książki /

Destrukcja

Anna Maślanka

Stanislav Biler

Fragmenty książki Stanislava Bilera Destrukcja w tłumaczeniu Anny Maślanki, wydanej w Biurze Literackim 7 kwietnia 2026 roku.

Biuro Literackie kup książkę na poezjem.pl

Gdy wra­ca­łem do ple­śnie­ją­ce­go budyn­ku oto­czo­ne­go zgni­ły­mi liść­mi

Gdy wra­ca­łem do ple­śnie­ją­ce­go budyn­ku oto­czo­ne­go zgni­ły­mi liść­mi, któ­ry od teraz będę nazy­wał domem, zatrzy­mał się przy mnie radio­wóz. Służ­by porząd­ko­we w tej wio­sce pra­cu­ją jak nale­ży, pomy­śla­łem.

Dokąd pan idzie? – wrza­snął do mnie z auta poli­cjant.

Idę do domu, odpar­łem przy­jaź­nie i z pew­nym zado­wo­le­niem, że przy­naj­mniej na jed­no pyta­nie znam odpo­wiedź.

To może powie­dzieć każ­dy, kon­ty­nu­ował na oko czter­dzie­sto­let­ni poli­cjant nie­zbyt życz­li­wym tonem.

Ma pan rację, przy­zna­łem z namy­słem, coś takie­go fak­tycz­nie może powie­dzieć każ­dy.

No, więc pan widzi, nie ma co się wypie­rać. Dokąd pan idzie?

Wie pan, ja wła­ści­wie nigdzie już nie idę. Tak dłu­go mówi­łem, że odej­dę, aż w koń­cu musia­łem iść. Skoń­czy­łem z tym. Jestem na miej­scu. Tu jest mój dom, powie­dzia­łem drżą­cym gło­sem.

Tu? Tu miesz­ka wójt. Jak się pan nazy­wa?

Jestem…

Że jak? Dowód oso­bi­sty, panie.

Nie mam, wysze­dłem się tyl­ko przejść, nie muszę mieć przy sobie dowo­du oso­bi­ste­go, doda­łem, prze­ko­na­ny, że tego rów­nież mogę być pewien.

Nie musi pan, co? Przejść się, co? Prze­cież mówił pan, że idzie pan do domu. Coś pan zaczy­na krę­cić.

Naj­pierw wysze­dłem się przejść, a teraz już idę do domu, pró­bu­ję zacho­wać spo­kój, choć muszę przy­znać, że logi­ka stró­ża porząd­ku ma pewien sens i ład.

To po co szedł się pan przejść, sko­ro teraz pan idzie do domu, co? Mógł pan po pro­stu zostać w domu. Cze­mu ma pan taką poobi­ja­ną twarz?

Prze­wró­ci­łem się. Na polu, doda­ję.

Na polu? Co pan robił na polu? Pan jest rol­ni­kiem?

Nie, pro­szę pana, jestem nauczy­cie­lem.

Sko­ro jest pan nauczy­cie­lem, cze­mu miał­by pan wycho­dzić na pole?

Wczo­raj byłem się przejść i…

To pan sobie tak cho­dzi już od wczo­raj? Pro­szę mi dać ten dowód.

Ale przy sobie go nie mam. Poza tym nic nie zro­bi­łem, więc nie ma powo­du, żeby mnie pan legi­ty­mo­wał.

Sły­sza­łeś go? Oty­ły mun­du­ro­wy odwró­cił się do umię­śnio­ne­go kole­gi. No to pro­szę, poli­cjant wycho­dzi z auta, utrud­nia pan śledz­two. Mam zgło­sze­nie od pięt­na­stu osób, że poru­sza się tu podej­rza­ny w czar­nych spodniach i czer­wo­nej kurt­ce, z poobi­ja­ną twa­rzą. Sły­szał pan o kimś, kto tutaj nosił­by czar­ne spodnie i czer­wo­ną kurt­kę? – pyta mnie groź­nie poli­cjant.

To prze­cież żad­ne prze­stęp­stwo nosić czar­ne spodnie i czer­wo­ną kurt­kę, mówię mu w moich czar­nych spodniach i czer­wo­nej kurt­ce.

Zno­wu chce mnie pan pouczać? Panie mądra­liń­ski, funk­cjo­na­riusz przy­su­nął swo­ją nie do koń­ca uro­dzi­wą twarz bar­dzo bli­sko mojej, któ­ra jed­nak też zbyt uro­dzi­wa nie jest, raczej wręcz prze­ciw­nie, mam tutaj kil­ka zgło­szeń, że po wsi krę­ci się włó­czę­ga w czer­wo­nej kurt­ce, zaglą­da ludziom w okna i macha do dzie­ci ze swo­ją poobi­ja­ną twa­rzą. Więc jesz­cze raz: kim pan jest, dokąd pan idzie i po co?

Jestem… sły­szę, jak głos odma­wia mi posłu­szeń­stwa i zaczy­na mi się trząść lewa ręka, miesz­kam w tym domu, tutaj, wczo­raj się prze­pro­wa­dzi­łem, sąsiad tutaj obok, pan wójt, może to potwier­dzić, mówię wystra­szo­ny i powta­rzam w duchu pyta­nia stró­ża porząd­ku. Kim jestem? Dokąd idę? I po co? Na żad­ne z nich nie umiem szcze­rze odpo­wie­dzieć. Jak w ogó­le może mi zada­wać tyle zło­żo­nych pytań naraz?

Poli­cjant wci­ska dzwo­nek u wój­ta, wujek, cześć, znasz tego face­ta?

Cześć, co tam potrze­bu­jesz?

Wujek, znasz tego face­ta tutaj?

Kogo?

Kto to jest? – pyta poli­cjant i poka­zu­je mnie ręką.

To nowy nauczy­ciel, wydarł się z okna wójt.

Podob­no wyszedł się przejść, krzyk­nął do nie­go poli­cjant, a ja nagle dostrze­głem, że na dro­dze koło nas stoi już kil­ku nowych słu­cha­czy, tak­że zain­te­re­so­wa­nych, kim jestem, dokąd idę i po co.

Po co? – spy­tał zdzi­wio­ny wójt.

Tego wła­śnie nie wiem, teraz mówi, że idzie do domu.

Cze­mu nie został w domu? Nie musiał chy­ba nigdzie cho­dzić. Do kogo pan szedł, panie nauczy­cie­lu?

Do niko­go nie sze­dłem, chcia­łem się tyl­ko przejść po oko­li­cy, żeby ją tro­chę poznać, wołam do otwar­te­go okna prze­sad­nie duże­go domu.

Co chce pan poznać? Po co? Jak cze­goś pan nie wie, mnie może pan spy­tać, nie musi pan nigdzie cho­dzić.

No, naj­waż­niej­sze, że się to wyja­śni­ło, prze­jął ini­cja­ty­wę poli­cjant. Panie nauczy­cie­lu, nie może pan tak stra­szyć ludzi, cho­dzić po oko­li­cy i na nich patrzeć. Jak już dokądś pan idzie, trze­ba wie­dzieć, do kogo i po co. Wie pan, tu na wsi jest w ludzi inte­re­sie, żeby się każ­dy inte­re­so­wał sam sobą. Wieś ma swo­je zasa­dy, musi pan je zaak­cep­to­wać. Dziś damy panu spo­kój, bo jed­nak jest pan nowy, my też jeste­śmy ludź­mi.

Poli­cjant wsiadł do auta i odje­chał, a ja nawet podzię­ko­wa­łem i poma­cha­łem na poże­gna­nie. Czu­łem się przy tym tro­chę jak idio­ta. Zamkną­łem za sobą bram­kę. Ludzie na uli­cy sta­li i śle­dzi­li mnie wzro­kiem, jak­bym był im jesz­cze dłuż­ny jakieś odpo­wie­dzi. U wój­ta zafa­lo­wa­ła firan­ka. Zza okna obser­wo­wa­ła mnie jego syl­wet­ka. Pró­bu­ję zacho­wać spo­kój. Muszę się zacho­wy­wać nor­mal­nie, myślę. Tyl­ko co tutaj jest nor­mal­ne, pytam sam sie­bie. Mam ocho­tę wró­cić do domu, ale na pew­no by pomy­śle­li, że przed nimi ucie­kam, że się ukry­wam, prze­my­ka mi przez myśl.


Twa­rze omia­tał nam suchy wiatr

Twa­rze omia­tał nam suchy wiatr. Pró­bo­wa­łem przy­po­mnieć sobie woń świe­żo zaora­ne­go pola. Ten nie­przy­zwo­ity smak, któ­ry wil­goć zie­mi zosta­wia na pod­nie­bie­niu. Prze­łkną­łem śli­nę. Pył draż­nił mój nos i dra­pał mnie w gar­dle. Tępy ból pul­so­wał w szra­mie na czo­le. Sta­łem wraz z dzieć­mi na skra­ju pola i opo­wia­da­łem im o rewo­lu­cji neo­li­tycz­nej, któ­ra zakoń­czy­ła wiecz­ną wędrów­kę łow­ców i zbie­ra­czy. Od tam­tej pory mamy dom i nie musi­my nigdzie cho­dzić, powie­dzia­łem i nie byłem pewien, czy rze­czy­wi­ście moż­na to uznać za triumf.

Od tam­tej pory nie może­my już nigdzie cho­dzić, doda­ła smut­no dziew­czyn­ka z sinia­kiem. Przy­zna­łem Zuza­nie rację.

Fak­tycz­nie, może się wyda­wać, stwier­dzi­łem nie­pew­nie, że rol­nic­two raczej nas znie­wo­li­ło na dłu­gie stu­le­cia niż oswo­bo­dzi­ło. Koniec wędro­wa­nia ozna­czał począ­tek pod­dań­stwa i nie­wol­nic­twa. Nie­pew­ność zbie­rac­twa zastą­pi­ła nie­pew­ność plo­nów. Zamiast mok­nię­cia w lasach i pod skal­ny­mi nawi­sa­mi – pół­mrok zagrzy­bio­nych budyn­ków. Pogo­da, szkod­ni­ki, plą­dro­wa­nia, pod­bi­cia, zara­zy, feu­da­lizm. Uroz­ma­ico­ną die­tę zastą­pi­ło zbo­że. To już nas na szczę­ście nie doty­czy, doda­łem z pew­ną nadzie­ją. Jak widzi­cie, dziś nie musi­my haro­wać w polu, powie­dzia­łem, i rze­czy­wi­ście w polu nie pra­co­wał już nikt. Daw­niej sta­li­by­śmy tu pochy­le­ni, oko­pu­jąc rze­czy, któ­re nale­ży oko­py­wać. Dziś całą pra­cę wyko­nu­ją za nas maszy­ny. Che­mia zabi­ja chwa­sty, zara­zy i szkod­ni­ki, oznaj­mi­łem dzie­ciom i wska­za­łem na roz­le­głe pole, na któ­rym nie było żad­ne­go chwa­stu, zara­zy ani szkod­ni­ka. Tro­chę mnie zanie­po­ko­iło, że na polu nie rosło zupeł­nie nic.

Gów­no tu jest, stwier­dzi­ła Zuza­na.

Spoj­rza­łem znów na pole. Kil­ka­dzie­siąt metrów od nas sta­ła zabie­dzo­na sar­na i bacz­nie nas obser­wo­wa­ła.

Oczy­wi­ście, jest jesz­cze wcze­śnie, powie­dzia­łem szyb­ko i bez skut­ku usi­ło­wa­łem sobie przy­po­mnieć, kie­dy przyj­dzie pora wzro­stu.

Na tym polu nic nigdy nie rośnie, uzu­peł­ni­ła Apo­le­na, a chło­piec o imie­niu David zaczął cicho pła­kać.

Żyzna gle­ba, szyb­ko kon­ty­nu­owa­łem przy­go­to­wa­ny wykład, jest gwa­ran­cją nasze­go prze­ży­cia. Jest naj­cen­niej­szym, co mamy. Wyobraź­cie tyl­ko sobie, oznaj­mi­łem dzie­ciom z zachwy­tem, że pro­mień naszej pla­ne­ty to sześć tysię­cy trzy­sta sie­dem­dzie­siąt osiem kilo­me­trów. Tyle mniej wię­cej dzie­li miej­sce, gdzie sto­imy, od środ­ka Zie­mi, gdzie stać się nie da. Ale żyzną war­stwę, dzię­ki któ­rej może­my upra­wiać rośli­ny, war­stwę, od któ­rej zale­ży nasze życie, two­rzy zale­d­wie kil­ka­dzie­siąt cen­ty­me­trów. Jeden cen­ty­metr żyznej zie­mi powsta­je set­ki, tysią­ce lat. Zamiesz­ku­je­my cien­ki arkusz papie­ru ota­cza­ją­cy nie­go­ścin­ną pla­ne­tę, peł­ną kamie­ni i roz­grza­nej mag­my. Woda, zie­mia, powie­trze to nie tyl­ko sło­wa, ale fun­da­men­tal­ne warun­ki naszej egzy­sten­cji. Bez żyznej zie­mi… powie­dzia­łem i zamil­kłem. Zasta­na­wia­łem się, jak zakoń­czyć swój wywód. Bez­rad­nie roz­glą­da­łem się wokół sie­bie.

Ta zie­mia nie jest żyzna, oświad­czy­ła Zuza­na. David wciąż cicho pła­kał. Mama mówi­ła, że już nigdy nie będzie, doda­ła Apo­le­na. Alžběta kale­czy­ła sobie dłoń jakimś odłam­kiem.

Tam! – wykrzyk­ną­łem i pobie­głem w kie­run­ku cze­goś zie­lo­ne­go, wysta­ją­ce­go z zie­mi, z nadzie­ją, że udo­wod­nię dzie­ciom nie­prze­zwy­cię­żo­ną potę­gę natu­ry. Ale był to tyl­ko kawa­łek pla­sti­ku, odkry­łem po chwi­li, a z pęk­nię­cia na czo­le zaczę­ła mi ciek­nąć krew. Sta­łem tam z kawał­kiem pla­sti­ku w ręce, a w moją twarz ude­rzył blask słoń­ca. Odwró­ci­łem się i spoj­rza­łem na pięt­na­sto­oso­bo­wą grup­kę dzie­ci sto­ją­cą na skra­ju pola, któ­re już chy­ba nie było polem. Sta­ły tam, patrząc na mnie jak na waria­ta, jak­by już daw­no wszyst­ko wie­dzia­ły, tyl­ko bały mi się to powie­dzieć.

Na hory­zon­cie wciąż tkwi­ła nie­ru­cho­ma, wychu­dła sar­na. Wzią­łem wia­der­ko i łopat­kę. Do wia­der­ka nabra­łem zie­mi.

Żyzna zie­mia, powta­rza­łem na głos, pod­czas gdy żyzna zie­mia sypa­ła się jak naj­drob­niej­szy piach, niczym pył wiecz­no­ści wzno­szą­cy się wśród bez­kre­sne­go prze­kleń­stwa cza­su.

Następ­nym razem wybie­rze­my się do lasu, zapro­po­no­wa­łem w dro­dze powrot­nej do szko­ły, uda­jąc przed dzieć­mi weso­łość.

Lepiej nie, panie nauczy­cie­lu, oznaj­mi­ła Zuza­na.

A cze­mu nie?

Gów­no tam jest, odpar­ła po chwi­li waha­nia.

Jesteś jak ja, Zuza­no, też cią­gle się poty­kam, prze­wra­cam, i twarz mam bez prze­rwy całą w szra­mach, stwier­dzi­łem, by spro­wa­dzić roz­mo­wę na inne tory.

Zuza­na się nigdzie nie prze­wra­ca, stwier­dzi­ła Apo­le­na.

Zuza­na nie powie­dzia­ła nic.

Strasz­nie sucho, idę do stud­ni, ode­zwał się David, a ja nie­przy­tom­nie wyrzu­ci­łem z sie­bie coś o wodzie i nadziei.

Obej­rza­łem się. Sar­na leża­ła na polu. Pew­nie zasnę­ła, przy­szło mi do gło­wy.

Po połu­dniu dzie­ci mia­ły WF. Prze­ra­zi­łem się. Nie widzia­łem jed­nak nic, cze­go nie widział­bym już wcze­śniej. Tyl­ko widzia­łem to, cze­go wcze­śniej widzieć nie chcia­łem.

O autorach i autorkach

Anna Maślanka

 Urodziła się w 1988 roku w Rzeszowie. Polska bohemistka, tłumaczka, doktorka literaturoznawstwa. Autorka wywiadów, recenzji i tekstów poświęconych literaturze czeskiej, publikowanych na łamach polskich („Przekrój”, „Twórczość”, „Nowe Książki”, „Nowa Europa Wschodnia”) i czeskich mediów (iLiteratura.cz, „Plav”) oraz na blogu „Literackie skarby świata całego”. Od 2023 roku współtwórczyni programu Literatura na Granicy towarzyszącego przeglądowi filmowemu Kino na Granicy. Laureatka międzynarodowego konkursu przekładowego Cena Susanny Roth dla młodych tłumaczy z języka czeskiego (2017).

Stanislav Biler

Urodził się w 1982. Jest socjologiem, pisarzem, redaktorem scenariuszy i dziennikarzem. Pisał dla wielu czeskich gazet i czasopism. Pracował w Czeskiej Telewizji, w biurze Rzecznika Praw Obywatelskich oraz jako robotnik w fabryce w Oldham w hrabstwie Greater Manchester. W 2011 roku był współzałożycielem (pierwotnie prześmiewczego) ruchu politycznego Žít Brno (Żyć Brno). Jest autorem książek: Nejlepší kandidát („Najlepszy kandydat”, 2017) oraz 111 míst v Brně, která musíte vidě („111 miejsc w Brnie, które musisz zobaczyć”, 2020). W wolnym czasie lubi spacerować wśród dzikiej przyrody.

Powiązania

Żaden koniec nie jest definitywny

wywiady / o książce Anna Maślanka Stanislav Biler

Roz­mo­wa Anny Maślan­ki ze Sta­ni­sla­vem Bile­rem, towa­rzy­szą­ca pre­mie­rze książ­ki Sta­ni­sla­va Bile­ra Destruk­cja w tłu­ma­cze­niu Anny Maślan­ki, wyda­nej w Biu­rze Lite­rac­kim 7 kwiet­nia 2026 roku.

Więcej

Bajka zrodzona w rytmie skurczów jelit

recenzje / ESEJE Anna Maślanka

Recen­zja Anny Maślan­ki z książ­ki Sana­to­rium Rafa­ła Wojacz­ka.

Więcej

Żaden koniec nie jest definitywny

wywiady / o książce Anna Maślanka Stanislav Biler

Roz­mo­wa Anny Maślan­ki ze Sta­ni­sla­vem Bile­rem, towa­rzy­szą­ca pre­mie­rze książ­ki Sta­ni­sla­va Bile­ra Destruk­cja w tłu­ma­cze­niu Anny Maślan­ki, wyda­nej w Biu­rze Lite­rac­kim 7 kwiet­nia 2026 roku.

Więcej