26/12/16

Sprzedaż wiązana

Adam Poprawa

Strona cyklu

Niepogubione afekty
Adam_Poprawa_-_300x300
Adam Poprawa

Urodzony w 1959 roku, filolog, krytyk literacki i muzyczny, pracuje na wrocławskiej polonistyce. W ostatnich latach wydał tomy prozy Walce wolne, walce szybkie (2009) i Kobyłka apokalipsy (2014). Przygotował poszerzoną, odcenzurowaną edycję Pamiętnika z powstania warszawskiego Białoszewskiego (2014).

Dawno, dawno temu, pewien włościanin zaszedł był do geesu. Ujrzał tam blaszane wiadro, wiele pożytku przynoszące w domu i zagrodzie. Chłopek już hej, hej, kiedy zamiarował takie wiadro kupić, cóż, kiedy nie było… Uradował się więc teraz niezmiernie, wysupłał banknot, iżby dobić targu – rzecz jednak nie okazała się tak prosta. Wiadra albowiem przyszły do geesu wraz z rozporządzeniem: owszem, każdy może jedną sztukę kupić, ale tylko z Obywatelami Kazimierza Brandysa(takim socrealistycznym powieścidłem, którego walorów formalnych bronił autor aż do późnych dni swoich). Cóż było robić, skoro stare wiadro ma istne sito zamiast dna, a i po bokach dziury? Kmiotek dosupłał resztę i wrócił do domu z wiadrem i tomem Brandysa. Dzięki temu drugiemu nabytkowi domowa biblioteka powiększyła się w dwójnasób. Nabywca nie bardzo wiedział, co z tymi Obywatelami zrobić.

– Co to sąsiedzie, książkę zeście kupili? Do szkół chcecie chodzić?
–A kiejby też! Kazali w geesie.

No ale gdzie toto schować? Baba popatrzyła, pomiarkowała i włożyła do kredensu, do szuflady, gdzie leżała już od dawna książeczka do nabożeństwa. I jedno, i drugie słowo pisane przecie.

Nie ma już geesów, niemniej zasady pozostały. Kupuje człowiek Beatlesów Christensena i co? Wiadro! Na okładce mizdrzy się nachalnie radiowa Trójka w dwóch osobach. Kupuje kiedy indziej tom Gałczyńskiego, a tu w środku mały pisarczyk z „Gazety” (choć już raczej niedługo, ale zostawiam, bo „Gazety” to nie najgorszy asonans do Florencji) wylewa synowskie uczucia. O obu książkowych ambiwalencjach pisałem; miałem przecież nadzieję, że już starczy. Tymczasem ukazał się kolejny tom Fistaszków zebranych: pięknie. Obstalowałem w sieci, przyznaję: nie przyjrzałem się dokładnie lewej stronie okładki. Odbieram w księgarni, a tu: „wstęp: Agata Passent”. Pociemniało mi w oczach, plac Solny przestawił się z Rynkiem, tak że zapytałem o drogę w jakimś przejściu podziemnym.

Ale przecież nie zrezygnuję z kontynuowania Schulza! Owszem, oryginalne The Complete Peanuts też mają wstępy, w tomie 15, zawierającym paski z lat 1979-1980 autorem wprowadzenia jest Al Roker. Sprawdziłem, kto zacz, i nie powiem, zwątpiłem, gdy przeczytałem w Wikipedii, że jest on „osobowością telewizyjną” i zasłynął głównie jako zapowiadacz pogody. To już naprawdę nie można dziś inaczej? Na szczęście sam wstęp okazał się wcale ciekawy, facet miał sporo niebłahych rzeczy do powiedzenia.

Wolałbym, żeby polskie edycje, dobrze tłumaczone przez Michała Rusinka i pięknie wydawane, powtarzały również przekłady oryginalnych dodatków. A jeśli już proponować polskim autorom zastępstwo, to przecież można rozejrzeć się poważniej (jak w wypadku przynajmniej niektórych tomów poprzednich).

Żebym jednak nie przeholował w krytyce: Agata Passent rozpoczyna od imponującej panoramy historycznej, która miała być chyba szkicem kontekstu:„Przełom lat 70. i 80., kiedy powstały składające się na ten tom odcinki Fistaszków, to był czas mojej podstawówki. Ponura szarzyzna szkół tysiąclatek i strajki w Ursusie, rozweselane cukierkiem od Gierka oraz gazetą »Świat Młodych«”.

Poddaję się: nie dam rady zrozumieć, dlaczego wiadomość o tym, iż na przełomie lat 70. i 80. Agata Passent uczęszczała do szkoły podstawowej, ma być informacją wprowadzającą do dzieła Schulza… W każdym razie autorka wprowadza intrygującą innowację w dziedzinie periodyzacji historii, skoro przełom rozciąga wstecz aż na rok 1976, kiedy były strajki w Ursusie. Strajki, jak pisze Passent, „rozweselane cukierkiem od Gierka”. Chodzi jej o rym wewnętrzny w prozie? Protesty 1976 roku spowodowane były, jak wiadomo, nagłą podwyżką cen żywności, w tym właśnie cukru! Protest – cukier – cukierek – Gierek. Być może więc Agata P. nader krytycznie ocenia tamten epizod powojennej historii Polski?

Poza tym na przełomie lat 70. i 80., dokładniej w roku 1980, po sierpniowych strajkach, Gierek stracił władzę. Może innych przywódców autorka woli nie wspominać, z sobie tylko wiadomych względów?

Czytajmy dalej, może będzie jaśniej. W którymś tedy miejscu Passent uderza porównaniem par excellence interdyscyplinarnym: „Na korzyść Fistaszków przemawiało również to, że Charles M. Schulz, w przeciwieństwie do naszych twórców kina moralnego niepokoju, był mistrzem cięcia i radykalnego skrótu”.

Jasny gwint, nie myślałem, że Schulz potrzebuje aż tak namiętnej apologii. Jak już się podniesiemy po spadnięciu z krzesła, to po chwili Passent doprowadza myśl do ściany:„Mamy tu »fast strip«, a nie »slow cinema«.

Nie żebym zaprzeczał: analogicznie Tytus de Zoo nie jest Leopoldem Bloomem, Ogniem i mieczem to nie Siódma pieczęć, tak jak w ogóle na przykład mysz nie jest na przykład górą, a Agata Passent Charlesem M. Schulzem. Poza tym Kałużyński z „Polityki” odmawiał wartości kinu moralnego niepokoju. Być może autorka przejmuje tę opinię, ale filmy Zanussiego, Kieślowskiego, Holland i innych autorów z lat 70. to jednak nie slow cinema. Nie wykluczam, że Agata Passent spersonalizowała to paragatunkowe określenie i do slow cinema zalicza wszystko, co ją nudzi i/lub czego nie rozumie.

I wreszcie koniec wstępu:„W rzeczywistości zdominowanej przez adrenalinę, naparzanki, krainy alternatywne, technologię i przemoc naprawdę wielkim terapeutycznym odpoczynkiem jest zaglądanie do wszystkich tomów Fistaszków”.

W przypadku Agaty Passent terapia się jednak nie powiodła.