Na szczęście robota nie pali mi się w rękach
Maciej Robert: Przy okazji wznowienia Negatywu, twojej debiutanckiej książki, pisałeś: "Czuję się trochę tak, jakby tę książkę napisał mój młodszy brat". Co czujesz teraz, patrząc na całą gromadkę rodzeństwa?
Mariusz Grzebalski: Chyba coś w rodzaju spełnienia, jakkolwiek brzmi to, czy ja wiem, dęcie? W każdym razie zaczynając, nie spodziewałem się, że napiszę wszystkie te książki, które napisałem. Byłem zaaferowany opublikowaniem Negatywu, ale nie sądziłem, że czeka mnie jakaś "przyszłość literacka". Nie było takiego horyzontu. A teraz, wiesz, sczytując szczotki Kroniki odczuwałem radość, że nie zmarnowałem tych szesnastu lat, że wiersze, które w tym czasie napisałem, są rozpoznawalne i raczej nie sposób pomylić ich z wierszami innych autorów.
Pamiętasz jeszcze, jakie emocje towarzyszyły ci podczas pisania i publikowania kolejnych tomów?
Emocje? Niekoniecznie... Może te towarzyszące wydaniu debiutu, bo były pierwsze i niepowtarzalne. Pamiętam raczej oderwane sceny, które kojarzą mi się z momentami wydania kolejnych książek. Negatyw to oczywiście duże przeżycie, ale też, może nawet przede wszystkim, wyklejanie kartonowej makiety tej książki. Przez dłuższy czas przekładałem i wymieniałem wiersze, aż wreszcie zapakowałem "sklejkę" do koperty i wysłałem ją nieżyjącemu już Wojtkowi Woźniakowi. Negatyw został opublikowany w ramach Biblioteki "Pracowni", pisma literackiego ukazującego się w Ostrołęce w połowie lat 90. Pamiętam tremę towarzyszącą czytaniu po raz pierwszy tych wierszy...
Ulica gnostycka to już czasy, kiedy pracowałem w agencji reklamowej i w wydawnictwie uczelni ekonomicznej. Miałem bardzo mało wolnego czasu, a w domu małe dziecko, więc zostawałem w pracy po godzinach i tam rzeźbiłem. Pracowałem głównie nad układem wierszy, chciałem, żeby tworzył on spójną historię, taką miniopowieść. Pamiętam uczucie ulgi, kiedy Darek Sośnicki zdecydował się wydać swój tomik w "Pomonie" Tomka Majerana. Od momentu wspólnego debiutu w "Pracowni" bez przerwy i bez sensu zestawiano nas w parę, jakbyśmy startowali w mistrzostwach świata tandemów... Gnostycka ukazała się w Bibliotece "Czasu Kultury" - miałem nadzieję, że w końcu to się skończy. Była to nadzieja głupiego...
Drugie dotknięcie - to dziwne, ale nie pamiętam, jak ten tomik powstawał. Przypominam sobie tylko, że nie miałem najmniejszego problemu z jego ułożeniem i że wszystko potoczyło się szybko. To była moja pierwsza książka wydana przez Biuro Literackie, może Artur mnie poganiał? (śmiech) Kiedy D.D. się ukazało, poczułem zawód, że przeszło bez większego echa. Dobrze napisał o tej książce Piotr Śliwiński w "Tygodniku Powszechnym". Na tych samych łamach, w kontekście nominacji do Nike (nie zostałem nominowany), upomniał się o nią Ryszard Krynicki. I jeszcze "Newsweek" zaliczył ją do dziesięciu najlepszych poetyckich książek roku. Poza tym cisza...
Słynne i świetne przygotowałem w trakcie wakacji, które spędziłem z byłą żoną i dziećmi w Olejnicy. To jest fantastyczna wieś, tam kompletnie nic się nie dzieje. Rano zabierałem się na łódź i na niej pracowałem do popołudnia, o ile oczywiście była pogoda. Ale tam zawsze była pogoda. Mówię o tym, bo Słynne i świetne to książka dynamiczna pod względem językowym - w sumie to język jest jej głównym bohaterem - a powstała w tak niedynamicznych warunkach, na kompletnym luzie. Pisząc ją, świetnie się bawiłem. Ukazała się tuż przed moimi trzydziestymi piątymi urodzinami, a dokładnie w dniu urodzin miała promocję w poznańskim klubie ZAK. To był udany wieczór; kilka godzin wcześniej wybrałem się na dłuższą przebieżkę po lesie, bo spadło dużo śniegu, a nie ma nic przyjemniejszego niż bieganie po lesie w kopnym śniegu...
No i Niepiosenki. W tym przypadku miałem problemy od startu do mety. To znaczy powstawały wiersze, ale rzadko i nie układały się w żaden spójny cykl. Ale kiedy już wyskakiwały, to paradoksalnie wydarzało się to od niechcenia - i zazwyczaj mnie zaskakiwały. Były to formy, które o krok mnie wyprzedzały - nie nadążałem z racjonalizowaniem tego, co piszę. Oczywiście nie chodzi o jakikolwiek amok twórczy - wszystko działo się na chłodno i dość szybko, mimo że często były to wiersze zwrócone przeciw samemu pisaniu. W zasadzie nie musiałem o nie dbać, one same o siebie zadbały. Ja byłem tylko ręką, która pozwoliła im zaistnieć.
Nie myślałeś o tym, żeby co nieco podretuszować na potrzeby tego rodzinnego zdjęcia, którym jest Kronika zakłóceń?
Nie, nie chciałem retuszów i w sumie nie poprawiłem gruntownie żadnego z wierszy zamieszczonych w Kronice zakłóceń. Nie chciałem cenzurować chłopaka, który napisał Negatyw i Ulicę gnostycką, dojrzewającego mężczyzny z Drugiego dotknięcia, czy doświadczonego faceta z Niepiosenek. Biorę odpowiedzialność także za niedoskonałości.
To już twój trzeci powrót (po wznowieniu Negatywu i ponownym wydaniu Drugiego dotknięcia i Słynne i świetne w tomie Pocałunek na wstecznym) do starszych tekstów. Czy są to tylko ukłony w stronę czytelników, czy może w tym geście jest również coś ważnego dla autora?
To prawda, trzeci powrót, ale to wydawca decyduje, że taka książka się ukazuje. Widocznie uznał, że jest na nią zapotrzebowanie. Jeśli o mnie chodzi, to widzę w tym ukłon w stronę czytelników, ale też coś w rodzaju pierwszego podsumowania. Otwartego na przyszłość, bo nie jest to moja ostatnia książka poetycka, tak sobie przynajmniej kombinuję, ale równocześnie zamykającego pewien etap w moim życiu i pisaniu. Niedawno skończyłem czterdzieści lat, wiem, że nie byłbym w stanie - i dobrze - powtórzyć książek takich jak Słynne i świetne czy Niepiosenki. Nie wiem, co będzie dalej, ale jakieś dalej na pewno będzie.
Wiersze zebrane zawsze skłaniają do wspomnień - wróćmy zatem do początków. "Nie pamiętam dokładnie pierwszego razu. / Idąc przez park czytałem Pieśni ciemnej miłości Lorki - / coś kazało mi usiąść na ławce i napisać wiersz / o wole i margerytkach na złotym polu". Czy dziś, po niemal dwu dekadach zmagań z tym "czymś", potrafisz je precyzyjnie nazwać?
Nie, precyzyjnie nie potrafię, ale wcale mnie to nie martwi. Nie czuję sierioznej potrzeby dopisywania legendy do własnych wierszy. Piszę je rzadko, w większości są dość krótkie. To byłoby pocieszne, jeśli nie kuriozalne, gdybym je parafrazował. Jeśli chodzi o początek, to on wyglądał mniej więcej tak jak w przywołanym cytacie, co z dzisiejszej perspektywy wydaje mi się dość zabawne. Bo nie dość, że w parku, to jeszcze o wole i margerytkach na złotym polu (śmiech). Nie wiem, może zadecydowały ukryte i niespełnione zainteresowania światem przyrody? Kpię sobie, ale... Wiesz, z grubsza rzecz biorąc, wygląda to w ten sposób, że kiedyś pisanie było dla mnie odpowiedzią na pochodzący z zewnątrz impuls. Potem, zwłaszcza przy drugiej książce, pojawiła się dziwna potrzeba potwierdzenia się, czyli coś w sumie narcystycznego, jakiś rodzaj brandzla. Teraz na szczęście nastąpił powrót do przeszłości, z tą różnicą, że sygnałów płynących z zewnątrz jest mniej. Co nie znaczy, że na spokojnym morzu ryby nie biorą.
Jak wyglądało przejście od wierszy o margerytkach do odnalezienia (stworzenia?) własnego, samoświadomego języka, który pojawił się w Negatywie?
To się wzięło z zawstydzenia tym, co pisałem na początku. Mówię o czasach wczesnostudenckich, czasach Ruchu Artystycznego i art-zina "Już Jest Jutro", który wtedy wydawaliśmy (Szymon Kantorski, Darek Sośnicki, Krzysztof Kaźmierczak, Jurek Kaźmierczak, Jacek Krzyżanowski i ja). Najpierw zachłysnąłem się tym, że piszę wiersze, tak mi się w każdym razie wydawało, potem się okazało, że niektóre z tych wierszy publikowane były w prasie literackiej (co niestety nie świadczy o ówczesnej prasie dobrze). No a jeszcze później wespół z kolegami z "J.J.J." wpadłem na genialny pomysł, że najwyższy czas opublikować arkusz poetycki. To wszystko raptem w ciągu pół roku od pierwszego poruszenia... Arkusz ukazał się pod wiele mówiącym tytułem Trwanie nieodparte i znajdował się w nim jeden wiersz - na dwadzieścia dwa - który przy odrobinie dobrej woli można było uznać za interesujący. Nie wiem, jak to się stało, ale kiedy go przeczytałem, nagle mnie oświeciło, jakiego pięknego samobója sobie walnąłem... A potem cały nakład tej nieodparcie uroczej książeczki spaliłem. Jak widać, wstyd potrafi czynić cuda...
W "Kolacji filozofów", pierwszym wierszu z twojego pierwszego tomu, piszesz o potrzebie realizmu, a jednocześnie chęci uchwycenia głębszych sensów. Czy poezja, znająca "pamięć szczegółu", jest także w stanie uchwycić ten "jeden, najistotniejszy wymiar"?
Myślę, że tak, aczkolwiek nie za każdym razem i nie raz na zawsze. Generalnie trudno o tym mówić, bo przecież ten wymiar nie jest ani niezmienny, ani nieruchomy, ani łatwy do uchwycenia. Gdyby tak było, wszystko załatwiałby prosty komunikat, bez metafor czy porównań. Wystarczyłoby "pstryknąć fotę" - i już. Tymczasem on spełnia się w wierszach w tym sensie, że na chwilę, ale nigdy w całości się w nich odsłania. Jak aletheia, Heideggerowska prawda. I tak w nieskończoność. My tylko go śledzimy i czasem udaje się nam go na moment przyszpilić. Sęk w tym, że nic więcej nie da się na ten temat powiedzieć, w każdym razie bez wchodzenia w metajęzyk.
To, co charakterystyczne i konstytutywne dla twojego pisania i co jest doskonale widoczne podczas obcowania z poszczególnymi tomami, w trakcie lektury wierszy zebranych widać jeszcze wyraźniej - mam na myśli doniosłą rolę obserwacji. W twoich wierszach bezustannie obecne jest patrzenie, obserwowanie, podglądanie. "Naucz się patrzeć i dużo ćwicz!" - rada przywołana w wierszu "Jak woda" mogłaby chyba być mottem twojej twórczości?
Mogłaby, jasne. Lubię się przyglądać, lubię klarowne obrazy. Podpatrywać nie lubię, podglądactwo, voueryzm w ogóle mnie nie interesują. Jak to powiedzieć... Trzeba patrzeć, że tak powiem, bez przysłon i filtrów, żeby coś zobaczyć - nagie, nieosłonięte. Trzeba do tego skupienia, uwagi. "Naucz się patrzeć i dużo ćwicz" - to dobra rada. Kiedyś ją usłyszałem, nie ukrywam, od malarza akwarel, menela, ale jednocześnie pracowitego faceta, i dobrze, że jej nie zignorowałem. Bez ćwiczeń, bez niekończącego się odpowiadania na ten zewnętrzny impuls, o którym wspomniałem, i który w moim przypadku bierze się właśnie z patrzenia, nie byłoby kolejnych wierszy. Ten proces się nie kończy, choć od czasu do czasu zamiera - i wcale nie jest tak, że im później tym więcej się wie, czy więcej umie. Owszem, człowiek popełnia mniej gaf, ale jednocześnie coraz łatwiej popaść w rutynę albo zagadać się na śmierć.
Jeśli chodzi o obserwację, to jest to oczywisty sposób obserwacja podwójna - z jednej strony obserwowany jest niby zewnętrzny, niby obiektywny świat, ale z drugiej opis tego świata dokonuje się w języku, a przecież mówimy, opowiadamy, opisujemy coś w indywidualny, subiektywny sposób. Czyli przyglądając się światu, jednocześnie zawsze przyglądamy się słowom; na naszych oczach w słowach świat dopiero się konstytuuje.
A więc to, co ukazuje się w twoich wierszach, jest widoczne nie tylko jak na dłoni, ale też "na dłoni języka"? Czy język nadąża za obserwacją? A może język kreuje obserwację?
Zdecydowanie na dłoni języka. Język to medium, w którym spełnia się każde doświadczenie. Bez wysłowienia doświadczenie nie istnieje. Spoczywa w milczeniu, a milczenie to brak życia - język z kolei to życie w stanie czystym.
Dość często obserwator z twoich wierszy przymierza różne maski, stara się wejść w skórę obserwowanych postaci. Na ile ważna jest dla ciebie liryka roli?
W Słynne i świetne była ważna. Ale teraz maski są mi mniej potrzebne. Postawiłem na konkret, prostotę, minimalizm. I mówiąc po ludzku, po prostu bardziej lubię wypowiadać się w pierwszej osobie liczby pojedynczej. Nawet, kiedy nie mówię o sobie. To pomaga mi ujednolicić podmiot moich wierszy, nadać mu pewną spoistość, pewien materialny, rozpoznawalny - co nie znaczy jednoznaczny - kształt. Liryka roli służyła mi raczej do mylenia tropów, do gry z czytelnikiem. Była pomocna, kiedy myślałem o flirtach literackich. To się zmieniło w Niepiosenkach, gdzie przy pomocy minimalnych środków starałem się osiągnąć efekt wolnego od tanich wzruszeń liryzmu i autoironii, ale podszytej współodczuwaniem. Poza tym maska jest poręczna, ale niekoniecznie trzeba ją nakładać. Wystarczy zmiana intonacji, mimiki, dobór innego słownika. Nie ja to wymyśliłem, ale potrzeba faktycznie jest matką chwili.
Jeszcze słówko o patrzeniu. "Patrzymy... i cieszy!" - piszesz w wierszu "O!". Tego entuzjazmu, czy wręcz "ENTUZJAZMU!", jak w wierszu "Tak!", jest u ciebie sporo (dwa wykrzykniki w dwóch przywołanych tytułach...). Wydaje się, że obserwacja staje się w twoich wierszach bezgraniczną afirmacją, wykrzyczanym zachwytem.
Nie przeceniałbym mojego entuzjazmu do świata, choć przypominam sobie, że Słynne i świetne było niekiedy w ten sposób odbierane. Na przykład Marcin Baran napisał, że to książka, w której dochodzi do głosu entuzjazm "do wszystkiego, co jest". Tymczasem jest to książka napisana z pasją i z pasją traktująca język, a więc miłosna, ale na pewno nie entuzjastyczna, jeśli chodzi o stosunek podmiotu do świata. On jest przede wszystkim krytyczny i autoironiczny. Ja w ogóle nie jestem wielkim entuzjastą, a już na pewno nie jestem entuzjastą wszystkiego, co jest. Poza tym zauważ, że w "Tak!" "ENTUZJAZM!", już choćby przez dwa wywołane do odpowiedzi wykrzykniki, jest zdecydowanie ironiczny. "Tak!" to wiersz prześmiewczy i raczej trudno to przeoczyć.
Krzyku nie lubię podwójnie. Samo słowo jest nacechowane ekspresjonistycznie, a ponieważ w młodości za dużo naczytałem się Trakla i jego kolegów - do dziś mam uraz do ekspresjonizmu. Poza tym nie lubię krzyczących ludzi; sam gdy jestem zły, to na ogół milczę. Dlatego, przykro mi, ale nie rozpoznaję się w kimś krzyczącym z zachwytu i bezgranicznie afirmatywnym.
Skoro mowa o wykrzyknikach, nie mogę nie zauważyć pytajników, których jest równie sporo. Poezja jest dla ciebie zadawaniem pytań? Komu - sobie? Czytelnikowi?
Przede wszystkim sobie samemu. Czytelnik nie jest obecny, kiedy piszę. Nie biorę go wtedy pod uwagę, nie myślę o nim. Pojawia się później, dużo później, kiedy książka jest już gotowa. I oczywiście nie mam wpływu na sposób, w jaki traktuje moje wiersze. Czasem poznaję swoich czytelników i dziwię się, że rzeczywiście znają moje książki, ale też i temu, że niektórzy z nich odczytują je inaczej, niż ja. Chyba, że to ja błądzę, bo i tak może być (śmiech). Znów żartuję, ale sam wiesz, bo piszesz wiersze, że uprawianie poezji to zajęcie egoistyczne. Z drugiej strony to egoizm specyficzny, bo koniec końców ów egot, który daje życie wierszowi, całkowicie przestaje się liczyć - znika w cieniu wersów.
W swoich wierszach dość często powracasz do przeszłości. Pewne zdarzenia pojawiają się po kilkakroć (np. śmierć dziadka), nigdy jednak spojrzenie to nie jest przesiąknięte nostalgią, smutkiem, poczuciem utraty. Wszechobecne "tamto" jest u ciebie równoznaczne ze stoicką konstatacją. To świadoma strategia?
Dla mnie przeszłość i teraźniejszość to dwie strony tego samego medalu. To nie jest tak, że śmierć dziadka miała miejsce raz, lata temu, a ja od czasu do czasu do niej powracam, bo szczególnie lubię motywy funeralne. Ona wciąż się wydarza i przez to nadal jest fundamentalnym i jednocześnie zmiennym momentem mojego ja; zmiennym, ponieważ wciąż domaga się reinterpretacji. To nie jest pasywne, martwe wspomnienie.
Ja wbrew pozorom nie lubię oglądać się za siebie. Tam faktycznie czają się Erynie. Są jednak momenty, które miały dla mnie znaczenie w przeszłości i są ważne również teraz. A przeszłość i teraźniejszość są nierozłączne; nie sposób zrozumieć jednej bez drugiej. One muszą się w sobie przeglądać i przez siebie przenikać, żeby z kolei mogły zostać zrozumiane przez nas. Nostalgia, smutek... Tak, staram się ich unikać, a w każdym razie je tonować. Z kolei stoicyzm imponuje mi tylko wtedy, gdy nie przechodzi w cynizm i brak uczuć. Do takiego stoicyzmu dążę, ale to raczej cel niż metoda. Nie wiem natomiast, jak odpowiedzieć na pytanie o poczucie utraty, bo to szczególny moment doświadczenia, który może być wielką nauką i otwierać na świadome życie w przyszłości. Pod warunkiem, że człowiek potrafi się uczyć na własnych błędach.
Mając w ręku twoje wiersze zebrane, dość łatwo zauważyć można, jak ewoluowała stosowana przez ciebie poetyka. Każdy twój kolejny tomik można określić formułą "Ten sam Grzebalski, ale trochę inny". Bardziej zależy ci na zachowaniu charakterystycznej "grzebalskości", czy może raczej chcesz do niej wprowadzać nowe elementy?
To zbyt proste i z gruntu dekadenckie - w nieskończoność pławić się w sobie, odtwarzać ten sam schemat czy model poetycki. Poza tym nic w tym ciekawego, więc nie wyobrażam sobie, żeby w kolejnej książce nie przesuwać nieco akcentów i nie próbować czegoś nowego. Ale odpowiadając na twoje pytanie, zależy mi na trzeciej drodze: na "grzebalskości" i na wprowadzaniu nowych elementów.
Za dwie najważniejsze zmiany wewnątrz twojej poetyki uznałbym przejście od nieco młodzieńczego jeszcze Negatywu do dojrzałej Ulicy Gnostyckiej oraz od poważnego, skupionego, wręcz metafizycznego Drugiego dotknięcia do ostentacyjnie pozbawionego "poetyckości", ironicznego, prostego, a jednocześnie zróżnicowanego gatunkowo Słynne i świetne. Nie wiem, czy zgodzisz się z takim odczytaniem?
Ja za Negatywem nie przepadam, właśnie ze względu na to, że to młodzieńcza książka. Na szczęście to także książka, która nic sobie nie robi z tego, że ja za nią nie przepadam. Kiedy pojawił się pomysł jej wznowienia, próbowałem ja poprawiać, co skończyło się całkowitą klapą. W końcu od niej odpadłem i zostawiłem ją bez zmian, i teraz faktycznie czytam ją tak, jakby napisał ją napisał ktoś inny. Z Gnostycką jest inaczej - rozpoznaję w niej siebie, swój styl. Ale najbardziej cenię trzy kolejne książki. Drugie dotknięcie - jest wycyzelowane i przyjemnie chłodne; Słynne i świetnie - językowa granda; Niepiosenki - wygaszenie, minimalizm, ale też precyzja i wspólnota obrazowa z poprzednimi książkami? Jakoś tak.
W Kronice zakłóceń pojawiły się także twoje najnowsze wiersze i trudno oprzeć się wrażeniu, że zapowiadają one kolejną ważną zmianę w twojej twórczości. Intryguje przede wszystkim ich zwięzłość, niemal minimalizm. Więcej w nich ciszy, milczenia, niedopowiedzenia. Czy w nowej książce będziesz chciał podążać w tym kierunku?
Nie wiem, jak będzie, bo na razie nie myślę o nowej książce. Ostatnia część Kroniki to po prostu wiersze napisane przeze mnie po oddaniu do druku Niepiosenek, nie wszystkie oczywiście. Ich układ jest przypadkowy i nie mam nawet pewności, czy w nowej książce się znajdą - chociaż te krótkie prawdopodobnie tak. Czy zapowiada się jakaś zmiana? Może, ale na pewno nie radykalna. Jako człowiek nie zmieniam się w sposób skokowy i nie sądzę, żeby czekało mnie to jako autora. Z założenia nie ufam rewolucjonistom; rewolucja to fikcja... A że pięknie byłoby wygrać dla własnych wierszy te wszystkie pauzy i cisze, które w naturalny sposób towarzyszą słowom, to zupełnie inna bajka. Ale poczekajmy, zobaczymy. Żyję w ciągłym cugu, ale na szczęście robota nie pali mi się w rękach.
21-23.06.2010
Utwory Macieja Roberta w Przystani!
Publikacje Mariusza Grzebalskiego dostępne w naszej księgarni
Utwory Mariusza Grzebalskiego w Przystani!
|