08/08/16

Prolefilia

Adam Poprawa

Strona cyklu

Niepogubione afekty
Adam_Poprawa_-_300x300
Adam Poprawa

Urodzony w 1959 roku, filolog, krytyk literacki i muzyczny, pracuje na wrocławskiej polonistyce. W ostatnich latach wydał tomy prozy Walce wolne, walce szybkie (2009) i Kobyłka apokalipsy (2014). Przygotował poszerzoną, odcenzurowaną edycję Pamiętnika z powstania warszawskiego Białoszewskiego (2014).

Profesor Filip Filipowicz, lekarz z Psiego serca, dłuższego opowiadania Bułhakowa, został oskarżony o nienawiść do proletariatu. Za to, według kobiety z komitetu domowego, powinien zostać aresztowany. Rzecz dzieje się w pierwszych latach sowieckiej rewolucji.  Adresat tak ciężkiego zarzutu bynajmniej się nie wypiera: „Owszem, nie lubię proletariatu – ze smutkiem zgodził się Filip Filipowicz” (cytuję przekład Ireny Lewandowskiej).

Tak jasną i bezpretensjonalną deklarację spotyka się dzisiaj doprawdy rzadko, przeważnie bowiem proletariat – w różnych swych przeobrażeniach – bywa obiektem uniesień raczej zawikłanych. Zazwyczaj amory takie deklarowane są przez tych, którym – a niech tam, raz zastosuję analizę marksistowską – pochodzenie klasowe oszczędziło codziennych kontaktów z nizinami. Będzie to pewnie propozycja przesadnie zdroworozsądkowa, miałbym przecież dla dotkniętych takimi zadurzeniami terapię: pół dnia z prostymi ludźmi. Spokojnie, nie myślę zaraz o włączeniu pacjenta do grupy młodych mężczyzn udających się pociągiem na mecz piłkarski; nie, to byłaby przesada. Ale tak pół dnia w wielopokoleniowej rodzinie bezrobotnych, parę godzin z nielegalnym gastarbeiterem, krótka wycieczka do małego miasteczka – o, zaraz by im przeszło! Im, czyli żywiącym permanentny afekt do proletariatu.

Ależ skąd, nie mówię o przemocy fizycznej. Mniej mi nawet chodzi o zanudzenie na śmierć, niechybnie grożące lewitującym krytykom, którzy zgodziliby się na kontakt ze zwykłymi ludźmi. Szokiem byłoby natomiast to, że ktoś ich przemyśleń nie słucha! Tyle się napanelowali, napublikowali, a tu ledwie zdążyli wypowiedzieć pół okrągłego zdania, które miało rozpocząć dłuższy błyskotliwy ciąg, niezwykle trafnie analizujący postkapitalistyczne struktury, zmierzający do precyzyjnego wskazania rozwiązań nawarstwień przemian ustrojowych i niewłaściwej dystrybucji ról społecznego postspektaklu; ledwie więc zaczęli, a tu publiczność nie podziwia, tylko przerywa. Jak to?

– Są państwo egzemplarycznymi przedstawicielami wiktymizacji reorganizacji społecznej następującej…

– Przed demokracją, panie, jażem zarabiał dziesięć tysiąca na rękę – i tu się zaczyna strumień świadomości w wersji ciężkoprzemysłowej. Społeczny zaś entuzjasta wybiega z obłędem w oczach i przemierza bezkresy pól, przedmieść i blokowisk.

Niedawno na obronie pewnego doktoratu głos zabrał jeden z członków komisji. Badacz ów od czasu do czasu wkłada koszulkę z osławionym absolwentem medycyny Uniwersytetu w Buenos Aires; wprawcie portret jest podbarwiony kiczowatymi pastelami, co daje jednak pewien cudzysłów. W każdym razie badacz ów, tamtego dnia w konwencjonalnym garniturze, powiedział mniej więcej tak:

– Jacek Łukasiewicz pisał o Poemacie dla dorosłych: „Zarzucano tym strofom pogardę. Nie bez racji”. Ale Łukasiewicz pisał to w latach osiemdziesiątych, czytał Ważyka przez Robotników ’80. U Ważyka nie ma pogardy, jest współczucie.

Proszę? Z przyjemnością przepisałbym więcej z czwartej części poematu, może by czytelnicy pomogli w odnalezieniu tego współczucia?

wielka migracja, skudlona ambicja,
na szyi sznurek – krzyżyk z Częstochowy,
trzy piętra wyzwisk, jasieczek puchowy,
maciora wódki i ambit na dziewki,
dusza nieufna, spod miedzy wyrwana,
wpół rozbudzona i wpół obłąkana,
milcząca w słowach, śpiewająca śpiewki,
wypchnięta nagle z mroków średniowiecza
masa wędrowna, Polska nieczłowiecza

Widzą tu gdzieś państwo jakąś dodatniejszą emocję? No nie, pardon, jest jeszcze strofoida domykająca:

Wielka migracja przemysł budująca,
nie znana Polsce, ale znana dziejom,
karmiona pustką wielkich słów, żyjąca
dziko, z dnia na dzień i wbrew kaznodziejom –
w węglowym czadzie, w powolnej męczarni,
z niej się wytapia robotnicza klasa.
Dużo odpadków. A na razie kasza.

Proszę bardzo, współczucie jak w pysk strzelił: wielkie słowa są puste, robotnicy się męczą; na razie wprawdzie, tak to ujmuje Ważyk, kasza, ale wytopi się z tego klasa robotnicza. W przyszłości, jak to u lewicowców.

Kilka lat temu Silesiusa za debiut otrzymała pewna poetessa, nazwijmy ją Księżniczką Cygańską; nie bez powodów, jak się za chwilę okaże. Odbierając nagrodę, roznamiętniła się przed mikrofonem:

– Pamiętajcie, że kultura jest nie tylko tutaj, ale jest także w koczowiskach romskich!

Echo tłukło się po ścianach teatru i nie wiedziało, co począć. Laureatka mówiła do innych nominowanych i zwycięzców, poetów i poetek jak najbardziej pierwszorzędnych. Nie powiem, na widowni nie brakowało bankietojadów, ale było też całkiem dużo osób, które to i owo w kulturze zrobiły. Byli również jurorzy, też przecież nie od sroki. I wszyscy odebraliśmy naukę o tym, gdzie jest kultura. Zgoda, wykorzystywani przez mafię biedni romscy przybysze są niebłahym problemem społecznym, tylko trzeba wiedzieć, co i kiedy. Takie natomiast, jak Księżniczka Cygańska, dawniej określało się mianem panien z mokrą głową, dziś zaś wspomniany happening doczekał się gdzieniegdzie nawet poważnego traktowania.

W filmie Daniela Barbera Harry Brown (2009) tytułowy bohater zaczyna wymierzać sprawiedliwość: przy jego pomocy kilku zakapturzonych i odzianych w ohydne dresy młodocianych przestępców opuszcza ten padół niesprawiedliwości społecznej. Film zawiera w sobie coś w rodzaju katharsis: moje – i nie sądzę, żebym był tu wyjątkiem – lęki (społeczne, no bo jakie) zostały choć na czas trwania paru scen zażegnane. Wydawcy uznali sprawę za jednak ryzykowną, defałdka zawiera więc sporo dodatków. Nie takich, jak zwykle (że z Robertem pracowało się świetnie, Mathilda jest profesjonalna w każdym calu, a wózkarz Johnny to po prostu geniusz, i w ogóle cieszę się, że wziąłem udział w tym projekcie). Tym razem dodatki instruują widzów, jak należy odebrać film, po części pełnią też funkcję społecznej ekspiacji. Michael Caine, odtwórca głównej roli zapytany więc został o to, kto jest odpowiedzialny za przestępczość wśród młodzieży: „Każdy z nas ponosi odpowiedzialność. Winne są temu: upadek rodziny, szkolnictwo, obojętność władz, system klasowy, opieka społeczna, a przede wszystkim narkomania” (przekład napisów: Piotr Licki).

Klasyczna to i kliniczna litania. Jak powszechnie wiadomo, (przyszli) młodzi bandyci szanowali życie rodzinne, do nauki wręcz się garnęli, żywo interesowali się polityką, dzięki pracy chcieli pokonać bariery klasowe, okazywali wdzięczność osobom z opieki społecznej, do narkomanii zaś zostali po prostu przymuszeni, nie wypadało odmawiać.

W Roku 1984 występują postacie w oryginale nazywane „proles”, co Juliusz Mieroszewski przełożył na „proletów”, Tomasz Mirkowicz zaś na „proli”. Orwell przedstawił ich bez złudzeń.