10/07/17

Emilia próbuje, ale nie pojmuje

Adam Poprawa

Strona cyklu

Niepogubione afekty
Adam_Poprawa_-_300x300
Adam Poprawa

Urodzony w 1959 roku, filolog, krytyk literacki i muzyczny, pracuje na wrocławskiej polonistyce. W ostatnich latach wydał tomy prozy Walce wolne, walce szybkie (2009) i Kobyłka apokalipsy (2014). Przygotował poszerzoną, odcenzurowaną edycję Pamiętnika z powstania warszawskiego Białoszewskiego (2014).

Emily tries but misunderstands, ah ooh
Syd Barrett

Od jakiegoś czasu w lewicowych strefach kultury występuje coraz więcej zjawisk nadprzyrodzonych. Ostatnio Maja Staśko, taka parytetowa dzierlatka, miała widzenie. Zwidziało się jej mianowicie, że pisze o Marcinie Świetlickim. I owszem, poniekąd napisała, ponieważ jednak, jak na osobę w stanie uniesienia przystało, mówi językami – raczej trudno jej glosolalię zrozumieć. Owszem, da się wyjaśnić poszczególne zdania lub nawet próbować opisać, o co tak ogólnie jej chodzi. Choć trzeba mocno uważać na stosowanie niektórych pojęć, używanych przez tchniętą duchem osobę w znaczeniach nie najpowszechniejszych. Nie sposób przecież pojąć, jak można było napisać taki tekst. Jasne, skoro rzecz powstała, to widać można było. Nas jednak takie zdroworozsądkowe wyjaśnienie nie zadowala. Wiemy co prawda, że duch tchnie, kędy chce. Tym bardziej radzi byśmy zerwać tę przyziemną zasłonę ułudy, którą sanskryt nazywa: maja.

Powiada Kołakowski, iż mistyk i sceptyk są epistemologicznymi bliźniakami. Poza więc korzystaniem z pomocy instrumentarium religioznawczego, sięgnąć warto i do tej drugiej metody, bo bardzo jest potrzebna do opisu lewitujących krytyków. Ano właśnie, nie da rady bez odwoływania się do tego, co pozaracjonalne, skoro lewica lewituje. Nie tylko wtedy, gdy dobiera się do literatury, również wtedy, gdy ma widzenia społeczne. Objawił kiedyś druh Sławek, że teraz rolę ludu przejmuje klasa średnia. No cóż. 25 marca 1848 roku Mickiewicz przekonywał Piusa IX: „Wiedz, że duch Boży jest dzisiaj w bluzach paryskiego ludu”. Jakie klarowne, jakie spójne było to zdanie! Inny lewitant, specjalista od ciał fantomowych, grzmi prorocko na mieszkańców strzeżonych osiedli, albowiem są oni barbarzyńcami. Sowa Minerwy wylatuje o zmierzchu, nie o świcie. Ale to u Hegla, bo u nas widuje się sowy, które latają jak popadło.

Większa jest podobno w niebie radość z jednego grzesznika czyniącego pokutę niż z dziewięćdziesięciu dziewięciu krytyków. Nawet do „Krytyki Politycznej” zaczęło docierać, że tym razem, publikując Maję Staśko, przeholowała naprawdę ciężko. Emilia Konwerska ogłosiła tedy list pasterski pt. „Dajcie chłopu siedzieć w domu”. Redakcja zakwalifikowała ów tekst jako polemikę, ale jest raczej próbą jednoczesnego wykonania szpagatu i hołubca. Z jednej strony chce bowiem autorka mitygować Staśko, z drugiej zaś nie wypada jej (Konwerskiej) się od niej (Staśko) odciąć, oskarżając na przykład o feministyczno-mimetyczne odchylenie. Ostrych walk frakcyjnych chyba jeszcze w „Krytyce” nie przerabiali. W każdym razie zaczyna Konwerska stanowczo acz bojaźliwie. Może Świetlicki to, może tamto, ale może pisać o różnych. „Dlaczego? Bo może. I ja to szanuję”.

Mam trochę więcej kontaktów z ludem niż KC „Krytyki Politycznej” i jej wyznawcy. Jeden z majstrów odnawiających mieszkanie, gdyśmy się zgadali na tematy piłkarskie, opowiadał o swoim koledze, który nie chuligani na stadionach, umawia się za to na kibolskie bijatyki w uzgodnionych miejscu i czasie. „I ja to szanuję”. Powiedział malarz pokojowy.

Dość szybko określa Konwerska aktualne miejsce Świetlickiego w literaturze: „Może [znów „może” – A.P.] stał się trochę tym wujkiem na weselu czy imieninach, którego wszyscy znamy i w sumie lubimy, ale wiemy, że śpiewa melodie przeszłości i raczej nie powie nam nic nowego”. Poza tak brawurowym porównaniem autorka sięga również po bardziej specjalistyczny język literaturoznawczy, żeby przekrojowo określić tematykę komentowanej twórczości: „Nietrudno zauważyć, że w poezji Świetlickiego nigdy nie było pracy, społeczeństwa, problemów innych niż jego własne. Świat jego poezji to eskapizm, indywidualizm, knajpa, mieszkanie i Kraków, jednym słowem »ludzie to nie ty«”.

Gdybym próbował teraz wyjaśnić piszącej, że sensy cytowanego wyrażenia są u Świetlickiego wysoce złożone, zgrzeszyłbym tym razem ja – nadmiernym idealizmem. Nie znałem zresztą wcześniej Emilii Konwerskiej. W „Krytyce” piszą, że to „literaturoznawczyni, krytyczka i animatorka kultury”. Chciałem wiedzieć więcej i tak trafiłem na stronę Partii Razem, gdzie sama autorka przedstawia się w ten sposób: „Jestem działaczką społeczną i organizatorką olsztyńskich Manif. Piszę o literaturze i kinie. Właśnie ukończyłam pracę doktorską poświęconą twórczości Michała Witkowskiego. Studiowałam filozofię. Pracuję jako sekretarka. Mam 30 lat”.

W jaki sposób – dysponując interpretacyjnymi kompetencjami objawionymi w podsumowaniu problematyki wierszy Świetlickiego – napisała autorka doktorat o literaturze (i nie szkodzi, że tylko o takiej, na jaką stać Witkowskiego)? To zakrawa na cud; niewykluczone, że za wstawiennictwem św. Judy Tadeusza. Ale może to doktorat bardziej socjologiczny? Społeczny raczej na pewno.

Poza tym na zdjęciu Emilia Konwerska ładnie, promiennie się uśmiecha. Myślałem, że lewica jest głównie zatroskana losem wykluczonych, ale prekariat prekariatem, a kapitalistyczna autopromocja wizerunkowa ma swoje prawa.

Wróćmy jednak do niezręcznej sytuacji krytycznoliterackiej, w którą odważnie – choć tak trochę na główkę bez sprawdzenia, ile jest wody – wskoczyła Konwerska. „Oskarżanie poety o pracę na rzecz faszystów i kapitalistów, stawianie go obok Trumpa i Kukiza jest nie tylko przesadą, ale też niebezpieczną praktyką, która uderza właściwie we wszystkich poza skrajną prawicą”.

Autorka pisze o „przesadzie”, co jest tutaj towarzyskim (w partyjnym sensie tego przymiotnika) eufemizmem. Problem według Konwerskiej polega nie na tym, że Staśko niemiłosiernie bzdurzy, ale na tym, że to może zrazić potencjalnych sojuszników. Konwerska posuwa się nawet do samokrytyki – na razie zbiorowej, warto jednak ten gest docenić, gdyż lewicę zdobywającą się na sceptycyzm wobec samej siebie widziano ostatnio utkniętą w uchu igielnym. „I tutaj zaczyna się nasza wina, tak zwanej lewicy, która w każdym, którego poezja nam się nie podoba, który staje się mało aktualny, widzi faszystę, rasistę i zboczeńca”. No ale lewicowcy wszystkich płci nie byliby sobą, gdyby tylko opisywali świat, zamiast dążyć do jego zmiany. Autorka wskazuje tedy drogę wyjścia, wprawdzie znów zasłania się słówkiem „może”, ale to widać silniejsze od niej: „I czy naprawdę musimy Świetlickiego robić swoim wrogiem? Czy naprawdę chłopaki czytający jego wiersze stają się ONR-owcami i gwałcicielami? A może powinniśmy docenić, że nawet jeśli Świetlicki krytykuje znienawidzoną przez siebie »polityczną poprawność«, feminizm i lewicę (chociaż nie znajdziemy u niego krytyki żadnych feministycznych i lewicowych postulatów, nie znajdziemy pochwały żadnego faszyzmu ani kapitalizmu, realnej homofobii, a raczej złość na tak zwane lewicowe środowisko), to jednak uważa te zjawiska za tematy, do których współcześnie trzeba się odnieść”.

W nowomowie pezetpeerowskiej cieszyło się wzięciem wyrażenie „pracować nad…”. Głowiński wyjaśnia jego znaczenie: „stary partyjny frazes określający proces indoktrynowania poszczególnych osób, przystrzygania ich do rozmiarów dla partii do przyjęcia”. Autor podaje przykład: „Opowiadano mi, że jesienią 1966 r., kiedy usunięto z partii Leszka Kołakowskiego, Kępa […] oświadczył samokrytycznie na jakimś zebraniu: »Za mało, towarzysze pracowaliśmy nad profesorem Kołakowskim«”. W zamknięciu tej noty dziennika filologa Głowiński dodaje, iż „użycie tej formuły w przemówieniu Kępy ma wymiar groteskowy, jeśli się zważy, że tuzinkowy stupajka partyjny ma pracować nad największym umysłem współczesnej Polski, czyli go kształtować”.

A „Krytyka Polityczna” za mało pracowała nad poetą Świetlickim.