20/11/17

Od psychoanalizy do literackości, czyli jak czytać „Sanatorium”

Tadeusz Pióro

Strona cyklu

Cykl na nowo
autorzy_leksykon_300x300_Pioro
Tadeusz Pióro

Urodzony 15 marca 1960 roku w Warszawie. Poeta, tłumacz, felietonista. W roku 1993 obronił doktorat na Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkeley (o twórczości Jamesa Joyce'a i Ezry Pounda). Do roku 1997 wykładał na Southern Methodist University w Dallas, obecnie adiunkt anglistyki w Instytucie Anglistyki. W latach 2000-2005 felietonista kulinarny „Przekroju”, oraz miesięcznika „Pani” (w latach 2005-2013). Redaktor naczelny „Dwukropka” (2002-2003). Mieszka w Warszawie.

Poemat Rafała Wojaczka (uważam Sanatorium za poemat, a nie mikro-powieść czy nowelę) sprawia wrażenie tekstu zupełnie przezroczystego, choć takim nie jest, przede wszystkim z powodu samobójstwa jego bohatera, Piotra G. Sobeckiego. Opowieść o wszelkich znamionach obyczajowej w ostatnim akapicie niespodziewanie zmienia się w egzystencjalny (melo)dramat. Przyczyny tej zmiany nie są ewidentne. Do wyjaśnienia finału poematu przydatna okazuje się metoda interpretacyjna oparta na psychoanalitycznym podejściu Julii Kristevy do tzw. abjektu, jak również egzegeza czysto literaturoznawcza, wywodząca się z tradycyjnej humanistyki.

Na początek dwie uwagi dotyczące tytułu polskiego przekładu Pouvoirs de l’horreur: Essai sur l’Abjection. Tytuł ten brzmi Potęga obrzydzenia. Esej o wstręcie. Kristeva używa słów horreur i abjection dość idiosynkratycznie, i polski przekład zasadnie podąża tym tropem. Jednak pamiętajmy, że znaczenie słownikowe horreur to przede wszystkim zgroza, zaś abjection może być zarówno wstrętem, choć głównie podmiotu do samego siebie, jak upodleniem. Ponadto we francuszczyźnie obecny jest łaciński źródłosłów abjection, czyli abjectus – wyrzucony bądź odrzucony, czego w polskim wyrazie „wstręt” nie ma. Wspominam o tych różnicach dlatego, że każde ze znaczeń słów abjection oraz abjectus jest istotne dla mojego odczytania Sanatorium.

Esej Kristevy w swej warstwie psychoanalitycznej wydaje się równie zajmujący, jak w przytaczanych przez nią informacjach z takich dziedzin, jak antropologia i  religioznawstwo. Szczególnie zaciekawiło mnie zestawienie cytatów ze Starego i Nowego Testamentu, ukazujących przeniesienie źródeł religijnie i rytualnie pojmowanej nieczystości z otoczenia cielesnego podmiotu do jego psychiki. Dla przykładu, w „Księdze kapłańskiej” czytamy:

Będziecie jedli każde zwierzę czworonożne, które ma rozdzielone kopyta, to jest racice, i które przeżuwa. Ale następujących zwierząt mających rozdzielone kopyto i przeżuwających nie będziecie jedli: wielbłąd, ponieważ przeżuwa, ale nie ma rozdzielonego kopyta – będzie dla was nieczysty; świstak, ponieważ przeżuwa, ale nie ma rozdzielonego kopyta – będzie dla was nieczysty; zając – ponieważ przeżuwa, ale nie ma rozdzielonego kopyta, będzie dla was nieczysty; wieprz, ponieważ ma rozdzielone kopyto, ale nie przeżuwa – będzie dla was nieczysty. Nie będziecie jedli ich mięsa ani dotykali ich padliny – są one dla was nieczyste[1].

Jednak nie tylko to, co wprowadzamy do organizmu, jest źródłem nieczystości – również to, co organizm z siebie wydziela, podlega rytualnym przepisom, na przykład nasienie:

Jeśli z mężczyzny wypłynie nasienie, to wykąpie całe ciało w wodzie i będzie nieczysty aż do wieczora. Każde ubranie, każda skóra, na którą wyleje się nasienie, będzie wymyta wodą i nieczysta aż do wieczora. Jeżeli mężczyzna obcuje z kobietą wylewając nasienie, to oboje wykąpią się w wodzie i będą nieczyści aż do wieczora[2].

Nieczystość w „Księdze kapłańskiej” ogranicza się do spraw fizykalnych – zapewne niektóre z tych zakazów i nakazów mogły mieć podłoże pragmatyczne, a nie wyłącznie doktrynalne. Natomiast w Ewangeliach Marka, Mateusza i Łukasza powtarzają się wyrazy potępienia dla tak powierzchownie pojmowanej nieczystości. Najdosadniejsze z nich przytacza św. Marek:

Nie to, co wchodzi do ust, czyni człowieka nieczystym, ale co z ust wychodzi, to go czyni nieczystym (…) wszystko, co wchodzi do ust, do żołądka idzie i wydala się na zewnątrz. Lecz to, co z ust wychodzi, pochodzi z serca, i to czyni człowieka nieczystym. Z serca bowiem pochodzą złe myśli, zabójstwa, cudzołóstwa, nierząd, kradzieże, fałszywe świadectwo, przekleństwa. To właśnie czyni człowieka nieczystym. To zaś, że się je nieumytymi rękami, nie czyni człowieka nieczystym[3].

W tej przemianie pojmowania istoty nieczystości Kristeva dostrzega także transpozycję przedmiotów budzących wstręt z otoczenia do wnętrza odczuwającego wstręt podmiotu. Inaczej mówiąc, wstręt mogą wzbudzać zarówno przedmioty właściwe ciału i zachodzącym w nim procesom fizjologicznym, jak uczucia i myśli. Jedno drugiego nie wyklucza, choć wstręt psychiczny, emocjonalny bądź intelektualny, estetyczny lub etyczny, jest od wstrętu fizycznego zarówno ciekawszy, jak groźniejszy. Napięcie wytworzone przez tę nierównowagę widoczne jest w całym poemacie Wojaczka, przy czym jest on tak napisany, by podmiotem odczuwającym wstręt stał się równocześnie czytelnik.

Przejdę teraz do swoich wrażeń z lektury Sanatorium, zaczynając od pierwszego zdania, którego rolą jest pozornie mocne i jednoznaczne ustanowienie podmiotowości bohatera. Moc i jednoznaczność są tu pozorne dlatego, że nie wynikają z istoty podmiotowości w znaczeniu tradycyjnie jej nadawanym przez europejski humanizm. Dowiadujemy się z pierwszego zdania Sanatorium,  że Piotr G. Sobecki jest ślubnym synem swoich rodziców, którzy zawarli ślub w magistracie, co zostało odnotowane w stosownej księdze,  a także ile ma lat oraz ile wierszy napisał i opublikował pod swoim metrykalnym imieniem i rodowodowym nazwiskiem oraz gdzie mieszka i jak urządzony jest jego pokój; wyobraźni bądź doświadczeniu czytelników pozostawia narrator takie szczegóły życia młodego poety, jak „możliwości, widoki, nadzieje, sposoby bycia, tryb życia, rozkład dnia, warunki finansowe, powierzchowność w rozumieniu odzienia i nie tylko odzienia, charakter, walory umysłowe, wykształcenie, etc., etc.”[4]. Innymi słowy, narrator nie mówi o swoim bohaterze niczego, co mogłoby stanowić zadowalającą odpowiedź na pytanie – kim jest Piotr G. Sobecki? Przedstawia go od zewnątrz, poprzez jego istnienie w archiwum urzędu stanu cywilnego, bibliografiach, wreszcie w wynajętym pokoju, czyli jako wytwór wielu rozmaitych instytucji, podmiot w rozumieniu Foucaulta, a nie Kartezjusza. Dlatego to długie zdanie może być albo pozornym, albo na wskroś rzeczywistym ustanowieniem podmiotowości – zależy to od zapatrywań czytelnika.

Można by wnosić z pierwszego zdania Sanatorium, ze Piotr G. Sobecki widzi siebie oczami innych, i dlatego w taki sposób przedstawia go narrator. Lecz mamy tu do czynienia ze znacznie bardziej skomplikowanym zabiegiem literackim, którym chciałbym się zająć szczegółowo. W pierwszej pieśni poematu pojawiają się dwa przedmioty o podobnym znaczeniu psychicznym – jednym z nich jest sterta rękopisów, zaś drugim – lustro. Rękopisy leżą na stole, określonym jako „miejsce przeklęte”, na którym „rosła góra, kupa czy sterta, piętrzył się stos, nie wiadomo, jak to dokładnie nazwać, wiec góra, kupa, sterta czy stos rękopisów, manuskryptów, foliałów, szpargałów, makulatury, świstków, papierów i śmieci, całe dzieło Piotra”[5]. Papiery te Piotr musi uporządkować, lecz nie wie, jak się za to zabrać – gdyby je podpalił, spłonąć mógłby cały dom; gdyby chciał je wrzucić do sedesu, ten szybko by się zapchał; gdyby wreszcie wyniósł je „gdzieś z domu, to mogłoby roznieść się po świecie, na pewno by się rozniosło, plugawiąc wiosnę, już i tak wszeteczną, zakłócając święto, czyniąc bezmyślną szkodę”[6]. Kilka zdań wcześniej określa te rękopisy jako „zhańbione” i „plugawe”.  Zatem sam nie wie, z czym ma do czynienia – przedmiotami estetycznymi wysokiej próby, czy kupą gówna bądź innych, plugawych wydzielin. Jednocześnie czuje się w obowiązku zrobić na tym stole porządek, lecz istotą porządkowania ma być zniszczenie rękopisów, grożące wszak niebezpieczeństwami, które właśnie przytoczyłem. W końcu nie podejmuje żadnych działań porządkowych, pozornie dlatego, że do drzwi dzwoni listonosz z depeszą, lecz istotniejszą przyczyną zaniechania jest to, że Piotr już się uporządkował, to znaczy, uporządkował swoje ciało i uspokoił umysł w zakresie wystarczającym do podjęcia dalszych działań. Czyli przemył twarz, uporał się z poranną mikcją, wypił trochę spirytusu ze spiżarni gospodarzy – i dopiero wtedy poczuł odrazę do czekającej go pracy porządkowej. Wskazuje to na metonimiczną relację tych dwóch rodzajów zaprowadzania ładu, lub, innymi słowy – zachowywania czystości. Wiersze Piotra jawią się mu jako przedłużenie jego ciała. Wytwory wyobraźni, która jest przecież funkcją mózgu, mają u swych podstaw charakter cielesny. Ambiwalencja, z jaką się do nich odnosi, odzwierciedla ambiwalentny stosunek Piotr do własnego, fizycznego bytu.

Wkrótce po otrzymaniu depeszy Piotr wychodzi z domu i przestaje myśleć o nieuporządkowanych papierach. Natomiast powraca parokrotnie obraz lustra, które po raz pierwszy pojawia się podczas jego porannych ablucji. Żeby móc się w nim przejrzeć, Piotr musi najpierw zwalczyć „niepewność, nieśmiałość oraz niepokojącą go wątpliwość”. Niepotrzebnie – „Piotr nie miał żadnych trudności z identyfikacją. […] Mimo strasznych rzeczy, jakie wyczyniała z nim pamięć, mimo słabości w organizmie oczy Piotra były niebieskie, zaś źrenice otoczone złotą obwódką. Tedy Piotr niepocieszony odwrócił się od lustra i prowadzony nadzieją ruszył dalej”[7]. Z opisu tego wynika, iż Piotr jest „niepocieszony”, ponieważ w lustrze ujrzał siebie, a nie kogoś innego. To jednak on, a nie kto inny, zasłużył na te „straszne rzeczy, jakie wyczyniała z nim pamięć”. Dopiero teraz, niemal pięć stron po zdaniu otwierającym poemat, mamy mocną afirmację podmiotowości, opartą na samorozpoznaniu oraz znajomości własnych dziejów. Nie od razu jest jasne, dlaczego autoidentyfikacja sprawia, że Piotr rusza dalej, „prowadzony nadzieją”. Lecz ponieważ rusza do kuchni, żeby znaleźć jakiś płyn zawierający alkohol, można domniemywać, iż ma nadzieję dzięki alkoholowi utracić zdolność do rozpoznania samego siebie w lustrze, co w pewnym stopniu oznaczałoby również utratę podmiotowości. Nie jest to płonna nadzieja, lecz zanim przejdę do omówienia jej skutków, chciałbym wrócić do problemu podmiotowości w pierwszym zdaniu poematu, które, jak pamiętamy, kończy się słowami „ Piotr G. Sobecki pewnego niezbyt wczesnego poranka obudził się, mimo iż nie miał na to ochoty”[8].

To mimowolne przebudzenie okazuje się źródłem zła. Narrator przedstawia to nieco inaczej – „dzień zaczął się i w tym, że w ogóle się zaczął, tkwiło zło”– lecz w sumie o to samo chodzi, bo dzień nie zacząłby się bez przebudzenia. Przebudzenie jest swoistym wrzuceniem w świat, w bytowanie, w świadomość własnej cielesności i socjalizacji, a na to Piotr nie ma najmniejszej ochoty. Ponieważ śpi nago, lecz żeby wyjść z pokoju, musi się ubrać, pojawia się ukryta aluzja do wygnania z raju. W grzechu Adama i Ewy ma swój początek śmierć, więc narracja rozpoczynająca się od wygnania poniekąd z konieczności śmiercią powinna się zakończyć. Lecz jest to śmierć dziwna, nieprzekonywująca, nieco błazeńska czy karnawałowa, i w dodatku skwitowana słowem „amen”, jakby poprzedzający ją tekst był długą modlitwą, a nie popisem stylistycznej fantazji autora. Zmierzam do tego, że w Sanatorium mamy do czynienia z serią formalnych i tematycznych hybryd, mieszanek porównywalnych do zanieczyszczeń czy skażeń, które w odczytaniu nie przywołującym eseju Kristevy o wstręcie zapewne wystąpiłyby pod innymi nazwami. Jedną z tych hybryd jest podmiotowość Piotra Sobeckiego, rozmaicie konstytuowana, lecz wciąż zagrożona przez siebie samą, a więc z definicji – patologiczna.

Według Kristevy, we wstręcie (czyli w abjection, pamiętajmy wszakże o wstępnych zastrzeżeniach co do znaczeń tego słowa) czyha gwałtowna i ciemna rewolta bytu, skierowana przeciwko zagrożeniu z zewnątrz bądź wewnątrz podmiotu, lecz w obu przypadkach wyrzuconemu poza przestrzeń możliwego, możliwego do zniesienia czy nawet do ogarnięcia myślą. Zagrożenie to na przemian przyciąga i odpycha, zaś wir przeciwstawnych dążeń sprawia, że podmiot, który padł jego ofiarą, dosłownie wychodzi z siebie.[9] Mniej więcej tak wygląda życie psychiczne bohatera Sanatorium. Moment przebudzenia rozpoczyna serię potyczek ze źródłami wstrętu, zakończonych śmiercią, która nie jest ani porażką, ani zwycięstwem, tylko groteskową hybrydą. Zaraz po przebudzeniu Piotr na powrót zamyka oczy, lecz wie, „że już nie wykpi się od świata (…) że raz oświecony musi się na to zgodzić”. Na „to”, czyli „bezmyślne i nieodpowiedzialne stwarzanie świata”. Słowa te sugerują, że świat jest stwarzany przez podmiot, lecz w następnym akapicie pojawia się komplikacja: „I jak zawsze, to wbrew Piotrowi narzucające mu się przekonanie, jego nieodwołalność i nieubłagana konieczność wymuszonej zgody, to dopiero było straszne i wywołało w nim paroksyzm wrzącej wściekłości, ale co tam, świat nie dbał o to. Przeto Piotr spokorniał i znów otworzył oczy, przysięgając sobie tylko także nie dbać”[10]. Wściekłość wywołuje „konieczność wymuszonej zgody” – ale na co? Chyba na życie, na dalsze fizyczne bytowanie, konieczność wymuszoną nie tyle przez świat, co przez własne ciało. Jednak Piotr nie potrafi się zdobyć na takie rozróżnienie, więc za to, że jego młode ciało chce żyć, obwinia świat – oczywiście nieświadomie, bo świadomie obwinia świat za to, że jest, jaki jest, przeto sprawia nam ból. Zatem Piotr przysięga sobie, że będzie równie obojętny wobec świata, jak świat wobec niego. Lecz jedynym sposobem, w jaki może tego dokonać, jest zniszczenie samego siebie – skoro sam ten świat stwarza, autodestrukcja będzie równoznaczna z anihilacją świata. I tu pojawia się druga komplikacja w postaci ironii, bowiem w pierwszym zdaniu poematu Piotr jest wytworem świata, a nie jego twórcą. Czyli ponownie mamy do czynienia z sytuacją hybrydową, z pomieszaniem pojęć bądź pojęciową nieprzejrzystością, jedną z wielu postaci, jakie w Sanatorium przybiera nieczystość.

Zauważmy jednak, że Piotr dąży do zachowania bądź osiągnięcia czystości, zarówno zewnętrznej, jak wewnętrznej. W kolejnych pieśniach poematu widzimy, jak wymiotuje, następnie jak się obmywa w toalecie klubu literatów, nie widząc przy tym swojego odbicia w lustrze nad umywalką, wcześniej zaś możemy napawać się opisem defekacji, przypuszczalnie zainspirowanym opisem defekacji Blooma w Ulissesie, lecz literacko nad nim górującym. Po tych odmiennych formach oczyszczenia ciała od wewnątrz, Piotr obmywa je od zewnątrz, bardzo starannie. Jednak w obydwu przypadkach pojawia się dodatkowy element w postaci języka pisanego bądź mowy, czyli napisów na ścianach toaletowej kabiny, wiersza, który w niej układa, oraz, domyślnie, czytania wierszy Toruńskiego przez Zatyczkę. Kolejny tekst pojawia się po wieczorze autorskim Toruńskiego, kiedy Piotr idzie do baru szybkiej obsługi, w którym zjada posiłek. Opis tej czynności muszę przytoczyć:

Był to piękny widok. Sobecki z głową nisko pochyloną nad talerzem nie jadł, ale pożerał. Widelcem oddzielał wielkie porcje od zasadniczej góry ziemniaków i wsuwał sobie do ust nie potrzebując podnosić ręki, bowiem ustami omal nie dotykał talerza. Przy takim sposobie jedzenia nie mogło to trwać długo i już po chwili talerz był opróżniony, a Sobecki jeszcze z rozpędu wykonywał poprzednie ruchy (…) wreszcie zaprzestał daremnych prób doszukania się na talerzu czegoś do zjedzenia ponad to, co już skonsumował, i aby podkreślić, że już całkiem dał spokój, ostatecznym gestem odsunął talerz od siebie, omal nie powodując jego upadku z drugiej strony stolika, co nie nastąpiło tylko dlatego, że blat był obwiedziony metalową taśmą, której skraj sięgał nieco wyżej niż śliska powierzchnia blatu[11].

Zachwyca iście Joyce’owska precyzja opisu, lecz nie dlatego zacytowałem ten ustęp. Ruchy widelcem, wykonywane przez Sobeckiego nad pustym talerzem, świadczyć mogą tyleż o alkoholowym zaćmieniu wzroku, jak obsesyjnej potrzebie wyczyszczenia talerza, którą można odczytać jako symptom zwyczajnego głodu, lub czegoś bardziej złożonego. Kiedy chwilę później Sobecki podchodzi do innych stolików i wyjada resztki z talerzy, obsesja ta staje się jaskrawie widoczna, a zarazem parodiuje wcześniejszą dbałość o zachowanie czystości, która zostaje przeniesiona z ciała bohatera na brudne talerze w barze szybkiej obsługi.

Jednocześnie pojawia się tekst literacki, wiersz wymamrotany przez Sobeckiego w przerwie między pożeraniem własnego dania a wyjadaniem resztek z cudzych talerzy. Innymi słowy, nie tylko oczyszczanie, lecz wszelkie opisywane w Sanatorium czynności, wynikające z naszego cielesnego jestestwa, mają ścisły związek z pisaniem wierszy bądź literaturą szerzej pojętą. Odzwierciedla to dość dokładnie tezę Kristevy o językowych przejawach wstrętu, czy ściślej mówiąc – o koniecznej transformacji fizycznych czy niewerbalnych symptomów wstrętu w mowę. Ponieważ niemal połowa jej książki poświęcona jest twórczości Celine’a, literackich przykładów działania tego mechanizmu podaje Kristeva mnóstwo, pobieżnie wspominając również o Prouście i Joycie. Nie wiem, czy Wojaczek czytał Ulissesa, lecz podobieństwa niektórych passusów z tej powieści oraz Sanatorium sugerować mogą, że znał dzieło Joyce’a choćby we fragmentach[12]. Jednak to, co z historii Leopolda Blooma wykorzystał, ogranicza się właśnie do spraw czysto fizycznych czy fizjologicznych, mogących wzbudzać wstręt. Porównajmy przytoczony opis jedzenia posiłku przez Piotra Sobeckiego z reakcją Blooma na widok podrzędnej jadłodajni:

Przysiedli na wysokich stołkach przy barze, kapelusze zsunięte do tyłu, żłopią wilczołapią ochłapy żarcia, oczy im wyłażą, ocierają mokre wąsy (…) człowiek z poplamioną sosem serwetką, owiązaną wokół szyi jak śliniak, wlewa sobie gulgoczacą zupę w gardziel. Człowiek wypluwający z powrotem na talerz na pół przeżutą chrząstkę: brak zębów, żeby gryźćgryźcgryźć ją. Łyka, żeby już z tym skonczyć. (…) Męski odór. Ogarnęły go mdłości. Trociny w spluwaczce, słodko ciepławy dym z papierosów, woń prymki, rozlane piwo, męskie piwne szczyny, stęchły ferment[13].

Bloom jest tu obserwatorem, podobnie jak Piotr, obserwujący w pieśni piątej Sanatorium „świnię Sobeckiego”, lecz u Blooma nie ma mowy o rozdwojeniu jaźni, podziale podmiotu na pijaną bestię i komentatora jej ekscesów. Pamiętajmy jednak, że Bloom również dba o czystość, bierze poranną kąpiel, wypróżnia się, czytając podczas tej czynności opowiadanie w periodyku i myśląc, że sam potrafiłby taki tekst napisać, a pod wieczór oddaje się masturbacji w miejscu publicznym, na plaży, patrząc na hożą dziewoję, która ułatwia mu zadanie, pokazując coraz to większe połacie swoich nóg. Pomiędzy opisy jej romantycznych rojeń na temat szczęśliwego pożycia małżeńskiego z onanizującym się przystojniakiem, Joyce wplata litanię, odmawianą w pobliskim kościele. Jej tekst składa się z synonimów imiona Matki Boskiej, synonimów mających ustanowić jej identyfikację z narodem irlandzkim. I choć celem Joyce’a w tej scenie było ukazanie katolickich narodowców jako bandy onanistów, ciąg synonimów przypuszczalnie spodobał się Wojaczkowi, który używa takiej techniki zarówno w opisie defekacji Sobeckiego, jak w opisie portiera w klubie literatów, pana Czesia. Oto niektóre z użytych tam epitetów:

Męczenniku obowiązku, ty czujny, uważny, ty stróżu, śmiały obrońco, pod którego opiekę uciekają się spragnieni porządku, żądni ładu, tęskniący za przyzwoitością, ty odważny, ty skrupulatny w oddzielaniu zła od dobra, szczodry w łaskach dla zasługujących, ty wieżo wyniosła, święty Piotrze, ufny, że czynisz dobrze i zawsze i tylko dobrze[14].

Katalog ten jest znacznie dłuższy: pan Czesio jest w nim zarazem instancją najwyższą w klubie literatów, jak szeregowym kapusiem na usługach Urzędu Bezpieczeństwa, czyli hybrydą. Hoża dziewoja, w którą wpatruje się Bloom podczas masturbacji, w końcu wstaje i odchodzi, a wtedy Bloom widzi, że jest kulawa. Oczywiście, nie należy tych zbieżności wyolbrzymiać ani budować na ich podstawie hipotez o wpływie Joyce’a na Wojaczka. Jednak podobieństwa w przedstawieniach sytuacji spowodowanych fizjologicznymi potrzebami bohaterów Ulissesa i Sanatorium wydają się godne odnotowania, zwłaszcza w kontekście fundamentalnych pomiędzy nimi różnic – Bloom kocha życie i jest całkowicie pogodzony ze światem, Sobecki zaś najchętniej obyłby się bez świata.

Nie jest dla mnie całkiem jasne, dlaczego Piotrowi tak źle na tym świecie. Łacińskie znaczenie słowa abjectus, czyli wyrzucony lub odrzucony, raczej się do niego nie odnosi. Piotr jest kochany, podziwiany, lubiany, hołubiony, i tak dalej – światu zależy na tym, by Piotr żył długo i szczęśliwie. On jednak czuje się podle właśnie z tego powodu. Gdyby świat rzeczywiście go odrzucił lub wyrzucił, Piotr stałby się poważnym buntownikiem, tymczasem widzimy w nim przede wszystkim rozpieszczonego smarkacza z nierozpoznaną klinicznie chorobą na wstręt do samego siebie. Nawet jego samobójstwo mieści się opisie wstrętu, przedstawionym przez Kristevę, ze względu na współistnienie w tym kompleksie lęków karnawałowego śmiechu z dążeniem ku śmierci. Jest wszakże w tej krótkiej, ostatniej scenie coś więcej poza karnawałową groteską, która przybiera postać spodni opadających po wyjęciu z nich paska, mianowicie echo porannego założenia spodni, mającego sugerować wygnanie z raju snu i nieświadomości. Otóż śmierć Piotra jest właśnie wymarzonym powrotem do stanu rajskiego, ostateczną ucieczką od zła tego świata – stąd kończące poemat słowo „amen”.

Jak widzimy, teorie Kristevy umożliwiają w miarę zgrabne odczytanie Sanatorium,  choć w istotny sposób odwracają uwagę od zagadnień czysto, lub prawie czysto, literackich, uprzywilejowując psychikę bohatera kosztem jej potencjalnych funkcji alegorycznych i/lub parodystycznych. Pozornie banalna fabuła staje się znacznie ciekawsza, jeśli dopuścimy obecność tych właśnie cech opisowych i narracyjnych. W moim – literackim – odczytaniu poematu Wojaczka alegoryzacji podlega pojęcie wyroku, zaś tekstem umożliwiającym parodię jest przede wszystkim Proces Franza Kafki. Zacznijmy od wyroku. Kiedy zaraz po przebudzeniu Piotr postanawia „nie dbać” o świat, tym samym wmawia sobie, że właśnie wycofał się z walki ze światem, czyli z życia. Innymi słowy, wydaje na siebie wyrok. I choć przez całą resztę poematu walczy dość zaciekle,  nie opuszcza go świadomość, że nie jest to walka prawdziwa, tylko jej parodia. On sam jawi się w niej, zależnie od estetycznej wrażliwości czytelnika, pociesznie lub odrażająco, przy czym uważny czytelnik pamięta, iż Piotr został wezwany. Albo – „wezwany”. Z cudzysłowem czy bez, wyraz ten determinuje naszą moralną ocenę poczynań Piotra, od chwili doręczenia depeszy do kończącego poemat samobójstwa. Natomiast treść depeszy-wezwania nie jest całkiem jasna – kto wzywa i dlaczego –zaś autor długo odwleka jej odszyfrowanie, choć ani przez chwilę nie mamy wątpliwości, że Piotr potraktował ją z całą powagą. Ale dlaczego komunikat, który w (domyślnej) pełnej postaci brzmi „przyjedź, bo zaraz będę rodzić”, zostaje przez Piotra odczytany jako „przyjedź i się powieś”?

Z pewnością znalazłoby się na to wyjaśnienie kliniczne, nie pozwalające nam wszakże wyjść poza mimetyczny aspekt tekstu, sferę życiowego prawdopodobieństwa. Natomiast w wymiarze alegorycznym odczytać można interpretację Piotra jako potwierdzenie wyroku, który chwilę wcześniej sam na siebie wydał, bo cóż mogłoby dobitniej wyrażać wymogi świata, społeczne oczekiwania, rodzinne obowiązki, „etc.”, etc.”, niż narodziny dziecka? Zatem tej logice podporządkowana jest struktura narracyjna Sanatorium, jednak pozostaje ona w tle, zaś plan pierwszy zajmuje wspomniana parodia „walki ze światem”, mającej ukryć Piotra obojętność wobec świata oraz walki jako takiej (z wyjątkiem walki z językiem). Jeśli porównamy to, co Piotr robi po wyjściu z domu z działaniami, podejmowanymi przez Józefa K. w celu udowodnienia własnej niewinności, istotnych podobieństw, jak sądzę, nie znajdziemy. Najważniejsze jest to, co obaj bohaterowie robią przed porannym wyjściem z domu. Kiedy K. dowiaduje się, że został aresztowany, najpierw zgłasza racjonalne obiekcje co do trybu postępowania strażników, po czym wycofuje się do swojego pokoju i zjada jabłko. Następnie wypija dwa kieliszki wódki i zostaje wezwany do nadzorcy, który wyjaśnia, na czym polega bycie aresztowanym. Odniesienie do grzechu pierworodnego sprawia, że najważniejszą z tych czynności jest zjedzenie jabłka, zaś jej odpowiednik w Sanatorium to przejrzenie się Piotra w lustrze, po którym, niczym Józef K. po owocowym śniadanku, musi się napić. K staje przed obliczem nadzorcy już przekonany o własnej winie i o konieczności kary, wychodzi z domu jako skazaniec i przez resztę opowieści ośmiesza się, próbując temu zaprzeczyć. W ten sposób przygotowuje się do egzekucji, czyli sądowego potwierdzenia swojej winy, co trwa dość długo. Natomiast Piotr dostaje potwierdzenie „w tempie ekspresowym”, czyli telegraficznie, jeszcze przed wyjściem z domu. Tylko czy jest to rzeczywiście „potwierdzenie sądowe”, ta depesza z jednym tylko słowem?

W Procesie kobiety, poza funkcją seksualną, pełnią również rolę posłanek, w enigmatyczny sposób przekazujących Józefowi K. istotne informacje o sądzie, bądź też o Prawie. Telegram żony Piotra można uznać za taką informację, choć zgodnie z poetyką Sanatorium sprowadzoną do poziomu przyziemnego realizmu. Jednak konwencja przedstawieniowa nie zmienia rzeczy podstawowej, którą jest wydanie na siebie wyroku, bądź – przyjęcie go do wiadomości.  Być może pojęciowo najmocniejszym ogniwem między dziełem Wojaczka i Kafki jest aforyzm tego ostatniego: „w walce między tobą i światem sekunduj światu”[15]. Ani Józef K., ani Piotr Sobecki, nie potrafią sobie tego uświadomić, choć obydwaj z zapałem sekundują światu, lecz nie temu, który znamy, tylko temu z przypowieści kapelana w Procesie. Przytaczając rozmaite komentarze do przypowieści, kapelan wspomina o tej najdalej posuniętej, którą miałoby być utożsamienie odźwiernego i „człowieka ze wsi”. Lecz właśnie o to chodzi, i w Procesie, i w poemacie Wojaczka. I dopiero w tym kontekście jasny staje się uprzednio dość tajemniczy „dystych” Piotra – „Nie myślą o Bogu, / tylko szukają sposobu!”[16]. Z pozoru wymierzony w środowisko literackie, jest w istocie komentarzem do „sposobu na życie” wszystkich, którzy, jak Józef K., opierają swoje myślenie o własnym losie na przynależności do i uczestnictwie w konkretnej społeczno-prawnej zbiorowości, podlegającej jasnemu opisowi oraz rozmaitym „pokrzepiającym” działaniom hermeneutycznym. „Myślenie o Bogu” to antyteza takiego sposobu bycia czy bytowania, odrzuconego przez Piotra już w chwili przebudzenia, zaś w późniejszej, poetyckiej konstatacji służącego do umotywowania narracyjnego przejścia od pierwszego zdania poematu do opisu samorozpoznania w lustrze i jego konsekwencji. Natomiast „szukanie sposobu” na to, jak i dlaczego musi umrzeć, do czego sprowadza się historia Józefa K. w Procesie, jawi się w Sanatorium jako parodia takich poszukiwań – dyskretna, marginalna, niemal niewidoczna.


Przypisy:
[1] Księga kapłańska, tłum. J. Wiszyłło, w: Pismo święte Starego i Nowego Testamentu, Poznań–Warszawa 1971, s. 114–115.
[2] Tamże, s. 120.
[3] Ewangelia wg Świętego Marka, tłum. W. Prokolski, w: Pismo święte Starego i Nowego Testamentu, Poznań–Warszawa 1971, s. 1166.
[4]  R. Wojaczek, Sanatorium, Wrocław 2010, s. 5.
[5] Tamże, s. 14.
[6] Tamże, s. 16.
[7] Tamże, s.10.
[8] Tamże, s. 5.
[9] Tekst Kristevy parafrazuję za wydaniem amerykańskim: J. Kristeva, Powers of Horror. An Essay on Abjection, trans. L. Roudiez, New York 1982, s. 1.
[10] R. Wojaczek, dz. cyt., s. 6.
[11] Tamże, s. 52–53.
[12] Pierwsze polskie wydanie Ulissesa ukazało się tuż przed zakończeniem przez Wojaczka pracy nad Sanatorium. Ponadto, jak poinformował mnie dyrektor Instytutu Mikołowskiego Maciej Melecki, matka Wojaczka była anglistką, a w ich mieszkaniu znajdowała się duża kolekcja literatury angielskojęzycznej, w tym sporo pozycji awangardowych. Ponieważ Wojaczek znał angielski, niewykluczone, że czytał Ulissesa w całości lub we fragmentach w oryginale.
[13] J. Joyce, Ulisses, tłum. Maciej Słomczyński, Warszawa 1969, s. 208–209. Poprawiłem ewidentny błąd korektorski, zastępując „chustkę” „chrząstką”.
[14] R. Wojaczek, dz. cyt., s. 43–44.
[15] F. Kafka, Rozważania o grzechu, cierpieniu, nadziei i słusznej drodze, tłum. Roman Karst, w: Dzieła wybrane, t. 1, Warszawa 1994, s. 620.
[16] R. Wojaczek, dz. cyt., s. 36.