04/06/26

Bezprawie. „To nie rozprawa była, ale teatr”

Przemysław Rojek

Strona cyklu

Wieża Kurremkarmerruka
Przemysław Rojek

Nowohucianin z Nowego Sącza, mąż, ojciec, metafizyk, capoeirista. Doktor od literatury, nauczyciel języka polskiego w krakowskim Liceum Ogólnokształcącym Zakonu Pijarów, nieudany bloger, krytyk literacki. Były redaktor w sieciowych przestrzeniach Biura Literackiego, laborant w facebookowym Laboratorium Empatii, autor – miedzy innymi – książek o poezji Aleksandra Wata i Romana Honeta oraz wyboru esejów Chłopak z Biblioteki.

1.

O ile dobrze zapa­mię­ta­łem, to spo­ty­ka­ją się naj­czę­ściej w jakichś brud­nych pusto­sta­nach, zło­wiesz­czych post­in­du­stria­lach – i nawet jeśli w dzień, to ota­cza ich jakiś mrok, suge­ru­ją­cy kon­spi­ra­cję i zwia­stu­ją­cy wiel­kie zło. Są łysi, zakap­tu­rze­ni, twa­rze mają wychu­dzo­ne, bar­dzo przy­po­mi­na­ją old­sku­lo­wych skin­he­adów, w oczach – obłęd i fana­tyzm. Nie mówią: wrzesz­czą ryt­micz­nie, a ponie­waż pod­krę­ca­ją się wza­jem tym krzy­kiem do pozio­mu histe­rii, więc moż­na odnieść wra­że­nie, że zaraz zaczną zano­sić się nie­przy­tom­nym, absur­dal­nie nie­sto­sow­nym śmie­chem. Od skan­do­wa­nia na kra­wę­dzi dewa­stu­ją­ce­go krzy­ku trzę­są się pochod­nie, któ­re kur­czo­wo ści­ska­ją. Kame­ra fil­mu­je ich ner­wo­wy­mi pół­ob­ro­ta­mi. Co wywrza­sku­ją?

Naro­dzie mój,
Coś widział miecz

Na nie­bie ciem­nym świe­cą­cy,

Powró­cę ja –
Patrz, Furia zła,

Przyj­dę jak pło­mień gorą­cy.

Wezmę wichrzy­ce
I na sto­li­cę

Wpad­nę i dachy pozry­wam;

W rze­ki się rzu­cę,
W krew je obró­cę,

W domy zlęk­nio­ne powpły­wam.

Przez noc­ne cie­nie
Tak jak pło­mie­nie

Pój­dę, a wam wzro­ki wypa­lę –

Przez bły­ska­wi­ce
Moca­rze chwy­cę,

Nagie posta­wię na ska­le.

2.

Ta sce­na kil­ku­krot­nie – w róż­nych zresz­tą deko­ra­cjach, choć naj­moc­niej zapa­dła mi we wspo­mnie­niu ta wyżej opi­sa­na – powra­ca w pierw­szym sezo­nie seria­lu Kru­cja­ta. Boha­te­ro­wie nale­żą do taj­nej orga­ni­za­cji ter­ro­ry­stycz­nej – mor­du­ją przed­sta­wi­cie­li biz­ne­so­wych i poli­tycz­nych elit, cele­bry­tów, pod­kła­da­ją bom­by eks­plo­du­ją­ce w przy­pad­ko­wych miej­scach. Cel orga­ni­za­cji pomi­nę, nie jest on z punk­tu widze­nia tego, co piszę, aż tak istot­ny (zresz­tą – jak przy­sta­ło na serial sen­sa­cyj­ny, zupeł­nie skąd­inąd nie­zły, Kru­cja­ta kom­pli­ku­je wąt­ki tak, by praw­da była osta­tecz­nie tam, gdzie ją umiesz­cza­ły pamięt­ne napi­sy począt­ko­we każ­de­go odcin­ka Z Archi­wum X, czy­li out the­re); naj­ogól­niej cho­dzi o to, co w każ­dej wal­ce ter­ro­ry­stycz­nej naj­waż­niej­sze: by porzą­dek zastą­pić cha­osem, a spo­kój lękiem.

3.

Sło­wa spa­ja­ją­ce ter­ro­ry­stów z Kru­cja­ty we wspól­no­tę idei, sło­wa wska­zu­ją­ce im kie­ru­nek i sens, to począ­tek nie­za­ty­tu­ło­wa­ne­go wier­sza Juliu­sza Sło­wac­kie­go.

4.

Z kore­spon­den­cyj z Paw­łem Kozio­łem (via Mes­sen­ger): „Tu aneg­dot­ka: bab­cia, ta od stro­ny dziad­ka-mala­rza, była polo­nist­ką uczo­ną w Kra­ko­wie – Kle­iner, te spra­wy. I któ­ryś z lumi­na­rzy, może wła­śnie ten Kle­iner, mówił stu­den­tom, że jest taki wiersz Sło­wac­kie­go, któ­re­go on nigdy nie przy­to­czy, bo on w nim widział pro­roc­two cał­ko­wi­te­go znisz­cze­nia War­sza­wy. Może go wła­śnie zacy­to­wa­łeś, Prze­mek”.

5.

„Sło­wac­kie­go tu mało – co kil­ka roz­dzia­łów poja­wia się zni­kąd, by wygło­sić zagad­ko­wy mono­log i ujaw­nić, jak wpły­wa na nie­świa­do­mych boha­te­rów”. Takie zda­nie poja­wia się w krót­kiej recen­zji Azar­du Paw­ła Kozio­ła opu­bli­ko­wa­nej na fanpage’u „Pary­skie salo­ny roman­ty­ków”. I choć naj­czę­ściej chy­lę czo­ła przed mnó­stwem fak­to­gra­ficz­nej robo­ty, jaka się na „Pary­skich salo­nach roman­ty­ków” doko­ny­wa, tak z tym zda­niem zgo­dzić się abso­lut­nie nie mogę: Juliusz Sło­wac­ki, choć bez­po­śred­nio (jako Leli­wa) fak­tycz­nie prze­ma­wia w Azar­dzie z rzad­ka, obec­ny jest w tej powie­ści – bez nija­kiej prze­sa­dy, dosłow­nie – zawsze i wszę­dzie.

6.

Bo prze­cież tytuł każ­de­go roz­dzia­łu książ­ki Kozio­ła skła­da się z dwóch ele­men­tów: ze wska­za­nia na boha­te­ra, na któ­rym dany roz­dział będzie się kon­cen­tro­wał – i z cyta­tu z jakie­goś dzie­ła auto­ra Godzi­ny myśli. A zatem już w tak pro­sty spo­sób Sło­wac­ki zja­wia się (wszak zja­wy od tego są, by się zja­wia­ły) w Azar­dzie – jeśli nie pomy­li­łem się w obra­chun­ku roz­dzia­łów, któ­rych tu mno­gość – sie­dem­dzie­siąt i sie­dem razy (a może i sie­dem­dzie­siąt osiem/dziewięć: bo jak się czy­ta spis tre­ści powie­ści Kozio­ła, to te cyta­ty ukła­da­ją się w jakiś wid­mo­wy, zja­wi­sko­wy, nie­na­pi­sa­ny, ale moż­li­wy – poten­cjal­ny, choć nie aktu­al­ny, by rzecz ująć w kate­go­riach cokol­wiek ary­sto­te­le­sow­skich – wiersz Sło­wac­kie­go; na oso­bli­wość tę zwró­ci­łem uwa­gę dzię­ki prze­ni­kli­wo­ści Pau­li­ny Fron­kie­wicz, pro­wa­dzą­cej 18 grud­nia zeszłe­go roku spo­tka­nie z auto­rem w kra­kow­sko-pod­gór­skim De Revo­lu­tio­ni­bus Books). Ale to prze­cież w żad­nym razie nie wszyst­ko. Z jed­nej bowiem stro­ny każ­dy ze wspo­mnia­nych cyta­tów tzw. wiesz­cza już coś zna­czy źró­dło­wo – w kon­tek­ście cyto­wa­ne­go dzie­ła, czy to będzie Beniow­ski, czy Król‑Duch, czy jesz­cze coś inne­go. Z dru­giej – uży­ty przez Kozio­ła sta­je się już to pry­zma­tem (roz­sz­cze­pia­ją­cym), już to krzy­wym zwier­cia­dłem (znie­kształ­ca­ją­cym), już to może nawet czymś na podo­bień­stwo baro­ko­wej ana­mor­fo­zy; w każ­dym razie wpro­wa­dza jakiś nad­da­tek zna­cze­nio­wy do aku­rat podej­mo­wa­ne­go wycin­ka fabu­ły. Efekt czy­tel­ni­czy jest syl­lep­tycz­no-iro­nicz­ny, a może nawet cokol­wiek schi­zo­tycz­ny: syl­lep­tycz­ny – bo sens czy­ta­ne­go roz­dwa­ja się na to, co pisze Kozioł, i na to, w jaki spo­sób pisa­nie Kozio­ła zamą­co­ne jest przez pod­szep­ty z wier­szy Sło­wac­kie­go; iro­nicz­ny – bo zna­cze­nie dane­go roz­dzia­łu (i oczy­wi­ście skom­po­no­wa­nej z nich cało­ści – w postę­pie mate­ma­tycz­nie dość moc­no skom­pli­ko­wa­nym, dale­kim od pro­stej line­ar­no­ści) odda­la się od czy­tel­ni­ka podług woli tego, co Leli­wa ma do dopo­wie­dze­nia; schi­zo­tycz­ny – bo powsta­je czy­tel­ni­czo potęż­nie iry­tu­ją­ce wra­że­nie, że oto w świa­do­mo­ści zaczy­na dud­nić jakiś dodat­ko­wy pogłos.

7.

A efekt owe­go pogło­su, prze­mo­co­wa cudza obec­ność nie doty­czy bynaj­mniej wyłącz­nie czy­tel­ni­ka – bo Słowacki/Leliwa nawie­dza też boha­te­rów Azar­du. I robi to – rzecz jasna – nie bez pla­nu. Widać to choć­by w gra­ma­tycz­nym zabie­gu, któ­ry jako jeden z pierw­szych bar­dzo moc­no przy­ku­wa uwa­gę czy­ta­ją­ce­go powieść: cho­dzi o tro­istość nar­ra­cji, któ­rą Kozioł pro­wa­dzi w pierw­szej, dru­giej i trze­ciej oso­bie licz­by poje­dyn­czej. Ale żeby rzą­dzą­cą ową tro­isto­ścią zasa­dę zro­zu­mieć – trze­ba chy­ba wresz­cie choć w kil­ku zda­niach stre­ścić tło tego, o czym w ogó­le jest Azard. Zdań musi być zaś zale­d­wie kil­ka – by zacho­wać mak­sy­mal­ną obiek­tyw­ność, bo spra­wa obiek­tyw­no­ści (w sen­sie bodaj naj­wznio­ślej­szym, jaki idea obiek­tyw­no­ści zyska­ła w toku ewo­lu­cji zachod­niej kul­tu­ry pra­wa) ma dla powie­ści Paw­ła Kozio­ła zna­cze­nie kto wie, czy nie naj­waż­niej­sze.

8.

Otóż: kan­wą opo­wie­ści tka­nej w Azar­dzie jest wybuch, do któ­re­go doszło ran­kiem 13 paź­dzier­ni­ka 1923 roku w Cyta­de­li War­szaw­skiej – eks­plo­zja pro­chu do poci­sków arty­le­ryj­skich zabi­ła dwa­dzie­ścia osiem osób, a rani­ła osiem­dzie­siąt dzie­więć. W toku sze­ro­ko zakro­jo­ne­go śledz­twa, pro­wa­dzo­ne­go pod kie­run­kiem inspek­to­ra Józe­fa Piąt­kie­wi­cza, oskar­żo­no i ska­za­no na śmierć – na pod­sta­wie zeznań zwer­bo­wa­ne­go przez poli­cję komu­ni­sty, Józe­fa Cechow­skie­go – dwóch woj­sko­wych o komu­ni­stycz­nych poglą­dach: Wale­re­go Bagiń­skie­go i Anto­nie­go Wie­czor­kie­wi­cza. Ponie­waż mate­riał dowo­do­wy słu­żą­cy jako pod­sta­wa wyro­ku (a raczej tegoż mate­ria­łu ewi­dent­ny brak) od począt­ku budził zasad­ni­cze kon­tro­wer­sje, spe­cjal­na sej­mo­wa komi­sja kie­ro­wa­na przez Ada­ma Pra­gie­ra, posła PPS‑u, dopro­wa­dzi­ła do tego, że decy­zją pre­zy­den­ta Sta­ni­sła­wa Woj­cie­chow­skie­go kara śmier­ci dla Bagiń­skie­go i Wie­czor­kie­wi­cza zosta­ła zamie­nio­na na wyrok doży­wot­nie­go wię­zie­nia. Dwa lata póź­niej obaj ska­za­ni mie­li zostać wymie­nie­ni – na mocy ukła­du zawar­te­go przez rzą­dy pol­ski i radziec­ki – na dwóch prze­trzy­my­wa­nych w wię­zie­niach sowiec­kich Pola­ków, ale zosta­li tuż przed wymia­ną, 29 mar­ca 1925 roku,  zastrze­le­ni w trans­por­tu­ją­cym ich pocią­gu przez poli­cjan­ta z eskor­ty, Józe­fa Murasz­kę. W tym samym 1925 roku mia­ły miej­sce dwa zama­chy komu­ni­stów na Cechow­skie­go, któ­re­go zezna­nia dopro­wa­dzi­ły do ska­za­nia Bagiń­skie­go i Wie­czor­kie­wi­cza – ten dru­gi uda­ny (czwór­kę zama­chow­ców – Naf­ta­le­go Botwi­na, Wła­dy­sła­wa Hib­ne­ra, Wła­dy­sła­wa Kniew­skie­go, Hen­ry­ka Rut­kow­skie­go – uję­to i stra­co­no). Józef Murasz­ko usły­szał wyjąt­ko­wo łagod­ny wyrok dwóch lat wię­zie­nia (sąd za oko­licz­no­ści łago­dzą­ce uznał patrio­tycz­ne pobud­ki czy­nu i „stan sil­ne­go wzbu­rze­nia ducho­we­go oskar­żo­ne­go”), po zwol­nie­niu słu­żył w KOP-ie i sto­łecz­nej poli­cji, ale krót­ko po zakoń­cze­niu kam­pa­nii wrze­śnio­wej został ofi­ce­rem Gesta­po, za co zabi­to go na mocy wyro­ku śmier­ci wyda­ne­go przez pol­skie pod­zie­mie nie­pod­le­gło­ścio­we.

9.

Czy moż­na zatem z kiep­skiej jako­ści pato­sem powie­dzieć, że tam­tych dwa­dzie­ścia osiem śmier­ci z Cyta­de­li zagar­nę­ło w swój cień kolej­nych osiem ist­nień – dwóch żoł­nie­rzy uła­ska­wio­nych przez pań­stwo i zastrze­lo­nych przez samo­zwań­cze­go kata-patrio­tę, któ­ry sam potem poniósł śmierć z wyro­ku tegoż pań­stwa żyją­ce­go w uta­je­niu; zdraj­cę spra­wy robot­ni­czej i jego czte­rech (trzech nie­do­szłych i jed­ne­go speł­nio­ne­go) zabój­ców? Moż­na. I jest to cień rzu­ca­ny przez (sto­ją­ce­go niczym Leopold Mozart w jed­nej z naj­moc­niej­szych scen Ama­de­usza: jako zło­wro­gi Koman­dor u szczy­tu scho­dów) Leli­wę. Bo jak to szło? Co na to sam Leli­wa?

Powró­cę ja –
Patrz, Furia zła,

Przyj­dę jak pło­mień gorą­cy.

10.

Z kore­spon­den­cyj z Paw­łem Kozio­łem (via dedy­ka­cja na moim egzem­pla­rzu Azar­du): „Prze­mko­wi, zna­laz­cy naj­strasz­niej­sze­go wier­sza Sło­wac­kie­go”.

11.

Wróć­my jed­nak do tych trzech optyk nar­ra­cyj­nych, na któ­re Kozioł roz­pi­su­je swo­ją fabu­łę. W pierw­szej oso­bie – jak się moż­na łatwo domy­śleć – prze­ma­wia Leliwa/Słowacki: tak jak­by jemu przy­słu­gi­wał przy­wi­lej bycia naj­wy­ra­zi­ściej okre­ślo­ną, naj­bar­dziej suwe­ren­ną (a co za tym idzie – naj­moc­niej spraw­czą) toż­sa­mo­ścią; jak­by był kimś, kto prze­ma­wia we wła­snym imie­niu, na swój rachu­nek, dyk­tu­je pra­wa wszyst­kich innych obo­wią­zu­ją­ce (a przy­naj­mniej przy­wi­lej taki sobie uzur­pu­je). Ale we wła­snym imie­niu prze­ma­wia­ją też tajem­ni­czy Agent Dwój­ki i – po jed­nym razie – poseł Pra­gier i poli­cyj­ny aspi­rant Gra­lak (ten dru­gi bodaj ani razu nie zosta­je przez auto­ra przed­sta­wio­ny z imie­nia). I o ile szcze­gól­nie wyróż­nio­na pod­mio­to­wość (w zna­cze­niu bycia oso­bą i bycia spraw­czym) Agen­ta jakoś tam tłu­ma­czy się sama – wszak agen­ci są po to, by aran­żo­wać bieg zda­rzeń – o tyle jed­no­krot­nie wydo­by­te pod­mio­to­wo­ści Pra­gie­ra i Gra­la­ka wyma­ga­ją odro­bi­ny osob­ne­go namy­słu. Bo tak w ogó­le obaj boha­te­ro­wie naj­czę­ściej są opi­sy­wa­ni z per­spek­ty­wy trze­ciej oso­by – i dzie­lą ten nar­ra­cyj­ny sta­tus mię­dzy inny­mi z inspek­to­rem Piąt­kie­wi­czem, majo­rem Ste­fa­nem Zie­liń­skim, posłem Sta­ni­sła­wem Kozic­kim i jesz­cze kil­ko­ma inny­mi oso­ba­mi, któ­re (cza­sem na prze­strze­ni jed­ne­go tyl­ko kon­kret­ne­go roz­dzia­łu) łączy to, że nie są przed­mio­tem śledz­twa w spra­wie rze­ko­me­go zama­chu w Cyta­de­li, a jego roz­gry­wa­ją­cy­mi. I to też ma sens: wszak w tra­dy­cji powie­ścio­pi­sar­skiej nar­ra­to­ro­wi trze­cio­oso­bo­we­mu, aukto­rial­ne­mu, przy­słu­gu­je walor nie­dy­sku­to­wal­ne­go obiek­ty­wi­zmu – a śled­czy powo­ła­ny jest po to, by usta­lić obiek­tyw­ną (tutaj: nie­pod­le­głą żad­nym gło­som z zewnątrz i wewnątrz; i jest to wła­śnie ów obiek­ty­wizm pra­wa, o któ­rym już tu wspo­mnia­łem) praw­dę o fak­tach. Dla­cze­go zatem jed­nak Pra­gier i Gra­lak też po jed­nym razie sta­ją przed czy­tel­ni­kiem obna­że­ni w swej pierw­szo­oso­bo­wej pod­mio­to­wo­ści? Bo doty­ka­ją momen­tów, w któ­rych – podob­nie jak Leli­wa i jak Agent – bieg wyda­rzeń przed­sta­wio­nych przez Kozio­ła rady­kal­nie się zmie­nia; momen­tów, w któ­rych już to sta­ją się (Pra­gier) tej zmia­ny kre­ato­ra­mi, już to (Gra­lak) zmia­nie świad­ku­ją. Pierw­szy z nich w ramach żmud­nych czyn­no­ści podej­mo­wa­nych w ramach prac wzmian­ko­wa­nej komi­sji sej­mo­wej natra­fia nie­ocze­ki­wa­nie w aktach Woj­sko­we­go Sądu Naj­wyż­sze­go na doku­ment, któ­ry nie miał ujrzeć świa­tła dzien­ne­go, a któ­ry pozwo­li zakwe­stio­no­wać wyrok wyda­ny na domnie­ma­nych zama­chow­ców (skąd­inąd ude­rza­ją­ce jest podo­bień­stwo tej powie­ścio­wej sce­ny do jesz­cze inne­go zwrot­ne­go momen­tu: ze słyn­ne­go fil­mu W imię ojca; tam też opa­no­wa­na poczu­ciem misji adwo­kat­ka w nie­mal iden­tycz­nych oko­licz­no­ściach wcho­dzi w posia­da­nie zata­jo­ne­go dowo­du pozwa­la­ją­ce­go jej wsz­cząć rewi­zję pro­ce­su fał­szy­wie osa­dzo­nych pod zarzu­tem zama­chu ter­ro­ry­stycz­ne­go Irland­czy­ków); Gra­lak z kolei będzie świad­kiem zamor­do­wa­nia przez Murasz­kę Bagiń­skie­go i Wie­czor­kie­wi­cza. I tak, udział w tych wła­śnie wyda­rze­niach w peł­ni zasłu­gu­je na pierw­szo­oso­bo­wą nar­ra­cję: bo jeśli rze­czy­wi­ście w Azar­dzie jest tak, że to upodmio­to­wio­ny Leli­wa aran­żu­je bieg fak­tów, to wła­śnie w tych dwóch wspo­mnia­nych momen­tach dwa inne pod­mio­ty na rów­nych (rów­nież gra­ma­tycz­nie) pra­wach mogą się z tą uzur­pa­tor­ską i prze­mo­co­wa aran­ża­cją mie­rzyć, pró­bo­wać ją odkształ­cić (co uda­je się Pra­gie­ro­wi; Gra­la­ko­wi pozo­sta­je obser­wo­wać, jak aran­ża­cyj­na inten­cja Leli­wy odzy­sku­je prze­wa­gę – odzy­sku­je osta­tecz­nie).

12.

Osta­tecz­nie, bo – na co zwró­cił uwa­gę sam Kozioł pod­czas tam­te­go kra­kow­skie­go spo­tka­nia autor­skie­go – nawet pod­sta­wo­wy arty­kuł na Wiki­pe­dii, rze­tel­nie i obiek­tyw­nie rekon­stru­ują­cy zda­rze­nia zaini­cjo­wa­ne wybu­chem sprzed stu dwóch lat, opa­trzo­ny jest tytu­łem „Zamach w Cyta­de­li War­szaw­skiej”. A prze­cież z same­go arty­ku­łu wyni­ka, że żad­ne­go zama­chu raczej nie było.

13.

No a resz­ta boha­te­rów powie­ści (czy­li zde­cy­do­wa­na więk­szość)? Im przy­słu­gu­je dość oso­bli­wa w tra­dy­cji powie­ścio­wej dru­ga oso­ba. Tak jak­by ktoś poza nimi decy­do­wał, jakie będzie ich miej­sce w opi­sy­wa­nym przez Paw­ła Kozio­ła dra­ma­cie.

14.

Bo jest to dra­mat – i nie tyl­ko w tym naj­bar­dziej kolo­kwial­nym sen­sie: że opi­sa­ne są tu wyda­rze­nia dra­ma­tycz­ne, czy­li peł­ne nie­ocze­ki­wa­nych zwro­tów akcji, budu­ją­ce napię­cie, anga­żu­ją­ce emo­cjo­nal­nie. To oczy­wi­ście też – ale poza tym Azard jest dra­ma­tem w sen­sie nie­le­d­wie ści­śle geno­lo­gicz­nym; ostat­nim, wiel­kim dra­ma­tem Juliu­sza Sło­wac­kie­go, pod­le­głą jego moca­rzo­wej woli insce­ni­za­cją pew­ne­go wycin­ku z dzie­jów Pol­ski. A tytu­ły roz­dzia­łów, czy­li imio­na (lub funkcje/role spo­łecz­ne: Wło­ścia­nin, Pepe­esów­ka, Pro­to­ko­lant…) – czy­sto tech­nicz­nym spi­sem osób tegoż dra­ma­tu. A tych­że roz­dzia­łów pod­ty­tu­ły, cyta­ty z dzieł Sło­wac­kie­go – mode­ru­ją­cy­mi sce­nę dida­ska­lia­mi (bo – o czym już wspo­mnia­łem – te sło­wa poety two­rzyć będą zna­cze­nio­wy szum tła, cza­sem tak dono­śny, że zagłu­sza­ją­cy zasad­ni­czy sens wła­śnie czy­ta­ne­go).

15.

„To wer­sja dla publicz­no­ści – odpo­wie­dział Pra­gier. – To nie roz­pra­wa była, ale teatr. Sło­wa akto­rom pisa­no gdzie indziej.”

16.

Czy jed­nak rozu­mie­my, jakie są kon­se­kwen­cje tego, że reży­se­rem dzie­jów mógł­by być Sło­wac­ki (bo skąd pew­ność, że jego inge­ren­cja w histo­rię Pol­ski ogra­ni­cza się li tyl­ko do tzw. zama­chu w Cyta­de­li)? Czy napraw­dę docie­ra do nas zło­wiesz­czy cię­żar słów koń­czą­cych Azard – słów sączo­nych poza zakre­sem dźwię­ku przez Sło­wac­kie­go w ucho i ducha Józe­fa Pił­sud­skie­go, Pierw­sze­go Żałob­ni­ka, z któ­re­go to woli 28 czerw­ca 1927 roku docze­sne zwło­ki „kró­lom rów­ne­go” Leli­wy spo­czę­ły niczym cza­kram w kryp­cie kate­dry wawel­skiej?

17.

„Prze­czu­wasz, jaka wte­dy Pol­ska z gro­bu wsta­nie? Bo tobie nie dość jest powie­dzieć «Pol­ski chcę». Jesteś z tych, któ­rzy zapy­ta­ją: «Jakiej?». I wła­śnie tam ja swo­ją zemstę pokie­ru­ję. Tęsk­no ci będzie za kra­ja­mi, w któ­rych panu­je oświe­co­ny rozum, bo nowa Pol­ska wyro­śnie pozba­wio­na tej cno­ty. I jeże­li nie sil­na, powsta­nie przy­naj­mniej zła, a przy­szłe poko­le­nia będą z ludzi mar­twych. Dla­te­go stwo­rzy wła­sny Sybir na Pod­la­siu, z tru­pa­mi pęcz­nie­ją­cy­mi w pogra­nicz­nej rze­ce, z któ­rej pies nie chce, wąż nawet nie pije, gdzie na brze­gach przy­sia­dły wierz­by lamen­tu­ją­ce. Z roz­ma­ity­mi naro­da­mi i piel­grzym­stwa­mi Mic­kie­wi­czo­wi na śmiech i zgrzy­ta­nie zębów wymie­ra­ją­cy­mi w nad­bu­żań­skich lasach. A naj­waż­niej­sze, miły wodzu mój, że przy­szła Pol­ska będzie zupeł­nie nie two­ja, bo i dla swo­ich, i dla obcych okrut­na.”

18.

Niech będzie, że cyto­wa­nie same­go sie­bie jest dowo­dem inte­lek­tu­al­ne­go roz­le­ni­wie­nia pod­szy­te­go nie­ja­ką mega­lo­ma­nią – ale napraw­dę, nie jestem w sta­nie napi­sać o moim doświad­cza­niu Sło­wac­kie­go nicze­go ponad to, co już mi się napi­sa­ło sie­dem, a może i osiem lat temu: „A Sło­wac­ki? O ile Mic­kie­wi­cza inte­re­su­je krew, któ­ra prze­pły­wa, o tyle jego opo­nent zda­je się mieć obse­sję tej­że krwi wypły­wu – nie­po­ha­mo­wa­ne­go, stru­mien­ne­go, rzeź­nic­kie­go wręcz. Począw­szy – co naj­mniej – od win­kel­ry­dycz­nej filo­zo­fii jed­nost­ko­we­go i zbio­ro­we­go samo­bój­stwa w imię spra­wy w Kor­dia­nie, przez Lilę Wenedę i Bal­la­dynę, aż po wiel­ki finał w obłą­kań­czej wizyj­no­ści Króla-Ducha; wszę­dzie tam bro­dzi się po kost­ki we krwi… Uświa­do­mi­łem to sobie, kie­dy z jed­ną z moich klas przy­go­to­wy­wa­li­śmy sce­nicz­ną adap­ta­cję Bal­la­dy­ny wła­śnie. Pomysł miał być zra­zu komicz­ny – przy­kro­ić tekst tego prze­za­baw­ne­go skąd­inąd dra­ma­tu do wymia­rów gołej maka­bre­ski, kie­dy jed­nak prze­czy­ta­łem spre­pa­ro­wa­ny przez jed­ną z uczen­nic sce­na­riusz, pora­zi­ło mnie jego bez­przy­kład­ne bestial­stwo. Efek­tem było przed­sta­wie­nie – bez nie­po­trzeb­nej skrom­no­ści uwa­żam, że świet­ne – inspi­ro­wa­ne kon­wen­cją japoń­skie­go teatru nō; jedy­ną, któ­rej kotur­no­wy patos był w sta­nie dźwi­gnąć na pra­wach osten­ta­cyj­nej maska­ra­dy te bez umia­ru roz­le­wa­ne hek­to­li­try życio­daj­nej czer­wie­ni. I chy­ba to wła­śnie, co wte­dy – jak sądzę – zro­zu­mia­łem: że Sło­wac­ki jest zacza­dzo­ny suro­wi­czym odo­rem krwi, któ­rą chce roz­le­wać wszę­dzie i zawsze, im wię­cej, tym lepiej, spra­wia, że mam do nie­go (mimo całe­go moje­go uwa­ża­nia dla Beniow­skie­go czy Króla-Ducha, zwłasz­cza zaś do Anhel­le­go) spo­ro rezer­wy. Odstrę­cza mnie jego ponu­ra fascy­na­cja masa­krą (chy­ba nie bez powo­du jedy­nym histo­ry­kiem lite­ra­tu­ry, któ­ry poku­sił się o stwo­rze­nie ese­istycz­nej ency­klo­pe­dii życia i twór­czo­ści poety, był ten sam, któ­ry w Kin­der­sze­nen i Wie­sza­niu hoł­do­wał podob­ne­mu prze­ko­na­niu o świę­to­ści histo­rycz­nych rze­zi), pró­by sen­so­twór­cze­go dowar­to­ścio­wa­nia tego, co nice­stwi jaki­kol­wiek sens, odu­rza­nie się opa­ra­mi pły­ną­cy­mi ze świe­żo roz­ko­pa­nych mogił, grze­ba­nie w sto­sach już to kle­ko­czą­cych, już to spo­pie­la­łych kości… Mic­kie­wicz – mimo wszyst­kich ofiar­ni­czych gestów postu­lo­wa­nych w jego pismach – stoi jed­nak osta­tecz­nie po stro­nie nie­prze­zwy­cię­żal­ne­go życia; Sło­wac­kie­go postrze­gam jako zara­żo­ne­go śmier­cią w spo­sób, dla któ­re­go trud­no mi zna­leźć wyro­zu­mia­łość i uspra­wie­dli­wie­nie”.

19.

A teraz tam­te moje intu­icje co do Sło­wac­kie­go rezo­nu­ją w tym, jak ja rozu­miem Azard Kozio­ła, na nowo; na nowo – i na innym pozio­mie, w któ­rym fascy­na­cja Leli­wy śmier­cią wekslu­je się na nobi­li­ta­cję bez­pra­wia.

20.

„Pra­esump­tio boni viri”, „audia­tur et alte­ra pars”, „lex retro non agit”, „in dubio pro reo”, „acto­ri incum­bit pro­ba­tio”… Co łączy te (i wie­le innych) mak­sym pra­wa rzym­skie­go, leżą­cych u fun­da­men­tów całej zachod­niej cywi­li­za­cji praw­nej? Oczy­wi­ście – wie­le rze­czy, ale mnie inte­re­su­ją tutaj szcze­gól­nie dwie, jak naj­moc­niej ze sobą powią­za­ne. Pierw­sza: prze­świad­cze­nie, że pra­wi­dło­we funk­cjo­no­wa­nie jakiej­kol­wiek wspól­no­ty musi się zasa­dzać na pew­nym ładzie powszech­nie obo­wią­zu­ją­cych zasad – bo jest spra­wą tyleż smut­ną, co nie­unik­nio­ną, że w każ­dym zwa­nym wspól­no­tą zbio­rze jed­no­stek poja­wią się jed­nost­ki sta­no­wią­ce dla tej­że wspól­no­ty zagro­że­nie. A wte­dy kata­stro­fą była­by zarów­no taka sytu­acja, w któ­rej wspól­no­ta nie umia­ła­by zagra­ża­ją­cej jed­nost­ki zdy­scy­pli­no­wać, jak i taka, w któ­rej docho­dze­nie spra­wie­dli­wo­ści mię­dzy jed­nost­ka­mi zosta­ło­by sce­do­wa­ne na arbi­tral­ne dzia­ła­nia tych­że jed­no­stek. To się musi skoń­czyć anar­chią – oczy­wi­ście nie tą poj­mo­wa­ną jako pew­na idea poli­tycz­na, ale anar­chią w sen­sie dewa­stu­ją­cej wspól­no­tę atro­fii norm współ­ży­cia spo­łecz­ne­go. Rzecz dru­ga: naj­głęb­szym sen­sem pra­wa jest bez­pie­czeń­stwo jed­nost­ki – jej mie­nia, cie­le­snej inte­gral­no­ści, zdro­wia i życia; bez­pie­czeń­stwo opar­te na prze­wi­dy­wal­no­ści pew­nych nie­uchron­nych reguł sank­cjo­nu­ją­cych, co jest spo­łecz­nie akcep­to­wal­ne, a co nie; bez­pie­czeń­stwo od prze­mo­cy, któ­rą może zagra­żać jed­nost­ka spo­łecz­nie dys­funk­cyj­na; bez­pie­czeń­stwo – co szcze­gól­nie wznio­słe – przy­słu­gu­ją­ce nie tyl­ko nie­win­nym, ale też podej­rza­nym przed udo­wod­nie­niem winy. A im bar­dziej wspól­no­ty świa­ta zachod­nie­go puchły do roz­mia­rów wie­lo­mi­lio­no­wych państw, im bar­dziej kom­pli­ko­wa­ły się spo­so­by zarzą­dza­nia nimi, tym bar­dziej dwie wspo­mnia­ne powy­żej wiel­kie idee praw­ne – nad­rzęd­ność zasa­dy i bez­pie­czeń­stwo jed­nost­ki – doj­rze­wa­ły do wiel­kie­go zry­wu, któ­re­go fina­łem było oświe­ce­nie z taki­mi doku­men­ta­mi jak Dekla­ra­cja Praw Czło­wie­ka i Oby­wa­te­la, Dekla­ra­cja Nie­pod­le­gło­ści Sta­nów Zjed­no­czo­nych i pierw­sze trzy kon­sty­tu­cje; a tym rewo­lu­cyj­nym zry­wem była intu­icja, że czło­wie­ka (i sze­rzej, i dalej: ludzi zespo­lo­nych w zbio­ro­we cia­ło naro­du) nale­ży chro­nić rów­nież przed nie­le­gal­ną prze­mo­cą pań­stwa; tak­że wte­dy, gdy pró­bu­je się ona stro­ić w pozo­ry legal­no­ści.

21.

Tym­cza­sem gdzieś na wschod­nim kre­sie Zacho­du, za lime­sem cywi­li­za­cji łaciń­skiej usta­no­wio­nym w 9. roku po hanieb­nej klę­sce trzech legio­nów Impe­rium w bitwie z ger­mań­ski­mi Ewo­ka­mi w Lesie Teu­to­bur­skim, w nie­ja­kiej Pol­sce doj­rze­wa­ła idea prze­ciw­na – idea wznio­słe­go, spek­ta­ku­lar­ne­go, fan­ta­zyj­ne­go bez­pra­wia. Zra­zu kar­mio­na rosną­cą z każ­dym kolej­nym przy­wi­le­jem nie­za­leż­no­ścią rodów szla­chec­kich i magnac­kich od ucie­le­śnia­ją­ce­go pań­stwo kró­la, w kosz­mar­nych XIX i XX wie­ku zyska­ła ran­gę uświę­co­ne­go opo­ru przed poli­tycz­ną opre­sją (zabor­ców, nie­miec­kich i radziec­kich oku­pan­tów, krem­low­skich archi­tek­tów sowiec­kiej stre­fy wpły­wów). Z idei takie­go bez­pra­wia zro­dzi­li się kon­fe­de­ra­ci bar­scy pory­wa­ją­cy kró­la Rzecz­po­spo­li­tej w imię wal­ki z Rosją i prze­wrót majo­wy sfru­stro­wa­ne­go nie­wy­dol­no­ścią mło­dej pol­skiej demo­kra­cji mar­szał­ka Pił­sud­skie­go – ale też Eli­giusz Nie­wia­dom­ski i Romu­ald Rajs „Bury”.

A co na to Leli­wa?

KSIĄDZ

Radzi słu­ga boży,

Kto jest za śmier­cią cara, rzu­ci na stół kulę,

Kto za unie­win­nie­niem, nie­chaj grosz poło­ży…

Ten grosz znaj­dzie się zawsze w ubo­gich szka­tu­le…

[…]

Wszy­scy kole­ją prze­szli… PREZES liczy…

PREZES

Świeć­cie mi pochod­nią –

Dzię­ki ci, Boże, tyl­ko pięć gło­sów za zbrod­nią.

PODCHORĄŻY

Więc car zgi­nie…

23.

Also sprach przy­bra­ny w mun­dur pod­cho­rą­że­go Kor­dian: „Więc car zgi­nie”. Wbrew zawar­tej przed chwi­lą umo­wie, wbrew zdro­wo­roz­sąd­ko­wym argu­men­tom Księ­dza, Pre­ze­sa i Star­ca, wbrew żoł­nier­skie­mu hono­ro­wi, rycer­skiej tra­dy­cji i poli­tycz­ne­mu prag­ma­ty­zmo­wi, wbrew klą­twom i przy­się­gom, wbrew wyni­kom maka­brycz­ne­go gło­so­wa­nia – słu­cha­ją­cy jedy­nie swej woli, a ta wyda­na jest na pastwę obse­sji doko­na­nia zbrod­ni­cze­go czy­nu, trans­gre­syj­ne­go acte non gra­tu­it, osta­tecz­ne­go prze­kro­cze­nia gra­nic pra­wa w imię bez­pra­wia, któ­ry to czyn bagne­tem otwo­rzy arte­rie i da począ­tek nie­skoń­czo­ne­mu katar­tycz­ne­mu wypły­wo­wi rosyj­skiej (ale też pol­skiej – i chy­ba jed­nak bar­dziej tej pol­skiej, tak, na pew­no) krwi. I nie bez powo­du w jed­nym z roz­dzia­łów powie­ści Paw­ła Kozio­ła aspi­rant Gra­lak z ukry­cia obser­wu­je, jak w koście­le kapu­cy­nów doko­ny­wa się – pod osło­ną nocy, a jak­że, i w przy­tom­no­ści inspek­to­ra Piąt­kie­wi­cza, a jak­że – pono­wie­nie tej groź­nej i pate­tycz­nej (choć nie­wol­nej od pew­nej zni­kli­wej far­so­wo­ści; wia­do­mo od pew­ne­go filo­zo­fa, że rewo­lu­cja tra­gicz­na w powie­le­niu spa­da do pozio­mu far­sy wła­śnie) sce­ny zawią­zy­wa­nia spi­sku. Wszak Kor­dian, ten zało­ży­ciel­ski dla filo­zo­fii zbrod­ni Sło­wac­kie­go (naj­peł­niej­szym tej filo­zo­fii roz­wi­nię­ciem będzie obłą­ka­na rzeź pro­jek­to­wa­na w Królu-Duchu) dra­mat, swo­im pod­ty­tu­łem zapo­wia­da, że jest to pierw­sza część try­lo­gii. Dal­szych czę­ści Sło­wac­ki – jak wie­my – nie napi­sał za życia, ale prze­cież pisze je teraz, w Azar­dzie, w dopie­ro co odro­dzo­nej Pol­sce (przy­po­mnij­my raz jesz­cze: „To nie roz­pra­wa była, ale teatr. Sło­wa akto­rom pisa­no gdzie indziej”).

24.

Oczy­wi­ście – zła­ma­nie pra­wa nie zawsze jest czymś obiek­tyw­nie złym… War­to może – dla ilu­stra­cji – przy­po­mnieć choć­by logi­kę Dekla­ra­cji Nie­pod­le­gło­ści. Nim Komi­tet Pię­ciu ogło­si wolę odłą­cze­nia się od Koro­ny, wska­zu­je, że odłą­cze­nie to jest „słusz­nym i ludz­kim pra­wem”, a nawet „obo­wiąz­kiem” i „koniecz­no­ścią”. A dla­cze­go – pod jaki­mi warun­ka­mi – gest zła­ma­nia pra­wa może stać się „słusz­nym i ludz­kim pra­wem”? Dzie­je się tak wte­dy, gdy wła­dza sprze­nie­wie­rza się swo­je­mu powo­ła­niu (warun­ko­wa­ne­mu „zgo­dą rzą­dzo­nych”), któ­rym to powo­ła­niem jest „osią­gnię­cie celów” wspól­no­ty, czy­li „zabez­pie­cze­nie nie­na­ru­szal­nych praw do życia, wol­no­ści i poszu­ki­wa­nia szczę­ścia”. I nie spo­sób nie uznać, że w warun­kach pol­skich takim nie­wąt­pli­wym „słusz­nym i ludz­kim pra­wem” była koniecz­ność prze­ciw­sta­wie­nia się real­nie zagra­ża­ją­cym naro­do­wej toż­sa­mo­ści porząd­kom car­skim, nazi­stow­skim czy sowiec­kim. Ale w żad­nym z tych wypad­ków bez­pra­wie nie jest celem samym w sobie – zawsze stoi za nim odno­wie­nie zało­ży­ciel­skie­go aktu sprze­ci­wu Anty­go­ny, suwe­ren­ne uzna­nie, że bez­pra­wie jest dzia­ła­niem w imię jakie­goś pra­wa nad­rzęd­ne­go wzglę­dem aktu­al­nie obo­wią­zu­ją­ce­go i prze­mo­cą narzu­co­ne­go. A jeśli uznać, że dla realiów pol­skie­go wie­ku XIX – tego same­go, któ­ry wydał Słowackiego/Leliwę – para­dyg­ma­tem bun­tu będzie dzia­ła­nie Kon­ra­da Wal­len­ro­da, to taki bun­tow­ni­czy sprze­ciw wobec pra­wa będzie obcią­żo­ny ponu­rą, wyzby­tą wszel­kie­go try­um­fa­li­zmu, jak naj­głęb­szą tra­gicz­no­ścią.

25.

Tym­cza­sem bez­pra­wie sączą­ce się z pary­skie­go gro­bu Leli­wy w Azar­dzie jest czy­stym złem, bez­wa­run­ko­wą nega­cją – a zatem aktem w naj­ści­ślej­szym tego sło­wa zna­cze­niu sata­nicz­nym. Co bowiem czy­ni duch Sło­wac­kie­go? Dzia­ła na rzecz uzna­nia, że wybuch w Cyta­de­li był zama­chem, czy­li bru­tal­nym zła­ma­niem pra­wa, czy­li złem – jako taki ma się utrwa­lić w świa­do­mo­ści Pola­ków. A jak już się utrwa­li – niech odpo­wie­dzą zań nie­win­ni, Bagiń­ski i Wie­czor­kie­wicz; i jeśli nie zgi­ną z ręki kata, to niech zgi­ną od kuli Murasz­ki. I w ten spo­sób do jed­ne­go zła doda­ne będzie zło dru­gie, niech się bez­pra­wie ple­ni i zara­ża. Bo ono ma się stać zało­ży­ciel­skim mitem, tru­ją­cym posie­wem rzu­co­nym w gle­bę odra­dza­ją­cej się Rzecz­po­spo­li­tej. Wszak mawia­ją nie­któ­rzy, że Kor­dian jest tek­stem dia­gno­zu­ją­cym – jako jeden z pierw­szych – ową prze­klę­tą pol­ską nie­moż­ność; i że tu aku­rat kon­kret­nym kształ­tem owej nie­moż­no­ści jest brak tego fun­da­tor­skie­go dla tak wie­lu wspól­not mor­du zało­ży­ciel­skie­go, bluź­nier­czo świę­te­go kró­lo­bój­stwa. Jeśli tak – zda­je się rozu­mo­wać Leli­wa – to napraw­my to, co się nie uda­ło, tak zaaran­żuj­my dra­mat, by w „dru­giej czę­ści try­lo­gii” Kor­dian już nie zemdlał na pro­gu sypial­ni cara.

STARZEC Z LUDU

Wie­le potrze­ba zabójstw, nim się kraj odzy­ska?

GŁOS Z TŁUMU

Car…

STARZEC

To jed­ne…

GŁOS

Caro­wa żona…

STARZEC

Dru­gie…

GŁOS

I dwóch bra­ci…

STARZEC

Czte­ry… Licz dalej, bra­cie, bo się licz­ba stra­ci…

GŁOS

Syn cara…

STARZEC

Pią­te…

27.

No ale dla­cze­go? Cze­mu jed­nak fun­da­men­tem odra­dza­ją­cej się pol­skiej wspól­no­ty – tej z krwa­wych łez Wal­len­ro­dów, Kon­ra­dów i Kor­dia­nów – ma być zło ucie­le­śnio­ne w bez­pra­wiu? Odpo­wiedź przy­no­szą cyto­wa­ne już – strasz­ne! – sło­wa Kozio­ła z fina­łu Azar­du. Powia­da Sło­wac­ki Pił­sud­skie­mu, że marzy mu się – „miłe­mu wodzo­wi” – Pol­ska, w któ­rej (jak w kra­jach cywi­li­zo­wa­ne­go Zacho­du) „panu­je oświe­co­ny rozum”, rozum, któ­ry jest „cno­tą”. A cno­ta to prze­cież poję­cie ze słow­ni­ka filo­zo­ficz­ne­go – desty­lo­wa­na w pismach sto­ików ducho­wa pre­dys­po­zy­cja do męż­nej etycz­nej nie­złom­no­ści. I jeśli zało­żyć, że wspo­mnia­ny przez Kozioła/Leliwę „oświe­co­ny rozum” jest tym, o czym tak obszer­nie pisa­łem, czy­li dyk­to­wa­nym przez fun­da­men­tal­nie oświe­ce­nio­wy zdro­wy roz­są­dek (będę się upie­rał, że wła­śnie roz­są­dek to naj­lep­sze tłu­ma­cze­nie tego uwznio­ślo­ne­go przez oświe­co­nych rozu­mu, zwłasz­cza że brzmi w nim też to tak waż­ne tu dla mnie roz-sądza­nie) zaufa­niem pra­wu (bo upie­rać się też będę, że wła­śnie w idei pra­wa – zwłasz­cza do wol­no­ści – przy­słu­gu­ją­ce­go każ­dej ludz­kiej jed­no­st­ce wyłącz­nie z tytu­łu jej uro­dze­nia, soczew­ku­je się naj­istot­niej­szy duch oświe­ce­nia), to uzy­sku­je­my dość pro­ste rów­na­nie: Pol­ska powin­na być wiel­ka przez nie­złom­ne trwa­nie przy pra­wie. To jed­nak jest trud­ne: wyma­ga cza­su i pra­cy – a te dwie war­to­ści nigdy jakoś nie były w cenie za wschod­nim lime­sem Impe­rium Roma­num, za wid­mo­wym wałem usy­pa­nym w powie­trzu z duchów legio­ni­stów Waru­sa; przy­naj­mniej nie w prze­mo­co­wo nie­kie­dy nada­ją­cej ton naszej wspól­no­to­wej toż­sa­mo­ści war­stwie pań­skiej („Nie lubi stwa­rzać się – być chciał­by”, „Nie lubi two­rzyć, lecz zdo­by­wać” – jak kapi­tal­nie punk­to­wał nasz nie­doj­rza­le nie­cier­pli­wy, post­sar­mac­ko-polac­ki cha­rak­ter Jacek Kacz­mar­ski w pie­śni Według Gom­bro­wi­cza naro­du obra­ża­nie). I wte­dy wła­śnie poja­wia się poku­sa, by siłę, jaką daje hero­icz­ne trwa­nie przy pra­wie, pod­mie­nić na pro­te­zę siły, jaką jest kult hero­icz­no­po­dob­ne­go zła – czy­li wła­śnie bez­pra­wia („Nie­na­wiść jest łatwa. Miłość wyma­ga wysił­ku i poświę­ce­nia”, jak powie­dział Marek Edel­man). Co bowiem daje poczu­cie siły sła­be­mu? Znalezienie/wykreowanie jesz­cze słab­sze­go, wobec któ­re­go moż­na będzie oka­zać się sil­nym, któ­re­mu bez­praw­nie narzu­ci się swo­ją wolę jako kary­ka­tu­rę pra­wa. Może być nim komu­ni­sta Wale­ry Bagiń­ski, nie­win­ny, ale win­ny, bo komu­ni­sta („przy­po­mi­nam sobie, że to komu­ni­stę jako takie­go, komu­ni­stę jako komu­ni­stę, zabił kil­ka dni temu, 10 kwiet­nia, pol­ski emi­grant i jego wspól­ni­cy, mor­der­cy Chri­sa Hanie­go. Mor­der­cy ci sami ogło­si­li, że chcą dopaść jakie­goś komu­ni­stę” – to Jacqu­es Der­ri­da, w prze­ło­żo­nych przez Toma­sza Zału­skie­go Wid­mach Mark­sa, o Janu­szu Walu­siu, feto­wa­nym dziś przez pol­ską pra­wi­cę jako „ostat­ni żoł­nierz wyklę­ty”); może być Żyd w get­cie ław­ko­wym na Poli­tech­ni­ce Lwow­skiej, w sto­do­le w Jedwab­nem, w kamie­ni­cy przy kie­lec­kiej uli­cy Plan­ty 7 i na sym­bo­licz­nym Dwor­cu Gdań­skim; może być femi­nist­ka i akty­wi­sta LGBTQ pało­wa­ni na mani­fie; mogą być te, o któ­rych pisze Paweł Kozioł, „tru­py pęcz­nie­ją­ce w pogra­nicz­nej rze­ce”; mogą być ukra­iń­scy uchodź­cy wojen­ni ban­de­ry­zu­ją­cy Pol­skę. A osta­tecz­nie – każ­dy. Bo sko­ro pra­wo – co jest jego dogma­tem nad dogma­ta­mi – ma być siłą rów­ną dla każ­de­go, to cze­mu każ­de­mu ma nie przy­słu­gi­wać zło, ta siła sła­bych? „A naj­waż­niej­sze, miły wodzu mój, że przy­szła Pol­ska będzie zupeł­nie nie two­ja, bo i dla swo­ich, i dla obcych okrut­na.”

28.

Naro­dzie mój,
Coś widział miecz

Na nie­bie ciem­nym świe­cą­cy,

Powró­cę ja –
Patrz, Furia zła,

Przyj­dę jak pło­mień gorą­cy.

Wezmę wichrzy­ce
I na sto­li­cę

Wpad­nę i dachy pozry­wam;

W rze­ki się rzu­cę,
W krew je obró­cę,

W domy zlęk­nio­ne powpły­wam.

Przez noc­ne cie­nie
Tak jak pło­mie­nie

Pój­dę, a wam wzro­ki wypa­lę –

Przez bły­ska­wi­ce
Moca­rze chwy­cę,

Nagie posta­wię na ska­le.

29.

Ale czy napraw­dę zisz­cza się ta zło­wróżb­na zapo­wiedź Kró­la-Ducha her­bu Leli­wa, czy powra­ca on – jako zapo­wie­dział – w kolej­nych inkar­na­cjach Furii złej? Czy pisze się „część trze­cia try­lo­gii”?

30.

„W moim życiu było dużo męskiej wal­ki wręcz”, „W róż­nych modu­łach, zawsze spor­to­wych, szla­chet­nych walk wystę­po­wa­łem”, „On w Afga­ni­sta­nie z apa­ra­tem, a ja w lesie z pię­ścia­mi? Jeśli mini­ster Sikor­ski czu­je się ryce­rzem, to wypa­da mi pogra­tu­lo­wać dobre­go samo­po­czu­cia” (Pre­zy­dent Rze­czy­po­spo­li­tej Pol­skiej, dr Karol Nawroc­ki, wybra­ny na ten urząd gło­sa­mi dzie­się­ciu milio­nów sze­ściu­set sze­ściu tysię­cy ośmiu­set sie­dem­dzie­się­ciu sied­miu Pola­ków, o swo­im udzia­le w tzw. ustaw­kach, prze­stęp­stwie zagro­żo­nych ści­ga­niem z art. 158 i 258 k.k.).