Erupcje (4)
Przemysław Rojek
Strona cyklu
Wieża Kurremkarmerruka
Przemysław Rojek
Nowohucianin z Nowego Sącza, mąż, ojciec, metafizyk, capoeirista. Doktor od literatury, nauczyciel języka polskiego w krakowskim Liceum Ogólnokształcącym Zakonu Pijarów, nieudany bloger, krytyk literacki. Były redaktor w sieciowych przestrzeniach Biura Literackiego, laborant w facebookowym Laboratorium Empatii, autor – miedzy innymi – książek o poezji Aleksandra Wata i Romana Honeta oraz wyboru esejów Chłopak z Biblioteki.
XXVIII
Są książki – księgi – xięgi (Xięgi) szczególnego wtajemniczenia. Takie, których przeczytanie daje glejt do członkostwa w szalenie elitarnych, ekskluzywnych, snobistycznych klubach czy też lożach – oczywiście widmowych, nieformalnych, tajnych w sposób tak tajny, że nikt (włącznie z samymi wtajemniczonymi) nie wie o ich istnieniu; i nie musi, wystarczy sama świadomość przynależności, a w razie konieczności rozpoznawanie się po ukradkowych gestach, grypserskich półsłówkach, po samej aurze. Takie – powiedzmy – druki sekretnych stowarzyszeń lub markownik, które spodziewa się zdobyć lub zdobywa (aby zdobywszy – wejść w posiadanie Tajemnicy) Józef z pism arcymaga Brunona z Drohobycza. Albo – bo dlaczegóżby nie? – Poradnik młodego skauta z komiksów o kaczorze Donaldzie, jego siostrzeńcach i wuju Sknerusie McKwaczu: bezdenny sezam wiedzy absolutnie o wszystkim. I jeszcze Necronomicon Abdula Alhazreda, w naszym żałośnie tymczasowym świecie znanego jako Samotnik z Providence… Ale co decyduje, że ta lub tamta księga staje się Xięgą? Pełnia mądrości, która się w niej skrywa – jak w przykładach tuż powyżej przywołanych? A może szczególna hermetyczność, najlepiej w połączeniu z ponadnormatywną objętością? To byłby casus na przykład Ulissesa (pamiętam z czasów licealnych, że fakt, iż byłem jedyną osobą wśród rówieśnych znajomych, która mogła się wylegitymować jako tako rozumiejącą znajomością powieści Joyce’a, dawał mi miejsce przy najbardziej nawet zatłoczonych knajpianych stolikach) albo W poszukiwaniu straconego czasu. Myślę jednak, że skoro mówimy o Xięgach, które tym swoim nielicznym czytelnikom pozwalają być Prawdziwie Nielicznymi, Nielicznymi-w-Prawdzie, Chosen Ones, to nie ma mowy, by parametry definiującą ową Xięgę, pozwalające odróżnić ją od książki (a niechby nawet i księgi) były czymś pospolitym, mierzalnym, działającym z automatu – wówczas przecież każdy mógłby dostąpić przeanielenia w Jednego z Nielicznych, co unicestwiłoby w zalążku samą ideę. Inaczej rzecz ujmując – to ty sam, podejmując się Czytania, decydujesz, czy czytasz książkę, czy Xięgę; lub też iluminacja następuje po fakcie, wtedy zstępuje na ciebie świadomość Przynależności. Weźmy taki na przykład Kwartet aleksandryjski – do dziś nie wiem w zasadzie czemu, ale dla mnie z pewnością liczy się on w poczet Xiąg. Trochę łatwiej mam z Mroczną Wieżą – tu przynajmniej wiem, że im głębiej schodziłem w rozmach kolejnych tomów, tym bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że oto docieram do miejsca, w którym rodzi się fascynująco niespożyta wyobraźnia Stephena Kinga, a przy okazji jest to też miejsce co się zowie magiczne, miejsce przenikania wielu światów (wszak niejedna mitologia takie ma – drzewo korzeniami sięgające ku demonom, gałęziami rozdzielające dominia bogów), również mojego; więc jeśli to nie jest Xięgą, to ja już nie wiem, co by mogło nią być. Ale co mam począć z 2666 Roberto Bolaño? Czy uwodzicielskie opinie o tym, jak wielkie i jak trudne jest to dzieło, wystarczą, bym uznał je za Xięgę? Czy to, że kapłanką wprowadzającą mnie w misterium powieści była Patti Smith i jej hymny wyśpiewane ku czci Bolaño na kartach Pociągu linii M, czy dzielnie podtrzymujące mit 2666 jako Xięgi wpisy na facebookowym profilu Wojtka Rusinka – wystarczą? Albo moje najnowsze doświadczenie na tym cokolwiek mistycznym polu: doszczętnie zapomniane, przemilczane, wydane nieledwie doskonałemu krytycznoliterackiemu niezrozumieniu (mimo nielicznych – choć silnych – głosów bezkrytycznego, nabożnego zachwytu: Zbigniewa Macheja, Adama Wiedemanna…), złowieszczo skryte na najrzadziej odwiedzanych półkach bibliotek Cztery sekundy Mieczysława Piotrowskiego – jest czy nie jest to Xięgą? Jest – bo przystępując do Xięgi, trzeba umieć czytać Znaki. A tu owszem – były Znaki. Bo oto przemiła, małoletnia bibliotekarka, wydając mi książkę i patrząc na blaknący na stronie tytułowej ślad stempla z datownikiem, wygłosiła – zapewne z podszeptu jakiegoś głosu z innego świata – formułę przyjęcia mnie do grona Nielicznych: „ta książka czekała na pana dziewiętnaście lat”. Czyż nie zostałem zatem Wybrany?…
XXIX
Czytając niektóre Xięgi – tu akurat chodzi mi o powieści Bolaño i Piotrowskiego – mam skłonność do wyszukiwania w nich innych ksiąg, szkatułkowo skrytych. Nie jest to jednak sprawa prostej intertekstualności: myślę raczej o tekstach soczewkujących światła znaczeń rozproszone na całe dzieło do grawitacyjnie wyjątkowo masywnego ciała jakiegoś paradygmatycznego sensu. Bo też zresztą czy nie jest tak, że każda Xięga opowiada o samym fenomenie wytwarzania tekstu? A nawet nie tyle opowiada (bo wówczas Xięgami byłyby wszelkie literatury metatekstowe, autotematyczne – również te nabzdyczone, pretensjonalne, wysilone, przemądrzałe, drętwe, zesnobowane…), co jest świadectwem owego fenomenu – na możliwie najgłębszym, integralnym względem wszelkich innych warstw tekstu poziomie. Dość przypomnieć okrutne egzorcyzmy, jakie nad alegoriami czytania u Prousta odprawiał Paul de Man – ale przecież podobnie jest i u Dublińczyka, i u Aleksandryjczyka, i u Drohobyckiego Alchemika, i u Rewolwerowca… No więc taką soczewką w 2666 jest dla mnie Tratado de álgebra elemental Rafaela Cancino, zawieszony na sznurze do suszenia prania przez jednego z bohaterów, profesora Óscara Amalfitano; dostrzegam w tym geście kondensację podstawowego dla mojego rozumienia powieści Roberto Bolaño tropu interpretacyjnego: 2666 jako niemożliwy do rozwiązania układ rozwidlających się w nieskończoność równań. W Czterech sekundach z kolei owym soczewkującym sensy tekstem byłyby pojawiające się już na pierwszych – i potem na ostatnich – stronach powieści pisma George’a Berkeleya (właśnie one, nie powracający mantrycznie, o wiele częściej niż Berkeley, wątek tomu wierszy Georga Trakla): czyż bowiem nie jest tak, że cała na poły obłąkana, nieznośnie rozdygotana dynamika powieści Piotrowskiego da się zawrzeć w słynnym esse est aut percipi aut percipere? Czyż bohaterowie tej książki – ontologicznie radykalnie niestabilni i uprawiający podobnie niestabilną epistemologię – nie są takimi właśnie, bo ich kondycja zależy w sposób fundamentalny od każdej, najdrobniejszej nawet zmiany kąta postrzegania (a w powieści jest w zasadzie tylko to: pijacki bez mała, przyprawiający o zawrót głowy pląs zmieniających się optyk)?
XXX
Trzeba jednak pamiętać, że – parafrazując byłego celnika Mateusza – bycie Powołanym przez Xięgę nie zawsze jest tym samym, co bycie przez nią Wybranym (choć najczęściej na początku i od początku myśli się o swoim Wybraństwie właśnie). Tak mam z Piotrowskim: przerasta mnie ta książka, omija, mam wrażenie, że zapada się pod swoim ciężarem w jakieś przestrzenie ciemne, do których (może tylko tymczasem?) nie dociera moje rozumienie. Z drugiej jednak strony dzieją się rzeczy niebywałe: bo oto aplikacja biblioteczna informuje mnie, że na książkę oczekuje inny czytelnik… Jakże to tak? Okrywały się Cztery sekundy kurzem od września 2006 roku, nieściągane z półki przez nikogo, aż tu nagle – kolejka chętnych do czytania? Znaki, znaki… Kimkolwiek jesteś, nieznany mi lub nieznana Powołana (albo Powołany), oby przypadło ci w udziale Wybraństwo!
XXXI
Rzadko kiedy piszę o książkach, które mi się nie podobały, ale Zakaz gry w piłkę. Jak Polacy nienawidzą dzieci Michała R. Wiśniewskiego doprowadził mnie do stanu takiego wkurwienia, że aż muszę – wyjątkowo – dać mu upust. Autora (jak się okazuje, wcale poczytnego) poznałem dopiero niedawno, z jednej tak jakby eksperckiej kwestii wygłoszonej w Radiu Nowy Świat – Wiśniewski został poproszony o komentarz do cokolwiek bulwersującej sprawy pewnego hotelu reklamującego się jako przyjazny dla osób LGBTQ+, otwarty na zwierzęta domowe, ale odmawiający wynajmu pokoi rodzicom z dziećmi (a może to nie był hotel, tylko knajpa?… nieważne). Pomyślałem: ej, rozsądnie facet gada – deklaruje się jako zdecydowany lewicowiec, ale ma odwagę powiedzieć, że taka wykluczająca polityka inkryminowanej placówki noclegowej (czy tam gastronomicznej) ma z lewicowością (sugerowaną przez gościnność względem nieheteronormatywności i prozwierzęcość) niewiele wspólnego. Niestety – wspomniana książka (z którą przecież wiązałem niemałe nadzieje) aż nadto sytuuje jej autora właśnie po stronie owej lajfstajlowej karnawalewicy, której przeszkadzają dzieci. Na pierwszy rzut oka – i gdyby poprzestać na wypreparowanych z kontekstu całości Zakazu gry w piłkę, pojedynczych sądach i diagnozach, z którymi najczęściej nie sposób się nie zgodzić – zarzut taki wydaje się skandalicznie krzywdzący: to przecież rzecz zupełnie oczywista, że dzieci w Polsce trzeba bronić przed przemocą szkolną i domową, przed głupimi książkami i filmami, przed niebezpieczeństwami świata wirtualnego, przed zdziczałą tyranią niektórych użytkowników samochodów, przed śmieciowym jedzeniem… Tym razem jednak – wbrew swemu diabelskiemu zwyczajowi utrwalonemu w pewnym znanym porzekadle – diabeł nie tkwi w szczegółach, a właśnie w czymś ogólnym. Po pierwsze: jakkolwiek Wiśniewski już na samym początku odżegnuje się od intencji atakowania kogokolwiek, to w całej swej książce właśnie to robi – konstruuje sobie widmową figurę Złego odpowiedzialnego za ową tytułową nienawiść względem dzieci. A tym widmowym Złym jest – cóż za zaskoczenie! – rodzic-tradycjonalista, rodzic-katolik, rodzic-konserwatysta, rodzic-korpoludek, rodzic wielodzietny (i oczywiście instytucje pozostające z nim w aliansie: ciemiężący Kościół, przemocowa rodzina, opresyjna szkoła, wilczy wolnorynkowy kapitalizm). W kontrze do Złego sytuuje się – a jakże! – Dobry, równie widmowy i naiwnie idealistyczny co ten Zły: rodzic świadomy, rodzic wyemancypowany, rodzic-oświecony, rodzic równościowy, rodzic towarzyszący, rodzic empatyczny, rodzic-ateista (to ważne, Wiśniewski nie może odmówić sobie przyjemności, by z dumą nie opowiedzieć en passant o swoim uwalniającym ateizmie i jego pożytkach dla życia). I w stosunku do tego Złego autor oczywiście nie ma litości: zachłystuje się wysmakowaną pogardą, prześmiewczą protekcjonalnością, ironiczną (ale i patetyczną czasem też) wyższością… cień myśli, że może być inaczej, że są tradycyjne wielodzietne rodziny, przywiązane do wartości chrześcijańskich, w których dzieci traktowane są bardziej po partnersku i z większą dozą rozumnej miłości, z wykluczeniem jakiejkolwiek przemocy niż w związkach ludzi hołdujących ideom lewicowym, ani na chwilę nie mąci tego naiwnie sielskiego, idiotycznie zerojedynkowego modelu produkowanego przez autora. Po drugie: Zakaz gry w piłkę rozgrywa się w przestrzeni najczystszej teorii – a każdy posiadający dziecko (nie wiem, czy Wiśniewski ma dzieci, ale wydaje mi się czymś przezabawnie symptomatycznym, że w swoich publicznych wypowiedziach ani swego ojcostwa nie potwierdza, ani mu nie zaprzecza, konsekwentnie migając się od jednoznacznych deklaracji) bardzo prędko się orientuje, że rodzicielstwo to improwizacja na poziomie schyłkowego Johna Coltrane’a. Serio: nie da się uniknąć przemocy w ułamku sekundy, kiedy trzeba złapać za fraki dziecko wbiegające pod rozpędzony samochód; nie wymyślono jeszcze teoretycznego modelu pozwalającego bezkonfliktowo nakłonić do jedzenia malucha, który zjeść musi (a nie chce), bo tego wymaga jego zdrowie; są sytuacje, kiedy spór (o zabawkę w sklepie, o wyjście na czas do przedszkola, o ubranie stosowne do pogody) musi przerodzić się w kłótnię, bo… cóż, bo takie jest, przepraszam za wyrażenie, życie, które jakoś zawsze kiepsko pasuje do wzorców wykoncypowanych w uczonych pismach. Tymczasem rodzicielstwo w wizji pana Michała Radomiła to jakaś ekscytująca idylla, w której nieodparta siła spokojnej, rzeczowej argumentacji i niezmąconej cierpliwości w cudowny sposób powstrzymują miskę z granolą i jogurtem przed roztrzaskaniem się na świeżo wymytej podłodze, unicestwiają zmęczenie uniemożliwiające po całym dniu pracy znalezienie tej jedynej niepowtarzalnej rączki od ludzika Lego, osuszają małą stópkę, która radośnie wylądowała w brudnej błotnej kałuży tuż po wybiegnięciu z klatki schodowej w straceńczym pościgu za uciekającym tramwajem. No i po trzecie wreszcie: Zakaz gry w piłkę napisany jest w nużącej i irytującej manierze posta na Facebooku (oczywiście: dobrze napisany taki post jest jak najbardziej do przyjęcia, wiadomo, że takie, a nie inne są reguły gry w gatunki pisarskie; ale co innego kilka, może nawet kilkanaście tysięcy znaków w poście, a co innego popełnionych w takiej konwencji trzysta stron książki). Pośpieszna retoryczna figuracja, efektowna stylistyka, błyskotliwy greps, prześmiewczy grymas, naskórkowa erudycja – wszystko to, stłoczone i zadyszkowe, markuje logiczność i argumentację. A tej ostatniej czasem rozpaczliwie w książce Michała R. Wiśniewskiego brakuje – lub też, inaczej nieco: gdzieś na najgłębszym poziomie sprowadza się ona do arbitralnej żonglerki liczmanami, uzasadniającej, że dobre dla dziecka jest to, co się autorowi podoba. Szczególnie jaskrawo jest to widoczne we fragmentach, w których Wiśniewski próbuje oceniać książki i filmy dla dzieci. Jasne, rozumiem, że w dobrym tonie jest zaliczać się do klubu Kicia-Kocia Haters (choć ja tam akurat uważam, że sporo było w tej serii rzeczy cennych), niemniej grzecznie by było nie siekać książeczek Anity Głowińskiej na fragmenty na tyle bezkontekstowe, żeby pasowały do dowolnej układanki. Ale już z serią Marty Galewskiej-Kustry o Puciu sprawa jest moim zdaniem grubsza: Wiśniewski szydzi z Pucia w sposób wyjątkowo bezwzględny (zniżając się do żartów tak prymitywnych, jak opisanie głównego bohatera jako dzieciaka, który zsikał się w majtki – rzecz w zasadzie dyskwalifikująca kogoś, kto tak wzniośle pozycjonuje się na obrońcę dziecięcej godności; dyskwalifikująca właśnie tym bardziej, że to, wiecie, tylko tak żartem, he-he, powiedziane było), kompletnie nie doceniając tego, że kolejne tomy Galewskiej-Kustry to znakomicie przygotowane, metodycznie nowatorskie (i skuteczne: potwierdzone ojcowskie info) inicjacje w świat mówienia, czytania, liczenia… A szukanie rzekomej przemocowości w kapitalnym australijskim serialu o zarówno wzruszających, jak i prześmiesznych (a przy tym jakże – czego idealista Wiśniewski chyba jednak bardzo nie lubi – życiowych) przygodach Bluey?… Ej – no serio?… Z drugiej zaś strony: autor Zakazu gry w piłkę tyleż żarliwie, co argumentacyjnie nijako (odwołując się w zasadzie wyłącznie do swych chłopackich sentymentów) broni powieści Zbigniewa Nienackiego o Panu Samochodziku: powieści, owszem, kapitalnych fabularnie, ale umówmy się, że pełnych wątków seksistowskich (chyba nie przypominam sobie ani jednej bohaterki w całym cyklu, która w autorskiej kreacji wyrastałaby powyżej poziomu nieledwie mizoginistycznych fantazji pana Tomasza) czy propagandowych (bynajmniej nie tylko socjalistycznie w duchu PRL-owskim, a wcale często nacjonalistycznie: przestępca dybiący na polskie skarby to nierzadko jakiś karykaturalny obcokrajowiec). No ale jakoś dziwnym trafem te akurat literackie grzeszki – skoro się autorowi Pany Samochodziki podobają – delikatnej dziecięcej psychice niczym zagrażać nie będą…
XXXII
Dwa sposoby rozpoznawania rzeczywistości w Królu Olch (ojca, który widzi drzewa i syna widzącego widma) są niemal dokładnym przekładem na literaturę filozoficznego dualizmu, o którym pisał Johann Gottlieb Fichte: myślenia dogmatycznego, uwięzionego w rzeczach (ojciec) i myślenia idealistycznego (syn), zdolnego do abstrahowania. [notatki z lekcji 4]
XXXIII
Szalona (w najszlachetniejszym, a zatem najbardziej szalonym znaczeniu słowa szaleństwo) powieść Jula Łyskawy Prawdziwa historia Jeffreya Watersa i jego ojców to dla mnie nade wszystko poruszający do głębi traktat o metafizyce drewna (i drzew). Cokolwiek by się w tej książce działo (a dzieje się wiele, w cudownie pokrętnej, wielopoziomowej strukturze fabuł i narracji), nad wszystkim tym rozpościera się cień lasów, we wszystkim tym buzuje chlorofil i krążą sole mineralne, wszystko to pachnie żywicą, gnijącą ściółką i trocinami, wszędzie słychać ptaki i siekiery, dłuta i tartaczne piły; nawet wtedy, gdy opuszczamy Copperfield, główne miejsce akcji. Każdy z bohaterów (absolutnie i bynajmniej nie wyłącznie tytułowy Jeffrey Waters, cudnie absurdalny żyjący stół; on jest jedynie synekdochą, pars pro toto zjawiska wszechobejmującego) wynosi w sobie drzewo i drewno, i niczym przeganiane wiatrem nasiono staje się forpocztą rodzimej puszczy w każdym miejscu, na którym osiądzie. Zresztą – czyż nie jest tak, że sama faktura Prawdziwej historii… przypomina drzewo: z jego splątanymi w przeszłości korzeniami, chropowatą korą wielokształtnego języka, kilkoma pniami głównych historii i niezliczoną gęstwiną gałęzi historii pomniejszych? I może właśnie dlatego ta powieść na jakimś tam poziomie doświadczania tak głęboko – i czasem irracjonalnie – mnie wzrusza: jako ekologiczny tren na czasy, gdy lasów coraz mniej…
XXXIV
Co prawda w powieści Łyskawy pojawia się odautorski kawałek o inspiracjach, ale jest on głęboko rozczarowujący – mowa w nim tylko o, przepraszam za wyrażenie, kulturze zwanej wysoką, a przecież najzabawniejsze i najbardziej brawurowe są w Prawdziwej historii Jeffreya Watersa i jego ojców sample z popkultury, na przykład z seriali. A choćby takie coś, że ponura historia pochodzenia jednego z głównych bohaterów, Josha Warrena, bardzo przypomina to, co znamy z życiorysu Dextera Morgana. A znów założona w Copperfield grupa samoobrony miasteczka, Chłopcy ze Wzgórz, to bliźnia siostra Chłopców z Biblioteki chroniących przed demonicznym złem Twin Peaks (z serialu Davida Lyncha do lasów otulających Copperfield przyleciały też sowy, które – jak wiadomo – are not what they seem). I jeszcze wpomniany marginalnie potwór z jeziora, kuzyn nie tylko Nessie, ale też tego z dwudziestego drugiego odcinka trzeciego sezonu Z Archiwum X…
XXXV
Dwa poprzednie tomy próz (jakoś nie mogę nazwać tych kawałków ani opowiadaniami, ani nowelami, więc niech będą po prostu prozy) Pawła Sołtysa, Mikrotyki i Nieradość, czytałem jako coś niezwykle odświeżającego – a jednocześnie urokliwego, przede wszystkim jednak było to przemożne doświadczenie świeżości. Bardzo robocze tłumaczenie tego doświadczenia mam takie oto, że pisarstwo Sołtysa zasilane jest przez źródła chyba rzadko we współczesnej polskiej literaturze wykorzystywane. Skupienie na detalu, pozbawiona sentymentalności czułość względem egzystencjalnego banału, posunięty niekiedy do poziomu cokolwiek paranoicznej nadwrażliwości, multisensoryczny zmysł obserwacji, nienachalny społeczny krytycyzm, daleki od oczywistości humor – to z jednej strony; z drugiej – ciągły, pijacki niemal balans od prozy do poezji, gadułowata dygresyjność, przywiązanie do żywiołu anegdoty, nade wszystko zaś: wyczulenie na poczwarną dziwaczność absolutnie wszystkiego… Przywodzi mi to na myśl – i to by była właśnie ta nieoczywista tradycja kotwicząca specyfikę próz Sołtysa – niektórych Rosjan: trochę może (ale nie za bardzo) Czechowa, nieco więcej (acz też bez przesady) Gogola, a najmocniej może Babla i Płatonowa, i może jeszcze nawet odrobinę Zoszczenki. A na tym tle Sierpień rysuje mi się jako książka niezwykle ascetyczna – znika cała ta wciągająca gra tekstowa, a zostaje samo opowiadanie (oczywiście – nie „opowiadanie” jako klasyfikacja gatunkowa, a jako rzeczownik odczasownikowy od czynności opowiadania). Jest tylko wspomnienie, wydarzenie, zaobserwowany szczegół – nic nie wyróżnione, wszystko demokratycznie zrównane jako absolutnie pełnoprawne przedmioty wciągnięte w nurt (raz wartki i wzburzony, raz leniwy i meandrujący) opowieści. Opowieści – dodajmy – która zaczyna się w miejscu przypadkowym i podobnie też się kończy: bez suspensu, bez puenty; jeden ton, jeden oddech. Sołtys zdaje się eksperymentować z wypornością czytelnika… a może słuchacza? Może to po prostu jest tak, że ktoś cię zaczepił i nie może się przymknąć? A ty – zafascynowany wbrew swej woli, wbrew wszystkim tym bardzo pilnym rzeczom do zrobienia na zaraz, na już i na wczoraj – dlaczegoś nie możesz mu powiedzieć, żeby się odczepił i dał ci święty spokój. Ale eksperyment autora to też testowanie wyporności literatury na odwrócenie porządku poniekąd zdroworozsądkowego: najpierw coś do opowiedzenia, później sama opowieść; w Sierpniu jest dokładnie na odwrót: przemożność opowieści doszczętnie nicuje swój własny (jak się okazuje – wcale nie aż tak konieczny) temat. Tylko żebyśmy się dobrze zrozumieli: owego powyższego, podwojonego eksperymentu nie należy rozumieć jako jakiegoś atematyzmu w duchu – powiedzmy – awangardowym; jako czegoś, co prowadziłoby do efektu szeroko rozumianej niezrozumiałości. Bo przecież stawką działania Sołtysa, stawką fortunności eksperymentu, jest to, by czytelnik/słuchacz czytał i słuchał. I to się oczywiście udaje. O Boże, jak bardzo udaje! Kaziuk z Konopielki wygłosił kiedyś takie słynne słowa, że byle czego to się nie pisze; Sołtys dopowiada: byle jak to się nie opowiada…
XXXVI
Byłby więc Sołtys kimś, kto wraca do samych źródeł literatury – do tego momentu skrytego w najmroczniejszych początkach, gdy cała uwaga plemienia kulącego się przy ogniu skupiała się na tym, kto najlepiej opowiada, kto właśnie odkrył, że słowo równie mocno jak płomień wyzwala z doraźności, odpycha w zewnętrzne ciemności wszystkie szablozębe zgrozy, pozwala okrzepnąć wciąż jeszcze kosmatej intuicji, że rzeczywistość jest czymś, co może ulec zwielokorotnieniu? Tak, zdecydowanie. I może dlatego właśnie zawsze najmocniej zapadały mi w pamięć te pieśni Pablopavo, których teksty to właśnie rozmachnięte, balladowe nieledwie opowieści – od Jurka Mecha, Z fartem dziewczyny i Warszawy Wschodniej z pierwszej jego płyty aż po Przedwiośnie i Wikę z tej najnowszej.
XXXVII
Być może najpiękniejsza fraza z Prawdziwej historii Jeffreya Watersa i jego ojców: „Wydaje się, że śmierć nie jest tak bardzo przerażająca, gdy wypowiadając ostatnie słowa, mówisz o drzewach […]. Być może najpiękniejsza fraza z Sierpnia: „[…] ale wszyscy wiemy, że w wąskich kątach spojrzeń jak kurz zbierają się zmarli, i bywa, że bierze się kogoś najzwyczajniej żywego za wcielenie cienistej osoby”.
XXXVIII
Przepisując teraz z notatnika powyższe słowa, zacząłem je omyłkowo łączyć: „[…] ale wiemy wszyscy, że śmierć nie jest tak bardzo przerażająca […]”. Omyłkowo?
XXXIX
Celebrując swoje prywatne Dziady w czasie tych tegorocznych pustych nocy początku listopada, uświadomiłem sobie, że cały ten rytuał – tak jak go zapisał Mickiewicz – sprowadza się do konieczności mówienia. Inkantacje, zaklęcia, inwokacje, rozesłania, dialogi, repetycje rytualnych fraz – wszystko to służy komunikacji żywych ze zmarłymi. A zmarli, którzy się komunikują – nie są zmarli, tylko żywi; a zmarli, których we wspólnocie komunikacyjnej nie ma – oni tylko są prawdziwie, doszczętnie zmarli; a żywi ostatecznie milczący są już nieżywi. Może właśnie dlatego autor Dziadów przemyśliwał na pewnym etapie tworzenia pierwszej odsłony arcypoematu (o czym swego czasu pisał Jarosław Maciejewski) o uczynieniu zeń opery – najwyższej apoteozy recytowanego, śpiewanego, tańczonego słowa? Dziady jako Święto Mówiących – przeciwstawione Wielkiemu Milczeniu śmierci… A spekulując tak, wróciłem do cytowanych powyżej słów z Sierpnia i pomyślałem, że Paweł Sołtys, ów archaiczny opowiadacz, jest w tych właśnie słowach również Guślarzem przywracającym umarłych życiu mowy („Zmarli tylko wedle woli/ Spieszą, gdzie ich guślarz woła”; wołanie: słowo spotęgowane, mowa wzmożona, głos podniesiony).
