Gdy wracałem do pleśniejącego budynku otoczonego zgniłymi liśćmi
Gdy wracałem do pleśniejącego budynku otoczonego zgniłymi liśćmi, który od teraz będę nazywał domem, zatrzymał się przy mnie radiowóz. Służby porządkowe w tej wiosce pracują jak należy, pomyślałem.
Dokąd pan idzie? – wrzasnął do mnie z auta policjant.
Idę do domu, odparłem przyjaźnie i z pewnym zadowoleniem, że przynajmniej na jedno pytanie znam odpowiedź.
To może powiedzieć każdy, kontynuował na oko czterdziestoletni policjant niezbyt życzliwym tonem.
Ma pan rację, przyznałem z namysłem, coś takiego faktycznie może powiedzieć każdy.
No, więc pan widzi, nie ma co się wypierać. Dokąd pan idzie?
Wie pan, ja właściwie nigdzie już nie idę. Tak długo mówiłem, że odejdę, aż w końcu musiałem iść. Skończyłem z tym. Jestem na miejscu. Tu jest mój dom, powiedziałem drżącym głosem.
Tu? Tu mieszka wójt. Jak się pan nazywa?
Jestem…
Że jak? Dowód osobisty, panie.
Nie mam, wyszedłem się tylko przejść, nie muszę mieć przy sobie dowodu osobistego, dodałem, przekonany, że tego również mogę być pewien.
Nie musi pan, co? Przejść się, co? Przecież mówił pan, że idzie pan do domu. Coś pan zaczyna kręcić.
Najpierw wyszedłem się przejść, a teraz już idę do domu, próbuję zachować spokój, choć muszę przyznać, że logika stróża porządku ma pewien sens i ład.
To po co szedł się pan przejść, skoro teraz pan idzie do domu, co? Mógł pan po prostu zostać w domu. Czemu ma pan taką poobijaną twarz?
Przewróciłem się. Na polu, dodaję.
Na polu? Co pan robił na polu? Pan jest rolnikiem?
Nie, proszę pana, jestem nauczycielem.
Skoro jest pan nauczycielem, czemu miałby pan wychodzić na pole?
Wczoraj byłem się przejść i…
To pan sobie tak chodzi już od wczoraj? Proszę mi dać ten dowód.
Ale przy sobie go nie mam. Poza tym nic nie zrobiłem, więc nie ma powodu, żeby mnie pan legitymował.
Słyszałeś go? Otyły mundurowy odwrócił się do umięśnionego kolegi. No to proszę, policjant wychodzi z auta, utrudnia pan śledztwo. Mam zgłoszenie od piętnastu osób, że porusza się tu podejrzany w czarnych spodniach i czerwonej kurtce, z poobijaną twarzą. Słyszał pan o kimś, kto tutaj nosiłby czarne spodnie i czerwoną kurtkę? – pyta mnie groźnie policjant.
To przecież żadne przestępstwo nosić czarne spodnie i czerwoną kurtkę, mówię mu w moich czarnych spodniach i czerwonej kurtce.
Znowu chce mnie pan pouczać? Panie mądraliński, funkcjonariusz przysunął swoją nie do końca urodziwą twarz bardzo blisko mojej, która jednak też zbyt urodziwa nie jest, raczej wręcz przeciwnie, mam tutaj kilka zgłoszeń, że po wsi kręci się włóczęga w czerwonej kurtce, zagląda ludziom w okna i macha do dzieci ze swoją poobijaną twarzą. Więc jeszcze raz: kim pan jest, dokąd pan idzie i po co?
Jestem… słyszę, jak głos odmawia mi posłuszeństwa i zaczyna mi się trząść lewa ręka, mieszkam w tym domu, tutaj, wczoraj się przeprowadziłem, sąsiad tutaj obok, pan wójt, może to potwierdzić, mówię wystraszony i powtarzam w duchu pytania stróża porządku. Kim jestem? Dokąd idę? I po co? Na żadne z nich nie umiem szczerze odpowiedzieć. Jak w ogóle może mi zadawać tyle złożonych pytań naraz?
Policjant wciska dzwonek u wójta, wujek, cześć, znasz tego faceta?
Cześć, co tam potrzebujesz?
Wujek, znasz tego faceta tutaj?
Kogo?
Kto to jest? – pyta policjant i pokazuje mnie ręką.
To nowy nauczyciel, wydarł się z okna wójt.
Podobno wyszedł się przejść, krzyknął do niego policjant, a ja nagle dostrzegłem, że na drodze koło nas stoi już kilku nowych słuchaczy, także zainteresowanych, kim jestem, dokąd idę i po co.
Po co? – spytał zdziwiony wójt.
Tego właśnie nie wiem, teraz mówi, że idzie do domu.
Czemu nie został w domu? Nie musiał chyba nigdzie chodzić. Do kogo pan szedł, panie nauczycielu?
Do nikogo nie szedłem, chciałem się tylko przejść po okolicy, żeby ją trochę poznać, wołam do otwartego okna przesadnie dużego domu.
Co chce pan poznać? Po co? Jak czegoś pan nie wie, mnie może pan spytać, nie musi pan nigdzie chodzić.
No, najważniejsze, że się to wyjaśniło, przejął inicjatywę policjant. Panie nauczycielu, nie może pan tak straszyć ludzi, chodzić po okolicy i na nich patrzeć. Jak już dokądś pan idzie, trzeba wiedzieć, do kogo i po co. Wie pan, tu na wsi jest w ludzi interesie, żeby się każdy interesował sam sobą. Wieś ma swoje zasady, musi pan je zaakceptować. Dziś damy panu spokój, bo jednak jest pan nowy, my też jesteśmy ludźmi.
Policjant wsiadł do auta i odjechał, a ja nawet podziękowałem i pomachałem na pożegnanie. Czułem się przy tym trochę jak idiota. Zamknąłem za sobą bramkę. Ludzie na ulicy stali i śledzili mnie wzrokiem, jakbym był im jeszcze dłużny jakieś odpowiedzi. U wójta zafalowała firanka. Zza okna obserwowała mnie jego sylwetka. Próbuję zachować spokój. Muszę się zachowywać normalnie, myślę. Tylko co tutaj jest normalne, pytam sam siebie. Mam ochotę wrócić do domu, ale na pewno by pomyśleli, że przed nimi uciekam, że się ukrywam, przemyka mi przez myśl.
Twarze omiatał nam suchy wiatr
Twarze omiatał nam suchy wiatr. Próbowałem przypomnieć sobie woń świeżo zaoranego pola. Ten nieprzyzwoity smak, który wilgoć ziemi zostawia na podniebieniu. Przełknąłem ślinę. Pył drażnił mój nos i drapał mnie w gardle. Tępy ból pulsował w szramie na czole. Stałem wraz z dziećmi na skraju pola i opowiadałem im o rewolucji neolitycznej, która zakończyła wieczną wędrówkę łowców i zbieraczy. Od tamtej pory mamy dom i nie musimy nigdzie chodzić, powiedziałem i nie byłem pewien, czy rzeczywiście można to uznać za triumf.
Od tamtej pory nie możemy już nigdzie chodzić, dodała smutno dziewczynka z siniakiem. Przyznałem Zuzanie rację.

Faktycznie, może się wydawać, stwierdziłem niepewnie, że rolnictwo raczej nas zniewoliło na długie stulecia niż oswobodziło. Koniec wędrowania oznaczał początek poddaństwa i niewolnictwa. Niepewność zbieractwa zastąpiła niepewność plonów. Zamiast moknięcia w lasach i pod skalnymi nawisami – półmrok zagrzybionych budynków. Pogoda, szkodniki, plądrowania, podbicia, zarazy, feudalizm. Urozmaiconą dietę zastąpiło zboże. To już nas na szczęście nie dotyczy, dodałem z pewną nadzieją. Jak widzicie, dziś nie musimy harować w polu, powiedziałem, i rzeczywiście w polu nie pracował już nikt. Dawniej stalibyśmy tu pochyleni, okopując rzeczy, które należy okopywać. Dziś całą pracę wykonują za nas maszyny. Chemia zabija chwasty, zarazy i szkodniki, oznajmiłem dzieciom i wskazałem na rozległe pole, na którym nie było żadnego chwastu, zarazy ani szkodnika. Trochę mnie zaniepokoiło, że na polu nie rosło zupełnie nic.
Gówno tu jest, stwierdziła Zuzana.
Spojrzałem znów na pole. Kilkadziesiąt metrów od nas stała zabiedzona sarna i bacznie nas obserwowała.
Oczywiście, jest jeszcze wcześnie, powiedziałem szybko i bez skutku usiłowałem sobie przypomnieć, kiedy przyjdzie pora wzrostu.
Na tym polu nic nigdy nie rośnie, uzupełniła Apolena, a chłopiec o imieniu David zaczął cicho płakać.
Żyzna gleba, szybko kontynuowałem przygotowany wykład, jest gwarancją naszego przeżycia. Jest najcenniejszym, co mamy. Wyobraźcie tylko sobie, oznajmiłem dzieciom z zachwytem, że promień naszej planety to sześć tysięcy trzysta siedemdziesiąt osiem kilometrów. Tyle mniej więcej dzieli miejsce, gdzie stoimy, od środka Ziemi, gdzie stać się nie da. Ale żyzną warstwę, dzięki której możemy uprawiać rośliny, warstwę, od której zależy nasze życie, tworzy zaledwie kilkadziesiąt centymetrów. Jeden centymetr żyznej ziemi powstaje setki, tysiące lat. Zamieszkujemy cienki arkusz papieru otaczający niegościnną planetę, pełną kamieni i rozgrzanej magmy. Woda, ziemia, powietrze to nie tylko słowa, ale fundamentalne warunki naszej egzystencji. Bez żyznej ziemi… powiedziałem i zamilkłem. Zastanawiałem się, jak zakończyć swój wywód. Bezradnie rozglądałem się wokół siebie.
Ta ziemia nie jest żyzna, oświadczyła Zuzana. David wciąż cicho płakał. Mama mówiła, że już nigdy nie będzie, dodała Apolena. Alžběta kaleczyła sobie dłoń jakimś odłamkiem.
Tam! – wykrzyknąłem i pobiegłem w kierunku czegoś zielonego, wystającego z ziemi, z nadzieją, że udowodnię dzieciom nieprzezwyciężoną potęgę natury. Ale był to tylko kawałek plastiku, odkryłem po chwili, a z pęknięcia na czole zaczęła mi cieknąć krew. Stałem tam z kawałkiem plastiku w ręce, a w moją twarz uderzył blask słońca. Odwróciłem się i spojrzałem na piętnastoosobową grupkę dzieci stojącą na skraju pola, które już chyba nie było polem. Stały tam, patrząc na mnie jak na wariata, jakby już dawno wszystko wiedziały, tylko bały mi się to powiedzieć.
Na horyzoncie wciąż tkwiła nieruchoma, wychudła sarna. Wziąłem wiaderko i łopatkę. Do wiaderka nabrałem ziemi.
Żyzna ziemia, powtarzałem na głos, podczas gdy żyzna ziemia sypała się jak najdrobniejszy piach, niczym pył wieczności wznoszący się wśród bezkresnego przekleństwa czasu.
Następnym razem wybierzemy się do lasu, zaproponowałem w drodze powrotnej do szkoły, udając przed dziećmi wesołość.
Lepiej nie, panie nauczycielu, oznajmiła Zuzana.
A czemu nie?
Gówno tam jest, odparła po chwili wahania.
Jesteś jak ja, Zuzano, też ciągle się potykam, przewracam, i twarz mam bez przerwy całą w szramach, stwierdziłem, by sprowadzić rozmowę na inne tory.
Zuzana się nigdzie nie przewraca, stwierdziła Apolena.
Zuzana nie powiedziała nic.
Strasznie sucho, idę do studni, odezwał się David, a ja nieprzytomnie wyrzuciłem z siebie coś o wodzie i nadziei.
Obejrzałem się. Sarna leżała na polu. Pewnie zasnęła, przyszło mi do głowy.
Po południu dzieci miały WF. Przeraziłem się. Nie widziałem jednak nic, czego nie widziałbym już wcześniej. Tylko widziałem to, czego wcześniej widzieć nie chciałem.