utwory / zapowiedzi książek

Pamięć

Péter Nádas

Fragment książki Pamięć Petera Nadasa, która ukaże się w przekładzie Elżbiety Sobolewskiej* w Biurze Literackim 20 marca 2017 roku.

ksiazka_pamiec_peter_nadas_okladka Biuro Literackie

W ciemnej, odgrodzonej od świata klitce leżała na boku wielka maciora, Kálmán wysoko trzymał lampę, światło załamywało się na futrynie, w pierwszej chwili zobaczyłem tylko nabrzmiałe, leżące na brudnej podłodze cycki i obrócony ku nam zad, z mroku dochodził ten głos.

Chciałem zapytać, co się dzieje, ale nie zapytałem.

Niektórych pytań nie warto mu było zadawać, i tak nie odpowiadał.

Musiał tam stać od dłuższego czasu, pewnie dlatego oparł czoło o belkę, wpatrywał się w chlewik w bezruchu, sprawiał wrażenie obojętnego, ale znałem go na tyle, by wiedzieć, że to znaczy, że jest napięty do niemożliwości.

Kiedy stanąłem obok niego i przyjrzałem się temu, w co się tak wpatrywał, dostrzegłem w mroku otwarty pysk świni, jej oczka, słyszeliśmy jej charczenie, nagle zatrzymujący się oddech, świst rozszerzających się i kurczących chrapów, zamieniający się w zdławiony pisk, zwierzę chciało wstać, ale przebierając króciutkimi nóżkami, nie mogło dosięgnąć ziemi, jak gdyby zatrzymywała je jakaś dużo większa siła, rozciągnięte na ziemi ciało drżało bezsilnie, skóra aż wibrowała na pokładach tłuszczu, mięśnie drżały i falowały od nieskoordynowanych ruchów i sprzecznych impulsów, Kálmán nagle rzucił mi lampę i, nie patrząc nawet, czy ją złapię, wszedł do chlewu.

Starałem się mocno trzymać lampę, szkło było gorące, kiedy knot zachwiał się w nafcie, lampa zaczynała dymić, a czerniejące szkło zatrzymywało światło.

Chyba musiał być przestraszony, bo gotowy na wszystko czekał oparty o ścianę chlewu.

Może bał się, że świnia jest rozwścieczona i zaraz go ugryzie.

Wreszcie jedną ręką złapał maciorę za głowę, tuż za uszami, podrapał, chciał uspokoić zwierzę, wtedy świnia wściekle zakwiczała, Kálmán zwinnym ruchem przycisnął jej łeb do ziemi, żeby drugą ręką pomacać i niezbyt delikatnie pouciskać wygięty kark zwierzęcia i zapadnięty dołek głodowy; zwierzę umilkło w oczekiwaniu.

I wtedy wykonał jakiś dziwny ruch, pod ciemnym, pomarszczonym wejściem do odbytu widać było szeroko rozwarty srom, wyłażące spod siebie różowe wargi, obrzmiałe, czyste, napięte, jedwabiste, wysuwały się z wnętrza jej cielska na mokry, brudny od kału i moczu zad, Kálmán ostrożnie przesunął palec w głąb tej żywej, rozpalonej doliny, ogon zwierzęcia delikatnie zadrżał, tak samo jak on delikatnie je dotykał, wtedy szybko wyjął palec i bez namysłu wytarł o własne udo.

Zwierzę przyglądało się nam.

Kálmán zniecierpliwiony odebrał mi lampę; uważne oczy świnki znikły w mroku, jakiś czas było cicho, tylko z sąsiedniej szopy dochodziły odgłosy kwiczenia i przytupywania, Kálmán znów oparł czoło o belkę.

Już godzinę temu odeszły jej wody.

Nie było sensu pytać, jakie wody.

I zostawili ją tu, zostawili, powtórzył, dobywając z siebie głos z taką siłą, że lampa zadrżała mu w dłoni, szkło uderzyło o belkę, zaszlochał z żalu i rozpaczy, ale jego ciała nie opuszczało napięcie, nie potrafił się rozpłakać, chciał przełknąć ślinę, czknął, zostawili, powtórzył po raz trzeci, a przecież wiedzieli, wiedzieli, a jednak zostawili, dranie.

Zad maciory zadrżał na śliskiej podłodze, głowa zwierzęcia opadła w tył, pysk był rozwarty, jak gdyby w ciszy walczyła o każdy oddech, okropnie było słyszeć, że nie może wydobyć z siebie głosu.

Coś się działo z zwierzęciem i nie mogło znaleźć finału.

Musiał pójść po ojca.

Ojciec Kálmána i jego dwaj starsi bracia byli wysoko, na wzgórzu, dawniej do nich należała tamtejsza piekarnia, z powodu której uznano ich za tak samo obcych klasowo jak Krystiana; po południu zawsze szli zarabiać ciasto i rozgrzewać piece, wracali dopiero o świcie, kiedy już rozwieziono chleb, matka wychodziła, kiedy zagoniła do obory i wydoiła dwie krowy, w nocy pracowała w szpitalu Jánosa jako sprzątaczka.

Cieszyliśmy się wolnością, nikt mnie nie pytał, dokąd chodzę, a jego każdego wieczora zostawiali samego.

Pies zamerdał ogonem i cicho zaskomlał pod naszymi nogami.

Kálmán znów podał mi lampę, chwilę się wahał, myślałem, że pójdzie szukać pomocy, a mnie tu zostawi, bezsilnego i skazanego na patrzenie na tę potworność, ale chyba sam nie wiedział, co ma zrobić; chciałem powiedzieć, że nie, lepiej ja po nich pójdę, albo uciec, ale oniemiała świnia tarzała się przed nami, więc poszedł do niej.

Ja też nachyliłem się niżej nad chlewikiem, żeby dobrze mu poświecić, chciałem dobrze go oświetlić, choć nie miałem pojęcia, co może zrobić i czy w ogóle wie, co powinien robić w takiej sytuacji, ale wierzyłem w Kálmána, będzie wiedział, o roślinach i zwierzętach przecież wiedział bardzo dużo, wiedział wszystko, ale dla mnie ten widok był niepojęty, a uczucie, które wywoływał, takie trudne do zrozumienia, cierpienie, które poprzez naszą bezsilność staje się naszym cierpieniem, nie zostawiając nam czasu i sił, by tchórzliwie od niego uciec, przykuwa nas do siebie, byłem mu wdzięczny, że nie zostawił mnie samego i próbuje coś zrobić, zamiast mnie, zatem ja nie muszę już robić nic więcej, tylko dobrze trzymać tę lampę.

Ukucnął przy zadzie zwierzęcia i długą chwilę nic nie robił.

W środku panowały gorąc i smród, aż trudno było oddychać, ale nie przeszkadzało mi to, bo tam była śmierć, choć wiedziałem przecież, że to są narodziny.

Wreszcie powoli podniósł rękę znad maciory, zakrzywił dziwnie rozluźnione palce i wsunął je w obrzękłe różowe wargi, widziałem, jak jego ręka po łokieć ginie w ciele zwierzęcia.

Maciora zwinęła się w konwulsjach, wreszcie chwyciła oddech, to nie było charczenie, ale taki odgłos, jakby wymiotowała, ból wyrwał się ze zwierzęcia, wierzgała nóżkami, a pysk, z którego ciekła ślina i w którym stukały zęby, poruszył się, jakby chciała ugryźć.

Kálmán wyciągnął rękę, z kucek trudno mu było rzucić się do ucieczki, ja też stałem mu na drodze, z lampą w ręku zagradzając wąskie drzwi do chlewika, ze strachu nie mogąc nawet odskoczyć w tył; klapnął na tyłek, prosto w zabłocone siano.

A świnka odrzuciła w tył łeb, pysk miała ciągle otwarty, szybko, nierówno, chrapliwie chwytała cenne powietrze i zza jasnych rzęs patrzyła na niego jasnobrązowymi oczkami.

Czułem, jak pies równomiernie dyszy przy mojej nodze.

Ślepia wyłaziły jej niemal z orbit, kiedy leżąc, patrzyła na niego, białka miała aż czerwone od krwi.

Wtedy Kálmán już się nie zastanawiał, co ma robić, patrzył na jej oczy, przykląkł i znów włożył dłoń w ciało zwierzęcia, powoli cofał się, nie zważając, że tapla się w szczynach i gównie, położył się na niej, przyciskając swoim nagim ciałem wybrzuszony bok, naciskając całym ciężarem, patrzyli na siebie, razem oddychając, kiedy bowiem naciskał swoim ciałem, zwierzę spokojnie wydychało powietrze, kiedy się unosił, nabierało powietrza, rękę zanurzył aż po łokieć i nagle, jak gdyby go poraził prąd, wyszarpnął, i drżąc na całym ciele zaczął krzyczeć.

Coś wrzeszczał, ale nic nie rozumiałem, jakieś pojedyncze słowa, ale nie mogłem zrozumieć, jakie.

Świnia kwiczała, pociągała zadem, dusiła się, wyciągnęła nóżki i przeciągle, głośno i piskliwie wyła rozdzierającym głosem, podskoczyła w miejscu i znowu znieruchomiała, ale jakoś zapamiętała czy raczej jej ciało złapało rytm, który przed chwilą odnaleźli, nie tylko nie spuszczała oczek z Kálmána, ale oprzytomniała, a on, podnosząc przed sobą niczym obcy przedmiot mokre, błyszczące w świetle lampy ramię, też nie odrywał od niej wzroku, i tak jak nagle zamilkł, tak nagle zaczął wrzeszczeć; gdybym powiedział, że te oczy prosiły go o pomoc, powiedziałbym, że prosiły o coś i kierowały nim, gdybym powiedział, że były mu wdzięczne, zachęcały do działania i zapewniały, że są na dobrej drodze, tak dalej!, to sentymentalnymi ludzkimi uczuciami zbrukałbym tę surową, ale z pewnością nie brutalną, zmysłową siłę, do wyrażenia której zdolne jest tylko oko zwierzęcia.

Na jego wrzask świnka odpowiedziała piskiem, a na ciszę świnki on odpowiedział milczeniem.

I choć oddalali się od siebie, byli ze sobą.

Otwarte wejście świńskiego sromu, niczym oddech czy bicie serca, kipiało w rytmie skurczów.

Kálmán znów wsunął głęboko dłoń, tam, skąd przed chwilą ją wyszarpnął, niczym niezniechęcony, jak ktoś, kogo potrzeba kieruje w znane na pamięć miejsce.

Odwrócił głowę, jak gdyby chciał na mnie spojrzeć, ale oczy miał zamknięte.

Zwierzę było cicho, jak gdyby posłusznie wstrzymało oddech.

Jak gdyby robił tam w środku coś, na co nie wolno mu było patrzeć, nie wolno mu było nic widzieć, musiał tylko czuć, co robi.

Aż wreszcie powoli, zmęczonym ruchem wyciągnął rękę, ukląkł i spuścił głowę, tak że nie widziałem jego twarzy.

Ciągle jeszcze było cicho, zwierzę leżało nieruchomo, i jak gdyby odpowiadając mu z pewnym opóźnieniem, najpierw zafalował bok świnki, potem od ucisku i ssania falowało już całe jej ciało, a na końcu każdej takiej fali w rozgrzanym smrodzie ciasnego chlewika wyrywał się ze zwierzęcia przeraźliwy, zdławiony pisk.

Zdechnie, nie dam rady, odezwał się cichym głosem, jakby falujące cierpienie zwierzęcia nie wywierało na nim żadnego wrażenia, jak gdyby widział więcej, jak gdyby już spojrzał śmierci w oczy, siedział w bezruchu przy śwince i nie mógł nic zaradzić.


* Zrealizowano w ramach stypendium z Funduszu Promocji Twórczości

belka_2

O AUTORZE

peter_nadas_zdjecie
Péter Nádas

Ur. w 1942 roku w Budapeszcie. Węgierski pisarz, eseista, dramaturg, fotograf. Jeden z czołowych pisarzy postmodernistycznych w europejskiej literaturze. Autor powieści Egy családregény vége (1977, Koniec pewnej sagi rodzinnej), Párhuzamos történetek (2005, Historie równoległe) czy Emlékiratok könyve (1986, Pamięć), nowel opublikowanych w zbiorach A Biblia és más régi történetek (1988, Biblia i inne dawne opowieści) i Szerelem (Miłość, polskie wyd. 1998). Pisał również eseje filozoficzne, w tym Az égi és a földi szerelemről (1991, O miłości niebiańskiej i ziemskiej). Jego utwory zostały przetłumaczone na wiele europejskich i światowych języków.

powiązania

UTWORY_nadas

Spoczęliśmy na dłoni Boga

utwory / zapowiedzi książek Péter Nádas

Fragment książki Pamięć Petera Nadasa, która ukaże się w przekładzie Elżbiety Sobolewskiej* w Biurze Literackim 20 marca 2017 roku.

WIĘCEJ
UTWORY_nadas

Spoczęliśmy na dłoni Boga

utwory / zapowiedzi książek Péter Nádas

Fragment książki Pamięć Petera Nadasa, która ukaże się w przekładzie Elżbiety Sobolewskiej* w Biurze Literackim 20 marca 2017 roku.

WIĘCEJ
nadas

Spoczęliśmy na dłoni Boga

utwory / zapowiedzi książek

Fragment książki Pamięć Petera Nadasa, która ukaże się w przekładzie Elżbiety Sobolewskiej* w Biurze Literackim 20 marca 2017 roku.

WIĘCEJ