utwory / premiery w sieci

Noc i cała ta samotność

Dariusz Kałan

Fragment powieści Noc i cała ta samotność Dariusza Kałana. Prezentacja w ramach projektu „Debiut prozą”.

Wszędzie było pięknie, ale najpiękniej w Tbilisi. Słońce przypiekało, tafla kurzu chlapnęła jak z wiadra, handlarze recytowali, rześko i niewzruszenie, „skarpety”, „arbuzy”, „banany”. Radio grało rachuli. Powietrze było przesycone miodem, korony drzew przypominały śpiące pawie. Taka była ta Gruzja, którą zobaczyłem po wyjściu z dworca Didube, ja, szczeniak-odkrywca, który uciekł od ojca, żeby opowiadać historie.

*

Po latach nie pamięta się ani rysów twarzy, ani barwy głosu. Jeśli coś, to pojedyncze klatki, zamglone, jak z fotoplastykonu. Jesz ciasto herbaciane i dbasz, żeby nie nakruszyć. Pijesz wino i wyglądasz za okno. Leżysz bez ubrania; nagie ciało, odprężone. Układasz się na moich kolanach, podpierasz dłońmi, przekrzywiasz głowę. Czytasz wiersze Lii Sturui. Zaglądało się do nich po nocnym tarzaniu się w pościeli; słowa rozpływały się w magmie popielatych kolorów i ciepłego potu, i było tak, jakby wiersz był przedłużeniem miłosnego aktu. Te klatki czasem wracają. I wtedy sobie myślę, że nadal jest rok tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty pierwszy, lato pachnące naparstnicą. Ja mam osiemnaście lat, a życie jest książką, która dopiero się napisze.

Tylko że wszystko jest nieme, a tak lubiliśmy ze sobą rozmawiać. Nasz związek, relacja, przyjaźń, mijaźń – jakkolwiek to nazwać – tworzył się w słowach. Gadaliśmy godzinami, chociaż po rosyjsku rozumiałem co trzecie słowo. O cieście herbacianym, polityce i Gamsachurdii. O parasolkach dogorywających na krawężnikach po burzy. O ptakach srających na przechodniów. Słyszało się szepty w autobusach, wołania matek za dziećmi, bulgoczącą wodę w czajniku. Słyszało się czołgi sunące ulicami i odłamki szkła pod nogami, kiedy Gamsachurdia wysłał wojsko na protestujących. Po latach nic nie przetrwało. Zniknęło w niepamięci, rozkruszyło się w korytarzach zapomnienia. Nasz związek to zagubiona klatka niemego filmu, nieślubne dziecko Charliego Chaplina i Glorii Swanson.

Z tych klatek najwyraźniejsza jest ta pierwsza. Stoję w galerii przed „Niebieskim pocałunkiem” Lada Gudiaszwilego. Wyczuwam czyjąś obecność. Między nami płynie ławica ludzi, po kołnierzyku spływają kropelki potu. A my rzucamy spojrzenia to na Gudiaszwilego, to na siebie. Próbowałem wypełniać tę klatkę dialogiem, jakbym dopisywał dymki postaciom z komiksu. – „Patrzysz na to jak cielę na malowane wrota” – to ty. – „Słucham?” – „Mówię, że gapisz się na wielkie dzieło jak cielę na malowane wrota. Jesteś w stanie dostrzec wymyślną grę kolorów? Albo smutek kochanków, którzy zaraz będą musieli się rozstać?” – „Widzę tylko sympatyczną scenkę rodzajową”. – „Właśnie. Jak cielę na malowane wrota”. Albo coś takiego. Równie dobrze mogliśmy rozmawiać o pogodzie, zepsutej klimatyzacji albo czymś innym. Nieważne; słowa służyły ukryciu myśli, a nie ich ujawnieniu.

Nabrały znaczenia, kiedy po całym dniu chodzenia, gadania i oddychania tym samym powietrzem mieliśmy się rozstać. Powiedzieć „do widzenia”? Czy „do zobaczenia”? Bałem się, że jeśli popełnię błąd, to już nigdy nie zobaczę tych odrobinę rozchylonych ust, oczu ocienionych gęstymi rzęsami. Nie dotknę nagrzanej skóry. Uśmiechnąłem się i pocałowałem cię w policzek; bez słowa. Wróciłem do pensjonatu. Za ścianą grupa studentów przekomarzała się, czy lepsza jest Cwietajewa czy Achmatowa, Pugaczowa czy Rotaru, lepszy Lenin czy Stalin, i czy koleżanka nie byłaby zainteresowana wspólnym spaniem na materacu. A mnie nie opuszczała myśl, że już nie mam ochoty zmagać się z tymi hałasami samemu. I z rodzicami, ze szkołą, z marzeniami o podróżach i pisaniu książek, jeśli nie mam nikogo obok. Po prostu. Że we dwójkę jest łatwiej. To było największe odkrycie mojej wyprawy do Gruzji.

A kiedy po pięciu albo sześciu godzinach przewracania się w pościeli i analizowania w głowie każdego zdania, gestu, mrugnięcia okiem, w końcu złapałem oddech i nasłuchiwałem budzącego się dnia, to dopiero wtedy zrozumiałem, o czym mówił staruszek z pociągu. Zrozumiałem, co czuje pies na dźwięk klucza w zamku. Albo co musiał czuć Edward Windsor, kiedy, oblepiony strachem, potem i ulgą, wychodził po raz ostatni z pałacu Buckingham i przyspieszając kroku, wypatrywał spotkania z pewną amerykańską rozwódką, a jego wygoloną, rumianą twarz przecinał niewyraźny uśmiech.

*

Zdążyłem zrobić kilka zdjęć i porozmawiać z protestującymi. Pakowałem się w pośpiechu, bo ojciec zagroził, że jeśli natychmiast nie wsiądę do samolotu, to wyśle po mnie cały korpus dyplomatyczny. Zostawiając książki, które nie zmieściły się do walizki, powiedziałem: „Odjeżdżam tylko po to, żeby do ciebie wrócić”.

Nic sobie nie obiecywaliśmy. Rozstaliśmy się bez wyznań, płaczów, wielkich słów. Tydzień po powrocie stanąłem przed zdumionymi rodzicami i wręczyłem im plik kartek. Reportaż o degrengoladzie imperium dzięki koneksjom ojca ukazał się w „Der Spieglu”, a ja zostałem zaproszony na staż, od którego wszystko się zaczęło. Zdałem maturę, zapisałem się na uniwersytet, ale szybko zaczęli mnie wysyłać za granicę. Od ciebie dostałem dwa długie listy po rosyjsku. Całe noce siedziałem ze słownikiem. Chciałem być precyzyjny, żeby opowiedzieć o książkach, które czytam, pustych nocach, historiach, nad którymi pracuję. Przygotowywałem odpowiedzi tak długo, że żadnej nie skończyłem. Zawsze było coś ważniejszego do roboty.

O czym wtedy myślałem? Pewnie o tym, że taka miłość zdarza się każdego lata. Nie wiedziałem, że na to, co mnie spotkało, wielu czeka całe życie. A większość i tak umiera samotnie albo u boku obcych ludzi, z którymi przypadek związał ich bez żadnego powodu. Nie wiedziałem – no, ale kto miał mi o tym powiedzieć – że o uczucie trzeba się bić. Że z nie każdym będzie się czytać Lię Sturuę, oglądać wystawy i upijać się przy świetle księżyca. Że nie każdy jest tobą. Gatunek ludzki obfituje w postaci mniejszego formatu. Sądziłem, że to dopiero początek, i dlatego tak się dziwiłem, kiedy kolejne miłostki okazywały się takie nijakie. Gdyby jeszcze rozdzieliła nas wojna czy śmierć albo gdyby na naszej drodze stanęli bogaci rodzice jak w renesansowych tragediach. Tymczasem wszystko skończyło się tak banalnie.

O AUTORZE

Warszawa, xx.xx.xxxx. n/z xxxxx xxxxxxxx, fot. Maksymilian Rigamonti
Dariusz Kałan

dziennikarz i reporter, współpracownik „Polityki”, „Tygodnika Powszechnego” i kilku tytułów anglojęzycznych. Stypendysta Fundacji Kościuszkowskiej w USA oraz Pulitzer Center on Crisis Reporting w Bośni i Hercegowinie. Finalista Pracowni Prozy 2019. Mieszka w Warszawie i Bratysławie.