22/02/16

Na czeskich wybrzeżach

Adam Poprawa

Strona cyklu

Niepogubione afekty
Adam_Poprawa_-_300x300
Adam Poprawa

Urodzony w 1959 roku, filolog, krytyk literacki i muzyczny, pracuje na wrocławskiej polonistyce. W ostatnich latach wydał tomy prozy Walce wolne, walce szybkie (2009) i Kobyłka apokalipsy (2014). Przygotował poszerzoną, odcenzurowaną edycję Pamiętnika z powstania warszawskiego Białoszewskiego (2014).

„Trzeba nam podobno schować dudy w miech i wynieść się za drzwi”. Tak konstatację Pierwszego Muzykanta z Romea i Julii przetłumaczył Józef Paszkowski. I chyba też trzeba się będzie wynieść za drzwi. Świata, bo coraz mniej różne tu rzeczy rozumiem. Dotąd na przykład wydawało mi się, że przy okazji Szekspira chodzi głównie o to, żeby go czytać, z przyjemnością i uważnie, żeby do wieków recepcji dodawać i nasze kulturowe, społeczne, egzystencjalne przymiarki. Czasem uczynić Hamleta czytelnikiem gazet, kiedy indziej namówić do tej roli aktorkę – czemu nie? Owszem, zdawałem sobie sprawę, że przy Szekspirze liczy się również parę innych rzeczy, ale żeby aż tak? Żeby te różności zaczęły dominować?

Któregoś styczniowego wieczoru przeczytałem w „Gazecie” artykuł Joanny Derkaczew-Crawley pt. Marka Szekspir ma 400 lat i potem długo nie mogłem zasnąć. Tak tedy „400. rocznica śmierci Szekspira ma obfitować nie tylko w wydarzenia artystyczne, ale też w akcje społeczne”. Już zaczynałem wkładać szlafrok postanowiwszy wynieść się za drzwi świata, ale położyłem się do łóżka z powrotem. No bo właściwie dlaczego tylko wydarzenia artystyczne? To jakoś mało, no i przecież nie każdy musi chcieć czytać, nie każdy może mieć czas na teatr. Poza tym sztuka to nie wszystko. Jest więc na przykład kampania (jak jej nazwę oddaje po polsku publicystka) Szekspir żyje – odegraj swoją rolę. Akcja „ma zachęcać internautów, by na Twitterze i Facebooku dzielili się ulubionymi cytatami z Szekspira”. No pewnie, wziąć książkę może każdy głupi, a do umieszczenia w necie trzeba już inteligencji społecznej.

To oczywiście daleko nie wszystko, ho, ho! „Dokładnie w rocznicę śmierci, w weekend 23-24 kwietnia, Londyn przemieni się w wielkie kino plenerowe. W ramach Complete Walk czterokilometrowy odcinek od opactwa westminsterskiego po most Tower zostanie pokryty ekranami pokazującymi 37 dziesięciominutowych filmów inspirowanych sztukami Barda”. Niestety, autorka nie wyjaśnia, dlaczego 37, a nie 38, czyli tyle, ile dramatów liczy biblioteka Szekspira. Ale bez przesady, dziennikarka nie musi o tym tak dokładnie wiedzieć. Pisze za to o tych filmach. „Każdy z nich nakręcony został w miejscu odpowiadającym danemu dramatowi – Antoniusz i Kleopatra kręcony był u podnóża piramid, Hamlet – w Danii na skałach duńskiego Elsynoru, Kupiec wenecki – w weneckiej dzielnicy żydowskiej”. Imponują mi logika i precyzja Joanny Derkaczew-Crawley. Jak w Danii, to Elsynor musi być duński, jasne to i klarowne.

A! Może dlatego właśnie 37 filmów? Miejscem części akcji Zimowej opowieści są, jak głoszą didaskalia, „Czechy. Pusta okolica nad morzem” (według Leona Ulricha) lub „Wybrzeże Czech” (wersja Stanisława Barańczaka), a takiego obszaru nie zna geografia. Może zresztą organizatorzy wysłali jedną z ekip filmowych na czeskie wybrzeża, i ślad po niej zaginął? Nie wiem, w każdym razie nie z powodu czeskiego morza jest 37 zamiast 38 filmów: Zimowa opowieść rozgrywa się również na Sycylii, a tam trafiliby dzisiaj nawet uczestnicy przedsięwzięć all inclusive.

Nie powiem, niepokoją mnie te morskie brzegi w Czechach. Teraz pewnie już za późno; szkoda, bo można było postarać się wcześniej o środki unijne, trochę wyrównać góry na granicach, czyli praktycznie naokoło państwa, następnie tę zamkniętą krzywą pogłębić, zalać wodą i posolić. Jaki to byłby projekt! Ile by przybyło miejsc pracy. No i przestano by się wreszcie śmiać z biednego Willa, że napisał o Czechach nad morzem.

Niemniej – w porządku, nie będę się już więcej spierał – tych 37 filmów to świetny pomysł. Jak podaje dziennikarka, idea nawiązuje do zekranizowanych przez BBC wszystkich dramatów Szekspira. Ach, z jaką przyjemnością lata temu te spektakle oglądałem! Żeby jednak nie skłamać, trwały one po dwie, a nawet po trzy godziny i dłużej. Trudno wymagać od dzisiejszego odbiorcy, żeby tyle czasu poświęcał na jedną sztukę. Wystarczy się kopnąć do Londynu na weekend, w jedną noc zaliczyć całość Szekspira i niezły spacer. I ilu nowych przyjaciół pozna się przy okazji. Może być naprawdę przyjemnie.

Poza tym szesnastoosobowa ekipa The Globe ruszyła w drogę, „by dotrzeć z produkcją [takiego słowa użyła autorka] Hamleta do najbardziej zagrożonych przez klęski żywiołowe i konflikty zbrojne regionów na świecie”. Pozostańmy z nadzieją, iż zespół wróci w stanie mniej naruszonym niż dramatis personae przedstawianej tragedii. Dziennikarka też ma zastrzeżenia do tej wyprawy, choć z innego powodu. „Podróż zespołu The Globe przez zagrożone terytoria wydaje się ciekawym pomysłem, ale nastawiona jest na przekaz jednokierunkowy – świat zachodni promuje swojego najważniejszego autora, a reszta ma wdzięcznie słuchać. Byłoby świetnie, gdyby przy kolejnych rocznicach pojawił się element wymiany kulturowej”.

Będę więc miał problem. W ciągu lat nazbierało mi się trochę Szekspira: pięć grubych tomów z PIW-owskiej Biblioteki Poezji i Prozy w starych tłumaczeniach, komplet Słomczyńskiego, wszystko, co zdążył przełożyć Barańczak, całość w oryginale w jednym tomiszczu, kilkanaście pingwinów z poszczególnymi tytułami, do tego ileś wydań pojedynczych, a jeszcze przymierzałem się do Kamińskiego. Jak mam to wszystko ścieśnić, żeby nie było tak jednokierunkowo? Muszę przecież znaleźć miejsce na wymianę kulturową.