24/01/17

Subiektywna kronika wyborów amerykańskich

Katarzyna Jakubiak

Strona cyklu

Obce stany
Katarzyna Jakubiak

Urodzona w 1973 roku w Częstochowie. Pisarka, tłumaczka. Pracuje na Millersville University w Pensylwanii, gdzie wykłada min. współczesną literaturę amerykańską, brytyjską i postkolonialną. Naukowo zajmuje się głównie literaturą diaspory afrykańskiej i jej międzynarodową recepcją. Laureatka nagrody "Literatury na Świecie" w 2006 roku za przekład tomu wierszy Yusefa Komunyaki Pochwała miejsc ciemnych. Nominowana do Nagrody Literackiej Europy Środkowej “Angelus” oraz Nagrody Literackiej dla Autorki Gryfia za zbiór opowiadań Nieostre widzenia (2012). Mieszka w Pensylwanii.

Prolog: Polska, 1990

Do ukończenia osiemnastu lat brakuje mi roku. Z powodu tych dwunastu miesięcy, które dzielą mnie od pełnoletności, nie mogę głosować w pierwszych wolnych wyborach prezydenckich. Mam o to żal do losu. W końcu przeżywam polityczne zmiany w kraju bardziej niż moja starsza kuzynka, z którą już dwa lata wcześniej śpiewałam „Polska, mieszkam w Polsce” na koncercie Kultu w częstochowskim „Politechniku”. Kazik, parodiując partyjne przemówienia, stał przy mównicy przykrytej biało-czerwoną flagą i krzyczał „Tu, tu, tu, tu”, wymachując ręką tak, jakby chciał rozwalić podłogę i ściany. Za jego plecami przesuwały się slajdy ze scenami strajków robotniczych. Czułam podniecenie, wiedząc, że uczestniczę w czymś podniosłym i niebezpiecznym – czymś, co jeszcze niedawno byłoby zakazane. Teraz też dzieje się coś, co niemal przed chwilą było niewyobrażalne i ja też chcę w tym uczestniczyć. Chcę oddać głos na Tadeusza Mazowieckiego, nie tylko dlatego, że jego zalety wychwala na lekcjach moja ulubiona polonistka, z którą zaczynamy już omawiać literaturę anty-totalitarną. Porównując w telewizji wystąpienia Mazowieckiego i zabawne pogadanki Wałęsy, sama widzę, kto bardziej nadaje się na urząd prezydenta. Jestem prawie pewna, że większość ludzi w Polsce myśli tak jak ja. Stanisława Tymińskiego w ogóle nie traktuję poważnie. Ten milioner znikąd jest dla mnie tylko jednym z elementów nowej politycznej egzotyki, tak jak pan Stasiu z ryneczku, który też zbierał podpisy, żeby kandydować na prezydenta. Dlatego nawet nie otwieram egzemplarza „Świętych psów”, który pewnego dnia pojawia się w moim domu i nie wiem, że w tej książce Tymiński przestrzega Polaków, żeby nie stali się „białymi murzynami Europy”.

Mniej więcej dwa tygodnie przed pierwszą turą wyborów moje wyobrażenia o świecie zaczynają się załamywać. W sklepach, na przystankach, na rodzinnych imprezach, słyszę ściszone głosy dorosłych i sensacyjną wiadomość podawaną konspiracyjnym tonem, że Mazowiecki prawdopodobnie „jest Żydem.” Od dzieciństwa przyzwyczajona jestem do takich konspiracyjnych szeptów na temat tej czy tamtej osoby publicznej. Do tej pory nie widziałam w tych szeptach niczego szczególnie groźnego – ot takie sobie lekko drażniące plotkarstwo. Teraz powoli dociera do mnie, ile naprawdę ważą takie plotki. Jedna z najbliżych mi osób w rodzinie, ktoś z kim dzielę świat wyobraźni – a więc myślałam, że także wartości – na pytanie o swój wybór, odpowiada niemrawo: „Na …Tymińskiego. Bo co jeśli te plotki o Mazowieckim są prawdą? ” Kiedy Tymiński uzbrojony w czarną teczkę przystępuje do walki z Wałęsą w drugiej turze, nie jestem wcale pewna, w jaki sposób myśli większość ludzi w Polsce.

USA, 2016

Przed

Któregoś dnia budzę się z poczuciem pomieszania czasów i przestrzeni. Déjà vu z widmem Tymińskiego w tle. Zbliżają się wybory prezydenckie w kraju, w którym teraz mieszkam. Mieszkam tu już prawie osiemnaście lat, ale z różnych biurokratycznych powodów nie mam jeszcze obywatelstwa, więc nie mogę głosować. Jednym z kandydatów jest miliarder bez doświadczenia politycznego, którego na początku w ogóle nie traktuję serio. O jego kandydaturze dowiaduję się w szpitalu, dzień po narodzinach mojego syna. Zajęta noworodkiem myślę w przelocie „To chyba żart” i do głowy mi nie przyjdzie, że zanim mój syn nauczy się chodzić, ten właśnie kandydat otrzyma nominację Partii Republikańskiej. Ale nawet po tej nominacji obserwuję jego wyborczy show ze spokojem. Znowu wierzę, że większość wyborców poprze bardziej wykwalifikowanego kandydata i że nie będzie powszechnego przyzwolenia na ksenofobiczną, rasistowską i seksistowską retorykę miliardera. Atmosfera w pracy wzmacnia mój optymizm. Wykładam na uniwersytecie i większość z moich współwykładowców twierdzi, że instytucje demokratyczne USA są zbyt silne, aby pozwolić na zwycięstwo populistów, jak to się stało w Polsce i w Wielkiej Brytanii. Prowadzę zajęcia z literatury afro-amerykańskiej i postkolonialnej i pocieszam się, że chociaż nie mogę głosować, mam jakiś wpływ na młodych wyborców, bo rozmawiam z nimi oprzyczynach i skutkach rasizmu i uprzedzeń.
Jednak kiedy opuszczam uniwersytecki kampus, zaczynam czuć się nieswojo. Im bliżej terminu wyborów, tym więcej granatowych tabliczek z napisem „Trump/Pence” pojawia się na trawnikach przed domami w moim niespełna ośmiotysięcznym miasteczku. Pod koniec października, w dorocznej paradzie, która ma fetować i jednoczyć lokalną społeczność, maszeruje grupa ludzi o bojowych spojrzeniach, opasana wielkim banerem z tym samym duetem nazwisk. Przed jednym z domów, który mijam codziennie w drodze do pracy, obok tabliczki „Trump/Pence” stoi biały transparent z ręcznie wyklejonym hasłem: „Isaac 45 for the 45th President”. Zaglądam do 45-tego rozdziału księgi Izajasza: „Tak mówi Pan, Święty Izraela i jego Twórca: ‘Czyż wy Mnie będziecie pytać o moje dzieci i dawać Mi rozkazy co do dzieła rąk moich?” Głowię się, o co chodzi, póki nie przeczytam w The Nation, jak wielkie znaczenie dla amerykańskich ewangelików – a w mojej okolicy mieszka ich mnóstwo – ma stanowisko Trumpa wobec aborcji. Nie wiem, dlaczego nie zraża ich fakt, że jeszcze niedawno Trump reprezentował w tej sprawie zupełnie przeciwne stanowisko.

8 listopada

W dniu wyborów od rana mam poczucie wykluczenia, jakby najlepsza przyjaciółka nie zaprosiła mnie na przyjęcie urodzinowe. Na fejsbuku wszyscy wstawiają sobie w profil znaczki „I voted”. Kobiety chodzą po kampusie ubrane w garnitury na znak poparcia dla Hillary albo w białe bluzki dla upamiętnienia amerykańskich sufrażysetk (taką wyborczą modę poleca fejsbukowa grupa „Pantsuit Nation”). Ja nie mogę nawet dołączyć do tej odzieżowej manifestacji, bo po drugim dziecku nie mieszczę się już ani w mój stary garniture, ani w białą bluzkę, a nowych nie miałam czasu kupić. W samo południe dość duża grupa wykładowczyń robi sobie zbiorowe zdjęcie przed biblioteką. Natychmiast zamieszczają je na fejsbuku, w kilku wersjach. Większość z nich ma na sobie garnitury, wiele ma białe garnitury i wszystkie trzymają w górze zaciśnięte pięści. Jest wśród nich kilka koleżanek z mojego wydziału i kiedy je widzę, robi mi się przykro, że żadna nie powiedziała mi o tej „akcji”. Zaraz zastanawiam się jednak, czy dołączyłabym do nich, nawet gdybym wiedziała. Fejsbuk budzi we mnie sprzeczne uczucia, niepokoją mnie jego wojny na obrazki. Czy te uniesione pięści na zdjęciu moich koleżanek mają być gestem triumfu? Wyrazem solidarności z myślącymi tak samo? A może jednak pogróżką dla przeciwników?

Wieczorem udaje mi się dotrwać przed ekranem komputera tylko do chwili, kiedy mój stan, bardzo długo zaznaczony na niebiesko na mapce New York Timesa, zmienia gwałtownie kolor na czerwony. Wiem już, jaki kolor przeważy na tej mapie jutro rano.

Po

Kilka dni po wyborach rektor mojego uniwersytetu wysyła do studentów mejla o takim mniej więcej przesłaniu: „Przez ostatnie kilka miesięcy byliśmy świadkiem bezprecedensowej kampanii wyborczej, w której obie partie bombardowały nas retoryką pogłębiającą polityczne podziały. Jesteśmy dumni, że mimo to nasza kadra i studenci potrafili pozostać wzorem publicznej debaty i cywilizowanego dyskursu. Jeśli jednak odczuwacie niepokój, pamiętajcie teraz, żeby dobrze się odżywiać, wysypiać i zachować aktywność fizyczną. Ograniczcie używki i dyskusje na temat polityki. Spędzajcie czas z rodziną i przyjaciółmi. Pamiętajcie, że usługi psychoterapeutów dostępne są na kampusie od poniedziałku do piątku w godzinach od 8-ej do 16-tej”. Mejl krótko wspomina o bójce, która wywiązała się między zwolennikami i przeciwnikami Trumpa na jednym z wieców powyborczych. Ale nie mówi nic o osobie ubranej w strój Ku Klux Klanu, którą widziano w wieczór wyborczy przed lokalną galerią handlową. Nie ma nic o swastyce, którą nazajutrz po wyborach ktoś narysował na tablicy w sali wydziału filozofii w sąsiednim college’u.

Kiedy po raz pierwszy po ósmym listopada widzę się ze studentami na zajęciach z literatury afro-amerykańskiej, boję się rozmawiać z nimi o wynikach wyborów. Mam dość zróżnicowaną grupę, złożoną przede wszystkim z białych i czarnych studentów (mniej więcej po połowie), jest też jeden Arab i kilku Latynosów. Niewygodne tematy są u nas na porządku dziennym, ale zwykle rozmawiamy o nich, biorąc za punkt wyjścia przeszłość. Tego niewygodnego tematu z teraźniejszego kontekstu, jako cudzoziemka bez obywatelstwa, nie mam odwagi podjąć wprost. Cieszę się więc, że na ten dzień przypadło nam akurat omawiać ostatni rozdział książki W.E.B. DuBois „The Souls of Black Folk” (z 1903-ego roku), poświęcony „negro spirituals”. Puszczam nagranie pieśni „You May Bury Me in De East” w wykonaniu Fisk Jubilee Singers. Siedzimy w milczeniu na krzesłach ustawionych w krąg i słuchamy żałobnych tonów muzyki, którą DuBois określił mianem „the Sorrow Songs” – Pieśni Żalu. Fisk Jubilee Singers rozpoczynają pieśń solowym kontraltem, do którego po chwili dołącza chóralny bas:

„Możesz pochować mnie na zachodzie,
Możesz pochować mnie na wschodzie,
Ale dźwięk trąby ja usłyszę
Tego poranka.”

Czesław Miłosz

Basowy chór sprzyja zamyśleniu, którego potrzebuję teraz bardziej niż dyskusji. Nie wiem o czym w tym samym czasie myślą studenci, ale mi krąży po głowie jedna obserwacja: w tym semestrze studenci przestali używać sformułowania „back then”. „Back then” – określenie, którego nieprecyzyjność doprowadza amerykańskich profesorów do białej gorączki – w języku młodych Amerykanów oznacza całą mglistą, odległą i prawie już zapomnianą przeszłość, w której działo się wszystko, co złe. „Back then” istniał rasizm, seksizm, dyskryminacja i uprzedzenia, ale teraz jest już inaczej, nastąpił postęp, mieszkamy w najwspanialszym kraju na ziemi i jeśli jeszcze czasem zdarzają się problemy, to w przyszłości na pewno je pokonamy. Tak większość studentów na moich zajęciach mówiła jeszcze do niedawna. Ale nie w tym semestrze. W tym semestrze czytamy dziewiętnastowieczne argumenty przeciw hierarchiom rasowym, jakby były napisane dzisiaj.

Nagranie dobiega końca, otwieramy książki. Proszę studentów, żeby w omawianym rozdziale wskazali mi fragment, w którym, według nich, DuBois streszcza przesłanie książki. Większość wybiera ten sam fragment: „W Pieśniach Żalu poprzez smutek tchnie nadzieja – wiara w ostateczne zwycięstwo sprawiedliwości. Minorowe tony rozpaczy często zmieniają się w głos triumfu i spokojnej pewności siebie. Czasem jest to ufność wobec życia, czasem ufność wobec śmierci, czasem zapewnienie o bezgranicznej sprawiedliwości w jakimś pięknym, odległym świecie. Jednak cokolwiek by to nie było, zawsze głosi jasno: że kiedyś, gdzieś, ludzie nauczą się osądzać innych według dusz, nie według koloru skóry”. Niektórzy studenci przerywają cytat w tym miejscu, twierdząc, że takie właśnie jest przesłanie DuBois. Inni uważają, że trzeba ten akapit doczytać do końca: „Czy ta nadzieja ma rację bytu? Czy w Pieśniach Żalu brzmi prawda?”

Epilog

Po zajęciach wsiadam do naszego nowego rodzinnego minivana. W głowie rozbrzmiewa mi jeszcze basowy lament „negro spirituals”, więc prawie podskakuję na siedzeniu, kiedy po odpaleniu silnika wnętrze samochodu wypełnia energiczny głos Kazika Staszewskiego. Mój mąż, chciał chyba wypróbować odtwarzacz CD w nowym samochodzie, więc złapał z półki pierwszą z brzegu płytę i padło akurat na Kult. Odtwarzacz działa bez zarzutu, wszystkie sześć głośników rozbrzmiewa czystym dźwiękiem, więc siedzę całkowicie zanurzona w tę muzykę z innej epoki mojego życia. To przedziwne uczucie tak siedzieć w tej muzyce, mając za oknami hopperowski krajobraz mojego amerykańskiego miasteczka. Szeroka przednia szyba daje mi rozległe pole widzenia, ale ponieważ wnętrze samochodu też jest przestronne – prawie jak mały pokój w blokach – i może też dlatego, że właśnie zapada zmierzch, czuję się oddzielona od krajobrazu na zewnątrz. Przeszklone tanie restauracje, stacje benzynowe z pop-artowskimi neonami i wiktoriańskie domki z pozostałościami wyborczych sloganów na trawnikach przesuwają się po drugiej stronie nierealnie, jakbym włączyła wirtualną rzeczywistość albo pokaz slajdów. Głos Kazika jest bliższy, bardziej namacalny, czuję jego rytm na skórze, saksofon świdruje mi w uszach. Datego daję się mu ponieść i jadąc do domu śpiewam na głos, wściekle klepiąc w kierownicę: „Mieszkam tu, tu, tu,tu”.