Bezprawie. „To nie rozprawa była, ale teatr”
Przemysław Rojek
Strona cyklu
Wieża Kurremkarmerruka
Przemysław Rojek
Nowohucianin z Nowego Sącza, mąż, ojciec, metafizyk, capoeirista. Doktor od literatury, nauczyciel języka polskiego w krakowskim Liceum Ogólnokształcącym Zakonu Pijarów, nieudany bloger, krytyk literacki. Były redaktor w sieciowych przestrzeniach Biura Literackiego, laborant w facebookowym Laboratorium Empatii, autor – miedzy innymi – książek o poezji Aleksandra Wata i Romana Honeta oraz wyboru esejów Chłopak z Biblioteki.
1.
O ile dobrze zapamiętałem, to spotykają się najczęściej w jakichś brudnych pustostanach, złowieszczych postindustrialach – i nawet jeśli w dzień, to otacza ich jakiś mrok, sugerujący konspirację i zwiastujący wielkie zło. Są łysi, zakapturzeni, twarze mają wychudzone, bardzo przypominają oldskulowych skinheadów, w oczach – obłęd i fanatyzm. Nie mówią: wrzeszczą rytmicznie, a ponieważ podkręcają się wzajem tym krzykiem do poziomu histerii, więc można odnieść wrażenie, że zaraz zaczną zanosić się nieprzytomnym, absurdalnie niestosownym śmiechem. Od skandowania na krawędzi dewastującego krzyku trzęsą się pochodnie, które kurczowo ściskają. Kamera filmuje ich nerwowymi półobrotami. Co wywrzaskują?
Narodzie mój,
Coś widział miecz
Na niebie ciemnym świecący,
Powrócę ja –
Patrz, Furia zła,
Przyjdę jak płomień gorący.
Wezmę wichrzyce
I na stolicę
Wpadnę i dachy pozrywam;
W rzeki się rzucę,
W krew je obrócę,
W domy zlęknione powpływam.
Przez nocne cienie
Tak jak płomienie
Pójdę, a wam wzroki wypalę –
Przez błyskawice
Mocarze chwycę,
Nagie postawię na skale.
2.
Ta scena kilkukrotnie – w różnych zresztą dekoracjach, choć najmocniej zapadła mi we wspomnieniu ta wyżej opisana – powraca w pierwszym sezonie serialu Krucjata. Bohaterowie należą do tajnej organizacji terrorystycznej – mordują przedstawicieli biznesowych i politycznych elit, celebrytów, podkładają bomby eksplodujące w przypadkowych miejscach. Cel organizacji pominę, nie jest on z punktu widzenia tego, co piszę, aż tak istotny (zresztą – jak przystało na serial sensacyjny, zupełnie skądinąd niezły, Krucjata komplikuje wątki tak, by prawda była ostatecznie tam, gdzie ją umieszczały pamiętne napisy początkowe każdego odcinka Z Archiwum X, czyli out there); najogólniej chodzi o to, co w każdej walce terrorystycznej najważniejsze: by porządek zastąpić chaosem, a spokój lękiem.
3.
Słowa spajające terrorystów z Krucjaty we wspólnotę idei, słowa wskazujące im kierunek i sens, to początek niezatytułowanego wiersza Juliusza Słowackiego.
4.
Z korespondencyj z Pawłem Koziołem (via Messenger): „Tu anegdotka: babcia, ta od strony dziadka-malarza, była polonistką uczoną w Krakowie – Kleiner, te sprawy. I któryś z luminarzy, może właśnie ten Kleiner, mówił studentom, że jest taki wiersz Słowackiego, którego on nigdy nie przytoczy, bo on w nim widział proroctwo całkowitego zniszczenia Warszawy. Może go właśnie zacytowałeś, Przemek”.
5.
„Słowackiego tu mało – co kilka rozdziałów pojawia się znikąd, by wygłosić zagadkowy monolog i ujawnić, jak wpływa na nieświadomych bohaterów”. Takie zdanie pojawia się w krótkiej recenzji Azardu Pawła Kozioła opublikowanej na fanpage’u „Paryskie salony romantyków”. I choć najczęściej chylę czoła przed mnóstwem faktograficznej roboty, jaka się na „Paryskich salonach romantyków” dokonywa, tak z tym zdaniem zgodzić się absolutnie nie mogę: Juliusz Słowacki, choć bezpośrednio (jako Leliwa) faktycznie przemawia w Azardzie z rzadka, obecny jest w tej powieści – bez nijakiej przesady, dosłownie – zawsze i wszędzie.
6.
Bo przecież tytuł każdego rozdziału książki Kozioła składa się z dwóch elementów: ze wskazania na bohatera, na którym dany rozdział będzie się koncentrował – i z cytatu z jakiegoś dzieła autora Godziny myśli. A zatem już w tak prosty sposób Słowacki zjawia się (wszak zjawy od tego są, by się zjawiały) w Azardzie – jeśli nie pomyliłem się w obrachunku rozdziałów, których tu mnogość – siedemdziesiąt i siedem razy (a może i siedemdziesiąt osiem/dziewięć: bo jak się czyta spis treści powieści Kozioła, to te cytaty układają się w jakiś widmowy, zjawiskowy, nienapisany, ale możliwy – potencjalny, choć nie aktualny, by rzecz ująć w kategoriach cokolwiek arystotelesowskich – wiersz Słowackiego; na osobliwość tę zwróciłem uwagę dzięki przenikliwości Pauliny Fronkiewicz, prowadzącej 18 grudnia zeszłego roku spotkanie z autorem w krakowsko-podgórskim De Revolutionibus Books). Ale to przecież w żadnym razie nie wszystko. Z jednej bowiem strony każdy ze wspomnianych cytatów tzw. wieszcza już coś znaczy źródłowo – w kontekście cytowanego dzieła, czy to będzie Beniowski, czy Król‑Duch, czy jeszcze coś innego. Z drugiej – użyty przez Kozioła staje się już to pryzmatem (rozszczepiającym), już to krzywym zwierciadłem (zniekształcającym), już to może nawet czymś na podobieństwo barokowej anamorfozy; w każdym razie wprowadza jakiś naddatek znaczeniowy do akurat podejmowanego wycinka fabuły. Efekt czytelniczy jest sylleptyczno-ironiczny, a może nawet cokolwiek schizotyczny: sylleptyczny – bo sens czytanego rozdwaja się na to, co pisze Kozioł, i na to, w jaki sposób pisanie Kozioła zamącone jest przez podszepty z wierszy Słowackiego; ironiczny – bo znaczenie danego rozdziału (i oczywiście skomponowanej z nich całości – w postępie matematycznie dość mocno skomplikowanym, dalekim od prostej linearności) oddala się od czytelnika podług woli tego, co Leliwa ma do dopowiedzenia; schizotyczny – bo powstaje czytelniczo potężnie irytujące wrażenie, że oto w świadomości zaczyna dudnić jakiś dodatkowy pogłos.
7.
A efekt owego pogłosu, przemocowa cudza obecność nie dotyczy bynajmniej wyłącznie czytelnika – bo Słowacki/Leliwa nawiedza też bohaterów Azardu. I robi to – rzecz jasna – nie bez planu. Widać to choćby w gramatycznym zabiegu, który jako jeden z pierwszych bardzo mocno przykuwa uwagę czytającego powieść: chodzi o troistość narracji, którą Kozioł prowadzi w pierwszej, drugiej i trzeciej osobie liczby pojedynczej. Ale żeby rządzącą ową troistością zasadę zrozumieć – trzeba chyba wreszcie choć w kilku zdaniach streścić tło tego, o czym w ogóle jest Azard. Zdań musi być zaś zaledwie kilka – by zachować maksymalną obiektywność, bo sprawa obiektywności (w sensie bodaj najwznioślejszym, jaki idea obiektywności zyskała w toku ewolucji zachodniej kultury prawa) ma dla powieści Pawła Kozioła znaczenie kto wie, czy nie najważniejsze.
8.
Otóż: kanwą opowieści tkanej w Azardzie jest wybuch, do którego doszło rankiem 13 października 1923 roku w Cytadeli Warszawskiej – eksplozja prochu do pocisków artyleryjskich zabiła dwadzieścia osiem osób, a raniła osiemdziesiąt dziewięć. W toku szeroko zakrojonego śledztwa, prowadzonego pod kierunkiem inspektora Józefa Piątkiewicza, oskarżono i skazano na śmierć – na podstawie zeznań zwerbowanego przez policję komunisty, Józefa Cechowskiego – dwóch wojskowych o komunistycznych poglądach: Walerego Bagińskiego i Antoniego Wieczorkiewicza. Ponieważ materiał dowodowy służący jako podstawa wyroku (a raczej tegoż materiału ewidentny brak) od początku budził zasadnicze kontrowersje, specjalna sejmowa komisja kierowana przez Adama Pragiera, posła PPS‑u, doprowadziła do tego, że decyzją prezydenta Stanisława Wojciechowskiego kara śmierci dla Bagińskiego i Wieczorkiewicza została zamieniona na wyrok dożywotniego więzienia. Dwa lata później obaj skazani mieli zostać wymienieni – na mocy układu zawartego przez rządy polski i radziecki – na dwóch przetrzymywanych w więzieniach sowieckich Polaków, ale zostali tuż przed wymianą, 29 marca 1925 roku, zastrzeleni w transportującym ich pociągu przez policjanta z eskorty, Józefa Muraszkę. W tym samym 1925 roku miały miejsce dwa zamachy komunistów na Cechowskiego, którego zeznania doprowadziły do skazania Bagińskiego i Wieczorkiewicza – ten drugi udany (czwórkę zamachowców – Naftalego Botwina, Władysława Hibnera, Władysława Kniewskiego, Henryka Rutkowskiego – ujęto i stracono). Józef Muraszko usłyszał wyjątkowo łagodny wyrok dwóch lat więzienia (sąd za okoliczności łagodzące uznał patriotyczne pobudki czynu i „stan silnego wzburzenia duchowego oskarżonego”), po zwolnieniu służył w KOP-ie i stołecznej policji, ale krótko po zakończeniu kampanii wrześniowej został oficerem Gestapo, za co zabito go na mocy wyroku śmierci wydanego przez polskie podziemie niepodległościowe.
9.
Czy można zatem z kiepskiej jakości patosem powiedzieć, że tamtych dwadzieścia osiem śmierci z Cytadeli zagarnęło w swój cień kolejnych osiem istnień – dwóch żołnierzy ułaskawionych przez państwo i zastrzelonych przez samozwańczego kata-patriotę, który sam potem poniósł śmierć z wyroku tegoż państwa żyjącego w utajeniu; zdrajcę sprawy robotniczej i jego czterech (trzech niedoszłych i jednego spełnionego) zabójców? Można. I jest to cień rzucany przez (stojącego niczym Leopold Mozart w jednej z najmocniejszych scen Amadeusza: jako złowrogi Komandor u szczytu schodów) Leliwę. Bo jak to szło? Co na to sam Leliwa?
Powrócę ja –
Patrz, Furia zła,
Przyjdę jak płomień gorący.
10.
Z korespondencyj z Pawłem Koziołem (via dedykacja na moim egzemplarzu Azardu): „Przemkowi, znalazcy najstraszniejszego wiersza Słowackiego”.
11.
Wróćmy jednak do tych trzech optyk narracyjnych, na które Kozioł rozpisuje swoją fabułę. W pierwszej osobie – jak się można łatwo domyśleć – przemawia Leliwa/Słowacki: tak jakby jemu przysługiwał przywilej bycia najwyraziściej określoną, najbardziej suwerenną (a co za tym idzie – najmocniej sprawczą) tożsamością; jakby był kimś, kto przemawia we własnym imieniu, na swój rachunek, dyktuje prawa wszystkich innych obowiązujące (a przynajmniej przywilej taki sobie uzurpuje). Ale we własnym imieniu przemawiają też tajemniczy Agent Dwójki i – po jednym razie – poseł Pragier i policyjny aspirant Gralak (ten drugi bodaj ani razu nie zostaje przez autora przedstawiony z imienia). I o ile szczególnie wyróżniona podmiotowość (w znaczeniu bycia osobą i bycia sprawczym) Agenta jakoś tam tłumaczy się sama – wszak agenci są po to, by aranżować bieg zdarzeń – o tyle jednokrotnie wydobyte podmiotowości Pragiera i Gralaka wymagają odrobiny osobnego namysłu. Bo tak w ogóle obaj bohaterowie najczęściej są opisywani z perspektywy trzeciej osoby – i dzielą ten narracyjny status między innymi z inspektorem Piątkiewiczem, majorem Stefanem Zielińskim, posłem Stanisławem Kozickim i jeszcze kilkoma innymi osobami, które (czasem na przestrzeni jednego tylko konkretnego rozdziału) łączy to, że nie są przedmiotem śledztwa w sprawie rzekomego zamachu w Cytadeli, a jego rozgrywającymi. I to też ma sens: wszak w tradycji powieściopisarskiej narratorowi trzecioosobowemu, auktorialnemu, przysługuje walor niedyskutowalnego obiektywizmu – a śledczy powołany jest po to, by ustalić obiektywną (tutaj: niepodległą żadnym głosom z zewnątrz i wewnątrz; i jest to właśnie ów obiektywizm prawa, o którym już tu wspomniałem) prawdę o faktach. Dlaczego zatem jednak Pragier i Gralak też po jednym razie stają przed czytelnikiem obnażeni w swej pierwszoosobowej podmiotowości? Bo dotykają momentów, w których – podobnie jak Leliwa i jak Agent – bieg wydarzeń przedstawionych przez Kozioła radykalnie się zmienia; momentów, w których już to stają się (Pragier) tej zmiany kreatorami, już to (Gralak) zmianie świadkują. Pierwszy z nich w ramach żmudnych czynności podejmowanych w ramach prac wzmiankowanej komisji sejmowej natrafia nieoczekiwanie w aktach Wojskowego Sądu Najwyższego na dokument, który nie miał ujrzeć światła dziennego, a który pozwoli zakwestionować wyrok wydany na domniemanych zamachowców (skądinąd uderzające jest podobieństwo tej powieściowej sceny do jeszcze innego zwrotnego momentu: ze słynnego filmu W imię ojca; tam też opanowana poczuciem misji adwokatka w niemal identycznych okolicznościach wchodzi w posiadanie zatajonego dowodu pozwalającego jej wszcząć rewizję procesu fałszywie osadzonych pod zarzutem zamachu terrorystycznego Irlandczyków); Gralak z kolei będzie świadkiem zamordowania przez Muraszkę Bagińskiego i Wieczorkiewicza. I tak, udział w tych właśnie wydarzeniach w pełni zasługuje na pierwszoosobową narrację: bo jeśli rzeczywiście w Azardzie jest tak, że to upodmiotowiony Leliwa aranżuje bieg faktów, to właśnie w tych dwóch wspomnianych momentach dwa inne podmioty na równych (również gramatycznie) prawach mogą się z tą uzurpatorską i przemocowa aranżacją mierzyć, próbować ją odkształcić (co udaje się Pragierowi; Gralakowi pozostaje obserwować, jak aranżacyjna intencja Leliwy odzyskuje przewagę – odzyskuje ostatecznie).
12.
Ostatecznie, bo – na co zwrócił uwagę sam Kozioł podczas tamtego krakowskiego spotkania autorskiego – nawet podstawowy artykuł na Wikipedii, rzetelnie i obiektywnie rekonstruujący zdarzenia zainicjowane wybuchem sprzed stu dwóch lat, opatrzony jest tytułem „Zamach w Cytadeli Warszawskiej”. A przecież z samego artykułu wynika, że żadnego zamachu raczej nie było.
13.
No a reszta bohaterów powieści (czyli zdecydowana większość)? Im przysługuje dość osobliwa w tradycji powieściowej druga osoba. Tak jakby ktoś poza nimi decydował, jakie będzie ich miejsce w opisywanym przez Pawła Kozioła dramacie.
14.
Bo jest to dramat – i nie tylko w tym najbardziej kolokwialnym sensie: że opisane są tu wydarzenia dramatyczne, czyli pełne nieoczekiwanych zwrotów akcji, budujące napięcie, angażujące emocjonalnie. To oczywiście też – ale poza tym Azard jest dramatem w sensie nieledwie ściśle genologicznym; ostatnim, wielkim dramatem Juliusza Słowackiego, podległą jego mocarzowej woli inscenizacją pewnego wycinku z dziejów Polski. A tytuły rozdziałów, czyli imiona (lub funkcje/role społeczne: Włościanin, Pepeesówka, Protokolant…) – czysto technicznym spisem osób tegoż dramatu. A tychże rozdziałów podtytuły, cytaty z dzieł Słowackiego – moderującymi scenę didaskaliami (bo – o czym już wspomniałem – te słowa poety tworzyć będą znaczeniowy szum tła, czasem tak donośny, że zagłuszający zasadniczy sens właśnie czytanego).
15.
„To wersja dla publiczności – odpowiedział Pragier. – To nie rozprawa była, ale teatr. Słowa aktorom pisano gdzie indziej.”
16.
Czy jednak rozumiemy, jakie są konsekwencje tego, że reżyserem dziejów mógłby być Słowacki (bo skąd pewność, że jego ingerencja w historię Polski ogranicza się li tylko do tzw. zamachu w Cytadeli)? Czy naprawdę dociera do nas złowieszczy ciężar słów kończących Azard – słów sączonych poza zakresem dźwięku przez Słowackiego w ucho i ducha Józefa Piłsudskiego, Pierwszego Żałobnika, z którego to woli 28 czerwca 1927 roku doczesne zwłoki „królom równego” Leliwy spoczęły niczym czakram w krypcie katedry wawelskiej?
17.
„Przeczuwasz, jaka wtedy Polska z grobu wstanie? Bo tobie nie dość jest powiedzieć «Polski chcę». Jesteś z tych, którzy zapytają: «Jakiej?». I właśnie tam ja swoją zemstę pokieruję. Tęskno ci będzie za krajami, w których panuje oświecony rozum, bo nowa Polska wyrośnie pozbawiona tej cnoty. I jeżeli nie silna, powstanie przynajmniej zła, a przyszłe pokolenia będą z ludzi martwych. Dlatego stworzy własny Sybir na Podlasiu, z trupami pęczniejącymi w pogranicznej rzece, z której pies nie chce, wąż nawet nie pije, gdzie na brzegach przysiadły wierzby lamentujące. Z rozmaitymi narodami i pielgrzymstwami Mickiewiczowi na śmiech i zgrzytanie zębów wymierającymi w nadbużańskich lasach. A najważniejsze, miły wodzu mój, że przyszła Polska będzie zupełnie nie twoja, bo i dla swoich, i dla obcych okrutna.”
18.
Niech będzie, że cytowanie samego siebie jest dowodem intelektualnego rozleniwienia podszytego niejaką megalomanią – ale naprawdę, nie jestem w stanie napisać o moim doświadczaniu Słowackiego niczego ponad to, co już mi się napisało siedem, a może i osiem lat temu: „A Słowacki? O ile Mickiewicza interesuje krew, która przepływa, o tyle jego oponent zdaje się mieć obsesję tejże krwi wypływu – niepohamowanego, strumiennego, rzeźnickiego wręcz. Począwszy – co najmniej – od winkelrydycznej filozofii jednostkowego i zbiorowego samobójstwa w imię sprawy w Kordianie, przez Lilę Wenedę i Balladynę, aż po wielki finał w obłąkańczej wizyjności Króla-Ducha; wszędzie tam brodzi się po kostki we krwi… Uświadomiłem to sobie, kiedy z jedną z moich klas przygotowywaliśmy sceniczną adaptację Balladyny właśnie. Pomysł miał być zrazu komiczny – przykroić tekst tego przezabawnego skądinąd dramatu do wymiarów gołej makabreski, kiedy jednak przeczytałem spreparowany przez jedną z uczennic scenariusz, poraziło mnie jego bezprzykładne bestialstwo. Efektem było przedstawienie – bez niepotrzebnej skromności uważam, że świetne – inspirowane konwencją japońskiego teatru nō; jedyną, której koturnowy patos był w stanie dźwignąć na prawach ostentacyjnej maskarady te bez umiaru rozlewane hektolitry życiodajnej czerwieni. I chyba to właśnie, co wtedy – jak sądzę – zrozumiałem: że Słowacki jest zaczadzony surowiczym odorem krwi, którą chce rozlewać wszędzie i zawsze, im więcej, tym lepiej, sprawia, że mam do niego (mimo całego mojego uważania dla Beniowskiego czy Króla-Ducha, zwłaszcza zaś do Anhellego) sporo rezerwy. Odstręcza mnie jego ponura fascynacja masakrą (chyba nie bez powodu jedynym historykiem literatury, który pokusił się o stworzenie eseistycznej encyklopedii życia i twórczości poety, był ten sam, który w Kinderszenen i Wieszaniu hołdował podobnemu przekonaniu o świętości historycznych rzezi), próby sensotwórczego dowartościowania tego, co nicestwi jakikolwiek sens, odurzanie się oparami płynącymi ze świeżo rozkopanych mogił, grzebanie w stosach już to klekoczących, już to spopielałych kości… Mickiewicz – mimo wszystkich ofiarniczych gestów postulowanych w jego pismach – stoi jednak ostatecznie po stronie nieprzezwyciężalnego życia; Słowackiego postrzegam jako zarażonego śmiercią w sposób, dla którego trudno mi znaleźć wyrozumiałość i usprawiedliwienie”.
19.
A teraz tamte moje intuicje co do Słowackiego rezonują w tym, jak ja rozumiem Azard Kozioła, na nowo; na nowo – i na innym poziomie, w którym fascynacja Leliwy śmiercią weksluje się na nobilitację bezprawia.
20.
„Praesumptio boni viri”, „audiatur et altera pars”, „lex retro non agit”, „in dubio pro reo”, „actori incumbit probatio”… Co łączy te (i wiele innych) maksym prawa rzymskiego, leżących u fundamentów całej zachodniej cywilizacji prawnej? Oczywiście – wiele rzeczy, ale mnie interesują tutaj szczególnie dwie, jak najmocniej ze sobą powiązane. Pierwsza: przeświadczenie, że prawidłowe funkcjonowanie jakiejkolwiek wspólnoty musi się zasadzać na pewnym ładzie powszechnie obowiązujących zasad – bo jest sprawą tyleż smutną, co nieuniknioną, że w każdym zwanym wspólnotą zbiorze jednostek pojawią się jednostki stanowiące dla tejże wspólnoty zagrożenie. A wtedy katastrofą byłaby zarówno taka sytuacja, w której wspólnota nie umiałaby zagrażającej jednostki zdyscyplinować, jak i taka, w której dochodzenie sprawiedliwości między jednostkami zostałoby scedowane na arbitralne działania tychże jednostek. To się musi skończyć anarchią – oczywiście nie tą pojmowaną jako pewna idea polityczna, ale anarchią w sensie dewastującej wspólnotę atrofii norm współżycia społecznego. Rzecz druga: najgłębszym sensem prawa jest bezpieczeństwo jednostki – jej mienia, cielesnej integralności, zdrowia i życia; bezpieczeństwo oparte na przewidywalności pewnych nieuchronnych reguł sankcjonujących, co jest społecznie akceptowalne, a co nie; bezpieczeństwo od przemocy, którą może zagrażać jednostka społecznie dysfunkcyjna; bezpieczeństwo – co szczególnie wzniosłe – przysługujące nie tylko niewinnym, ale też podejrzanym przed udowodnieniem winy. A im bardziej wspólnoty świata zachodniego puchły do rozmiarów wielomilionowych państw, im bardziej komplikowały się sposoby zarządzania nimi, tym bardziej dwie wspomniane powyżej wielkie idee prawne – nadrzędność zasady i bezpieczeństwo jednostki – dojrzewały do wielkiego zrywu, którego finałem było oświecenie z takimi dokumentami jak Deklaracja Praw Człowieka i Obywatela, Deklaracja Niepodległości Stanów Zjednoczonych i pierwsze trzy konstytucje; a tym rewolucyjnym zrywem była intuicja, że człowieka (i szerzej, i dalej: ludzi zespolonych w zbiorowe ciało narodu) należy chronić również przed nielegalną przemocą państwa; także wtedy, gdy próbuje się ona stroić w pozory legalności.
21.
Tymczasem gdzieś na wschodnim kresie Zachodu, za limesem cywilizacji łacińskiej ustanowionym w 9. roku po haniebnej klęsce trzech legionów Imperium w bitwie z germańskimi Ewokami w Lesie Teutoburskim, w niejakiej Polsce dojrzewała idea przeciwna – idea wzniosłego, spektakularnego, fantazyjnego bezprawia. Zrazu karmiona rosnącą z każdym kolejnym przywilejem niezależnością rodów szlacheckich i magnackich od ucieleśniającego państwo króla, w koszmarnych XIX i XX wieku zyskała rangę uświęconego oporu przed polityczną opresją (zaborców, niemieckich i radzieckich okupantów, kremlowskich architektów sowieckiej strefy wpływów). Z idei takiego bezprawia zrodzili się konfederaci barscy porywający króla Rzeczpospolitej w imię walki z Rosją i przewrót majowy sfrustrowanego niewydolnością młodej polskiej demokracji marszałka Piłsudskiego – ale też Eligiusz Niewiadomski i Romuald Rajs „Bury”.
A co na to Leliwa?
KSIĄDZ
Radzi sługa boży,
Kto jest za śmiercią cara, rzuci na stół kulę,
Kto za uniewinnieniem, niechaj grosz położy…
Ten grosz znajdzie się zawsze w ubogich szkatule…
[…]
Wszyscy koleją przeszli… PREZES liczy…
PREZES
Świećcie mi pochodnią –
Dzięki ci, Boże, tylko pięć głosów za zbrodnią.
PODCHORĄŻY
Więc car zginie…
23.
Also sprach przybrany w mundur podchorążego Kordian: „Więc car zginie”. Wbrew zawartej przed chwilą umowie, wbrew zdroworozsądkowym argumentom Księdza, Prezesa i Starca, wbrew żołnierskiemu honorowi, rycerskiej tradycji i politycznemu pragmatyzmowi, wbrew klątwom i przysięgom, wbrew wynikom makabrycznego głosowania – słuchający jedynie swej woli, a ta wydana jest na pastwę obsesji dokonania zbrodniczego czynu, transgresyjnego acte non gratuit, ostatecznego przekroczenia granic prawa w imię bezprawia, który to czyn bagnetem otworzy arterie i da początek nieskończonemu katartycznemu wypływowi rosyjskiej (ale też polskiej – i chyba jednak bardziej tej polskiej, tak, na pewno) krwi. I nie bez powodu w jednym z rozdziałów powieści Pawła Kozioła aspirant Gralak z ukrycia obserwuje, jak w kościele kapucynów dokonywa się – pod osłoną nocy, a jakże, i w przytomności inspektora Piątkiewicza, a jakże – ponowienie tej groźnej i patetycznej (choć niewolnej od pewnej znikliwej farsowości; wiadomo od pewnego filozofa, że rewolucja tragiczna w powieleniu spada do poziomu farsy właśnie) sceny zawiązywania spisku. Wszak Kordian, ten założycielski dla filozofii zbrodni Słowackiego (najpełniejszym tej filozofii rozwinięciem będzie obłąkana rzeź projektowana w Królu-Duchu) dramat, swoim podtytułem zapowiada, że jest to pierwsza część trylogii. Dalszych części Słowacki – jak wiemy – nie napisał za życia, ale przecież pisze je teraz, w Azardzie, w dopiero co odrodzonej Polsce (przypomnijmy raz jeszcze: „To nie rozprawa była, ale teatr. Słowa aktorom pisano gdzie indziej”).
24.
Oczywiście – złamanie prawa nie zawsze jest czymś obiektywnie złym… Warto może – dla ilustracji – przypomnieć choćby logikę Deklaracji Niepodległości. Nim Komitet Pięciu ogłosi wolę odłączenia się od Korony, wskazuje, że odłączenie to jest „słusznym i ludzkim prawem”, a nawet „obowiązkiem” i „koniecznością”. A dlaczego – pod jakimi warunkami – gest złamania prawa może stać się „słusznym i ludzkim prawem”? Dzieje się tak wtedy, gdy władza sprzeniewierza się swojemu powołaniu (warunkowanemu „zgodą rządzonych”), którym to powołaniem jest „osiągnięcie celów” wspólnoty, czyli „zabezpieczenie nienaruszalnych praw do życia, wolności i poszukiwania szczęścia”. I nie sposób nie uznać, że w warunkach polskich takim niewątpliwym „słusznym i ludzkim prawem” była konieczność przeciwstawienia się realnie zagrażającym narodowej tożsamości porządkom carskim, nazistowskim czy sowieckim. Ale w żadnym z tych wypadków bezprawie nie jest celem samym w sobie – zawsze stoi za nim odnowienie założycielskiego aktu sprzeciwu Antygony, suwerenne uznanie, że bezprawie jest działaniem w imię jakiegoś prawa nadrzędnego względem aktualnie obowiązującego i przemocą narzuconego. A jeśli uznać, że dla realiów polskiego wieku XIX – tego samego, który wydał Słowackiego/Leliwę – paradygmatem buntu będzie działanie Konrada Wallenroda, to taki buntowniczy sprzeciw wobec prawa będzie obciążony ponurą, wyzbytą wszelkiego tryumfalizmu, jak najgłębszą tragicznością.
25.
Tymczasem bezprawie sączące się z paryskiego grobu Leliwy w Azardzie jest czystym złem, bezwarunkową negacją – a zatem aktem w najściślejszym tego słowa znaczeniu satanicznym. Co bowiem czyni duch Słowackiego? Działa na rzecz uznania, że wybuch w Cytadeli był zamachem, czyli brutalnym złamaniem prawa, czyli złem – jako taki ma się utrwalić w świadomości Polaków. A jak już się utrwali – niech odpowiedzą zań niewinni, Bagiński i Wieczorkiewicz; i jeśli nie zginą z ręki kata, to niech zginą od kuli Muraszki. I w ten sposób do jednego zła dodane będzie zło drugie, niech się bezprawie pleni i zaraża. Bo ono ma się stać założycielskim mitem, trującym posiewem rzuconym w glebę odradzającej się Rzeczpospolitej. Wszak mawiają niektórzy, że Kordian jest tekstem diagnozującym – jako jeden z pierwszych – ową przeklętą polską niemożność; i że tu akurat konkretnym kształtem owej niemożności jest brak tego fundatorskiego dla tak wielu wspólnot mordu założycielskiego, bluźnierczo świętego królobójstwa. Jeśli tak – zdaje się rozumować Leliwa – to naprawmy to, co się nie udało, tak zaaranżujmy dramat, by w „drugiej części trylogii” Kordian już nie zemdlał na progu sypialni cara.
STARZEC Z LUDU
Wiele potrzeba zabójstw, nim się kraj odzyska?
GŁOS Z TŁUMU
Car…
STARZEC
To jedne…
GŁOS
Carowa żona…
STARZEC
Drugie…
GŁOS
I dwóch braci…
STARZEC
Cztery… Licz dalej, bracie, bo się liczba straci…
GŁOS
Syn cara…
STARZEC
Piąte…
27.
No ale dlaczego? Czemu jednak fundamentem odradzającej się polskiej wspólnoty – tej z krwawych łez Wallenrodów, Konradów i Kordianów – ma być zło ucieleśnione w bezprawiu? Odpowiedź przynoszą cytowane już – straszne! – słowa Kozioła z finału Azardu. Powiada Słowacki Piłsudskiemu, że marzy mu się – „miłemu wodzowi” – Polska, w której (jak w krajach cywilizowanego Zachodu) „panuje oświecony rozum”, rozum, który jest „cnotą”. A cnota to przecież pojęcie ze słownika filozoficznego – destylowana w pismach stoików duchowa predyspozycja do mężnej etycznej niezłomności. I jeśli założyć, że wspomniany przez Kozioła/Leliwę „oświecony rozum” jest tym, o czym tak obszernie pisałem, czyli dyktowanym przez fundamentalnie oświeceniowy zdrowy rozsądek (będę się upierał, że właśnie rozsądek to najlepsze tłumaczenie tego uwznioślonego przez oświeconych rozumu, zwłaszcza że brzmi w nim też to tak ważne tu dla mnie roz-sądzanie) zaufaniem prawu (bo upierać się też będę, że właśnie w idei prawa – zwłaszcza do wolności – przysługującego każdej ludzkiej jednostce wyłącznie z tytułu jej urodzenia, soczewkuje się najistotniejszy duch oświecenia), to uzyskujemy dość proste równanie: Polska powinna być wielka przez niezłomne trwanie przy prawie. To jednak jest trudne: wymaga czasu i pracy – a te dwie wartości nigdy jakoś nie były w cenie za wschodnim limesem Imperium Romanum, za widmowym wałem usypanym w powietrzu z duchów legionistów Warusa; przynajmniej nie w przemocowo niekiedy nadającej ton naszej wspólnotowej tożsamości warstwie pańskiej („Nie lubi stwarzać się – być chciałby”, „Nie lubi tworzyć, lecz zdobywać” – jak kapitalnie punktował nasz niedojrzale niecierpliwy, postsarmacko-polacki charakter Jacek Kaczmarski w pieśni Według Gombrowicza narodu obrażanie). I wtedy właśnie pojawia się pokusa, by siłę, jaką daje heroiczne trwanie przy prawie, podmienić na protezę siły, jaką jest kult heroicznopodobnego zła – czyli właśnie bezprawia („Nienawiść jest łatwa. Miłość wymaga wysiłku i poświęcenia”, jak powiedział Marek Edelman). Co bowiem daje poczucie siły słabemu? Znalezienie/wykreowanie jeszcze słabszego, wobec którego można będzie okazać się silnym, któremu bezprawnie narzuci się swoją wolę jako karykaturę prawa. Może być nim komunista Walery Bagiński, niewinny, ale winny, bo komunista („przypominam sobie, że to komunistę jako takiego, komunistę jako komunistę, zabił kilka dni temu, 10 kwietnia, polski emigrant i jego wspólnicy, mordercy Chrisa Haniego. Mordercy ci sami ogłosili, że chcą dopaść jakiegoś komunistę” – to Jacques Derrida, w przełożonych przez Tomasza Załuskiego Widmach Marksa, o Januszu Walusiu, fetowanym dziś przez polską prawicę jako „ostatni żołnierz wyklęty”); może być Żyd w getcie ławkowym na Politechnice Lwowskiej, w stodole w Jedwabnem, w kamienicy przy kieleckiej ulicy Planty 7 i na symbolicznym Dworcu Gdańskim; może być feministka i aktywista LGBTQ pałowani na manifie; mogą być te, o których pisze Paweł Kozioł, „trupy pęczniejące w pogranicznej rzece”; mogą być ukraińscy uchodźcy wojenni banderyzujący Polskę. A ostatecznie – każdy. Bo skoro prawo – co jest jego dogmatem nad dogmatami – ma być siłą równą dla każdego, to czemu każdemu ma nie przysługiwać zło, ta siła słabych? „A najważniejsze, miły wodzu mój, że przyszła Polska będzie zupełnie nie twoja, bo i dla swoich, i dla obcych okrutna.”
28.
Narodzie mój,
Coś widział miecz
Na niebie ciemnym świecący,
Powrócę ja –
Patrz, Furia zła,
Przyjdę jak płomień gorący.
Wezmę wichrzyce
I na stolicę
Wpadnę i dachy pozrywam;
W rzeki się rzucę,
W krew je obrócę,
W domy zlęknione powpływam.
Przez nocne cienie
Tak jak płomienie
Pójdę, a wam wzroki wypalę –
Przez błyskawice
Mocarze chwycę,
Nagie postawię na skale.
29.
Ale czy naprawdę ziszcza się ta złowróżbna zapowiedź Króla-Ducha herbu Leliwa, czy powraca on – jako zapowiedział – w kolejnych inkarnacjach Furii złej? Czy pisze się „część trzecia trylogii”?
30.
„W moim życiu było dużo męskiej walki wręcz”, „W różnych modułach, zawsze sportowych, szlachetnych walk występowałem”, „On w Afganistanie z aparatem, a ja w lesie z pięściami? Jeśli minister Sikorski czuje się rycerzem, to wypada mi pogratulować dobrego samopoczucia” (Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej, dr Karol Nawrocki, wybrany na ten urząd głosami dziesięciu milionów sześciuset sześciu tysięcy ośmiuset siedemdziesięciu siedmiu Polaków, o swoim udziale w tzw. ustawkach, przestępstwie zagrożonych ściganiem z art. 158 i 258 k.k.).
