książki / PROZA

Bylinki

Aleksandra Weksej

Fragmenty książki Bylinki Aleksandry Weksej, wydanej w Biurze Literackim 3 lutego 2026 roku.

Biuro Literackie kup książkę na poezjem.pl

Świt

Na grzbie­cie jaskół­ki mknę­ła w chłod­nym powie­trzu przed­świ­tu mała zie­lo­na istot­ka. Prze­ni­kli­wy wiatr kąsał ją w policz­ki i szar­pał za dłu­gie mie­dzia­ne wło­sy. Obie­ma zie­lo­ny­mi dłoń­mi trzy­ma­ła się poły­skli­wych piór na kar­ku pta­ka. Wola­ła nie spa­dać z takiej wyso­ko­ści.

Jaskół­ka wyko­na­ła nagły zwrot i skie­ro­wa­ła się ku tra­wia­stej gra­ni poni­żej. Istot­ka przy­tu­li­ła się moc­niej do grzbie­tu pta­ka. Przy­mknę­ła zie­lo­ne powie­ki i wcią­gnę­ła rześ­kie powie­trze głę­bo­ko w noz­drza. Zapach przy­bie­rał na sile.

Słod­ka nuta prze­bi­ja­ła się wyraź­nie ponad wonie stę­ża­łe­go od chło­du wapie­nia i zzięb­nię­tej mura­wy. Lecą­ca postać wtu­li­ła twarz w mięk­ki kark jaskół­ki.

– Niżej – szep­nę­ła do pta­sie­go ucha.

Jaskół­ka zni­ży­ła lot. Teraz mknę­ły tuż nad łagod­ny­mi zbo­cza­mi, któ­re wybrzu­sza­ły się co jakiś czas mlecz­no­bia­łą ska­łą albo opa­da­ły w prze­paść spę­ka­ną bla­dą ścia­ną. Zapach sta­wał się tak słod­ki, że aż draż­nią­cy.

– Tutaj – rzu­ci­ła zde­cy­do­wa­nie. Pod­nio­sła gło­wę i otwo­rzy­ła oczy. Sza­ro­zie­lo­na tka­ni­na płasz­cza zafur­ko­ta­ła na wie­trze.

Jaskół­ka dała nura w stro­nę pory­tej szcze­li­na­mi skal­nej pół­ki. Pęd powie­trza wyci­snął z oczu zie­lo­nej istot­ki chłod­ne łzy. Tuż nad ska­łą ptak wyha­mo­wał roz­po­star­ty­mi skrzy­dła­mi, wycią­gnął przed sie­bie nóż­ki i wylą­do­wał mięk­ko. Pasa­żer­ka zwin­nie zesko­czy­ła z jego grzbie­tu. Rozej­rza­ła się po wystę­pie skal­nym, pogrą­żo­nym jesz­cze w ziar­ni­stym pół­mro­ku.

Z począt­ku nie­wie­le widzia­ła, bo oczy wciąż mia­ła zasnu­te łza­mi. Zamru­ga­ła i zro­bi­ła kil­ka kro­ków naprzód, ostroż­nie stą­pa­jąc bosy­mi sto­pa­mi po zmar­z­nię­tej ska­le. Występ był nie­du­ży, od zacho­du wci­skał się pod tra­wia­sty nawis, a od wscho­du otwie­rał na prze­past­ny kra­jo­braz. Poni­żej bory buko­wo-jodło­we falo­wa­ły głę­bo­kim cie­niem aż po hory­zont, na któ­rym wła­śnie zaczy­na­ło świ­tać. Jesz­cze chwi­la i zza spię­trzo­nych wzgórz wystrze­lą pierw­sze pro­mie­nie słoń­ca.

Zie­lo­na istot­ka ponow­nie wcią­gnę­ła powie­trze. Zapach był nie do odpar­cia.

Im wię­cej świa­tła pada­ło na miej­sce, w któ­rym sta­ła, tym wyraź­niej dostrze­ga­ła kęp­ki traw wyra­sta­ją­ce ze szcze­lin, okru­chy zie­mi zgro­ma­dzo­ne w zagłę­bie­niach, sza­ra­we ple­chy poro­stów przy­le­pio­ne do ska­ły, a kawa­łek dalej…

Pod­bie­gła w stro­nę prze­pa­ści. Przy­klę­kła przy nie­wiel­kiej roze­cie podłuż­nych liści pokry­tych drob­nym mesz­kiem. Przy­ło­ży­ła dłoń do miej­sca, z któ­re­go wyra­sta­ły, i poczu­ła led­wo uchwyt­ne pul­so­wa­nie. Pod­nio­sła wzrok i rozej­rza­ła się ponow­nie. Nie­opo­dal dostrze­gła sku­pi­sko podob­nych rozet, a mię­dzy nimi sre­brzy­sto­bia­łe kwia­ty. Powę­dro­wa­ła spoj­rze­niem dalej. Szu­ka­ła cze­goś wię­cej.

W tym momen­cie zza fali­stej linii hory­zon­tu try­snę­ły pro­mie­nie słoń­ca. Wszyst­ko uto­nę­ło w świe­tle, któ­re odbi­ja­ło się od bla­dej ska­ły, spły­wa­ło po źdźbłach traw i wsią­ka­ło w szcze­li­ny.

Na tle całe­go tego bla­sku odci­na­ła się maleń­ka postać sie­dzą­ca na samej kra­wę­dzi prze­pa­ści.


Rosa

Gdy poja­wił się pierw­szy pro­mień słoń­ca, kro­pel­ka rosy przy­tu­lo­na do sze­ro­kie­go źdźbła tra­wy zadrża­ła całą sobą. Świa­tło bły­snę­ło na jej powierzch­ni i wpa­dło do środ­ka. Kro­pla poru­szy­ła się w sobie, roz­par­ła od wzbie­ra­ją­cej ener­gii. Jesz­cze chwi­la, jesz­cze tro­chę i będzie mogła wypa­ro­wać, ule­cieć w świat ruchli­wy­mi czą­stecz­ka­mi.

W tym momen­cie źdźbło, trą­co­ne zie­lo­ną sto­pą, zady­go­ta­ło potęż­nie. Poru­szo­na kro­pla spły­nę­ła na sam czu­bek. Przy­trzy­ma­ła się jesz­cze reszt­ka­mi napię­cia, ale zaraz ule­gła wła­sne­mu cię­ża­ro­wi. Wydłu­ży­ła się, a potem już kształt­ną kul­ką runę­ła w cie­ni­stą prze­paść.

Lecąc, spłasz­czy­ła się od spodu, wklę­sła w przej­rzy­sty grzy­bek. Zaczę­ła prze­le­wać się raź­no z boku na bok. Wresz­cie, z całe­go tego roz­pę­du i prze­le­wa­nia, roz­pry­sła się na dwie mniej­sze kro­pel­ki.

Uwol­nio­na od cię­ża­ru dru­giej połów­ki zwol­ni­ła nie­co. Jed­nak w następ­nej chwi­li porwał ją wart­ki stru­mień powie­trza i uniósł z powro­tem w górę, ku pro­mie­niom słoń­ca. Wię­cej nie było jej trze­ba. Gdy tyl­ko wle­cia­ła w snop świa­tła, zaczerp­nę­ła z nie­go i obo­ma kuli­sty­mi ciał­ka­mi w jed­nej chwi­li wypa­ro­wa­ła.


Sza­rot­ka

Sza­rot­ko – roz­legł się szem­rzą­cy głos.

Drgnę­ła. Coś się w niej poru­szy­ło. Gdzieś głę­bo­ko, u samych korze­ni swo­jej isto­ty poczu­ła, że to do niej, choć sły­sza­ła to sło­wo po raz pierw­szy. Po raz pierw­szy sły­sza­ła jakie­kol­wiek sło­wo.

Podra­pa­ła się w zie­lo­ne przed­ra­mię pokry­te sre­brzy­stym mesz­kiem. Zosta­ło jej go tro­chę za paznok­cia­mi. Mia­ła ocho­tę zdra­pać go w cało­ści, wszyst­ko zaczy­na­ło ją swę­dzieć. Ale tyl­ko zaci­snę­ła pięść i obję­ła ramio­na­mi zgię­te kola­na. Poru­szy­ła sto­pą. Z sze­ro­kie­go źdźbła tra­wy skap­nę­ła w prze­paść migo­czą­ca kro­pel­ka rosy.

– Sza­rot­ko – zno­wu ten głos.

Nie poru­szy­ła się. Nie odwró­ci­ła gło­wy. Wpa­try­wa­ła się upar­cie w ośle­pia­ją­ce pro­mie­nie wscho­dzą­ce­go słoń­ca. Pod jego wpły­wem z jej cia­łem zaczy­na­ło dziać się coś dziw­ne­go. Naj­pierw to swę­dze­nie, potem scho­dzą­cy meszek, a teraz deli­kat­ne pul­so­wa­nie, od któ­re­go jej skó­ra zro­bi­ła się nie­co cie­plej­sza i jak­by bar­dziej napię­ta. Poja­wi­ło się też uczu­cie ssą­cej pust­ki, któ­rą mia­ła ogrom­ną ocho­tę czymś wypeł­nić. Tyl­ko zupeł­nie nie wie­dzia­ła czym.

– Na pew­no bar­dzo chce ci się pić.

Sza­rot­ka usły­sza­ła za sobą sze­lest kro­ków. Obok niej sta­nę­ła wyso­ka postać w się­ga­ją­cym do zie­mi płasz­czu. Jej zie­lo­ną twarz oka­la­ła burza mie­dzia­nych loków.

Nie­zna­jo­ma przez moment patrzy­ła w prze­strzeń. Przy­mknę­ła zie­lo­ne powie­ki, ode­tchnę­ła z wyraź­ną przy­jem­no­ścią. W następ­nej chwi­li się­gnę­ła do klam­ry pod szy­ją i spraw­nym ruchem zrzu­ci­ła z ramion okry­cie. Tka­ni­na opa­dła mięk­ko na ska­łę i upodob­ni­ła się do podu­chy mchu, a Sza­rot­ce zawi­ro­wa­ło przed ocza­mi.

Mie­dzia­no­wło­sa mia­ła na sobie soczy­ście pur­pu­ro­we spodnie, zwiew­ne niczym płat­ki kwia­tów, i luź­ną bluz­kę w tym samym kolo­rze. Sza­rot­ka powę­dro­wa­ła spoj­rze­niem w górę. Drgnę­ła, gdy spo­strze­gła, że nie­zna­jo­ma patrzy pro­sto na nią.

– Jestem Wierz­bów­ka – przed­sta­wi­ła się z uśmie­chem. W jej oczach bły­snę­ło słoń­ce. Sza­rot­ka pomy­śla­ła sobie, że nigdy nie widzia­ła niko­go pięk­niej­sze­go. Odru­cho­wo podra­pa­ła się w łyd­kę.

– Swę­dzi? – domy­śli­ła się Wierz­bów­ka. Usia­dła na ska­le i od nie­chce­nia zwie­si­ła nogi w prze­paść. Pur­pu­ro­we spodnie zmarsz­czy­ły się pod wpły­wem łagod­ne­go podmu­chu.

Sza­rot­ka mia­ła wiel­ką ocho­tę odpo­wie­dzieć, ale nie wie­dzia­ła jak. Odkąd zbu­dzi­ła się tu przed świ­tem, ani razu nie wydo­by­ła z sie­bie gło­su. Przed przy­by­ciem Wierz­bów­ki nie wie­dzia­ła, że to w ogó­le moż­li­we. Nadal nie była pew­na, czy to moż­li­we dla niej.

Wierz­bów­ka zer­k­nę­ła na nią z uko­sa. Zamaj­ta­ła zie­lo­ny­mi sto­pa­mi nad prze­pa­ścią.

– Mogę? – spy­ta­ła, wycią­ga­jąc ostroż­nie dłoń.

Sza­rot­ka zno­wu drgnę­ła. Mia­ła ocho­tę się odsu­nąć, ale zwal­czy­ła ten odruch. Ogar­nia­ła ją coraz więk­sza cie­ka­wość, a w jej tkan­kach kotło­wa­ły się uczu­cia i dozna­nia, któ­rych nie potra­fi­ła nazwać, a co dopie­ro zro­zu­mieć.

Wierz­bów­ka dotknę­ła jej sre­brzy­sto­zie­lo­nej szyi, doci­snę­ła lek­ko i zni­ży­ła dłoń. Pocią­gnę­ła deli­kat­nie za skó­rę. Sza­rot­ka poczu­ła wibru­ją­cy dreszcz. Prze­szedł ją od czub­ka gło­wy aż po pal­ce u stóp. I wte­dy coś otwo­rzy­ło się w niej na oścież.

– Aaach… – wes­tchnę­ła mimo­wol­nie.

Wierz­bów­ka uśmiech­nę­ła się lek­ko i zabra­ła dłoń. Zapa­trzy­ła się z powro­tem w prze­strzeń. A potem zaczę­ła mówić gło­sem szem­rzą­cym jak potok.

– Do życia potrze­ba nam trzech rze­czy: wody, świa­tła i powie­trza. Powie­trze masz zawsze i wszę­dzie wokół sie­bie. Świa­tło przy­cho­dzi i odcho­dzi, wystar­czy, że pocze­kasz. Ale wody musisz poszu­kać sama.

Sza­rot­ka zmarsz­czy­ła czo­ło. Mia­ła nie­ja­sne wra­że­nie, że wią­że się to w jakiś spo­sób ze ssą­cą pust­ką, któ­rą coraz dotkli­wiej w sobie odczu­wa­ła.

– Jeśli się zgo­dzisz, zabio­rę cię do Sie­dli­ska. Tam nauczy­my cię wszyst­kie­go, co potrzeb­ne do życia. I jesz­cze paru rze­czy, któ­re może nie są nie­zbęd­ne, ale bywa­ją przy­jem­ne. Póź­niej sama zde­cy­du­jesz, czy chcesz zostać z nami, czy pójść wła­sną dro­gą.

– Z nami? – spy­ta­ła Sza­rot­ka, wypró­bo­wu­jąc głos, tak jak­by pusz­cza­ła liść na rwą­cy potok i patrzy­ła, dokąd dopły­nie.

– Jest nas wię­cej, takich jak ty i ja – wyja­śni­ła Wierz­bów­ka. – Natu­ral­nie róż­ni­my się od sie­bie, ale pod pew­ny­mi wzglę­da­mi jeste­śmy bar­dzo podob­ne. Dla­te­go gro­ma­dzi­my się w Sie­dli­sku. Każ­da z nas mogła­by żyć sama, ale razem bywa łatwiej, a czę­sto nawet cie­ka­wiej. Jeśli chcesz, zabio­rę cię tam, żebyś mogła się prze­ko­nać.

Sza­rot­ka mil­cza­ła przez chwi­lę. Wsłu­cha­ła się w podmu­chy wia­tru, któ­ry coraz inten­syw­niej szep­tał w tra­wie i poświ­sty­wał w szcze­li­nach. Pomy­śla­ła, że gdy­by teraz otwo­rzy­ła usta, zaświ­stał­by też w niej. Na nie­bie, któ­re zbla­dło do błę­ki­tu, dostrze­gła kil­ka roz­ca­pie­rzo­nych smug.

– Nie­bo się zmie­nia, idzie deszcz – rzu­ci­ła Wierz­bów­ka. Sza­rot­ka nie sły­sza­ła w jej gło­sie pona­gle­nia, a mimo to poczu­ła, że nie ma wyj­ścia. Musi się zgo­dzić i dać się zabrać do tego Sie­dli­ska. Mia­ła wra­że­nie, jak­by roz­cią­ga­ła się przed nią wąska wydep­ta­na ścież­ka, a wszyst­ko wokół ginę­ło w ciem­nej gęstwi­nie. Mogła tyl­ko pójść naprzód albo dać się zaro­snąć.

– Dobrze, zabierz mnie tam – powie­dzia­ła. Zaczy­na­ła coraz pew­niej posłu­gi­wać się wła­snym gło­sem. I sło­wa­mi, któ­re przy­cho­dzi­ły same, choć nie potra­fi­ła­by powie­dzieć skąd.

– Dosko­na­le – oświad­czy­ła Wierz­bów­ka, tak jak­by i ona wie­dzia­ła, że inne­go wyj­ścia nie było. Wsta­ła i wycią­gnę­ła rękę do Sza­rot­ki. – Chodź, po dro­dze mamy jesz­cze jed­ną spra­wę do zała­twie­nia.

O autorze

Aleksandra Weksej

Urodzona w 1989 roku. Tłumaczka literatury. Laureatka projektu „Połów. Prozatorskie debiuty 2025”. Mieszka w Krakowie, pomieszkuje w górach. Chodzi po łąkach i zbiera zioła.

Powiązania

„Przyszła burza i już wiedziałam, co chcę opowiedzieć”

wywiady / o książce Aleksandra Weksej Joanna Roszak

Roz­mo­wa Joan­ny Roszak z Alek­san­drą Weksej, towa­rzy­szą­ca pre­mie­rze książ­ki Bylin­ki Alek­san­dry Weksej, wyda­nej w Biu­rze Lite­rac­kim 3 lute­go 2026 roku.

Więcej

„Przyszła burza i już wiedziałam, co chcę opowiedzieć”

wywiady / o książce Aleksandra Weksej Joanna Roszak

Roz­mo­wa Joan­ny Roszak z Alek­san­drą Weksej, towa­rzy­szą­ca pre­mie­rze książ­ki Bylin­ki Alek­san­dry Weksej, wyda­nej w Biu­rze Lite­rac­kim 3 lute­go 2026 roku.

Więcej