27/12/25

Erupcje (4)

Przemysław Rojek

Strona cyklu

Wieża Kurremkarmerruka
Przemysław Rojek

Nowohucianin z Nowego Sącza, mąż, ojciec, metafizyk, capoeirista. Doktor od literatury, nauczyciel języka polskiego w krakowskim Liceum Ogólnokształcącym Zakonu Pijarów, nieudany bloger, krytyk literacki. Były redaktor w sieciowych przestrzeniach Biura Literackiego, laborant w facebookowym Laboratorium Empatii, autor – miedzy innymi – książek o poezji Aleksandra Wata i Romana Honeta oraz wyboru esejów Chłopak z Biblioteki.

XXVIII

Są książ­ki – księ­gi – xię­gi (Xię­gi) szcze­gól­ne­go wta­jem­ni­cze­nia. Takie, któ­rych prze­czy­ta­nie daje glejt do człon­ko­stwa w sza­le­nie eli­tar­nych, eks­klu­zyw­nych, sno­bi­stycz­nych klu­bach czy też lożach – oczy­wi­ście wid­mo­wych, nie­for­mal­nych, taj­nych w spo­sób tak taj­ny, że nikt (włącz­nie z samy­mi wta­jem­ni­czo­ny­mi) nie wie o ich ist­nie­niu; i nie musi, wystar­czy sama  świa­do­mość przy­na­leż­no­ści, a w razie koniecz­no­ści roz­po­zna­wa­nie się po ukrad­ko­wych gestach, gryp­ser­skich pół­słów­kach, po samej aurze. Takie – powiedz­my – dru­ki sekret­nych sto­wa­rzy­szeń lub mar­kow­nik, któ­re spo­dzie­wa się zdo­być lub zdo­by­wa (aby zdo­byw­szy – wejść w posia­da­nie Tajem­ni­cy) Józef z pism arcy­ma­ga Bru­no­na z Dro­ho­by­cza. Albo – bo dla­cze­góż­by nie? – Porad­nik mło­de­go skau­ta z komik­sów o kaczo­rze Donal­dzie, jego sio­strzeń­cach i wuju Skne­ru­sie McKwa­czu: bez­den­ny sezam wie­dzy abso­lut­nie o wszyst­kim. I jesz­cze Necro­no­mi­con Abdu­la Alha­zre­da, w naszym żało­śnie tym­cza­so­wym świe­cie zna­ne­go jako Samot­nik z Pro­vi­den­ce… Ale co decy­du­je, że ta lub tam­ta księ­ga sta­je się Xię­gą? Peł­nia mądro­ści, któ­ra się w niej skry­wa – jak w przy­kła­dach tuż powy­żej przy­wo­ła­nych? A może szcze­gól­na her­me­tycz­ność, naj­le­piej w połą­cze­niu z ponadnor­ma­tyw­ną obję­to­ścią? To był­by casus na przy­kład Ulis­se­sa (pamię­tam z cza­sów lice­al­nych, że fakt, iż byłem jedy­ną oso­bą wśród rówie­śnych zna­jo­mych, któ­ra mogła się wyle­gi­ty­mo­wać jako tako rozu­mie­ją­cą zna­jo­mo­ścią powie­ści Joyce’a, dawał mi miej­sce przy naj­bar­dziej nawet zatło­czo­nych knaj­pia­nych sto­li­kach) albo W poszu­ki­wa­niu stra­co­ne­go cza­su. Myślę jed­nak, że sko­ro mówi­my o Xię­gach, któ­re tym swo­im nie­licz­nym czy­tel­ni­kom pozwa­la­ją być Praw­dzi­wie Nie­licz­ny­mi, Nie­licz­ny­mi-w-Praw­dzie, Cho­sen Ones, to nie ma mowy, by para­me­try defi­niu­ją­cą ową Xię­gę, pozwa­la­ją­ce odróż­nić ją od książ­ki (a niech­by nawet i księ­gi) były czymś pospo­li­tym, mie­rzal­nym, dzia­ła­ją­cym z auto­ma­tu – wów­czas prze­cież każ­dy mógł­by dostą­pić prze­anie­le­nia w Jed­ne­go z Nie­licz­nych, co uni­ce­stwi­ło­by w zaląż­ku samą ideę. Ina­czej rzecz ujmu­jąc – to ty sam, podej­mu­jąc się Czy­ta­nia, decy­du­jesz, czy czy­tasz książ­kę, czy Xię­gę; lub też ilu­mi­na­cja nastę­pu­je po fak­cie, wte­dy zstę­pu­je na cie­bie świa­do­mość Przy­na­leż­no­ści. Weź­my taki na przy­kład Kwar­tet alek­san­dryj­ski – do dziś nie wiem w zasa­dzie cze­mu, ale dla mnie z pew­no­ścią liczy się on w poczet Xiąg. Tro­chę łatwiej mam z Mrocz­ną Wie­żą – tu przy­naj­mniej wiem, że im głę­biej scho­dzi­łem w roz­mach kolej­nych tomów, tym bar­dziej utwier­dza­łem się w prze­ko­na­niu, że oto docie­ram do miej­sca, w któ­rym rodzi się fascy­nu­ją­co nie­spo­ży­ta wyobraź­nia Ste­phe­na Kin­ga, a przy oka­zji jest to też miej­sce co się zowie magicz­ne, miej­sce prze­ni­ka­nia wie­lu świa­tów (wszak nie­jed­na mito­lo­gia takie ma – drze­wo korze­nia­mi się­ga­ją­ce ku demo­nom, gałę­zia­mi roz­dzie­la­ją­ce domi­nia bogów), rów­nież moje­go; więc jeśli to nie jest Xię­gą, to ja już nie wiem, co by mogło nią być. Ale co mam począć z 2666 Rober­to Bola­ño? Czy uwo­dzi­ciel­skie opi­nie o tym, jak wiel­kie i jak trud­ne jest to dzie­ło, wystar­czą, bym uznał je za Xię­gę? Czy to, że kapłan­ką wpro­wa­dza­ją­cą mnie w miste­rium powie­ści była Pat­ti Smith i jej hym­ny wyśpie­wa­ne ku czci Bola­ño na kar­tach Pocią­gu linii M, czy dziel­nie pod­trzy­mu­ją­ce mit 2666 jako Xię­gi wpi­sy na face­bo­oko­wym pro­fi­lu Wojt­ka Rusin­ka – wystar­czą? Albo moje naj­now­sze doświad­cze­nie na tym cokol­wiek mistycz­nym polu: doszczęt­nie zapo­mnia­ne, prze­mil­cza­ne, wyda­ne nie­le­d­wie dosko­na­łe­mu kry­tycz­no­li­te­rac­kie­mu nie­zro­zu­mie­niu (mimo nie­licz­nych – choć sil­nych – gło­sów bez­kry­tycz­ne­go, naboż­ne­go zachwy­tu: Zbi­gnie­wa Mache­ja, Ada­ma Wie­de­man­na…), zło­wiesz­czo skry­te na naj­rza­dziej odwie­dza­nych pół­kach biblio­tek Czte­ry sekun­dy Mie­czy­sła­wa Pio­trow­skie­go – jest czy nie jest to  Xię­gą? Jest – bo przy­stę­pu­jąc do Xię­gi, trze­ba umieć czy­tać Zna­ki. A tu owszem – były Zna­ki. Bo oto prze­mi­ła, mało­let­nia biblio­te­kar­ka, wyda­jąc mi książ­kę i patrząc na blak­ną­cy na stro­nie tytu­ło­wej ślad stem­pla z datow­ni­kiem, wygło­si­ła – zapew­ne z pod­szep­tu jakie­goś gło­su z inne­go świa­ta – for­mu­łę przy­ję­cia mnie do gro­na Nie­licz­nych: „ta książ­ka cze­ka­ła na pana dzie­więt­na­ście lat”. Czyż nie zosta­łem zatem Wybra­ny?…

XXIX

Czy­ta­jąc nie­któ­re Xię­gi – tu aku­rat cho­dzi mi o powie­ści Bola­ño i Pio­trow­skie­go – mam skłon­ność do wyszu­ki­wa­nia w nich innych ksiąg, szka­tuł­ko­wo skry­tych. Nie jest to jed­nak spra­wa pro­stej inter­tek­stu­al­no­ści: myślę raczej o tek­stach soczew­ku­ją­cych świa­tła zna­czeń roz­pro­szo­ne na całe dzie­ło do gra­wi­ta­cyj­nie wyjąt­ko­wo masyw­ne­go cia­ła jakie­goś para­dyg­ma­tycz­ne­go sen­su. Bo też zresz­tą czy nie jest tak, że każ­da Xię­ga opo­wia­da o samym feno­me­nie wytwa­rza­nia tek­stu? A nawet nie tyle opo­wia­da (bo wów­czas Xię­ga­mi były­by wszel­kie lite­ra­tu­ry meta­tek­sto­we, auto­te­ma­tycz­ne – rów­nież te nabz­dy­czo­ne, pre­ten­sjo­nal­ne, wysi­lo­ne, prze­mą­drza­łe, drę­twe, zesno­bo­wa­ne…), co jest świa­dec­twem owe­go feno­me­nu – na moż­li­wie naj­głęb­szym, inte­gral­nym wzglę­dem wszel­kich innych warstw tek­stu pozio­mie. Dość przy­po­mnieć okrut­ne egzor­cy­zmy, jakie nad ale­go­ria­mi czy­ta­nia u Pro­usta odpra­wiał Paul de Man – ale prze­cież podob­nie jest i u Dubliń­czy­ka, i u Alek­san­dryj­czy­ka, i u Dro­ho­byc­kie­go Alche­mi­ka, i u Rewol­we­row­ca… No więc taką soczew­ką w 2666 jest dla mnie Tra­ta­do de álge­bra ele­men­tal Rafa­ela Can­ci­no, zawie­szo­ny na sznu­rze do susze­nia pra­nia przez jed­ne­go z boha­te­rów, pro­fe­so­ra Ósca­ra Amal­fi­ta­no; dostrze­gam w tym geście kon­den­sa­cję pod­sta­wo­we­go dla moje­go rozu­mie­nia powie­ści Rober­to Bola­ño tro­pu inter­pre­ta­cyj­ne­go: 2666 jako nie­moż­li­wy do roz­wią­za­nia układ roz­wi­dla­ją­cych się w nie­skoń­czo­ność rów­nań. W Czte­rech sekun­dach z kolei owym soczew­ku­ją­cym sen­sy tek­stem były­by poja­wia­ją­ce się już na pierw­szych – i potem na ostat­nich – stro­nach powie­ści pisma George’a Ber­ke­leya (wła­śnie one, nie powra­ca­ją­cy man­trycz­nie, o wie­le czę­ściej niż Ber­ke­ley, wątek tomu wier­szy Geo­r­ga Tra­kla): czyż bowiem nie jest tak, że cała na poły obłą­ka­na, nie­zno­śnie roz­dy­go­ta­na dyna­mi­ka powie­ści Pio­trow­skie­go da się zawrzeć w słyn­nym esse est aut per­ci­pi aut per­ci­pe­re? Czyż boha­te­ro­wie tej książ­ki – onto­lo­gicz­nie rady­kal­nie nie­sta­bil­ni i upra­wia­ją­cy podob­nie nie­sta­bil­ną epi­ste­mo­lo­gię – nie są taki­mi wła­śnie, bo ich kon­dy­cja zale­ży w spo­sób fun­da­men­tal­ny od każ­dej, naj­drob­niej­szej nawet zmia­ny kąta postrze­ga­nia (a w powie­ści jest w zasa­dzie tyl­ko to: pijac­ki bez mała, przy­pra­wia­ją­cy o zawrót gło­wy pląs zmie­nia­ją­cych się optyk)?

XXX

Trze­ba jed­nak pamię­tać, że – para­fra­zu­jąc byłe­go cel­ni­ka Mate­usza – bycie Powo­ła­nym przez Xię­gę nie zawsze jest tym samym, co bycie przez nią Wybra­nym (choć naj­czę­ściej na począt­ku i od począt­ku myśli się o swo­im Wybrań­stwie wła­śnie). Tak mam z Pio­trow­skim: prze­ra­sta mnie ta książ­ka, omi­ja, mam wra­że­nie, że zapa­da się pod swo­im cię­ża­rem w jakieś prze­strze­nie ciem­ne, do któ­rych (może tyl­ko tym­cza­sem?) nie docie­ra moje rozu­mie­nie. Z dru­giej jed­nak stro­ny dzie­ją się rze­czy nie­by­wa­łe: bo oto apli­ka­cja biblio­tecz­na infor­mu­je mnie, że na książ­kę ocze­ku­je inny czy­tel­nik… Jak­że to tak? Okry­wa­ły się Czte­ry sekun­dy kurzem od wrze­śnia 2006 roku, nie­ścią­ga­ne z pół­ki przez niko­go, aż tu nagle – kolej­ka chęt­nych do czy­ta­nia? Zna­ki, zna­ki… Kim­kol­wiek jesteś, nie­zna­ny mi lub nie­zna­na Powo­ła­na (albo Powo­ła­ny), oby przy­pa­dło ci w udzia­le Wybrań­stwo!

XXXI

Rzad­ko kie­dy piszę o książ­kach, któ­re mi się nie podo­ba­ły, ale Zakaz gry w pił­kę. Jak Pola­cy nie­na­wi­dzą dzie­ci Micha­ła R. Wiśniew­skie­go dopro­wa­dził mnie do sta­nu takie­go wkur­wie­nia, że aż muszę – wyjąt­ko­wo – dać mu upust. Auto­ra (jak się oka­zu­je, wca­le poczyt­ne­go) pozna­łem dopie­ro nie­daw­no, z jed­nej tak jak­by eks­perc­kiej kwe­stii wygło­szo­nej w Radiu Nowy Świat – Wiśniew­ski został popro­szo­ny o komen­tarz do cokol­wiek bul­wer­su­ją­cej spra­wy pew­ne­go hote­lu rekla­mu­ją­ce­go się jako przy­ja­zny dla osób LGBTQ+, otwar­ty na zwie­rzę­ta domo­we, ale odma­wia­ją­cy wynaj­mu pokoi rodzi­com z dzieć­mi (a może to nie był hotel, tyl­ko knaj­pa?… nie­waż­ne). Pomy­śla­łem: ej, roz­sąd­nie facet gada – dekla­ru­je się jako zde­cy­do­wa­ny lewi­co­wiec, ale ma odwa­gę powie­dzieć, że taka wyklu­cza­ją­ca poli­ty­ka inkry­mi­no­wa­nej pla­ców­ki noc­le­go­wej (czy tam gastro­no­micz­nej) ma z lewi­co­wo­ścią (suge­ro­wa­ną przez gościn­ność wzglę­dem nie­he­te­ro­nor­ma­tyw­no­ści i pro­zwie­rzę­cość) nie­wie­le wspól­ne­go. Nie­ste­ty – wspo­mnia­na książ­ka (z któ­rą prze­cież wią­za­łem nie­ma­łe nadzie­je) aż nad­to sytu­uje jej auto­ra wła­śnie po stro­nie owej laj­fstaj­lo­wej kar­na­wa­le­wi­cy, któ­rej prze­szka­dza­ją dzie­ci. Na pierw­szy rzut oka – i gdy­by poprze­stać na wypre­pa­ro­wa­nych z kon­tek­stu cało­ści Zaka­zu gry w pił­kę, poje­dyn­czych sądach i dia­gno­zach, z któ­ry­mi naj­czę­ściej nie spo­sób się nie zgo­dzić – zarzut taki wyda­je się skan­da­licz­nie krzyw­dzą­cy: to prze­cież rzecz zupeł­nie oczy­wi­sta, że dzie­ci w Pol­sce trze­ba bro­nić przed prze­mo­cą szkol­ną i domo­wą, przed głu­pi­mi książ­ka­mi i fil­ma­mi, przed nie­bez­pie­czeń­stwa­mi świa­ta wir­tu­al­ne­go, przed zdzi­cza­łą tyra­nią nie­któ­rych użyt­kow­ni­ków samo­cho­dów, przed śmie­cio­wym jedze­niem… Tym razem jed­nak – wbrew swe­mu dia­bel­skie­mu zwy­cza­jo­wi utrwa­lo­ne­mu w pew­nym zna­nym porze­ka­dle – dia­beł nie tkwi w szcze­gó­łach, a wła­śnie w czymś ogól­nym. Po pierw­sze: jak­kol­wiek Wiśniew­ski już na samym począt­ku odże­gnu­je się od inten­cji ata­ko­wa­nia kogo­kol­wiek, to w całej swej książ­ce wła­śnie to robi – kon­stru­uje sobie wid­mo­wą figu­rę Złe­go odpo­wie­dzial­ne­go za ową tytu­ło­wą nie­na­wiść wzglę­dem dzie­ci. A tym wid­mo­wym Złym jest – cóż za zasko­cze­nie! – rodzic-tra­dy­cjo­na­li­sta, rodzic-kato­lik, rodzic-kon­ser­wa­ty­sta, rodzic-kor­po­lu­dek, rodzic wie­lo­dziet­ny (i oczy­wi­ście insty­tu­cje pozo­sta­ją­ce z nim w alian­sie: cie­mię­żą­cy Kościół, prze­mo­co­wa rodzi­na, opre­syj­na szko­ła, wil­czy wol­no­ryn­ko­wy kapi­ta­lizm). W kontrze do Złe­go sytu­uje się – a jak­że! – Dobry, rów­nie wid­mo­wy i naiw­nie ide­ali­stycz­ny co ten Zły: rodzic świa­do­my, rodzic wyeman­cy­po­wa­ny, rodzic-oświe­co­ny, rodzic rów­no­ścio­wy, rodzic towa­rzy­szą­cy, rodzic empa­tycz­ny, rodzic-ate­ista (to waż­ne, Wiśniew­ski nie może odmó­wić sobie przy­jem­no­ści, by z dumą nie opo­wie­dzieć en pas­sant o swo­im uwal­nia­ją­cym ate­izmie i jego pożyt­kach dla życia). I w sto­sun­ku do tego Złe­go autor oczy­wi­ście nie ma lito­ści: zachły­stu­je się wysma­ko­wa­ną pogar­dą, prze­śmiew­czą pro­tek­cjo­nal­no­ścią, iro­nicz­ną (ale i pate­tycz­ną cza­sem też) wyż­szo­ścią… cień myśli, że może być ina­czej, że są tra­dy­cyj­ne wie­lo­dziet­ne rodzi­ny, przy­wią­za­ne do war­to­ści chrze­ści­jań­skich, w któ­rych dzie­ci trak­to­wa­ne są bar­dziej po part­ner­sku i z więk­szą dozą rozum­nej miło­ści, z wyklu­cze­niem jakiej­kol­wiek prze­mo­cy niż w związ­kach ludzi hoł­du­ją­cych ide­om lewi­co­wym, ani na chwi­lę nie mąci tego naiw­nie siel­skie­go, idio­tycz­nie zero­je­dyn­ko­we­go mode­lu pro­du­ko­wa­ne­go przez auto­ra. Po dru­gie: Zakaz gry w pił­kę roz­gry­wa się w prze­strze­ni naj­czyst­szej teo­rii – a każ­dy posia­da­ją­cy dziec­ko (nie wiem, czy Wiśniew­ski ma dzie­ci, ale wyda­je mi się czymś prze­za­baw­nie symp­to­ma­tycz­nym, że w swo­ich publicz­nych wypo­wie­dziach ani swe­go ojco­stwa nie potwier­dza, ani mu nie zaprze­cza, kon­se­kwent­nie miga­jąc się od jed­no­znacz­nych dekla­ra­cji) bar­dzo pręd­ko się orien­tu­je, że rodzi­ciel­stwo to impro­wi­za­cja na pozio­mie schył­ko­we­go Joh­na Coltrane’a. Serio: nie da się unik­nąć prze­mo­cy w ułam­ku sekun­dy, kie­dy trze­ba zła­pać za fra­ki dziec­ko wbie­ga­ją­ce pod roz­pę­dzo­ny samo­chód; nie wymy­ślo­no jesz­cze teo­re­tycz­ne­go mode­lu pozwa­la­ją­ce­go bez­kon­flik­to­wo nakło­nić do jedze­nia malu­cha, któ­ry zjeść musi (a nie chce), bo tego wyma­ga jego zdro­wie; są sytu­acje, kie­dy spór (o zabaw­kę w skle­pie, o wyj­ście na czas do przed­szko­la, o ubra­nie sto­sow­ne do pogo­dy) musi prze­ro­dzić się w kłót­nię, bo… cóż, bo takie jest, prze­pra­szam za wyra­że­nie, życie, któ­re jakoś zawsze kiep­sko pasu­je do wzor­ców wykon­cy­po­wa­nych w uczo­nych pismach. Tym­cza­sem rodzi­ciel­stwo w wizji pana Micha­ła Rado­mi­ła to jakaś eks­cy­tu­ją­ca idyl­la, w któ­rej nie­od­par­ta siła spo­koj­nej, rze­czo­wej argu­men­ta­cji i nie­zmą­co­nej cier­pli­wo­ści w cudow­ny spo­sób powstrzy­mu­ją miskę z gra­no­lą i jogur­tem przed roz­trza­ska­niem się na świe­żo wymy­tej pod­ło­dze, uni­ce­stwia­ją zmę­cze­nie unie­moż­li­wia­ją­ce po całym dniu pra­cy zna­le­zie­nie tej jedy­nej nie­po­wta­rzal­nej rącz­ki od ludzi­ka Lego, osu­sza­ją małą stóp­kę, któ­ra rado­śnie wylą­do­wa­ła w brud­nej błot­nej kału­ży tuż po wybie­gnię­ciu z klat­ki scho­do­wej w stra­ceń­czym pości­gu za ucie­ka­ją­cym tram­wa­jem. No i po trze­cie wresz­cie: Zakaz gry w pił­kę napi­sa­ny jest w nużą­cej i iry­tu­ją­cej manie­rze posta na Face­bo­oku (oczy­wi­ście: dobrze napi­sa­ny taki post jest jak naj­bar­dziej do przy­ję­cia, wia­do­mo, że takie, a nie inne są regu­ły gry w gatun­ki pisar­skie; ale co inne­go kil­ka, może nawet kil­ka­na­ście tysię­cy zna­ków w poście, a co inne­go popeł­nio­nych w takiej kon­wen­cji trzy­sta stron książ­ki). Pośpiesz­na reto­rycz­na figu­ra­cja, efek­tow­na sty­li­sty­ka, bły­sko­tli­wy greps, prze­śmiew­czy gry­mas, naskór­ko­wa eru­dy­cja – wszyst­ko to, stło­czo­ne i zadysz­ko­we, mar­ku­je logicz­ność i argu­men­ta­cję. A tej ostat­niej cza­sem roz­pacz­li­wie w książ­ce Micha­ła R. Wiśniew­skie­go bra­ku­je – lub też, ina­czej nie­co: gdzieś na naj­głęb­szym pozio­mie spro­wa­dza się ona do arbi­tral­nej żon­gler­ki licz­ma­na­mi, uza­sad­nia­ją­cej, że dobre dla dziec­ka jest to, co się auto­ro­wi podo­ba. Szcze­gól­nie jaskra­wo jest to widocz­ne we frag­men­tach, w któ­rych Wiśniew­ski pró­bu­je oce­niać książ­ki i fil­my dla dzie­ci. Jasne, rozu­miem, że w dobrym tonie jest zali­czać się do klu­bu Kicia-Kocia Haters (choć ja tam aku­rat uwa­żam, że spo­ro było w tej serii rze­czy cen­nych), nie­mniej grzecz­nie by było nie sie­kać ksią­że­czek Ani­ty Gło­wiń­skiej na frag­men­ty na tyle bez­kon­tek­sto­we, żeby paso­wa­ły do dowol­nej ukła­dan­ki. Ale już z serią Mar­ty Galew­skiej-Kustry o Puciu spra­wa jest moim zda­niem grub­sza: Wiśniew­ski szy­dzi z Pucia w spo­sób wyjąt­ko­wo bez­względ­ny (zni­ża­jąc się do żar­tów tak pry­mi­tyw­nych, jak opi­sa­nie głów­ne­go boha­te­ra jako dzie­cia­ka, któ­ry zsi­kał się w majt­ki – rzecz w zasa­dzie dys­kwa­li­fi­ku­ją­ca kogoś, kto tak wznio­śle pozy­cjo­nu­je się na obroń­cę dzie­cię­cej god­no­ści; dys­kwa­li­fi­ku­ją­ca wła­śnie tym bar­dziej, że to, wie­cie, tyl­ko tak żar­tem, he-he, powie­dzia­ne było), kom­plet­nie nie doce­nia­jąc tego, że kolej­ne tomy Galew­skiej-Kustry to zna­ko­mi­cie przy­go­to­wa­ne, meto­dycz­nie nowa­tor­skie (i sku­tecz­ne: potwier­dzo­ne ojcow­skie info) ini­cja­cje w świat mówie­nia, czy­ta­nia, licze­nia… A szu­ka­nie rze­ko­mej prze­mo­co­wo­ści w kapi­tal­nym austra­lij­skim seria­lu o zarów­no wzru­sza­ją­cych, jak i prze­śmiesz­nych (a przy tym jak­że – cze­go ide­ali­sta Wiśniew­ski chy­ba jed­nak bar­dzo nie lubi – życio­wych) przy­go­dach Blu­ey?… Ej – no serio?… Z dru­giej zaś stro­ny: autor Zaka­zu gry w pił­kę tyleż żar­li­wie, co argu­men­ta­cyj­nie nija­ko (odwo­łu­jąc się w zasa­dzie wyłącz­nie do swych chło­pac­kich sen­ty­men­tów) bro­ni powie­ści Zbi­gnie­wa Nie­nac­kie­go o Panu Samo­cho­dzi­ku: powie­ści, owszem, kapi­tal­nych fabu­lar­nie, ale umów­my się, że peł­nych wąt­ków sek­si­stow­skich (chy­ba nie przy­po­mi­nam sobie ani jed­nej boha­ter­ki w całym cyklu, któ­ra w autor­skiej kre­acji wyra­sta­ła­by powy­żej pozio­mu nie­le­d­wie mizo­gi­ni­stycz­nych fan­ta­zji pana Toma­sza) czy pro­pa­gan­do­wych (bynaj­mniej nie tyl­ko socja­li­stycz­nie w duchu PRL-owskim, a wca­le czę­sto nacjo­na­li­stycz­nie: prze­stęp­ca dybią­cy na pol­skie skar­by to nie­rzad­ko jakiś kary­ka­tu­ral­ny obco­kra­jo­wiec). No ale jakoś dziw­nym tra­fem te aku­rat lite­rac­kie grzesz­ki – sko­ro się auto­ro­wi Pany Samo­cho­dzi­ki podo­ba­ją – deli­kat­nej dzie­cię­cej psy­chi­ce niczym zagra­żać nie będą…

XXXII

Dwa spo­so­by roz­po­zna­wa­nia rze­czy­wi­sto­ści w Kró­lu Olch (ojca, któ­ry widzi drze­wa i syna widzą­ce­go wid­ma) są nie­mal dokład­nym prze­kła­dem na lite­ra­tu­rę filo­zo­ficz­ne­go duali­zmu, o któ­rym pisał Johann Got­tlieb Fich­te: myśle­nia dogma­tycz­ne­go, uwię­zio­ne­go w rze­czach (ojciec) i myśle­nia ide­ali­stycz­ne­go (syn), zdol­ne­go do abs­tra­ho­wa­nia. [notat­ki z lek­cji 4]

XXXIII

Sza­lo­na (w naj­szla­chet­niej­szym, a zatem naj­bar­dziej sza­lo­nym zna­cze­niu sło­wa sza­leń­stwo) powieść Jula Łyska­wy Praw­dzi­wa histo­ria Jef­freya Water­sa i jego ojców to dla mnie nade wszyst­ko poru­sza­ją­cy do głę­bi trak­tat o meta­fi­zy­ce drew­na (i drzew). Cokol­wiek by się w tej książ­ce dzia­ło (a dzie­je się wie­le, w cudow­nie pokręt­nej, wie­lo­po­zio­mo­wej struk­tu­rze fabuł i nar­ra­cji), nad wszyst­kim tym roz­po­ście­ra się cień lasów, we wszyst­kim tym buzu­je chlo­ro­fil i krą­żą sole mine­ral­ne, wszyst­ko to pach­nie żywi­cą, gni­ją­cą ściół­ką i tro­ci­na­mi, wszę­dzie sły­chać pta­ki i sie­kie­ry, dłu­ta i tar­tacz­ne piły; nawet wte­dy, gdy opusz­cza­my Cop­per­field, głów­ne miej­sce akcji. Każ­dy z boha­te­rów (abso­lut­nie i bynaj­mniej nie wyłącz­nie tytu­ło­wy Jef­frey Waters, cud­nie absur­dal­ny żyją­cy stół; on jest jedy­nie synek­do­chą, pars pro toto zja­wi­ska wszech­obej­mu­ją­ce­go) wyno­si w sobie drze­wo i drew­no, i niczym prze­ga­nia­ne wia­trem nasio­no sta­je się for­pocz­tą rodzi­mej pusz­czy w każ­dym miej­scu, na któ­rym osią­dzie. Zresz­tą – czyż nie jest tak, że sama fak­tu­ra Praw­dzi­wej histo­rii… przy­po­mi­na drze­wo: z jego splą­ta­ny­mi w prze­szło­ści korze­nia­mi, chro­po­wa­tą korą wie­lo­kształt­ne­go języ­ka, kil­ko­ma pnia­mi głów­nych histo­rii i nie­zli­czo­ną gęstwi­ną gałę­zi histo­rii pomniej­szych? I może wła­śnie dla­te­go ta powieść na jakimś tam pozio­mie doświad­cza­nia tak głę­bo­ko – i cza­sem irra­cjo­nal­nie – mnie wzru­sza: jako eko­lo­gicz­ny tren na cza­sy, gdy lasów coraz mniej…

XXXIV

Co praw­da w powie­ści Łyska­wy poja­wia się odau­tor­ski kawa­łek o inspi­ra­cjach, ale jest on głę­bo­ko roz­cza­ro­wu­ją­cy – mowa w nim tyl­ko o, prze­pra­szam za wyra­że­nie, kul­tu­rze zwa­nej wyso­ką, a prze­cież naj­za­baw­niej­sze i naj­bar­dziej bra­wu­ro­we są w Praw­dzi­wej histo­rii Jef­freya Water­sa i jego ojców sam­ple z popkul­tu­ry, na przy­kład z seria­li. A choć­by takie coś, że ponu­ra histo­ria pocho­dze­nia jed­ne­go z głów­nych boha­te­rów, Josha War­re­na, bar­dzo przy­po­mi­na to, co zna­my z życio­ry­su Dexte­ra Mor­ga­na. A znów zało­żo­na w Cop­per­field gru­pa samo­obro­ny mia­stecz­ka, Chłop­cy ze Wzgórz, to bliź­nia sio­stra Chłop­ców z Biblio­te­ki chro­nią­cych przed demo­nicz­nym złem Twin Peaks (z seria­lu Davi­da Lyn­cha do lasów otu­la­ją­cych Cop­per­field przy­le­cia­ły też sowy, któ­re – jak wia­do­mo – are not what they seem). I jesz­cze wpo­mnia­ny mar­gi­nal­nie potwór z jezio­ra, kuzyn nie tyl­ko Nes­sie, ale też tego z dwu­dzie­ste­go dru­gie­go odcin­ka trze­cie­go sezo­nu Z Archi­wum X

XXXV

Dwa poprzed­nie tomy próz (jakoś nie mogę nazwać tych kawał­ków ani opo­wia­da­nia­mi, ani nowe­la­mi, więc niech będą po pro­stu pro­zy) Paw­ła Soł­ty­sa, Mikro­ty­ki i Nie­ra­dość, czy­ta­łem jako coś nie­zwy­kle odświe­ża­ją­ce­go – a jed­no­cze­śnie uro­kli­we­go, przede wszyst­kim jed­nak było to prze­moż­ne doświad­cze­nie świe­żo­ści. Bar­dzo robo­cze tłu­ma­cze­nie tego doświad­cze­nia mam takie oto, że pisar­stwo Soł­ty­sa zasi­la­ne jest przez źró­dła chy­ba rzad­ko we współ­cze­snej pol­skiej lite­ra­tu­rze wyko­rzy­sty­wa­ne. Sku­pie­nie na deta­lu, pozba­wio­na sen­ty­men­tal­no­ści czu­łość wzglę­dem egzy­sten­cjal­ne­go bana­łu, posu­nię­ty nie­kie­dy do pozio­mu cokol­wiek para­no­icz­nej nad­wraż­li­wo­ści, mul­ti­sen­so­rycz­ny zmysł obser­wa­cji, nie­na­chal­ny spo­łecz­ny kry­ty­cyzm, dale­ki od oczy­wi­sto­ści humor – to z jed­nej stro­ny; z dru­giej – cią­gły, pijac­ki nie­mal balans od pro­zy do poezji, gadu­ło­wa­ta dygre­syj­ność, przy­wią­za­nie do żywio­łu aneg­do­ty, nade wszyst­ko zaś: wyczu­le­nie na poczwar­ną dzi­wacz­ność abso­lut­nie wszyst­kie­go… Przy­wo­dzi  mi to na myśl – i to by była wła­śnie ta nie­oczy­wi­sta tra­dy­cja kotwi­czą­ca spe­cy­fi­kę próz Soł­ty­sa – nie­któ­rych Rosjan: tro­chę może (ale nie za bar­dzo) Cze­cho­wa, nie­co wię­cej (acz też bez prze­sa­dy) Gogo­la, a naj­moc­niej może Babla i Pła­to­no­wa, i może jesz­cze nawet odro­bi­nę Zosz­czen­ki. A na tym tle Sier­pień rysu­je mi się jako książ­ka nie­zwy­kle asce­tycz­na – zni­ka cała ta wcią­ga­ją­ca gra tek­sto­wa, a zosta­je samo opo­wia­da­nie (oczy­wi­ście – nie „opo­wia­da­nie” jako kla­sy­fi­ka­cja gatun­ko­wa, a jako rze­czow­nik odcza­sow­ni­ko­wy od czyn­no­ści opo­wia­da­nia). Jest tyl­ko wspo­mnie­nie, wyda­rze­nie, zaob­ser­wo­wa­ny szcze­gół – nic nie wyróż­nio­ne, wszyst­ko demo­kra­tycz­nie zrów­na­ne jako abso­lut­nie peł­no­praw­ne przed­mio­ty wcią­gnię­te w nurt (raz wart­ki i wzbu­rzo­ny, raz leni­wy i mean­dru­ją­cy) opo­wie­ści. Opo­wie­ści – dodaj­my – któ­ra zaczy­na się w miej­scu przy­pad­ko­wym i podob­nie też się koń­czy: bez suspen­su, bez puen­ty; jeden ton, jeden oddech. Soł­tys zda­je się eks­pe­ry­men­to­wać z wypor­no­ścią czy­tel­ni­ka… a może słu­cha­cza? Może to po pro­stu jest tak, że ktoś cię zacze­pił i nie może się przy­mknąć? A ty – zafa­scy­no­wa­ny wbrew swej woli, wbrew wszyst­kim tym bar­dzo pil­nym rze­czom do zro­bie­nia na zaraz, na już i na wczo­raj – dla­cze­goś nie możesz mu powie­dzieć, żeby się odcze­pił i dał ci świę­ty spo­kój. Ale eks­pe­ry­ment auto­ra to też testo­wa­nie wypor­no­ści lite­ra­tu­ry na odwró­ce­nie porząd­ku ponie­kąd zdro­wo­roz­sąd­ko­we­go: naj­pierw coś do opo­wie­dze­nia, póź­niej sama opo­wieść; w Sierp­niu jest dokład­nie na odwrót: prze­moż­ność opo­wie­ści doszczęt­nie nicu­je swój wła­sny (jak się oka­zu­je – wca­le nie aż tak koniecz­ny) temat. Tyl­ko żeby­śmy się dobrze zro­zu­mie­li: owe­go powyż­sze­go, podwo­jo­ne­go eks­pe­ry­men­tu nie nale­ży rozu­mieć jako jakie­goś ate­ma­ty­zmu w duchu – powiedz­my – awan­gar­do­wym; jako cze­goś, co pro­wa­dzi­ło­by do efek­tu sze­ro­ko rozu­mia­nej nie­zro­zu­mia­ło­ści. Bo prze­cież staw­ką dzia­ła­nia Soł­ty­sa, staw­ką for­tun­no­ści eks­pe­ry­men­tu, jest to, by czytelnik/słuchacz czy­tał i słu­chał. I to się oczy­wi­ście uda­je. O Boże, jak bar­dzo uda­je! Kaziuk z Kono­piel­ki wygło­sił kie­dyś takie słyn­ne sło­wa, że byle cze­go to się nie pisze; Soł­tys dopo­wia­da: byle jak to się nie opo­wia­da…

XXXVI

Był­by więc Soł­tys kimś, kto wra­ca do samych źró­deł lite­ra­tu­ry – do tego momen­tu skry­te­go w naj­mrocz­niej­szych począt­kach, gdy cała uwa­ga ple­mie­nia kulą­ce­go się przy ogniu sku­pia­ła się na tym, kto naj­le­piej opo­wia­da, kto wła­śnie odkrył, że sło­wo rów­nie moc­no jak pło­mień wyzwa­la z doraź­no­ści, odpy­cha w zewnętrz­ne ciem­no­ści wszyst­kie sza­blo­zę­be zgro­zy, pozwa­la okrzep­nąć wciąż jesz­cze kosma­tej intu­icji, że rze­czy­wi­stość jest czymś, co może ulec zwie­lo­ko­rot­nie­niu? Tak, zde­cy­do­wa­nie. I może dla­te­go wła­śnie zawsze naj­moc­niej zapa­da­ły mi w pamięć te pie­śni Pablo­pa­vo, któ­rych tek­sty to wła­śnie roz­mach­nię­te, bal­la­do­we nie­le­d­wie opo­wie­ści – od Jur­ka Mecha, Z far­tem dziew­czy­ny i War­sza­wy Wschod­niej z pierw­szej jego pły­ty aż po Przed­wio­śnie i Wikę z tej naj­now­szej.

XXXVII

Być może naj­pięk­niej­sza fra­za z Praw­dzi­wej histo­rii Jef­freya Water­sa i jego ojców: „Wyda­je się, że śmierć nie jest tak bar­dzo prze­ra­ża­ją­ca, gdy wypo­wia­da­jąc ostat­nie sło­wa, mówisz o drze­wach […]. Być może naj­pięk­niej­sza fra­za z Sierp­nia: „[…] ale wszy­scy wie­my, że w wąskich kątach spoj­rzeń jak kurz zbie­ra­ją się zmar­li, i bywa, że bie­rze się kogoś naj­zwy­czaj­niej żywe­go za wcie­le­nie cie­ni­stej oso­by”.

XXXVIII

Prze­pi­su­jąc teraz z notat­ni­ka powyż­sze sło­wa, zaczą­łem je omył­ko­wo łączyć: „[…] ale wie­my wszy­scy, że śmierć nie jest tak bar­dzo prze­ra­ża­ją­ca […]”. Omył­ko­wo?

XXXIX

Cele­bru­jąc swo­je pry­wat­ne Dzia­dy w cza­sie tych tego­rocz­nych pustych nocy począt­ku listo­pa­da, uświa­do­mi­łem sobie, że cały ten rytu­ał – tak jak go zapi­sał Mic­kie­wicz – spro­wa­dza się do koniecz­no­ści mówie­nia. Inkan­ta­cje, zaklę­cia, inwo­ka­cje, roze­sła­nia, dia­lo­gi, repe­ty­cje rytu­al­nych fraz – wszyst­ko to słu­ży komu­ni­ka­cji żywych ze zmar­ły­mi. A zmar­li, któ­rzy się komu­ni­ku­ją – nie są zmar­li, tyl­ko żywi; a zmar­li, któ­rych we wspól­no­cie komu­ni­ka­cyj­nej nie ma – oni tyl­ko są praw­dzi­wie, doszczęt­nie zmar­li; a żywi osta­tecz­nie mil­czą­cy są już nie­ży­wi. Może wła­śnie dla­te­go autor Dzia­dów prze­my­śli­wał na pew­nym eta­pie two­rze­nia pierw­szej odsło­ny arcy­po­ema­tu (o czym swe­go cza­su pisał Jaro­sław Macie­jew­ski) o uczy­nie­niu zeń ope­ry – naj­wyż­szej apo­te­ozy recy­to­wa­ne­go, śpie­wa­ne­go, tań­czo­ne­go sło­wa? Dzia­dy jako Świę­to Mówią­cych – prze­ciw­sta­wio­ne Wiel­kie­mu Mil­cze­niu śmier­ci… A spe­ku­lu­jąc tak, wró­ci­łem do cyto­wa­nych powy­żej słów z Sierp­nia i pomy­śla­łem, że Paweł Soł­tys, ów archa­icz­ny opo­wia­dacz, jest w tych wła­śnie sło­wach rów­nież Guśla­rzem przy­wra­ca­ją­cym umar­łych życiu mowy („Zmar­li tyl­ko wedle woli/ Spie­szą, gdzie ich guślarz woła”; woła­nie: sło­wo spo­tę­go­wa­ne, mowa wzmo­żo­na, głos pod­nie­sio­ny).