23/10/17

Graal na Wawelu

Grzegorz Wróblewski

Strona cyklu

Matrix
autorzy_leksykon_300x300_Wroblewski
Grzegorz Wróblewski

Urodzony w 1962 roku w Gdańsku. Poeta, prozaik, dramaturg. Autor wielu książek (poezja, dramat, proza); m.in. Ciamkowatość życia (1992/2002), Planety (1994), Noc w obozie Corteza (2007), Nowa Kolonia (2007), Dwie kobiety nad Atlantykiem (2011), Wanna Hansenów (2013), Kosmonauci (2015), tłumaczony na kilkanaście języków, m.in. na język angielski (Our Flying Objects - selected poems, 2007, A Marzipan Factory - new and selected poems, 2010, Kopenhaga - prose poems, 2013, Let's Go Back to the Mainland, 2014). Dwukrotnie wyróżniony w Konkursie na Brulion Poetycki (1990, 1992). Stypendysta Duńskiej Rady Literatury i Duńskiej Państwowej Fundacji Sztuki. Należy do Duńskiego Związku Pisarzy (Dansk Forfatterforening). Od 1985 roku mieszka w Kopenhadze.

Regres planety… Czyżby zbliżał się nowy potop? Przepowiednie Świadków? 2017 – wysyp grzybów, nazistów, popierdoleńców… „Co dokładnie widziałeś? Jeśli jesteś rozsądny, nie możesz o tym nikomu mówić” – straszą nas sąsiedzi, czyli odziani w dresy, słabo zakonspirowani faceci w czerni… „Z ukrycia wyszli czciciele węża”. Wiadomo. Iluminaci! Wiedza skrywana przed ludzkością. Nasze życie nie jest już pod naszą kontrolą. Sprzedane twarze, nie ma tu nikogo szczęśliwego. Demoniczne dzieci, z arbuzami, zamiast głów. Rządowe spiski… Pobieranie energii z otoczenia, napęd antygrawitacyjny? Na to nigdy nie zezwolą monopole, padłby wtedy przemysł motoryzacyjny. Moglibyśmy za friko wstawiać sobie złote jedynki. Każdy miałby „to samo”. Więc każdy byłby wkurwiony, że posiada tyle, co każdy. Sytuacja nie-do-przełknięcia. W tym układzie trzymają nas za mordę, czyli my sami skutecznie trzymamy Kowalskich/Nowaków za mordę, żeby przypadkiem nie przeskoczyli nas w ilości rowerów górskich i wycieczek czarterowych do Wólki. Socjopaci niszczą planetę. Jesteśmy zwykłym pyłem? Bóg jest transcendentny? Albo: „Kto stworzył boga? Ludzka logika nie jest w stanie tego pojąć. Dlatego jest to nielogiczne pytanie”. Przecież Luciano ułatwił aliantom inwazję Sycylii! Osobliwość początkowa… Kropka nagle eksplodowała i narodzili się idioci, wycinający nam teraz lasy, zatruwający studnie & źródła. Piramidy to na bank kosmiczna latarnia morska. I jak tu mamy wyrobić? Mieć regularne wypróżnienia/wytryski, zajmować się pisaniem szlachetnych wierszy o pożarach w fabryce zakładów tekstylnych na Śląsku (czyli w Wietnamie, poezja to niby metafora, szczegóły są bez znaczenia)? Kim była właściwie ta cholerna Pani Sześć Gier? Pieniądze są ważniejsze od własnej rodziny, zostaliśmy zdradzeni i zniewoleni. Nauka dała dupy, mroczna historia się powtórzyła, wszystko jest poza naszymi możliwościami. Księżyc, ten śmieszny sztuczny twór, w niczym ci nie pomoże. Konkordat. Kobieta stała się znów cudzołożnicą. A przecież zbawca & co. nigdy nie łączyli sił z Cezarami! Bestia jednoczy powoli wszystkie możliwe religie… Tratwa zaczyna nam tonąć. KKK (organizacja utworzona w miejscowości Pulaski) ponownie u szczytu popularności. Istnieje 25 skomplikowanych reguł rządzących odpustami. I jaki w tym układzie przetrwalnik? Weganizm, a może ucieczka do dżungli, czy inny „Projekt Gangsta”? Więc taki (mniej więcej) obecny poligon.

I zaczyna się to wszystko (oczywiście) kojarzyć. Lot z Miami na Kubę trwa jedynie pół godziny, ale skoncentrujmy się na nieco mniej egzotycznym fenomenie. Próbowaliśmy produkować najlepszy na świecie przecier pomidorowy, ale nam przecież nie pozwolili (sygnał dla znających historię syndykatów XX wieku). Nazi Low Rider… „Za moich czasów” – bardzo lubię to hasło-wytrych. Tajemnicze i z miejsca dyskwalifikujące! Denerwujące parafian młodszych rocznikowo, tych mających wyraźną obsesję „barda” i medalisty (sprytnie wszczepioną im przez jego niezrealizowaną konkurencję), któremu latami lizano… i zawsze mu przyklaskiwano… Więc za moich czasów, w babilońskiej (było tam wtedy dokładnie tak samo jak teraz) krainie, obligatoryjna była znajomość książki Niemcy Leona Kruczkowskiego. Linia następująca: Jak „oni” mogli popaść w tak straszną paranoję, doznać zbiorowej halucynacji i ulec urokowi demona? Tak mądry, zaawansowany intelektualnie, uduchowiony naród? Co się właściwie stało z tym totalnym szczepem Bacha, Goethego (Wagner to byłaby tutaj, z wiadomych powodów, inna tzw. melodia & kategoria)? I Leon Kruczkowski „rezolutnie/pojemnie” nam to wszystko (wy)tłumaczył. Mamy tam różne, b. przewidywalne klocki, układanki. Jest ponury SS-mann służący w okupowanej Norwegii, obok niego biolog-naukowiec, artystka, żydowskie dziecko, naziści i komuniści… Taki wymarzony przekrój społeczny. Różne postawy w sytuacji ekstremalnej – wewnętrzna emigracja, opór i uwielbienie dla Bestii. Złożoność. Strach przed represjami i chęć wzbogacenia się, ideologiczny wirus mózgu. Kruczkowski załatwił więc sprawę, Niemcy to naród jak każdy inny (koniunkturalny, przygłupi i zarazem duchowo zaawansowany) i mogliśmy spać spokojnie dalej. „To się NIGDY już nie powtórzy, przeanalizowaliśmy zagadnienie, ale bądźmy wciąż czujni”. I tę czujność wzmacniano nam bezustannie bitwami pod Grunwaldem, powstaniami, obecnością niebezpiecznych agentów sabotujących budowę Trasy Łazienkowskiej. Każdego poranka pojawiał się na szklanym ekranie Jagiełło, spoglądał na zegarek i szeptał do przerażonych widzów: „Je cas”. W kilka minut po nim nadciągał ze swoją waleczną drużyną wnuk Wsiewołoda III Wielkie Gniazdo. I zaczynała się jatka na jeziorze Pejpus. O szmalcownikach jakoś się nie mówiło. Wojenna psychoza! Zakon Szpitala Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie i Rajmund Kolbe, męczennik z KL Auschwitz. I nasz Biskupin, żeby nie było wątpliwości (potem się okazało, że projekt ten nie wypalił, archeologia udowodniła, że był to germański gród). O upadku Arkony, gdzie mieściła się najważniejsza świątynia Światowita, 12 czerwca 1168 roku, specjalnie nie dywagowano. Biskup Absalon i jego załoganci byli już od dawna chrześcijanami, a Słowianie nadal w „przestrzeni ekologicznej”. Rugia stała się lennem Danii. Propagowanie tego historycznego zdarzenia nie byłoby poprawne politycznie. Ciągłe dostawanie w dupę (mieliśmy przecież Hermaszewskiego i Skłodowską!), a tu przecież chrystianizacja, szynka, miód pitny… Duma. Awans w rankingu FIFA. Więc dotarłem w 1985 do Duńskiego Królestwa, jako osoba nieźle zorientowana w nalotach bombowych na miasta polskie w 1939 roku. Paradoksalnie w warszawskich szkołach trafiałem zawsze na język niemiecki, angielskiego wtedy nie znałem, co okazało się nad Sundem dość kłopotliwe. Szybko zorientowałem się co do kosmopolitycznego charakteru nowego miejsca zamieszkania. Nawet babcie klozetowe nawijały tu perfekcyjnie po angielsku, natomiast próby wymiany sygnałów po niemiecku były zawsze bezowocne. Blokada… Trochę mnie to na starcie dziwiło, ale szybko załapałem, na czym sprawa polega. Nie było to trudne do rozszyfrowania.

Relacje duńsko-niemieckie… „Wojenko, wojenko, cóżeś ty za pani…” – w Danii inaczej to wyglądało. Hubali tutaj nigdy nie było. Inna sprawa, że lasy dawno zostały wycięte (budowa floty) i za bardzo nie byłoby się gdzie przybunkrować. Kapitulacja nastąpiła prawie bez wystrzału. „Jesteśmy pragmatycznym narodem, nie mieliśmy wtedy żadnych szans” – wielokrotnie mi tłumaczono. Na pograniczu w Szlezwiku zginęło 16 duńskich żołnierzy, a kilkunastu zostało rannych. W Kopenhadze nastąpił desant z transportowca „Danzig” (żeby było weselej) i po ptakach. 9 kwietnia 1940 roku, bez prawie żadnego oporu zbrojnego, rozpoczęła się okupacja Danii. Dla kogoś pochodzącego z Polski, z głową naładowaną ułanami przeciw czołgom, wydawało się to, co najmniej, mistyczne… W każdym razie zero klimatów w stylu: „Wojenko, wojenko, co za moc jest w tobie?/ Kogo ty pokochasz, kogo ty pokochasz/ W zimnym leży grobie”. Oficjalną wizytówką (wersją utrzymywaną przez lata) był sabotaż. Sabotaż i sabotaż (za który karano śmiercią). Duński „ruch oporu”. Podziemna organizacja „Holger Danske”. Cały świat nie mógł wyjść także z podziwu z powodu przerzutu duńskich Żydów do Szwecji, w październiku 1943 (zrobiono to częściowo za dużą kasę, ale o tym rzadko już mówiono). Uratowano w ten sposób 7 tysięcy ludzi. 477 osoby się nie załapały i zostały wywiezione do Theresienstadt. O akcji tej zrobiono masę filmów i napisano wiele książek. Pamiętam, że kiedyś zgadałem się w Nowym Jorku z jakimś przypadkowo spotkanym farmerem z Montany. Gdy się dowiedział, że jestem z Polski, szczęka mu raczej opadła, ale jak dodałem, że od lat mieszkam w Kopenhadze, niespodziewanie się uaktywnił z kuflami piwa. Nawijał non stop właśnie o tym słynnym, spektakularnym przerzucie, heroicznej postawie duńskich szyprów etc. Więc „Holger Danske”, sabotaż i pomoc Żydom. Czy coś przypadkiem przeoczyliśmy? Raczej na pewno. I tutaj pojawia się to słynne słowo – kolaboracja…  „Polityka kolaboracji” (po duńsku „samarbejdspolitikken”). Jakoś nagle burząca nam tę wspaniałą wizję głęboko zakonspirowanego narodu. Wiadomo – wysocy blondyni & niebieskie oczy, rasa panów itd. Skandynawia była przecież krainą Thora i Odyna. Narodowosocjalistyczna Duńska Partia Robotnicza (Danmarks National-Socialistiske Arbejder Parti) szybko zadziałała i w 1941 roku uruchomiła Ochotniczy Legion Duński (Freikorps Danmark), do którego zaczęli się zgłaszać (dobrowolnie) zwolennicy/miłośnicy wschodnich batalii Hitlera. Więc zamiast Hubala: SS-Wiking, SS-Totenkopf, SS-Nordland. Fanatyczne akcje, fanatyczne jednostki bojowe. Nazistowscy maniacy… Tak zwana ciemna strona księżyca, niewesoła przeszłość krainy LEGO, słodkich śledzi i marcepana. I charakterystyczne, że SS-Nordland walczyła „wiernie” (na zasadzie kamikadze) do samego końca w Berlinie, w pobliżu wiadomego bunkra. Popełniali zbrodnie indentyczne jak ludzie Dirlewangera… Czy tłumaczono to wszystko w Królestwie podobnie jak nasz Leon Kruczkowski? Kryzys gospodarczy, chęć dorobienia się, ideologiczny „black-out”, nienawiść do komunizmu? Po wojnie rozstrzelano kilkudziesięciu „nadludzi” i szybko nabrano wody w usta… Sabotaż! Dania to był oczywiście tylko sabotaż… Przez dekady panicznie unikano tego b. niewygodnego tematu. Atlantydzi przecież nie mieli nic wspólnego z Rzeszą, zawsze kochali słowiańskich braci i nie znają nawet języka niemieckiego. Ale nowe generacje badaczy nie przepuściły okazji i zaczęło się ujawnianie dotychczas niedostępnych dokumentów. Trop był podobny wszędzie. Nie tylko w Kopenhadze/Odense, ale także w Londynach, Berlinach, Sztokholmach… Więc nie tylko przegrana Niemiec w I Wojnie Światowej, załamanie gospodarcze w Stanach i wpływ tego na gospodarki europejskie, narodziny bolszewizmu etc. Coś innego musiało ludziom równolegle zamącić w głowach. Cała ta eugenika, palenie ludzi w piecach, zbiorowa psychoza nie mogły być przecież spowodowane tylko i wyłącznie przez szalejącą inflację. Może ktoś jeszcze kojarzy słynne wydanie „bruLionu” (1991, nr 17–18). Znalazły się w nim Kazania Heinricha Himmlera, m.in. o kulcie przodków, które wygłosił do generałów i szefów służb SS. Ponadto fragment przygotowywanej do druku książki Ezoteryczne źródła nazizmu. Publikacja ta wywołała w Polsce (z tego co mi wiadomo) dużą sensację. Potem nastąpił tam prawdziwy wysyp książek o tej tematyce. Z roku na rok księgarnie zawalono „sensacjami” o magach Hitlera, Ahnenerbe, tantrycznych rytuałach, symbolice gotyckich katedr, różokrzyżowcach, Towarzystwie Thule. Znałem te wszystkie ścieżki już wcześniej z Danii, tutaj także wpadli na pomysł, że winę za ludobójstwo należy zwalić na gości typu Haushofera/Sebottendorffa, czy Kristiana Rozenkreutza. To właśnie oni byli odpowiedziali za chorobę psychiczną Wodza i jego najbliższej świty, a w rezultacie za zbiorową hipnozę dziesiątek milionów ludzi na całym globie. Więc Vril, Astrologische Rundschau, a potem produkt finalny tej paranoicznej „zabawy” w wywoływanie duchów i runy, czyli Schutzstaffeln (SS). Zagadka została wyjaśniona. Wszystkiemu winna była czarna religia, która porwała się na wiarę „właściwą”, watykańską (tutaj otwierałyby się oczywiście kolejne, niezliczone wątki, powojenna pomoc w przerzucie „funkcjonariuszy” do Argentyny etc.). Coś w stylu biblijnego „buntu strażników”. Ale Bestia ostatecznie poległa. A w roli „pozytywnych aniołów” musieliby być Stalin (!) wraz z brytyjskimi i amerykańskimi spadochroniarzami/czołgistami. I oczywiście polscy piloci RAF-u (o czym nigdy nie należy zapominać, bo zorientowani w najnowszej historii świata kibice potraktują nas petardami). Szatan pokazał kły i zaczęła się budowa szczęśliwego osiedla mieszkaniowego. Dr Yves Ternon i dr Socrate Helman napisali Historię medycyny SS, a Adrian Weale SS, historię pisaną na nowo. Aktualny papież (podobnie jak jezuici) nie wierzy w boga, ale robi dobrą minę do złej gry. Nie mógłby ogłosić prawdy dwunożnym ssakom, gdyż „wszyscy wyszliby na ulicę”… Znamy dobrze fascynujące filmy o zbliżających się meteorach i związanych z tym smutnym „fucktem” kradzieżach piwa, czy zbiorowych samobójstwach. Przecież nie wyśle się 50% populacji na zasłużoną pensję obywatelską lub inne dożywotnie wakacje na Kretę. Ludzie dostaliby od tego niezdrowego popędu i zaczęli demolkę parlamentów.

A.D. 2017. Osiedla już uszczelnione watą. Plaga amfetaminy opanowana. Lucyfer zatopiony w delirycznym Jeziorku Czerniakowskim. Liberałowie i gender razem z nim. „Legio klubie ty nasz, pokaż cwelom jak ty grasz!” Romowie przeprowadzili się na Słowację, gdzie dewastują podarowane im blokowiska i zjadają zapchlone psy. Graal wrócił na Wawel. Imamowie nie mają szans na przekroczenie granicy. Jest git! Kataryzm został skutecznie zastopowanyz. Żyjemy w Raju na Ziemi (umorusani w ziemi). Mrówki faraona wchodzą nam w chińskie majtki. I proszę nie robić tych bezsensownych porównań. Nasze bojówki w niczym nie przypominają tych spedalonych SA. My NIGDY nie dalibyśmy się tak naiwnie wymanewrować. Zresztą wkrótce zobaczycie nas w akcji. Jak spieprzamy przed Hannibalem (który zamiast słoni przybędzie na metalowych wielbłądach ze wschodu). Ostatecznie jesteśmy młodzi, nasz rząd dopiero co rozpoczął wycinkę. Trzeba dać szansę pielgrzymom, żeby z rzeźby nie zaczął płynąć pomidorowy sok. Wiatraki wymyślił Aleister Crowley, żeby zaszkodzić naszemu ekologicznemu rolnictwu. Przecież każdy ceni polskiego buraka. A oni chcą instalować na polach wywołujące nocne zmazy swastyki. NSDAP niech odda mi kasę, którą utopiłem wyjeżdżając do pracy w Reichu. Zaczynamy pracę misyjną:

– Bij Araba! – Masz jakiś konkretny powód? – Tak bez powodu. – Dla sportu? – Gwałcą nasze kobity. – Gdzie? – W Sandomierzu. – Ząb za ząb? – A co, mam czekać, żeby mnie wyruchali? – Jesz u nich kebaby. – Za rok zlikwidujemy ten wirus. – Masz chyba brązowe oczy. – I co z tego? – To mogłoby komuś przeszkadzać. – Nie pochodzę od małpy. – A jak ci nikt nie uwierzy? – Pojadę do Szwecji z kastetem. – Tam mają na to metody. – Szwecja i tak należy do nas. – Zemsta za Potop? – Zrobię to w prosty sposób… – W jaki? – Krzyknę brudasom: pieniędze, pieniędze, kurwa, bo kosę wyjmę! – Po polsku? – A jak, po polsku. – A twoi starzy przybulą za trumnę? – Zostanę na wsi bohaterem.

Dezintegracja. To nie jest z pewnością ten obiecany świat równoległy. To raczej klasyczny szwindel. Źle dobrane wymiary. Kot dziwnie nam się przygląda, nie wspominając o twarzy w lustrze. Pusta apteczka. Wypadałoby się jakoś bronić. Jesteśmy pod nieustannym, intensywnym ostrzałem. Zaczynamy tracić grunt pod nogami. Objawy amnezji. Zdradził nas najbliższy człowiek, wyraźnie cierpiący na hiperrealność. Nie ma już nic:

– Bawimy się więc wytrwale dalej.
– Oczywiście… Zero pożądania!
– Czyżby zbrodnia doskonała?
– Praca zawodowa. Agitki mają spacyfikować agitki.
– Tylko to masz w głowie… Poezję w radykalnie zmienionych warunkach społecznych.
– Generacyjny fundamentalizm forever!
– Śmieszne i dołujące. Krzaczaste brwi Ojca kontra czarodziejskie zdolności Sybilli zainspirowanej krzaczastymi brwiami Ojca.
– Poezja, poezja, poezja… Fajne, walczące laski, czyli jak skutecznie pozbyć się rdzy z auta.
– Poukładane jak trzeba przez swoich promotorów.
– Namiętność, czy może kompleks kolekcjonera?
– Biegunowość…
– Czyli sztuka przeinaczania faktów.
– Coś jakby liliput z wąsami w sprawie ustawy o jednorazowych torebkach…
– I „głosy rozsądku”, czyli opcja umiarkowana, delikatnie nam sugerująca, że manicheizm był jednak prokobiecy…
– Zgodnie z natchnionymi pismami: „zło to kobiety i wino”.
– Kobieta miesiączkująca może zwarzyć nam mleko.
– A wszystko będzie nadzorować ekspert od nazistowskich wiatraków.
– Tak było prawdopodobnie zawsze.
– Eksperymenty z niskimi temperaturami w Dachau?
– Raczej trener kadry zwolniony za mało skomplikowaną, rasistowską wypowiedź.
– Znudziło nam się bez epinefryny, nie sądzisz?
– Nie musi oznaczać to katastrofy.
– Tak, to tylko zwykłe, globalne przesilenie.
– Słyszałeś, że premier Kanady zaskoczył swoimi skarpetkami?
– Ja to odbieram jako wezwanie do ofiar i idealizmu!
– Metody rozgrzewania ciał poddanych wychłodzeniu?
– Dokładnie. Orientujesz się, ile czasu można trzymać jedzenie w lodówce?
– Przecież wiesz, że notoryczne konkubiny czekała banicja.
– Należałoby to wreszcie ustalić. Spółkowanie bez wyuczonych chwytów nie jest wcale czymś niedorzecznym.
– Jak symulowane opadanie na spadochronie.
– Zobacz! Kolejny debil, któremu się zdaje, że uprawia poezję konkretną.
– Bardziej wzruszyła mnie promotorka debila, nadużywająca słowa „radykalnie”…
– Kopia Rebel Lynn?
– Jak u Baudrillarda. Wyzwanie i uwodzenie łączy bliskie pokrewieństwo…