01/05/17

siedź prosto kontroluj sytuację na stole (1977-1979)

Grzegorz Wróblewski

Strona cyklu

Matrix
autorzy_leksykon_300x300_Wroblewski
Grzegorz Wróblewski

Urodzony w 1962 roku w Gdańsku. Poeta, prozaik, dramaturg. Autor wielu książek (poezja, dramat, proza); m.in. Ciamkowatość życia (1992/2002), Planety (1994), Noc w obozie Corteza (2007), Nowa Kolonia (2007), Dwie kobiety nad Atlantykiem (2011), Wanna Hansenów (2013), Kosmonauci (2015), tłumaczony na kilkanaście języków, m.in. na język angielski (Our Flying Objects - selected poems, 2007, A Marzipan Factory - new and selected poems, 2010, Kopenhaga - prose poems, 2013, Let's Go Back to the Mainland, 2014). Dwukrotnie wyróżniony w Konkursie na Brulion Poetycki (1990, 1992). Stypendysta Duńskiej Rady Literatury i Duńskiej Państwowej Fundacji Sztuki. Należy do Duńskiego Związku Pisarzy (Dansk Forfatterforening). Od 1985 roku mieszka w Kopenhadze.

Nasze ulubione teorie spiskowe… Did the Mob kill JFK? Niedoszły debiutant praży pośpiesznie w kominku dzieła, których nie powstydziliby się nieśmiertelni Herbert & Miłosz lub ewidentnie ponadczasowy Nicolaus v. Below. Ktoś wyskoczył z okna, gdyż na strychu odkryto jego szczerą lirykę, w której przyznawał się do obmacywania znanej pani profesor z fundacji pomocy na rzecz powodzian. Zły, bezwzględny świat! Agenci podwójni i zwielokrotnieni (opanowali niejedną ulicę planety). Poeci przez lata opisujący zbiórkę cukrowych buraków, nagle zaczynają interesować się buddyjskimi mnichami… Szantażują mailowo, pytając w kółko, kiedy zacząłem studiować Trungpę (your life can become workable and even wonderful), dociekają, dlaczego Fuyuyoshi & Zen, a potem szybko zmieniają taktykę i zagadują o Sahaguna („Biblioteka Klasyków Antropologii”). Mogli być tacy „troskliwi” wtedy, kiedy trzeba się było wychylić, „zrobić coś, co miałoby sens”. Ale fuck z tym! Żeby zabrzmiało pojednawczo – każdy z tych ułanów ma prawo do zapuszczania lub likwidowania wąsów.

W liceum im. Stanisława Kostki Potockiego w Wilanowie poznałem super-funfla, ps. Wicia. Był naszym klasowym ojcem, nie zdał już kilka razy, posiadał za to rewelacyjną, zamszową katanę. Zawsze z zazdrością jej dotykaliśmy, a on wtedy z zadumą mówił: Ma się te rzeczy. Wicia był bez wątpienia figuresem. W przeciwieństwie do reszty wariatów nie uprawiał boksu, zapasów, judo, karate i wyciskania na skośnej ławeczce. Respekt oznaczał respekt. W tamtych odjechanych rejonach wypijano zgredom płyn po goleniu, podczas gdy inni mieli świra na punkcie „Pistolsów” czy niezmordowanych solówek „Purpli”. Różnice były niekiedy znaczne (kto kogo skuteczniej spacyfikuje: shotokan czy kung-fu?), nikt jednak z tego powodu nie przystawiał kolegom do czaszki gnata. Kosa służyła raczej do samoobrony. Właściciele kiosków nie bulili jeszcze haraczu. Pościgi, lecz nie Jumbo-Jetami. Osiedlowa dintojra… Karykatura (jak wszystko w Polandowie) pucybutów od panów z Lucchese. Były np. takie kuriozalne sytuacje, że git-ludzie chronili swojego zaprzyjaźnionego hippieja. Nikt nie mógł ruszyć „ich hippisa”. Za pobicie lokalnego gościa w dzwonach z kwiatami mogli z miejsca kogoś zglanować. Często wspomina się o punkówach, rzadziej już o giciorkach. Były również i takie! Mieszały się dzielnicowe „organizacje”. Ulice pojedynkowały się z ulicami, a potem zawiązywały „pakty o nieagresji”. Niektórzy klienci szpanowali długimi piórami, ramoneską i agrafkami, a jednocześnie mieli podziargane nadgarstki… Cyngwajs & różowy znaczek z UK zamiast Najświętszej Królowej Polski. Mix! Parcopan, substytut LSD. O tych hybrydach-mieszankach b. rzadko wypowiadali się eksperci z „Ośrodka Terapii i Rozwoju Osobowości”. Nie pasowały im do leksykonów subkultur. Wszystko zależało też od zakamarka miasta. U mnie było „charakternie”, czyli odpowiednio ponuro i „no future”. Wiadomo, szlaki S. Grzesiuka (nie zdążyliśmy się spotkać, zmarł w 1963, a moja rodzinka – grunt to rodzinka – sprowadziła się tam w 1966, mieszkał kilka ulic dalej). Bananowcy, rozbijający się po centrum małymi fiatami, zdecydowanie unikali tych miejsc… Gloryfikować przegranych klimatów oczywiście nie mamy po co. Raczej na zasadzie wspomnienia. Któż by nie wolał dorastać w jakimś luzackim imperium migdałowych baranów? Richard „Iceman” Kuklinski działał na szczęście (!) daleko za oceanami. Obcięte palce, snajperzy, kokainowe gangi (znane nam z „hollywoodzkich filmów” z Pazurą/Lindą) ruszyły na całość dopiero po 1989 (transformacja, wtedy też zaczęły pojawiać się w mokotowskich oknach kraty. Moja wizja „Ruchu” jest chyba nieco odmienna od tej przedstawianej obecnie przez niektórych byłych aktywistów. Może dlatego, że takich outsiderów jak legendarni „Tarzan”, „Ramzes”, „Dekabrysta”, „Indianin” znałem zbyt dobrze, na wylot. I nie byli to z pewnością rozmiłowani w Sołżenicynie, weekendowi palacze ganji, czy rozprawiający o Maisons-Laffitte, elitarni działacze KOR-u. Postawa raczej mocno anarchistyczna… Trafiłem też w zaplątane czasy – inaczej było np. w 1977, a inaczej w 1982. Nie mówiąc o 1985, kiedy spakowałem manatki i pożegnałem Babilonię, udając się na zagraniczne („przedłużone”) wakacje nad Sund (the Lord be with you)… Fala za falą! „Ruch” (hippi) odchodził już wtedy do lamusa, gasła potęga gitowców, recydywa zaczęła się reformować, punk błyskawicznie przemieniał, pojawili się polscy skinheadzi, za nimi rozkołysany „rasta movement” – nadchodziła nowa, niepokojąca „faza księżyca”. Nerwowość… Można było jedynie pić (dinx dawał moc przetrwania), brać kompot lub podśpiewywać wychodzącym z kościoła:

Hare Kryszna Hare Kryszna
Kryszna Kryszna Hare Hare
Hare Rama Hare Rama
Rama Rama Hare Hare

Warszawa początku lat 80. tonęła. Gaz! Pałowanie… Psychiatryk za unikanie armii. Depresja zżera sąsiada, depresja go niszczy, spać nie pozwala… A jednak silne wstrząsy termiczne potrafią działać uspokajająco, „perspektywicznie”. Nie mam w głowie żadnych rozliczeń z pseudokombatantami, nie dręczą mnie łowcy srebrnych medali zasługi i ich rewolucja przy barku w „Hotelu Bristol”. Nie zapisałem się do „Związku Bojowników i Kosynierów”. Jeśli ktoś chciałby się czegoś więcej na temat tych wczesnych polskich rebelii dowiedzieć, poleciłbym książki Pawła „Kelnera” Rozwadowskiego To zupełnie nieprawdopodobne (Wyd. Uniwersytetu Warszawskiego, 2012) oraz Mistyków i narkomanów Wojciecha „Tarzana” Michalewskiego (Tygart, 1999). To autentyki – jazda, blokowiska, galaktyczne szaleństwo, a nie jakieś tam salonowe ględzenie o niby kontrkulturze. I „taka jest relacja na temat święta nazywanego xócotl huetzi”. Z tym paleniem wierszy w piecach byłaby więc duża przesada. I tak prędzej czy później na strychu znajdą się pajęczarze. Ale oni interesują się z reguły tylko złotym wisiorkiem… A jak po naszej śmierci ktoś nawet zasugeruje, że tworzyliśmy w stylu kojarzonym z Anną Andriejewną Gorienko, to z tego powodu nie wyślą nikogo z powrotem na Ziemię, do Wyższej Szkoły Żeńskiej w Kijowie. Nikt by tam nas zresztą nie poznał. Nie spotkalibyśmy ponownie drugiego Gumilowa.

Wielokrotnie pytano mnie w Polsce o wiersze, które napisałem jeszcze przed wyjazdem na stałe do Kopenhagi. W niektórych kręgach zrobiła się nagle moda na dawnych kaskaderów, ciągle się słyszy o reaktywacjach kapel itd. Jeden z moich mokotowskich znajomych, obecnie „dystyngowany pan w okularach w rogowej oprawie, któremu na ulicy kłaniają się ludzie”, zaproponował mi wydanie zbioru poezji napisanej w latach 70/80: Czegoś takiego bardzo nam tutaj obecnie brakuje, a ty odfrunąłeś do Małgorzaty II. Pamiętaj, tak łatwo nie pozbędziesz się swoich korzeni. Jasne, jasne, jasne… Ale większa część polskich produkcji została już zaprezentowana w zbiorach Ciamkowatość życia, 1982-1992 i Dolina Królów, 1980-1995. Wiersze napisane na Dolnym Mokotowie w latach 1980-1985 ukazały się obok wczesnych duńskich, co zresztą zdezorientowało autorów omówień/recenzji. Rozpoczęły się dywanowe naloty. Że taki biedny nasz rodak, tak mocno dostaje w dupę, taki coś traumatyczny, pod obstrzałem wodzów Navajo i przygnębiony z powodu orkanów etc. Jakoś nikt z tych dyplomowanych szeryfów nie załapał, że chodziło tam w wielu przypadkach o dekoracje czysto (!) nadwiślańskie. I jeszcze pozostałaby sprawa rzeczy „najwcześniejszych z najwcześniejszych”, czyli tych z okresu 1977-1979, zanim uroczyście wręczono mi dowód… czytanych na dołku, polach makowych, imprezach pogo. Juwenalia! Z większością z nich skutecznie rozprawił się mój kosmiczny braciszek, pies Ares, jeszcze w Warszawie. Bokser o niezbyt przyjaznych, czerwonych oczach. Żywił się kurczakami i notesami z poezją. Interesował go również sezonowy wysyp żab. A potem miałem kilkakrotnie przeprowadzki w Królestwie. Zmieniały się „kobiety życia” i twarde dyski. Paczki z drukami, manifestami (I don’t like anyone), książkami Dicka/Ballarda etc., zalała mi woda. Ostatnio jednak mała mobilizacja i zaskoczenie. Znajoma poprosiła o jakieś starsze „wypowiedzi”, na temat wcześniejszych książek. Pamiętałem, że trochę tych sensowniejszych (mniejsza doza zacietrzewienia) popełnili w latach 90. m.in. Marian Stala, Robert Utkowski i Piotr Michałowski. Archeologia nieoczekiwanie przyniosła skutek! W jednym z piwnicznych kartonów, do którego nie zaglądałem od 2004 r. (czas ewakuacji z Christianshavn na Amager), natknąłem się na różne zawilgocone papiery z pierwszymi wierszami kopenhaskimi i kompletem polskim (luźnymi kartkami/broszurami/pismami podziemnymi). Wśród nich osiem sekwencji z końca lat 70.! Niektóre dobrze kojarzyłem, o innych dawno już zapomniałem… Poniżej wklejam ten zestaw. Zastanawiam się jak te „historyczne” dla mnie kawałki, napisane niemalże 40 lat temu, przez 15-16-17-letniego „młodzieniaszka” obronią się na komputerowym ekranie, podczas lektury itd. Ale niczego się w sumie nie cykam, widocznie musiał być jakiś powód, dla którego znienacka opuściły krainę Erebu. Z tego, co na bank wiadomo, trzy spośród tych wierszy opublikowano w pismach drugiego obiegu w PRL. Najciekawszą może „przeszłość” ma utwór „***siedź prosto kontroluj sytuację na stole”, to prawdopodobnie pierwszy mój wiersz w ogóle, powstał w 1977. Podobnie jak „Historia chłopca z zapałkami” (1977), krążył wytrwale wśród warszawskich znajomych, aby w 1987 roku załapać się w niezależnym piśmie literackim „Wezwanie” (nr 12, marzec 1987). Ja w tym czasie już od dwóch sezonów żyłem w Kopenhadze. Nad zbiornikiem Damhussoen, o którym było w Ciamkowatości…. Podziemne „Wezwanie” robi po tak długim czasie w porządku wrażenie. W tym samym numerze są np. tłumaczenia dwóch niezłych utworów Allena Ginsberga, które otrzymali podczas jego pobytu w Polsce, w październiku 1986. Miał się spotkać z przebywającym w kiciu na Rakowieckiej, działaczem opozycyjnym Czesławem Bieleckim, ale nie udzielono mu zgody. I jeszcze inny, dla mnie dość interesujący „rodzynek”. Dwie strony dalej – Robert Tekieli! Minimalistyczny zestaw, który umieścił potem w zbiorze, w tzw. białej serii „Brulionu” (1993). Wtedy nie miałem jeszcze o Robercie T. zielonego pojęcia, nie znaliśmy się. Spotkanie nastąpiło dopiero sześć lat później. I w latach 1993-1998 byłem – jak wiadomo – współpracownikiem „Brulionu”, wydali mi dwie pierwsze książki. Na początku bardzo ich linię działalności ceniłem. Pynchon, Blatny, DeLillo… Poznałem Olgę Okoniewską, Krzyśka Jaworskiego, Piotra Siemiona, Cezarego Michalskiego, Marcina Sendeckiego. Gdyby nie egzorcyzmy, duch święty i czary mary… No comments. Zapowiadany jeszcze w „Brulionie” (w serii tzw. wertykalnej) tom Prawo serii (2000) musiałem uruchomić gdzie indziej.

Powracając do wiersza „***siedź prosto kontroluj sytuację na stole” – miał także swoją „przygodę” kopenhaską. Wykorzystywałem go podczas koncertów w Danii, w latach 90., kiedy działałem z pierwszym składem mojego „Slurpa”. Idealnie pasował do nowofalowego brzmienia kapeli. W zespole występował wtedy Sławek Słociński, były perkusista „Brygady Kryzys” i „Madame”, którego znałem dobrze jeszcze z Warszawy, przyjaciel z lat, kiedy tekst został stworzony. I na koniec Dwa numery z roku 1979. Zainteresowało się nimi z kolei pismo (też underground, poza cenzurą) „Obecność” (Nr 17, Wrocław 1987). Puścili ponadto dwa wczesne, duńskie utwory, czyli czekałem z tym mokotowskim zapisem tym razem „zaledwie” 8 lat (!). „Obecność”, nr 17, otwiera kawałek Piotra Sommera pt. „Wiersz apolityczny”, dalej można znaleźć dwugłos o jego poezji (Leszek Szaruga i Tadeusz Komendant), a w końcówce felietony/polemiki/reportaże, m.in. Edwarda Balcerzana i Lothara Herbsta. Akurat Dwa numery trzymałem ciągle w szufladzie i niekiedy czytałem na moich wieczorach… W okolicy 1983-1984 miałem już w Polsce chyba wystarczającą ilość wierszy, na podstawie których spokojnie można byłoby wydać książkę. Wiadomo jednak, jaki panował tam bajzel. Czasy konfrontacji, romantyczne (?), ale także (przede wszystkim) ostro gówniane, przeklęte! Ponieważ nie zajmowałem się problematyką Armii Ludowej/Armii Krajowej, nie miałem wtedy specjalnych szans. Papier wykorzystywano do druków innego typu. OK, więc 8 z lat 1977-1979, dla 5 z nich będzie to rodzaj „debiutu”:

GWOŹDZIE PANA

ja też zmierzam do celu
i psychoterapię przetwarzam
tak się staram
światopogląd sobie wyrabiam
a za oknem hula pies rudy
z psem brązowym


***

siedź prosto kontroluj sytuację na stole
uważaj na ruchy rąk poplamisz obrus
ten wyjątkowy bo imieninowy od cioci
siedź prosto kontroluj sytuację na stole
musisz być lepszy od syna pani Genowefy
skup się na kartoflach i czerwonej kapuście
tutaj masz nieznaczną przewagę
siedź prosto kontroluj sytuację na stole
trafisz z pewnością do nieba
anioł Gabriel pocałuje cię w czoło
tylko siedź prosto kontroluj sytuację na stole


HISTORIA CHŁOPCA Z ZAPAŁKAMI

straż pożarna przekazała sprawę milicji obywatelskiej
milicja obywatelska psychiatrycznemu szpitalowi
a psychiatryczny szpital komunalnemu cmentarzowi


DWA NUMERY

Numer pierwszy wyskoczył z piętra dziesiątego
Nie miał szans to oczywiste
Numer drugi powtórzył wyczyn pierwszego
Tylko nieco inaczej
(forma bardziej wysublimowana)
Podciął się nożem o 4.30 nad ranem
Trochę gdzie indziej od numeru pierwszego
Na Braci Pilatich a nie na Piwarskiego
W bloku podobnym może tylko ciemniejszym
Też nie miał szans to oczywiste
Któż się obudzi o 4.30 nad ranem
Naród wtedy pijany i nieprzygotowany
Sprawa jakby tragiczna
Ale na klatkach szerokie dyskusje
Dwa numery a który numer ciekawszy
A może remis – dwa identyczne?


TAJEMNICE PRZYRODY

pewien uczony przeprowadził
wielce interesujące doświadczenie na myszach
amputował im wielokrotnie palce na wysokości stawu
między paliczkiem dalszym i środkowym
i po czterech tygodniach następowała regeneracja
odrastała w pełni nie tylko tkanka
ale także odtworzony zostawał paznokieć

któregoś dnia uczony obciął myszom głowy
wynik tego doświadczenia okazał się
zgoła inny od poprzedniego
myszy zdechły w kilka sekund po amputacji
nowe czerepy nie zdążyły się pojawić
nie skrępowany tak przykrym zajściem
uczony zapowiedział dalsze badania
tym razem na bracie swej żony


PRZESŁUCHANIE

Rozłożył na kolanach gruby notes
i piórnik z kompletem kolorowych
pisaków. Przerzucił najpierw kilka stron
i dopiero wtedy zauważyłem, że nie były
pokryte normalnym pismem, lecz
bohomazami, dziwnymi spiralnymi
znakami. Zatrzymał się w końcu na pustej,
czystej jeszcze kartce i spytał:
– Woli się wiosnę, czy jesień, o jakiej
porze roku uprawiasz spacery?
– W zależności od temperatury – odparłem
i zobaczyłem, że przysłania swój notes
kolanem i coś w nim gryzmoli. Pismo
runiczne? Może dla zmylenia przeciwnika?!
– A pod choinkę dostawałeś orzechy?
– Owszem, nie powiem, że nie. Najczęściej
laskowe.
– Bardzo dobrze, czyli bardzo niedobrze –
zakończył przesłuchanie i wstawił kolejny
znaczek, kolorowy kształt, który miał
zadecydować o moich dalszych losach.


CZŁOWIEK WE MGLE

Taka poranna mgła…

Wypada wyjść z domu,
rozejrzeć się po okolicy
i kopnąć jakiegoś osobnika
w brzuch.

Taka poranna mgła…

Człowieka należy w brzuch
i jeszcze raz w brzuch,
a jak da radę się podnieść
– to z całej siły w twarz.

Taka poranna mgła…

Trzeba zrobić coś konkretnego
przynajmniej raz w życiu.
Rozejrzeć się po okolicy
i kopnąć człowieka w brzuch.


ZMIANA WARTY

Miejsce.
Moja niedawno odkryta przestrzeń!
Prywatna własność do chwili, gdy pojawi się
na horyzoncie następny.
Wykorzystuję moje miejsce jak tylko najlepiej potrafię.
Wiem, że zbyt długo nie będę w jego posiadaniu.
Najpierw oglądam chwasty o monstrualnych,
nadmiernie wybujałych kształtach.
Wydaje mi się, że niektóre pokrzywy podchodzą
aż do samego nieba.
Ten nagły roślinny impuls i przenoszę się.
Zaczynają królować odległe żywioły.
Pierwsze organizmy wychodzą z wody na glebę.
Seans wciąga mnie coraz bardziej.
Lecz w trawie czyjaś kość.
Zjawisko jeszcze mocniejsze.
Szybko powracam.
Kiedy to się stało? Dla kogo nadany jest ten przekaz?
Czy jestem właśnie tym, który powinien go odczytać?
Biorę pozostałość do ręki i znienacka przykładam sobie
do ust.
Językiem badam smak.
Może bym się dowiedział, gdyby nie charakterystyczny
widok.
Brązowa bryła przykryta gazetowym papierem.
Ekskrementy.
O czym pisano tego dnia?
Powoli czytam: „…porcelana została wynaleziona w Chinach
w VII wieku, w Europie jest znana od 1708 roku…”
Ale mój czas dobiega końca.
Wyraźnie odczuwam wielkie zagęszczenie przestrzeni.
Obok mnie stoi następny.
Muszę ustąpić, teraz kolej na niego.
Zaniepokojony opuszczam moją niedawno odkrytą przystań.
Czy dobrze wykorzystałem czas?!!