29/12/14

js

Przemysław Rojek

Strona cyklu

Wieża Kurremkarmerruka
autorzy_leksykon_300x300_Rojek
Przemysław Rojek

Urodzony w 1978 roku w Nowym Sączu. Doktor literaturoznawstwa, nauczyciel języka polskiego w Liceum Ogólnokształcącym Zakonu Pijarów, były redaktor w kilku sieciowych przestrzeniach Biura Literackiego. Laureat Nagrody Archiwum Emigracji Biblioteki Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, stypendysta Fundacji na Rzecz Nauki Polskiej. Autor m. in. książki o Aleksandrze Wacie, bloga Bartleby de Angola oraz biBLiotecznego cyklu Wieża Kurremkarmerruka. Mieszka w Krakowie.

Mimo przeciągających od czasu do czasu deszczy, mimo huśtawki pogody od Sasa do Lasa (z pominięciem wszakoż wszystkiego, co kojarzyłoby się z grudniem; Tadeusz Pióro powiedział kiedyś, że jednym z najważniejszych manifestów tożsamościowych jego pokolenia jest wers, właściwie pół, z Trumien z IKEI Bohdana Zadury: „kiedyś w zimie był śnieg”), pomimo tego wszystkiego – jest sucho. Skąd to przemożne wrażenie? W jednym ze swych ostatnich felietonów pisanych dla „Tygodnika Powszechnego” Andrzej Stasiuk próbował swych sił w zmaganiu z tą osobliwą, ponurą metafizyką suchości – i może to ta jak zawsze uwodzicielska retoryka autora Jadąc do Babadag, bo kiedy go czytałem, kiedy patrzę na chorobliwie rachityczne gałęzie drzew celebrujące brak śniegowych okiści, służące za tło dla przeciągających po bezbrzeżnie wielkim, pustym, smutnym niebie konduktów żałobnego krakania wszystkich czarnych ptaków, kiedy słyszę kościany chrzęst łamiących się pod butami, brunatnych traw, myślę o umieraniu. Pewnie dlatego, że suchość kojarzy mi się z wielkimi medytacjami śmierci w poematach T. S. Eliota, zwłaszcza w The Hollow Men – tytuł dudni jak studnia, jak nigdy nienażarta paszcza jakiegoś kosmicznego grobowca, podczas gdy wersy szeleszczą, szemrzą, chrzęszczą, klekoczą…

Chcę wierzyć, że to właśnie ta suchość paraliżuje moje pisanie. I że ma to jakiś związek ze śmiercią js. Że to wszystko suche to jakieś odbicie wyjałowienia, w którym być może pogrążyłoby się polskie pisanie o literaturze, gdyby on ponad pół wieku temu nie rozpoczął swego wielkiego dzieła nauczania nas nowych literaturoznawczych języków. Rok temu przyszło mi tu żegnać Profesora – teraz, pokonawszy wielkie opory, żegnam js – wielkiego Teoretyka, który odszedł niemal równo rok (bez jednego dnia) po Profesorze. Właśnie teraz, po adwentowym oczekiwaniu na Narodzenie, po Godach, na schyłku roku raz jeszcze – nikomu niepotrzebny, śmiesznie niewczesny, skarlały guślarz – przestępuję próg zamienionej na cmentarną kaplicę Wieży Osobnej i wzywam na Dziady.

To, co myślę o js, nie ode mnie tylko pochodzi: czas jakiś temu na seminarium doktoranckim u Ryszarda dyskutowana bywała zaciekle teza doktorska E., która swymi dociekaniami wkraczała na nieobeszłą ziemię dyskursu teoretycznoliterackiego js. Jej to, E., i naszym ówczesnym dysputom zawdzięczam dostęp do Xięgi inkantacji, inwokacji i zaklęć, przy pomocy których będę teraz próbował przemierzyć ową bezbrzeżnie suchą cactus land, by ducha js przed-się-stawić.

Kiedy myślę o js, kiedy myślę-js, do głowy przychodzi mi (zwłaszcza jeśli mam go porównać z Profesorem, czego uniknąć i nie mogę, i nie chcę) słynna dualistyczna typologia aktywności humanistycznej, przeprowadzona ongiś przez Zygmunta Baumana – na prawodawców i tłumaczy. Tłumacz – powiada autor Nowoczesności i Zagłady – to ktoś, kto chowa się za innymi językami, kto (by sparafrazować Herberta) wyznacza sobie skromną i poślednią jakoby rolę kronikarza. Porządkowanie, rekapitulowanie, glossowanie, kodycyle, talmudycznie zabazgrane przypisami i przypisami do przypisów marginesy – oto właściwe środowisko bytowania tłumacza. I taki bez wątpienia był Profesor – przypominam to, o czym pisałem tu przed rokiem: że kiedy raz w życiu przyszło mi pisać recenzję z książki Profesora, myślałem, że nie podołam, bo nie mogłem znaleźć żadnej instancji nadawczej, wobec której mógłbym nastroić swój recenzencki głos, nie słyszałem nikogo, kto by tę książkę napisał. Inaczej prawodawca: on z kolei skupia się na wysiłku kreacji własnego badawczego języka, który filtrowałby to, co czytane, do postaci nowych obiektów poznania, opisanych w nowym, suwerennym, niepowtarzalnym idiomie.

I to bez wątpienia była strategia js. Symptomatyczne z tego punktu widzenia wydają mi się zwłaszcza dwie jego wypowiedzi.

Pierwsza z nich sformułowana została w jednej z odsłon Bez przydziału, cyklicznych notatek js publikowanych w kolejnych numerach „Tekstów Drugich”, a mowa w niej jest o „chorobie cudzysłowu”. Cudzysłów – powiada js – jest formą specyficznej literaturoznawczej adolescencji, wyrazem własnej niepewności, autoasekuracyjnym i lękowym po trosze chowaniem się za przytoczeniem, parafrazą, przypisem. A przecież na polu wiedzy o literaturze niepodobna kryć się w niepowściągniętej językowej inności – tej zaś nie da się powściągnąć inaczej niż poprzez szarpnięcie mocnymi cuglami własnego języka, własnej terminologii, własnej teoretycznej wyobraźni. Nic nam nie przyjdzie z prezentystycznego referowania tego, co powiedzieli inni – bo choćby nawet był to prezentyzm najwyższej próby, choćby nasza erudycyjna kompetencja ujęta została w nie wiedzieć jak przemyślaną i kompletną taksonomię, bez pieczęci dyskursywnego idiomu straci się w naszym pisaniu o literaturze to, co w nim najważniejsze, czyli swoistość opisywanego literackiego faktu. Tak: batalia, którą toczył js, była batalią o stawkę najwyższą – o taki kształt teoretycznych języków, który pozwoliłby mówić o tym, co napisane (a także tego nauczać) w sposób, który z pierwszorzędną rewerencją odnosiłby się do jednostkowości literackiego bytu.
Tu – by w pełni docenić doniosłość dzieła js – konieczny jest mały ekskurs historyczny. Lata, w których js – zwłaszcza jako pracownik Instytutu Badań Literackich Polskiej Akademii Nauk – kształtował swój niezrównanie mocny sposób mówienia i pisania o literaturze, przypadły na czas zmagania się polskiego literaturoznawstwa z socrealizmem. Tu ktoś mógłby się obruszyć i sprostować, że przecież socrealizm to literatura, której wymiarem „meta” był marksizm… Niby racja, ale przecież jakoś nie mogę na poważnie zestawiać tak celnych – a pisanych z marksistowskiego punktu widzenia – okołoliterackich rozpoznań jak te, które można znaleźć w umownej mentalnej przestrzeni rozciągającej się od György Lukácsa po Frederica Jamesona, z tym, co wypisywała choćby niejaka tow. Melania Kierczyńska… Wystarczy zresztą porównać Teorię powieści z wulgarnymi leninowskimi egzorcyzmami odprawianymi we wstępach do wydań polskich romantyków z przełomu lat 40. i 50. by zrozumieć, w czym – tyleż doniosła, co groteskowa i złowieszcza – różnica. Tak zatem – literaturoznawczy socrealizm: brutalne redukowanie aktu pisania do płodu świadomości będącej na takim to a takim etapie klasowego uświadomienia, bezpardonowe zamienianie opisu na wartościowanie. I na tym tle pojawia się js, wpierw tylko zafascynowany rosyjskim formalizmem i praskim strukturalizmem (ten najbardziej ekspansywny, francuski, znaczony choćby wielką sygnaturą Rolanda Barthesa, dopiero podówczas kiełkował), później do tego fascynującego strukturalistycznego polilogu dodający swój głos, z czasem coraz wyraźniej (nie tylko w Polsce) słyszalny. Pojawia się – jak się miało niebawem okazać – również (choć oczywiście nie tylko po to), by ocalić godność literatury. Bo pod socrealizmem autor był jakoby doceniany (te wszystkie legendarne apanaże, stypendia, domy pracy twórczej, świetlice po brzegi wypełnione w czas spotkań autorskich wdzięcznym kolektywem, wdzięczny kolektyw wdzięczność swą wyrażający fundowaniem willi i samochodów), ale ceną za to była rezygnacja z pojmowania literatury jako bytu obdarzonego minimalną choćby suwerennością – to, co pisane, było albo nadbudową nad ekonomiczną bazą, albo/i poddanym surowej ocenie produktem spełniającym określoną społeczno-polityczną funkcję. A to z kolei rozumienie literatury zakorzenione było w konstytuującym ją języku krytyki literackiej, historii i teorii literatury. Tymczasem postulat strukturalizmu był minimalny i (na pierwszy rzut oka przynajmniej) bezpieczny – znaleźć dla opisu literatury język, który byłby uwzględniającym swoistość dyscypliny ekwiwalentem niedościgłego ideału naukowości dyskursu nauk przyrodniczych i ścisłych, i który tym samym umożliwiłby badanie aktywności piśmienniczej jako samodzielnego, specyficznego przedmiotu badawczego namysłu. Efektem było stopniowe (obejmujące także dydaktykę szkolną) uwalnianie literatury spod opresji prymitywnej i odtożsamiającej dialektyki walki klas, spłycającego materializmu, banalizującego historyzmu i ciasnej utylitarności.

Druga ważka wypowiedź js – nie pamiętam już, czy gdzieś przeczytana, czy tylko (z drugiej ręki) zasłyszana – to ta, w której deklarował on, że jego ulubionym gatunkiem wypowiedzi jest hasło w słowniku bądź encyklopedii. Tam bowiem znika konieczność streszczania stanu badań, kontekstualizowania, polemizowania i polaryzowania – tam jest się tylko swoim językiem, swoim konstruktem teoretycznym, swoją dyskursywną jednostkowością. Słownik i encyklopedia to wiedza czysta, niezapośredniczona i ostateczna – taka, którą (wyzwoloną z wszelkiej subiektywnej przygodności) można podpisać wyłącznie dwiema literami – „js”. Czy było to tylko marzenie, nierealizowalna utopia? W ostatecznym rachunku pewnie tak, ale w wymiarze ograniczonym do drugiej połowy XX wieku strukturalizm okazał się – jak go jeszcze kiedy indziej nazwał js – „niewywracalnym słoniem”, najmocniejszą i najbardziej wpływową szkołą czytania i pisania o czytaniu.

***

Oszczędzę anegdot z jedynego w moim życiu spotkania z js – bo choć niewątpliwie śmieszne, wydają mi się nazbyt zakorzenione w pewnym towarzyskim uniwersum, by opowiedziane były czymkolwiek więcej niż płytkimi dykteryjkami (jak ta o charakterystycznym syku otwierania przez js puszki z piwem, który to syk przerwał nabożne milczenie pewnego konferencyjnego obiadu, wypełnione odgłosami siorbania kompotu z truskawek). Tymczasem suchość przepoczwarzyła się z postaci jesiennej i wietrznej w mroźną i ograniczenie śnieżną… Ale jeszcze parę dni temu wiatr wydobywał z horyzontalnej perspektywy coraz większe złogi nocnych świateł, odkopując chmury wyżej, gdzie wisiały niczym ta „ciężka z ołowiu pokrywa” Baudelaire’a, najprostsza i najsilniejsza figura depresji. Gasły mi kolejne zapałki. Było sucho.