O 5 wierszach i nie tylko
Staram się czytać Machno nie myśląc o tym, że to Ukrainiec. Tak jak czytając Wata, Wirpszę, Karpowicza potrafię zapomnieć, że to Polacy. Tak jak przy lekturze Celana czy Kafki nie mają dla mnie większego znaczenia ich Czerniowce czy Praga i to że w ósmym dniu życia zostali przyjęci do Przymierza Abrahama, że nie ominęła ich Bar micwa, ale ich naturalnym językiem był niemiecki matek nieniemieckich. A już zupełnie takie odniesienia nie zaprzątają mojej uwagi przy lekturze Francuzów czy Amerykanów. Ukraińcy jednak każą się czytać poprzez swoją ukraińskość, Machno również, choć muszę to od razu przyznać, ustawia w przestrzeni między sobą a czytelnikiem także szereg innych szkiełek, znacznie ciekawszych.
Wasyl Machno od pięciu lat mieszka w mieście, które podobno odmienia większość przybyszów. Pojawił się w Nowym Jorku jako poeta z rodzaju przeklętych, teraz to jednak poeta z własną, interesującą dykcją obywający się bez zbędnych egzaltacji, choć wciąż pełen emocji i żaru.
Z chęcią pominę zatem szereg mniej lub bardziej rozbudowanych wątków obecnych w tej książce: ukraiński, imigracyjny (ze świetnym i niemal socjologicznym wierszem Weekend amerykańskiej rodziny), alkoholowy, relacji z innymi poetami. Tym bardziej pominę miły wątek polski. To jest interesująca, ale jednak tylko zewnętrzna warstwa jego wierszy. Głębiej dzieją się znacznie bardziej ekscytujące rzeczy.
Machno używa specyficznego języka. Znakomita większość jego wypowiedzeń (zdań i drobniejszych cząstek często budowanych na zasadzie telegraficznego skrótu) mogłaby być rzeczywiście powiedziana, nawet użyta w błahej rozmowie. Jednak ich zestawienie daje zwykle gęsty, wielowarstwowy wiersz powodujący wrażenie przekroczenia rzeczywistości językowej, niejako powołania świata realnego w trakcie lekturowej akcji będącej wypadkową recepcji poprzez zmysły, kojarzenia obrazu z precyzją autorskich sądów. Właśnie to wrażenie kazało mi przeczytać kilka jego wierszy bardzo dokładnie i zignorować wątki, o których wspomniałem przed chwilą, a nawet zrezygnować z podparcia tego tekstu tak intrygującymi frazami, jak narkotyczne uzależnienie od zapisywania słów, których Machno sporo rozrzucił po tej książce.
Cóż jednak mogę powiedzieć na przykład o wierszu pt. "O zimie i pisaniu listów"? To jest specyficzny typ literatury wykluczający rozmowy o niej (rozmowy, a nie czczą gadaninę), literatury, którą lubię najbardziej. Jeśli spróbowałbym tu streścić ciąg rozwijanych i zwijanych prezentacji drobinek krajobrazu i konstatacji osoby gadającej w wierszu, musiałbym przyznać, że to właściwie szereg błahostek. Wiersz jednak takim szeregiem nie jest. To konstrukcja tak przemyślna i wiotka, że czytelnik na jednej stroniczce dostaje rozebraną jak należy kondycję pewnego człowieka w pewnej sytuacji. Nie trzeba samemu lecieć, by stać nad tamtym brzegiem oceanu, można tu przeżyć niemal to samo znacznie szybciej i taniej. Oczywiście żartuję w tej chwili, ale cóż mi pozostaje? Deszyfrować słowa, żeby słowa przyniosły?
Albo wiersz "Kronika wędrówek mrówek-bibliofilów". To jest niby tylko banalna historyjka o trzech mrówkach zabitych poprzez zamknięcie książki i wielu innych, które w porę porzuciły papier popstrzony dziwnymi znaczkami i zajęły się w tym samym czasie praktyczniejszym działaniem. Oczywiście jest to alegoria aż nazbyt czytelna. Podana jednak w sposób tak przemyślny (głównie przez zmianę perspektywy i socjologiczne odniesienia), że trafia mocno, jeśli trafi pod właściwy adres. Po takim wierszu naprawdę można się zastanowić, czy czytać tę książeczkę dalej, czy w ogóle coś jeszcze czytać. Znowu żartuję, ale to już wina Machno, zamiast jak dotąd bawić się z czytelnikiem na intelektualnych i emocjonalnych poletkach, zamiast pielić jego egzystencjalną uprawę, zmienia nagle strategie i uderza gorzej niż z mańki, uderza niespodziewanie, nadając na falach, na których w dzieciństwie bywa się uderzanym smutnymi bajeczkami w rodzaju "Dziewczynki z zapałkami", "Gęsiareczki", bądź tej "O Jasiu wędrowniczku".
To jest spora zaleta tej książki. Machno nie jest monotonny. Próbuje różnych strategii i trzeba mu przyznać, jest skuteczny. Nie wyszykowano nam tu typowego zbiorku wierszy z zatrzęsienia tych, które zajmują wprawdzie w trakcie lektury, ale potem pozwalają czytelnikowi jak gdyby nigdy nic wrócić do własnych zajęć i jedynym śladem po lekturze jest tylko fakt, że niedawny czytelnik wyrobił sobie o książce jakieś zdanie, że może je sobie w odpowiedniej chwili przypomnieć, błysnąć umiejętnością formułowania sądów i oczytaniem. "34 wiersze o Nowym Jorku i nie tylko" działają jeszcze przez jakiś czas po zarzuceniu, jak aspiryna, jak należy.
Innym wierszem z tych najbardziej udanych jest "Syn marnotrawny". Równie (mnie) poruszający. Historia tylko o tym, że ktoś stoi patrząc w ciemne okna mieszkania, w którym miał przekimać i nie ma gdzie się podziać na tę noc. Banał oczywisty. Nieprawdaż? Po co powoływać dla takiej błahostki wiersz? Machno jednak wykorzystuje ten motyw dla wyrafinowanej gry na emocjach. Historia biblijna staje się historią współczesną usiłującą szukać prawdy o tzw. ludzkości, pozwala rozejrzeć się nie tylko po lirycznym odłamku współczesności. Przeniknąć jakość własną i własnych wartości mając w maszynce dokonującej obróbki wartości poczytywane za obiektywne. Oczywiście z perspektywy osoby tak marginalnej, jak poeta, co być może jest największą zaletą tej kilkunastowersowej przestrzeni. Poeta, czyli ktoś bezbronny. Przepraszam, że tak wciąż ironizuję, ale to wina Machno. Zabrał się za sprawy, o których mówić powinno się tylko z zażenowaniem i zrobił to serio, w dodatku w sposób dalece wiarygodny.
Kolejny wiersz, na który zwróciłem szczególną uwagę to "Na kawie w 'Starbucks'". Znów banalny obrazek, w którym czterdziestoletni liryk dokonuje obrachunków z własnym czasem, w sposób bardzo prosty pokazuje coś, czego nie nazywa, co czytelnik sam musi poskładać sobie z puzzli, to że własny czas nie jest pojęciem liniowym, że wciąż idzie, że tak niezgrabnie powiem: ławą. Cóż za przewrotna buddyjskość tego obrazka, w którym nie dzieje się nic poza tym, że ktoś patrzy na dwóch robotników docinających chodnikowe płyty i układających je przed wejściem do budynku. To jest jeden z tych wierszy, którym się należą wszystkie gwiazdki.
Znalazłem w tym tomiku jeszcze jeden, o którym chciałbym napomknąć na osobności. To jest właściwie okazja, która sama pcha mi się w ręce. Chodzi mi o poemacik "Żeby postawić kropkę nad i w kwestii nazwiska". Nie jest on jednak tak dobry, jak wiersze chwalone przeze mnie przed chwilą, z innych względów zwracam na niego uwagę. Z Machno łączą mnie co najmniej dwie sprawki, wiek i kłopoty z racji nazwiska. Machno w tej drugiej analogii ma jednak więcej szczęścia. Jego nazwisko było czymś w rodzaju klątwy tylko do upadku komuny, po tym szczęśliwym wydarzeniu przynosiło nawet nieco chwały, moje przed i po obciążało po równo. Zacytuję tu jeden wers autorstwa mojego kolegi w kłopocie: i jakie to ma znaczenie czy jesteśmy krewnymi czy nie. Oczywiście że ma, dopowiem, bez względu na odpowiedź w kwestii pokrewieństwa.
Ale wróćmy do książki. Niestety nie wszystkie wiersze są tak dobre. Nietrudno nawet znaleźć coś, do czego można by się przyczepić (szczególnie wkurza przewidywalność wierszy środowiskowych). Ja jednak wszystkie przeczytałem z wielką przyjemnością, bo to jest jedna z tych książek, która uchyla nowe okno. Machno jest wprawdzie zapatrzony w poetów polskich, jego nieco kulawy ashberyzm jest również dość oczywisty, nie ukrywa tropu verlaine'owskiego i poundowskiego, zaczepia o Herberta i Eliota, a jednak wieje od niego świeżością, dopracował się bardzo charakterystycznej, dość oszczędnej, nieco gęstej dykcji przy jednoczesnym lekkim prowadzeniu wątków, przyspiesza i zwalnia zmuszając czytelnika do aktywnej lektury, czasami nawet pozwalając mu mieć wrażenie, że przestaje być jedynie odbiorcą, że sam kojarzy niuanse i sprawy bardziej zasadnicze, Machno potrafi w dodatku w odpowiedniej chwili zebrać je małą, wydawałoby się wcale nie efektowną, ale za to celną puentą, a robi to w sposób dla polskiego czytelnika dość niespodziewany. Znajduję u siebie po tej lekturze podobne zdziwienie, jakie miałem czytając niektórych Słoweńców: to można tak, tak lekko?
Publikacje Jacka Bieruta dostępne w naszej księgarni. Utwory Jacka Bieruta w Przystani!
Publikacje Wasyla Machno dostępne w naszej księgarni. Utwory Wasyla Machno w Przystani!
|