najbardziej typowego rekwizytorium żebractwa (krata w chodniku dmuchająca ciepłym powietrzem, darowany śpiwór, monety rzucane przez przechodniów na płachtę gazety, przenośne radio). Pamiętam, jak kilka lat temu natrafiłem na wiersz Charlesa Reznikoffa Świadectwa. Cztery części, wszystkie – za wyjątkiem finalnej, okrutnie ironicznej, gorzkiej i jednocześnie gorzko naiwnej bajki – poraziły mnie swoim bestialstwem, bestialstwem w pewnym sensie bezmyślnym, jeśli za synonim bezmyślności przyjąć ciążenie ku programowej bezrefleksyjności. Bo te straszne historie snute przez Reznikoffa, wyjęte być może z lat wielkiego kryzysu narracje o topiących się w lodowatej rzece robotnikach uwięzionych w dziurawym parowcu, o nastolatce żywcem oskalpowanej przez maszynę w introligatorni, o kobiecie zgwałconej i uprowadzonej przez zabójców jej męża, przerażały nie tyle nawet swoją treścią, ale sposobem, w jaki zostały opowiedziane. Reznikoff w sposób skrajny spospolitował dykcję swego wiersza, odzierając ją ze wszystkiego, co mogłoby czytelnikowi złagodzić uderzenie tym, czym atakują go trzy pierwsze części Świadectw. Podobnie, jak mi się wydaje, działa Rue de Poitiers – choć oczywiście łagodniej. Niemniej jednak widoczny jest wysiłek, z jakim wiersz ten stara się dotrzeć do sedna doświadczenia bezdomności, z jakim usiłuje on wzbudzić w czytelniku fundamentalny, pierwotny, etyczny gest współczucia otwierający na innego. Sposobem na to jest ukazanie życia w całej jego nagości – po trosze tak, jak rozumie pojęcie to Giorgio Agamben (być może podświadomie kieruje mnie tu do niego to, co pisał on właśnie o kategorii świadectwa, będącej wszak również sceną założycielską ruchu znaczeń w wierszu Reznikoffa). Nagie życie – zdaniem włoskiego filozofa – jest życiem wyjętym spod prawa, życiem w stanie anomii, i jakkolwiek życie takie szczególnie mocno narażone jest na praktykę przemocy (wszak w kulturze zachodniej zabezpieczeniem człowieczeństwa jest stanie się podmiotem prawa), to jednocześnie dopiero nagość życia pozbawionego wszelkich predykatów może wymuszać spojrzenie niczym niezmącone, spojrzenie radykalnie otwarte i nieuprzedzone, posłuszne wyłącznie bezprawnemu prawu etyki, prawu, które jest – niczym gest stanowienia chrześcijaństwa przez wspomnianego już tu św. Pawła – duchem anarchicznie negującym wszelką literę. Krynicki w swym wierszu konsekwentnie patroszy nasz ogląd z wszystkiego, co nie jest współczuciem, ukazując swego kloszarda w akcie permanentnego ubywania. Jeszcze w dwóch trzecich wiersza ma on „śpiwór z odzysku”, ale ta materialna własność zostaje tyleż parataktycznie, co ironicznie i po części sylleptycznie zrównana ze znacznie bardziej abstrakcyjnym „prawem do życia”. I z wersu na wers, aż do końca utworu, tego kogoś jest coraz mniej: „wczoraj miał jeszcze włączony tranzystor”, zgarniane przez niego pod siebie, użebrane monety to „konstelacje niebyłych planet i księżyców”, które na domiar wszystkiego są „stygnące”, dokładnie tak, jak umierające ciała niebieskie.

Co zostaje? Wyłącznie relacja – znikają oglądany i oglądający, oczyszczeni, zredukowani do więzi ocalającej tym bardziej, im bardziej bezradnej.

8 lutego, piątek. Wieczorem.

Krynicki Krynickim, ale dziennik dziennikiem i też ma swoje prawa, tak zatem wspomnę tylko, że w mijającym tygodniu do jogi dołączyła po raz pierwszy capoeira i cieszę się teraz wrażeniem kompletności: joga to pasywność, wycofanie do wnętrza, wyciszenie, rozpraszanie energii, capoeira na odwrót – aktywność, ekstaza, coś instynktownego, plemiennego i bebechowatego. Taki prywatny yin i yang, niech będzie. A żeby nie było za zdrowo, na cześć tłustego czwartku po raz pierwszy upiekłem pączki – chyba udane. Nade wszystko zaś – z powrotem spadł śnieg, wszystko wyglądało wczoraj rano olśniewająco, dosłownie i w przenośni; szczególnie efektownie prezentowały się te wszystkie siatki chroniące balkony i okna klatek schodowych przed gołębiami: brudne, poszarpane w szmaty więcierze, zazwyczaj niechlujne jak resztki pajęczyn w zapomnianym jakimś kącie, teraz przystroiły się w kłębki świeżej bieli zalepiającej nieregularnie poszczególne oka… Aha, no i jeszcze kot w oknie naprzeciwko, biało-czarny na tle liliowej zasłony, ze spokojnym entuzjazmem (chyba tylko koty stać na taki oksymoroniczny stan ducha) obserwujący walące się z nieba śnieżne płaty.

Wiersz bez tytułu, stosunkowo niedawny i bodaj najkrótszy w zbiorze: „Umarł Suckewer. / W żadnej polskiej gazecie / ni słowa żalu -„. To kwintesencja Krynickiego: umiejętność wypowiedzenia tego jednego słowa, które ma moc przerwać obojętność manifestującą się w materialnej postaci ciszy. Tym jednym słowem staje się oczywiście ten głęboko paradoksalny wiersz: wypowiedzenie go w ciszę po śmierci Abrahama Suckewera, poety i świadka, jest samo w sobie dźwiękiem unieważniającym milczenie.

Przychodzi mi na myśl taki kawałek z Bertolta Brechta, który poznałem jakiś czas temu, do tego z drugiej ręki, więc nie dość, że nie pamiętam, czy chodziło o wiersz, opowiadanie, czy o coś jeszcze innego, to na pewno zniekształcam – ale być może moja pamięć przechowała w ten sposób to, co najważniejsze, odrzucając incydentalne nieistotności… Tak czy inaczej, rzecz szła w sposób następujący: do obywatela przychodzi jakiś przemożny beneficjent systemu i mówi – od dziś będziesz moim służącym, niewolnikiem. Zgadzasz się? Obywatel nie odpowiada, co zresztą jego opresora nie za bardzo interesuje – ważne, że uciskany wchodzi bez reszty w swoją rolę. I tak trwa to całe życie tego, za którym stoi system – jego niewolnik usługuje mu w nieprzerwanym milczeniu. Dopiero po śmierci swojego ciemiężcy, nad jego stygnącym ciałem, wypuszcza powietrze z płuc i odpowiada na zadane przed laty pytanie: „nie”.

Tym właśnie jest poezja Krynickiego. Znakiem sprzeciwu – ale nie agresywnym, nie nastawionym na konfronatację. To nie tylko poetyckie cimcum, pratyahara, kenosis i asceza – to nade wszystko liryczna satyagraha i ahimsa, wielka sztuka przeciwstawienia poprzez zaniechanie, poprzez powstrzymanie się od krzywdzenia. Słowo poety rozbrzmiewa i samym tym rozbrzmiewaniem niweczy złowrogą koalicję sił obojętności. Mówienie „tak”, mówienie „nie” – to wystarczy. Te wiersze zaświadczają porażającą siłę najprostszym poetyckich oznajmień i oznaczeń.

Dlatego teraz, na koniec, pojawi się taki oto obraz.

Wczorajszy wieczór. W autobusie, obok rozradowanej młodzieży wybierającej się najpewniej na czyjąś osiemnastkę (zdradzają ich pokaźnych rozmiarów prezenty, kryjące pstrokaciznę opakowań w półprzejrzystej reklamówce) siedzi kobieta przytulające zakutane dziecko, chłonące nieskażonym spojrzeniem świat z typową dla niemowląt życzliwą bezczelnością. Jej szczupła twarz, fascynująca swoją surową, drapieżną, zmagającą się ze zmęczeniem i rezygnacją, nieco jakby cygańską urodą (nie lubię przymiotnika „romski”: swoją tandetną polityczną poprawnością zaciera on życiodajną i niebezpieczną dystyntywność żywiołowej cygańskiej inności). Ubrana fantazyjnie, ze smakiem, starannie, choć ubogo. Jej mężczyzna, siedzący do mnie tyłem, pilnuje solidnie wypchanej turystycznej torby. Wtem, po jej nieruchomej, zamkniętej w swym milczeniu twarzy, spływa łza – jakoś tak z godnym antycznej tragedii, patetycznym spokojem. Potem druga. Trzecia. Ból czuję aż gdzieś w dole brzucha. Niobe cygańskiego wykluczenia, myślę. Eleusa Środkowej Europy, nakrytej nocą, mrozem, śniegiem i smogiem.

Wiem – pisząc teraz o tym, dokonuję estetycznego zawłaszczenia tego niedocieczonego dla mnie cierpienia. Wiem też, że ona nigdy przecież nie przeczyta tego, co teraz piszę. Ale nie mogę zrobić nic więcej, niż tę opowieść o moim czytaniu Krynickiego dedykować właśnie jej. I jej łzom, którym wiersze Krynickiego zawsze będą oddawać sprawiedliwość, którym od zawsze mówią równocześnie „tak” i „nie”.

O AUTORZE

autorzy_leksykon_300x300_Rojek
Przemysław Rojek

Urodzony w 1978 roku w Nowym Sączu. Doktor literaturoznawstwa, nauczyciel języka polskiego w Liceum Ogólnokształcącym Zakonu Pijarów, były redaktor w kilku sieciowych przestrzeniach Biura Literackiego. Laureat Nagrody Archiwum Emigracji Biblioteki Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, stypendysta Fundacji na Rzecz Nauki Polskiej. Autor m. in. książki o Aleksandrze Wacie, bloga Bartleby de Angola oraz biBLiotecznego cyklu Wieża Kurremkarmerruka. Mieszka w Krakowie.

powiązania

RECENZJE_komentarz_queneau

Niedziela z życia Raymonda Queneau. Trzynaście znaków zapytania

recenzje / ESEJE Przemysław Rojek

Recenzja Przemysława Rojka z książki Niedziela życia Raymonda Queneau, wydanej w przekładzie Hanny Igalson-Tygielskiej w Biurze Literackim w wersji papierowej 4 października 2016 roku, a w wersji elektronicznej 8 maja 2017 roku.

WIĘCEJ
RECENZJE_gora

Gniew, dźwigar, przyimki

recenzje / ESEJE Przemysław Rojek

Recenzja Przemysława Rojka towarzysząca premierze książki Nie Konrada Góry, wydanej w Biurze Literackim 15 listopada 2016 roku.

WIĘCEJ
nie_stoi_w_sprzecznosci

Nie stoi w sprzeczności

wywiady / O KSIĄŻCE Paweł Kaczmarski Przemysław Rojek

Rozmowa Przemysława Rojka z Pawłem Kaczmarskim, towarzyszącą premierze antologii Zebrało się śliny. Nowe głosy z Polski, wydanej w Biurze Literackim 20 września 2016 roku.

WIĘCEJ
WYWIADY_bargielska

Jestem co się zowie żarówką zgrozy

wywiady / O KSIĄŻCE Justyna Bargielska Przemysław Rojek

Rozmowa Przemysława Rojka z Justyną Bargielską, towarzysząca premierze książki Selfie na tle rzepaku, wydanej w Biurze Literackim 27 czerwca 2016 roku.

WIĘCEJ
WYWIADY_joyce

Trzy fundamentalne pytania o Joyce’a

wywiady / O KSIĄŻCE Jerzy Jarniewicz Przemysław Rojek

Rozmowa Przemysława Rojka z Jerzym Jarniewiczem, towarzysząca premierze książki Portret artysty w wieku młodzieńczym, wydanej w Biurze Literackim 30 maja 2016 roku.

WIĘCEJ
WYWIADY_Zycie-na-Korei_1

Czy żyjemy na Korei?

wywiady / O KSIĄŻCE Anna Marchewka Dawid Bujno Grzegorz Jędrek Przemysław Koniuszy Przemysław Rojek

Rozmowa Przemysława Rojka z Anną Marchewką, Przemysławem Koniuszym, Dawidem Bujno i Grzegorzem Jędrkiem, towarzysząca premierze e-booka Życie na Korei Andrzeja Sosnowskiego, wydanego w Biurze Literackim 18 kwietnia 2016 roku.

WIĘCEJ
RECENZJE_Roman-Honet_rozmowa-trwa-dalej

Szkicownik alfabetyczny. Notatki o poezji Romana Honeta

recenzje / ESEJE Przemysław Rojek

Recenzja Przemysława Rojka towarzysząca premierze książki Romana Honeta rozmowa trwa dalej, wydanej w Biurze Literackim 8 marca 2016 roku.

WIĘCEJ
DEBATY_Mikolaj_Borkowski_Za-pewne-wiersze

Mały literacki projekt

wywiady / O KSIĄŻCE Artur Burszta Przemysław Rojek

Rozmowa Przemysława Rojka z Arturem Bursztą, autorem wyboru wierszy w antologii 100 wierszy polskich stosownej długości, która ukazała się nakładem Biura Literackiego 23 marca 2015 roku.

WIĘCEJ
KSIAZKI_Podgornik_Zawsze

Ludzie na wiadukcie

recenzje / IMPRESJE Przemysław Rojek

Esej Przemysława Rojka towarzyszący premierze książki Zawsze Marty Podgórnik, która ukazała się nakładem Biura Literackiego 2 marca 2015 roku.

WIĘCEJ
WYWIADY_Joanna-Mueller_Karolina-Saldecka

"To jakby architektoniczna wersja matrioszek"

wywiady / O KSIĄŻCE Joanna Mueller Przemysław Rojek

Z Joanną Mueller o książce intima thule rozmawia Przemysław Rojek

WIĘCEJ
WYWIADY_Szymon-Slomczynski

„Jestem już gdzie indziej”

wywiady / O KSIĄŻCE Przemysław Rojek Szymon Słomczyński

Z Szymonem Słomczyńskim o książce Nadjeżdża rozmawia Przemysław Rojek.

WIĘCEJ
CYKLE_Cykle_czytelnikow_Przemyslaw_Rojek_Wieza-Kurremkarmerruka

7 (siedmiu) moich autorów: sześciu, czyli coda w kształcie sestyny

felietony / cykle CZYTLENIKÓW Przemysław Rojek

14 odcinek cyklu „Wieża Kurremkarmerruka” autorstwa Przemysława Rojka.

WIĘCEJ
CYKLE_Cykle_czytelnikow_Przemyslaw_Rojek_Wieza-Kurremkarmerruka

7 (siedmiu) moich Portowych autorów: Dycio, Ireneo Funes

felietony / cykle CZYTLENIKÓW Przemysław Rojek

13 odcinek cyklu „Wieża Kurremkarmerruka” autorstwa Przemysława Rojka.

WIĘCEJ
CYKLE_Cykle_czytelnikow_Przemyslaw_Rojek_Wieza-Kurremkarmerruka

7 (siedmiu) moich Portowych autorów: Andrzej Sosnowski, flow

felietony / cykle CZYTLENIKÓW Przemysław Rojek

12 odcinek cyklu „Wieża Kurremkarmerruka” autorstwa Przemysława Rojka.

WIĘCEJ
CYKLE_Cykle_czytelnikow_Przemyslaw_Rojek_Wieza-Kurremkarmerruka

7 (siedmiu) moich Portowych autorów: Martyna Buliżańska, trauma

felietony / cykle CZYTLENIKÓW Przemysław Rojek

11 odcinek cyklu „Wieża Kurremkarmerruka” autorstwa Przemysława Rojka.

WIĘCEJ
CYKLE_Cykle_czytelnikow_Przemyslaw_Rojek_Wieza-Kurremkarmerruka

7 (siedmiu) moich Portowych autorów: Dariusz Suska, nasselar

felietony / cykle CZYTLENIKÓW Przemysław Rojek

10 odcinek cyklu „Wieża Kurremkarmerruka” autorstwa Przemysława Rojka.

WIĘCEJ
CYKLE_Cykle_czytelnikow_Przemyslaw_Rojek_Wieza-Kurremkarmerruka

7 (siedmiu) moich Portowych autorów: Filip Zawada, apofatyczny

felietony / cykle CZYTLENIKÓW Przemysław Rojek

9 odcinek cyklu „Wieża Kurremkarmerruka” autorstwa Przemysława Rojka.

WIĘCEJ
CYKLE_Cykle_czytelnikow_Przemyslaw_Rojek_Wieza-Kurremkarmerruka

7 (siedmiu) moich Portowych autorów: Krystyna Miłobędzka, rodząca

felietony / cykle CZYTLENIKÓW Przemysław Rojek

8 odcinek cyklu „Wieża Kurremkarmerruka” autorstwa Przemysława Rojka.

WIĘCEJ
CYKLE_Cykle_czytelnikow_Przemyslaw_Rojek_Wieza-Kurremkarmerruka

Zmiana warty. Reaktywacja / Odmarsz. Następne pokolenia

felietony / cykle CZYTLENIKÓW Przemysław Rojek

7 odcinek cyklu „Wieża Kurremkarmerruka” autorstwa Przemysława Rojka.

WIĘCEJ
12_jaką_polskę_zobaczyli_grafika_debaty

Jaką Pol(s)kę zobaczyli z drugiej strony lustra: podsumowanie

debaty / ANKIETY I PODSUMOWANIA Przemysław Rojek

Podsumowanie debaty „Jaką Pol(s)kę zobaczyli z drugiej strony lustra”.

WIĘCEJ
KSIAZKI_Trzy-sciezki

Różnicowanie sumy

recenzje / IMPRESJE Przemysław Rojek

Esej Przemysława Rojka towarzyszący premierze książki Trzy ścieżki nad jedną rzeką sumują się Filipa Zawady.

WIĘCEJ
WYWIADY_krynicki

Polityka jest dla mnie obcym światem

wywiady / O KSIĄŻCE Ryszard Krynicki Stanisław Bereś

Rozmowa Stanisława Beresia z Ryszardem Krynickim, towarzysząca premierze książki Przekreślony początek, wydanej w Biurze Literackim 20 marca 2017 roku*.

WIĘCEJ
recenzje_niezablizniony

Niezabliźniony świat

recenzje / ESEJE

Recenzja Pawła Zająca, towarzysząca premierze książki Przekreślony początek Ryszarda Krynickiego, wydanej w Biurze Literackim 20 marca 2017 roku.

WIĘCEJ
UTWORY_przekreslon_poczatek

Przekreślony początek (2)

utwory / zapowiedzi książek Ryszard Krynicki

Fragment drugiego wydania książki Przekreślony początek Ryszarda Krynickiego, która ukaże się w Biurze Literackim.

WIĘCEJ
przekreslony_poczatekmale_IMG_0250

Przekreślony początek

utwory / zapowiedzi książek Ryszard Krynicki

Fragment drugiego wydania książki Przekreślony początek Ryszarda Krynickiego, która ukaże się w Biurze Literackim.

WIĘCEJ