2. „żadne niewiadome nie istnieją”
W czeskiej powieści Destrukcja Stanislava Bilera tytułami rozdziałów są liczby naturalne większe od jeden, posiadające tylko dwa dzielniki – jeden oraz samą siebie. Obecność liczb-tytułów intryguje czytelnika: pojawiają się w sposób nieregularny, nie poddają się łatwym przewidywaniom, a zasada ich rozmieszczenia pozostaje – przynajmniej częściowo – zagadkowa. Pomimo tego da się stwierdzić przynajmniej tyle, że zbiór tych liczb nie ma końca. Dzięki swojej wsobności, niepodzielności i nieskończoności mogą być potraktowane jako rudymentarny składnik matematycznego świata. W ich kondycji pobrzmiewa coś z kondycji człowieka: wymyka się ona uszeregowaniu, opisaniu i wpisaniu w trwały układ, pozostając całkowicie nieredukowalną, nierozkładalną i samotną.
3. „błoto, krew i szramy”
Jest to zarazem portret kondycji głównego bohatera powieści, bezimiennego (do pewnego momentu) nauczyciela. U. funkcjonuje w stanie ciągłego przerażenia – to właśnie ono sprawia, że nieustannie się potyka, a każde potknięcie oznacza bolesne zderzenie z materialnością świata. Z czasem jego twarz staje się świadectwem licznych starć z bezwzględnymi prawami fizyki. Przeraża go rzeczywistość, przeraża go brak zrozumienia, lecz być może jeszcze bardziej samo zrozumienie. Nie potrafi nazwać własnej niewiedzy, ale przeczuwa, że brakuje mu czegoś zasadniczego. Udręką staje się dla niego zarówno prędkość obrotu planet, jak i kosmiczna perspektywa, lecz najbardziej dojmująca okazuje się tajemnica społecznego istnienia. Drży, ponieważ chciałby odnaleźć swoje miejsce w szeregu, wkomponować się w jakiś porządek, uchwycić jakieś swoje „teraz” i jakieś własne „tu”.
5. „kiedy otwierać okno”
Wyjeżdża z miasta na wieś, wierząc, że tam właśnie odnajdzie swoje bezpieczne i proste miejsce, upragniony ład, który można wyrazić równaniem 2+2=4. U. chce stać się kimś policzalnym poprzez sumę codziennych działań. Jest to marzenie o staniu się banalnym, o banalności: o koszeniu trawy o właściwej porze, otwieraniu okna wtedy, gdy robią to inni, i nienagannym grabieniu liści. Marzy o umiejętności wybierania produktów spożywczych bez wahania; bez oglądania się na cierpienie zwierząt w ubojniach czy na społeczne koszty produkcji żywności. Najprościej rzecz ujmując, chce być zaakceptowany, należeć do wspólnoty, stać się takim jak wszyscy i, jak oni, nauczyć się obojętności. Niestety, to się U. nie udaje.
7. „na wsi jest inna moralność”
Wiejska utopia pęka – podobnie jak mury szkoły i pobliskie zabudowania rozgrzane słońcem – pod ciężarem wciąż odsłaniającej się przemocy, lokalnych układów, zbiorowego strachu, narastających urazów i wrogości, wobec tego, co obce i przychodzi spoza wsi. Sielankowość tej przestrzeni okazuje się duszna, przytłaczająca i od dawna martwa: każdy jest tu jednocześnie podejrzanym i oskarżonym, każdy pilnuje swojego, ale też nie przestaje bacznie obserwować sąsiada. Gwałt na dziecku może zostać zignorowany, zaś zwykły spacer po wsi budzi niepokój i zgorszenie. Przemoc domowa stanowi codzienność, ale rozmowa o niej już nie. Bo wieś ma swoje zasady. Żelazne, twarde, paranoicznie konsekwentne. Zasady są niezbędne, bo bez nich inwestorzy mogliby się wycofać, a wiejska duma – fabryka – zostałaby zamknięta.
11. „dyrektor fabryki, ten to jest złoty człowiek”
To właśnie ona wznosi się nad wsią niczym zamek. Wysysa wodę z ziemi i witalność z mieszkańców. Przetwarza to, co żywe, w nieznany, innowacyjny produkt, a w zamian toczy truciznę, powoli przesączającą się do gleby i ludzkich ciał. Pozostawia po sobie wyjałowione pola, martwe lasy, skazując wszystko w okolicy na powolną agonię. Ale za pośrednictwem dyrektora buduje własną mitologię – opowieść o własnej konieczności, niezastąpioności i naturalnym prawie do istnienia. Jest strażniczką wsi, znakiem skażonego dobrobytu oraz bezpłodnej obfitości. Jej dobroć jest nie do przecenienia: rozdaje dzieciom ołówki z gumką i przede wszystkim zapewnia pracę całym pokoleniom. Bez niej wieś dawno by upadła; bez niej nie byłoby nic i bez niej nie byłoby dobrze.
13. „też się powiesił”
A przecież wszystko ma się tu dobrze – tak dobrze, że niemal każdy chciałby się powiesić, i na samych samobójczych fantazjach się nie kończy. Wieś nosi na sobie piętno śmierci wyrastającej z alkoholizmu, traum, wzajemnej nienawiści, samotności i bólu. Ale w istocie nie ma o czym mówić: wójt pochłonięty jest nerwowym myciem samochodu, dyrektor szkoły masturbacją w garażu, dyrektor fabryki pilnowaniem notowań giełdowych. A inni mieszkańcy zajęci są sobą, to znaczy: najczęściej biciem z troski swoich dzieci i piciem, żeby tę troskę okiełznać. Choć wszystkich przenika nerwowość, oficjalnie nie istnieje we wsi żaden powód do stresu. Tylko dzieci jeszcze jakoś próbują osłonić się przed światem, który wtłacza je w siebie i kształtuje na własny obraz. „Gówno” – mówi uczennica, odrzucając ruiny świata hojnie przekazanego jej przez dorosłych.
17, 19. „nie będzie łatwo zacząć zupełnie od nowa”
Te kilka tropów interpretacyjnych, ujętych w formie paragrafów, z pewnością nie wyczerpuje sensów powieści. Książka Bilera proponuje groteskowy, a zarazem zaangażowany rozrachunek z późnym kapitalizmem, z dominacją logiki zysku i fantazmatem wiecznej produkcji. Destrukcja jest zarazem literaturą o osobistej odpowiedzialności i o powszechnej zgodzie na przemoc; a więc literaturą, która buntuje się wobec bezrefleksyjnego przyzwolenia na to, co dzieje się wokół.
Ironiczna, gorzka, chwilami absurdalna historia nauczyciela stara się uchwycić rozpad znanego nam świata. Dysfunkcje społeczne nie ograniczają się tu do prowincjonalnej, czeskiej wsi; Biler zmierza raczej ku opowieści o wymiarze uniwersalnym, próbując zidentyfikować i nazwać destrukcję oraz bezwład spychające współczesność ku granicy, zza której nie będzie już powrotu.
Jest to również – i może przede wszystkim – sugestia, jak w świecie destrukcyjnej banalności ocalić siebie oraz odnaleźć powtarzalną niepowtarzalność własnej indywidualności – takiej, która nie sprowadza się do konformistycznej partycypacji, lecz wyraża się w świadomym zaangażowaniu we współtworzony świat, choćby najbardziej lokalny.
Ostatecznie, mimo wszystko, jest to opowieść o tym, jak zacząć od początku.