książki / PROZA

Odroczona egzekucja

Aleksandra Majówka

Fragmenty książki Odroczona egzekucja Aleksandry Majówki, wydanej w Biurze Literackim 9 maja 2026 roku.

Biuro Literackie kup książkę na poezjem.pl

Stu­kot szpi­lek o mar­mu­ro­wy par­kiet

Stu­kot szpi­lek o mar­mu­ro­wy par­kiet. Trzesz­cze­nie głów odwra­ca­ją­cych się w jej stro­nę.

W cza­sie kur­tu­azyj­nych roz­mów sło­wo „odwa­ga” pada­ło trzy razy czę­ściej niż sta­ty­stycz­nie. Zebra­ni uda­wa­li, że brak gło­wy Miszel jest abso­lut­nie akcep­to­wal­ny i nie­za­sta­na­wia­ją­cy. Pod­ję­ła pró­bę wci­śnię­cia w lejek nakręt­ki paru amus buszy, co było dokład­nie obser­wo­wa­ne przez zebra­nych. I kame­ry.

Pre­zy­dent War­sza­wy w kanar­ko­wym gar­ni­tu­rze przed­sta­wił wyni­ki prac nad zamknię­ciem luki pła­co­wej. Euro­par­la­men­ta­rzy­sta, wcze­śniej aresz­to­wa­ny za prze­moc domo­wą, opo­wia­dał o postę­po­wych poli­ty­kach Unii, któ­re zakoń­czą dys­kry­mi­na­cję na Sta­rym Kon­ty­nen­cie. Wte­dy pre­ze­ska insty­tu­tu wci­snę­ła w dłoń Miszel mikro­fon i zachę­ca­ją­co wska­za­ła na sce­nę. Miszel bła­ga­ła wszech­świat, żeby nie prze­wró­cić się na wąskich schod­kach pro­wa­dzą­cych na pod­wyż­sze­nie.

– Dzię­ku­ję wszyst­kim za przy­by­cie – krzyk­nę­ła ze sce­ny. Meta­licz­ny głos poniósł się po sali.
Bra­wa.

Publicz­ność spa­ce­ro­wa­ła jak po zoo. Spo­glą­da­ła na nią jak na eks­po­nat. Tro­chę z obrzy­dze­niem, jak­by Miszel łama­ła deco­rum. Tro­chę z prze­stra­chem, jak­by ucie­le­śnia­ła zmar­twych­wsta­nie.

– Super was widzieć. Dzię­ku­ję Pri­ti Łumen za zapro­sze­nie i zaszczyt otwar­cia nowej wysta­wy w tej nie­sa­mo­wi­tej pla­ców­ce. – W gło­sie Miszel pobrzmie­wał uśmiech, któ­ry nie mógł poja­wić się na twa­rzy. Sta­no­wi­ła naj­więk­szą sen­sa­cję wie­czo­ru. – Ten kraj potrze­bo­wał Insty­tu­tu Koń­ca Patriar­cha­tu i cie­szę się, że mogłam przy­czy­nić się do jego powsta­nia. Jest z nami wie­le nie­sa­mo­wi­tych osób arty­stycz­nych. Powi­taj­my je bra­wa­mi.

Zebra­ni się kle­pa­li, a pier­ścion­ki brzę­cza­ły jak zabaw­ki If. Miszel przy­kla­snę­ła. Tłum zmar­kot­niał. Sala mie­ni­ła się od roz­bły­sków miga­wek kil­ku­na­stu apa­ra­tów i kamer.

– Jako kobie­ta, oby­wa­tel­ka, zawsze czu­łam się gor­sza. Nie­zro­zu­mia­na przez pań­stwo i spo­łe­czeń­stwo. – Prze­mo­wę skle­iła z kil­ku innych wystą­pień, paru zdań wyge­ne­ro­wa­nych przez sztucz­ną i kil­ku przy­pad­ko­wych refe­ren­cji. – My, mło­de kobie­ty, nigdy nie jeste­śmy w peł­ni dopusz­cza­ne do gło­su. I sym­bo­lem tego, jak nie­re­al­ne stan­dar­dy pięk­na nisz­czą nas, nisz­czą poten­cjał w nas drze­mią­cy, zabi­ja­ją pasję i radość, jest insta­la­cja arty­stycz­na, któ­rą dziś prze­ka­żę insty­tu­to­wi. Pro­szę o odsło­nię­cie.

Miszel nie była prze­ko­na­na o słusz­no­ści tego kro­ku. Oba­wy potwier­dzi­ło mil­cze­nie uczest­ni­ków wer­ni­sa­żu. Kil­ku dzien­ni­ka­rzy i recen­zen­tów opła­co­nych przez Pri­ti Łumen spraw­nym kro­kiem weszło jed­nak w rolę. Zate­le­pa­li się i zatrzę­śli ręka­mi na znak braw.

W gablo­cie za gru­bym szkłem wisia­ła spre­pa­ro­wa­na gło­wa Miszel. Dłu­gie wło­sy zwi­sa­ły jak kota­ry. W tęczów­ki błę­kit­nych oczu wstrzyk­nię­to nie­co barw­ni­ka, żeby ulep­szyć efekt insta­la­cji. Przy­po­mi­na­ła upo­lo­wa­ny łeb dzi­ka zawie­szo­ny w sta­ro­pol­skiej karcz­mie.

Pra­ca otwie­ra­ła wysta­wę. Patro­no­wa­ła wej­ściu do sali z wyso­kim sufi­tem i przy­ćmio­nym świa­tłem.

– Co za inno­wa­cyj­ne spoj­rze­nie na świat! – wykrzyk­nął pierw­szy wyna­ję­ty kry­tyk, ubra­ny w ele­ganc­ki gar­ni­tur z komu­nii. Roz­py­chał się, jak­by chciał rzu­cić się przed podo­bi­znę Miszel i wyznać jej miłość.

Tłum poru­szył się lek­ko i prze­niósł śro­dek inte­lek­tu­al­nej oraz ide­olo­gicz­nej cięż­ko­ści w stro­nę umiar­ko­wa­ne­go zachwy­tu.

– Ależ dekon­struk­cja tra­dy­cyj­nych form nar­ra­cyj­nych! – zawo­łał ktoś nie­pod­sta­wio­ny.

Mło­de kobie­ty mdla­ły z wra­że­nia. Suk­nie wie­czo­ro­we mie­sza­ły się na mar­mu­ro­wych pod­ło­gach. Part­ne­rzy trwa­li w tran­sie, jak­by gło­wa Miszel przy­zy­wa­ła ich jak syre­na.

– To cał­kiem zmie­nia dys­kurs post­mo­der­ni­stycz­ny!

Kolej­ne oso­by klę­ka­ły przed gło­wą Miszel oraz samą Miszel. Skła­da­ły na jej wypie­lę­gno­wa­ne ręce listy gra­tu­la­cyj­ne.

– Dzię­ku­ję. Dzię­ku­ję. Dzię­ku­ję bar­dzo – mówi­ła, kie­dy zemdlo­ne pan­ny ści­ska­ły jej dłoń i wrę­cza­ły bukie­ty kwia­tów. Prze­ka­zy­wa­ła je sta­ży­stom ukry­tym w cie­niu kotar.

– Sub­tel­na inter­tek­stu­al­ność zaprzę­żo­na do kon­tem­pla­cji kon­dy­cji ludz­kiej. Genial­ne. Genial­ne!

– No co pan? Ja tu widzę przede wszyst­kim egzy­sten­cjal­ny nie­po­kój, któ­ry poja­wia się przy odsło­nię­ciu zaka­mar­ków ludz­kiej duszy…

Miszel już chcia­ła się wciąć, wnieść do dys­ku­sji coś, co mogło­by zawi­snąć na bil­bor­dach albo cho­ciaż na przy­stan­kach auto­bu­so­wych, gdy z koń­ca sali wybił się moc­ny kobie­cy głos:

– Pro­mu­je­cie cho­ro­by psy­chicz­ne!

Obcią­gnę­ła kostium. Leżał ide­al­nie. Jeśli ktoś jesz­cze nie nagry­wał rela­cji, to teraz, w poten­cjal­nym momen­cie roz­po­czę­cia dra­my, na pew­no włą­czył kame­rę. Się­gnę­ła po mikro­fon i przy­su­nę­ła do nakręt­ki.

– Sza­now­ni pań­stwo, wie­dzia­łam, że takie gło­sy się poja­wią. – Wybra­ła naj­bar­dziej koją­cy i pro­fe­sjo­nal­ny ton, prze­ci­na­ny cza­sa­mi gry­ma­sem bólu. – Nasz mózg nie został stwo­rzo­ny do funk­cjo­no­wa­nia w dwu­dzie­stym pierw­szym wie­ku. Nie ma moż­li­wo­ści pora­dze­nia sobie z natło­kiem infor­ma­cji i bodź­ców, któ­re codzien­nie do nas docie­ra­ją. W cią­gu ostat­nich dwóch lat jako spo­łe­czeń­stwo doświad­czy­li­śmy więk­szej licz­by zmian niż przez ostat­nie dwie­ście. Dla­te­go potrze­bu­je­my pomo­cy tech­no­lo­gii w dosto­so­wa­niu się do zmie­nia­ją­ce­go się świa­ta.

Bra­wa łech­ta­ły piór­ka Miszel, kie­dy szu­ka­ła w pamię­ci kolej­nej czę­ści skryp­tu. Uwie­rzy­ła we wła­sne sło­wa.

– Jesteś cho­ra! To, co robisz, jest cho­re! – głos poniósł się po prze­stron­nej sali.

Reflek­sy neo­nów sza­la­ły na par­kie­cie.

Miszel rozej­rza­ła się za pomo­cą kamer­ki. Roz­mów­czy­ni zgi­nę­ła w rzad­kim tłu­mie.

– Jeśli mnie śle­dzi­cie, to wie­cie, że nigdy nie ukry­wa­łam tego, że cho­ru­ję na zabu­rze­nia odży­wia­nia. Chcia­ła­bym, żeby żad­na dziew­czyn­ka, żaden chło­piec, żad­na oso­ba nie musia­ła się z tym zma­gać. I w tym pomo­że nam tech­no­lo­gia.

– Lewac­ki spi­sek! – pod­niósł się inny głos.

Miszel się roz­ch­mu­rzy­ła. Żad­na stro­na poli­tycz­na nie przy­gar­nę­ła ampu­ta­cji do zesta­wu swo­ich war­to­ści. Sta­no­wi­ła zarów­no poli­tycz­ne zagro­że­nie, jak i szan­sę.

– Jeśli cho­dzi o to, że brak twa­rzy pomógł­by w stwo­rze­niu lep­sze­go, bar­dziej rów­ne­go spo­łe­czeń­stwa, to tak. Jestem całym ser­cem za mądrym uży­ciem tech­no­lo­gii. I moż­li­wo­ści bio­tech­no­lo­gicz­ne spra­wia­ją, że stwo­rze­nie tego świa­ta jest moż­li­we. – Łago­dzi­ła głos, ale nakręt­ka się prze­grze­wa­ła. – Kocha­ni, dzię­ku­ję za szyb­ką sesję kiu end ej, z rado­ścią odpo­wiem na pań­stwa pyta­nia w przy­szło­ści, ale dziś to nie ja jestem naj­waż­niej­sza. Naj­waż­niej­si są arty­ści i ich dzie­ła, któ­re moż­na oglą­dać na wysta­wie Zmierzch kobie­co­ści i męsko­ści. Płeć w świe­cie bez twa­rzy.

Bra­wa zmio­tły ją ze sce­ny. Drże­nie jej nóg ginę­ło w luk­su­so­wym mate­ria­le sze­ro­kich spodni.

Ruszy­ła za ofi­cje­la­mi do sali, gdzie za kasę Pri­ti Łumen wma­wia­no, że patriar­chat się skoń­czy za pomo­cą magicz­nej różdż­ki odci­na­ją­cej gło­wę od resz­ty cia­ła oraz cza­ro­dziej­skiej wstaw­ki na gło­wę napę­dza­nej przez ejaj, czi­py, obli­cze­nia brze­go­we oraz parę bio­tech­no­lo­gicz­nych cie­ka­wo­stek.

Na kre­mo­wych ścia­nach roz­wie­szo­no obra­zy w mini­ma­li­stycz­nych ramach. Rysun­ki przed­sta­wia­ły ludzi bez głów albo gło­wy bez ludzi. Miszel wcię­ło z bólu przy insta­la­cji arty­stycz­nej stwo­rzo­nej z reali­stycz­nych rzeźb grec­kich bóstw po ampu­ta­cji: Bóg nie ma gło­wy.

– Ależ poli­fo­nicz­na rein­ter­pre­ta­cja kano­nu! – wydu­si­ła do kry­tycz­ki, któ­rej zablo­ko­wa­ła przej­ście do dal­szej czę­ści gale­rii.

Nie mogła się poru­szyć. Cia­ło odmó­wi­ło posłu­szeń­stwa po tym, jak je zdra­dzi­ła.

– Wyko­rzy­sta­nie grec­kich bogów jest zacho­waw­cze, nie sądzi pani? Poka­za­nie w ten spo­sób Trój­cy Świę­tej lepiej eks­plo­ro­wa­ło­by spo­łecz­ne tabu – odpo­wie­dzia­ła kobie­ta.

Miszel kiw­nę­ła­by gło­wą z zain­te­re­so­wa­niem, ale tyl­ko jęk­nę­ła pota­ku­ją­co.


Musia­ła pójść do lom­bar­du

Musia­ła pójść do lom­bar­du.

Powo­li wydo­sta­ła się z toro­wi­ska. Pokrzy­wy maca­ły ją po raj­sto­pach, a ona za karę dep­ta­ła je szpil­ka­mi. Mia­ła pro­blem z utrzy­ma­niem rów­no­wa­gi, więc poty­ka­ła się o pla­sti­ko­we butel­ki i pośli­zgnę­ła się na sre­ber­ku po bato­ni­ku. Może cia­ło bez błęd­ni­ka było ska­za­ne na błą­dze­nie.

Gdy dotar­ła do naj­bliż­sze­go osie­dlo­we­go skle­pi­ku, na kra­węż­ni­ku sie­dział jej były uczeń. Nie pamię­ta­ła, jak się nazy­wał, ale on też nie wyglą­dał, jak­by pamię­tał. Wszyst­ko miał napuch­nię­te, dło­nie jak balo­ny i sto­py jak głów­ki kapu­sty. Ale pozna­ła magi­stra alko­ho­li­ka, lau­re­ata kon­kur­su na naj­ślicz­niej­szą pra­cę magi­ster­ską roku, a może i stu­le­cia.

– Pani magi­stro! To ja, Nik! Zja­wi­sko­wo pani wyglą­da! Bar­dzo pani do twa­rzy!

– Nie mam twa­rzy – wark­nę­ła sucho i chcia­ła się wyszcze­rzyć, ale jej zęby już zosta­ły zje­dzo­ne. Z magi­strem zawsze trze­ba było ostro, bo on był bana­no­wym dziec­kiem i wiecz­nie z bana­nem na twa­rzy. Żarł watę cukro­wą i był taką watą.

– O, widzi pani, ja też!

Znie­cier­pli­wi­ła się. Rekla­mów­ka cią­ży­ła jej w dło­ni. Prze­cie­ka­ła i zosta­wia­ła leni­wą ścież­kę. Budyń jadł mia­sto i poło­wa budyn­ków już się sto­pi­ła, mniej było w nich posta­ci, a wię­cej cie­kło rynsz­to­kiem.

– Gdzie się pan sprze­dał, panie magi­strze?

– Gdzie ja się nie sprze­da­łem.

– Cho­dzi mi o gło­wę.

– Pani magi­stro, teraz trud­no sprze­dać gło­wę. Wol­ny rynek zwe­ry­fi­ko­wał potrze­by i się nasy­cił. Może w dark­ne­cie pani by spró­bo­wa­ła?

Wci­skał jej kit w sty­ki, ale wia­ło jej po szyi, więc Mar­fa bra­ła, co miał. Magi­ster geniusz, zanim prze­pił gło­wę, a może prze­grał w kar­ty, i tak nie miał łba do biz­ne­su.

– Gdzie jest naj­bliż­szy lom­bard?

Nie­mal widzia­ła sty­ki w szyi zaj­mu­ją­ce się ostat­ni­mi rucha­mi, ale magi­ster wyko­rzy­stał swo­je moż­li­wo­ści bez gło­wy i zaczę­ło mu się chrza­nić.

Mar­fa obej­rza­ła się w szy­bie skle­pu i ręce jej się skrzy­wi­ły. Pobru­dzi­ła naj­lep­szy płaszcz, na koł­nie­rzu mia­ła maki i całą majo­wą łąkę.

– Ja panią zapro­wa­dzę. Pro­szę się nie mar­twić, to nie­da­le­ko, za skrzy­żo­wa­niem i w lewo.

– Pro­sto i w lewo?

Rozej­rza­ła się. Magi­ster na pew­no ściem­niał, a jed­no­cze­śnie się ściem­nia­ło. Słoń­ce się topi­ło, więc Mar­fa nie mia­ła cza­su na cho­dze­nie z gło­wą w siat­ce.

– Pro­sto i w pra­wo, niech pani idzie za gło­sem ser­ca.

– Ser­ce jest po lewej stro­nie.

– Ja mam tro­chę bar­dziej pośrod­ku.

Chcia­ła, żeby ją pod­pro­wa­dził. Chcia­ła, żeby ktoś, kto prze­żył to, co ona, towa­rzy­szył jej w pogrze­bie daw­ne­go życia. Kie­dy Mar­fa na nie­go spoj­rza­ła, on tele­pał się w pra­wo i w lewo, bujał się przód–tył. Był gala­ret­ką.

Koniec koń­ców bar­dzo przy­po­mi­nał sie­bie z cza­sów, kie­dy pisał swo­ją genial­ną, prze­ło­mo­wą pra­cę nauko­wą.

Mar­fa szyb­ko zapię­ła płaszcz. Robi­ło się chłod­no. Budyń spły­wał po jej kar­ku. Była bar­dzo zmę­czo­na. Cią­gnę­ła się mia­stem. Przej­ście pro­stą uli­cą wyda­wa­ło jej się wyzwa­niem rzę­du dżo­gin­gu po górach.

Wte­dy zoba­czy­ła obrzy­dli­wy czer­wo­ny neon rekla­mu­ją­cy na pół alei „Warsz­tat Zepsu­tych Głów – lom­bard”, co napeł­ni­ło ją nadzie­ją, ale chy­ba bar­dziej znu­dzi­ło.

Gdy popchnę­ła cięż­kie szkla­ne drzwi, dzwo­nek wypeł­nił pomiesz­cze­nie. Ucię­te gło­wy sta­ły w rzę­dach w jed­nej wiel­kiej sza­fie, ale resz­tę loka­lu oku­po­wa­ły prze­róż­ne przed­mio­ty ukry­te za brud­ny­mi szy­ba­mi. Ele­ganc­kie zegar­ki wska­zy­wa­ły błęd­ne godzi­ny. Potłu­czo­ne tele­fo­ny nigdy nie dzwo­ni­ły. Kame­ry chro­ni­ły wspo­mnie­nia. Figur­ki Gane­szy uśmie­cha­ły się do spi­żo­wych posąż­ków Bud­dy.

Za cięż­ką prze­my­sło­wą ladą, któ­ra w poprzed­nim życiu była sto­łem, stał kor­pu­lent­ny męż­czy­zna. Gdy­by miał gło­wę, była­by prze­ro­śnię­tą czer­wo­ną dynią pokry­tą bro­dą i rzad­ki­mi wło­sa­mi z nosem rodza­ju kar­to­flo­we­go.

– Dzień dobry, chcia­ła­bym sprze­dać gło­wę.

Toreb­ka zadrża­ła. Rozu­mia­ła, co się dzie­je, i rzu­ca­ła się jak ryba bez wody.

– Sprze­daż zamknię­ta.

– Słu­cham? Moż­na zasta­wić?

Mar­fa chcia­ła się uśmiech­nąć.

– Moż­na oddać do dzier­ża­wy. Na wyna­jem. Na ile pani chcia­ła­by ją oddać?

– Naj­le­piej na zawsze. Chcia­ła­bym się jej pozbyć za jak naj­wyż­szą cenę.

– Czy przed­miot ma dla pani jakąś war­tość sen­ty­men­tal­ną?

– Nie za bar­dzo. Tyl­ko mi zagra­ca.

Mia­ła wra­że­nie, że sprze­daw­ca ją obser­wu­je, co było nie­moż­li­we, gdyż nie miał oczu.

– Pani poka­że, co tam pani ma w tej gło­wie.

Posta­wi­ła siat­kę na biur­ku, kie­dy on nakła­dał pla­sti­ko­we ręka­wicz­ki. Z szu­fla­dy wysu­nął się zestaw jed­no­ra­zo­wych narzę­dzi zapa­ko­wa­ny w szu­mią­cy wore­czek. Męż­czy­zna pocią­gnął jej gło­wę za wło­sy, aż wyło­ni­ła się z toreb­ki, i posta­wił pod lam­pą. Chłod­ne świa­tło pada­ło agre­syw­nie na far­bo­wa­ne wło­sy.

– Mmmm, ole­ju dużo tam pani wla­ła. Dwie magi­ster­ki? – zamru­czał pra­wie z podzi­wem.

Przez chwi­lę poczu­ła dumę ze swo­je­go życia, ale potem wró­ci­ła do rze­czy­wi­sto­ści.

– Ha, to zna­czą­co obni­ża war­tość gło­wy.

– Słu­cham?

Przyj­rzał się jej uszom, badaw­czo wty­kał w nie dru­ci­ki.

– A co pani tak nie­do­sły­szy? Uszy ma aku­rat spraw­ne ten model. Wie pani, po ile cho­dzą takie gło­wy, co mają inży­nie­ra? No, nie­waż­ne… To tak: dwie magi­ster­ki, pięć języ­ków obcych, prze­czy­ta­nych ponad pięć tysię­cy ksią­żek… brak gene­tycz­nych obcią­żeń, biał­ka jesz­cze się pani nie prze­pa­li­ły, widzę, że gło­wa też bez nało­gów…

– Ile? Ile pan za nią da?

– Pro­szę pani, to jest spraw­na, dobra gło­wa, ale nie­ste­ty, no, nie­zbyt pięk­na.

Krew jej się zago­to­wa­ła i apasz­ka prze­cie­kła.

– Pan sobie chy­ba żar­tu­je! Ja sprze­da­ję gło­wę, a pan mi impu­tu­je, że jestem brzyd­ka.

– Ja myślę o biz­ne­sie, ludzie nie chcą kupo­wać brzyd­kich głów.

Mar­fa chcia­ła splu­nąć, ale z oczy­wi­stych powo­dów nie mogła. Bul­go­ta­ło w niej.

– Sły­sza­łam, że przed sprze­da­żą gło­wy trze­ba skon­sul­to­wać się z psy­cho­lo­giem.

W nim też bul­go­ta­ło, cho­ciaż obsta­wia­ła, że to był śmiech.

– Ha, to dobre. Widzi tu pani jakie­goś?

Zmę­cze­nie ści­snę­ło ją w ramio­nach i kost­kach. Chcia­ła poło­żyć się na kana­pie, przy­kryć narzu­tą i w koń­cu cie­szyć się bra­kiem cze­go­kol­wiek na gło­wie.

– A myśla­ła pani już o nakręt­ce?

– A co tu myśleć? Nie po to cię­łam gło­wę, żeby myśleć.

– To co? Chce być pani głu­cha i śle­pa?

Mar­fa pomy­śla­ła, że męż­czy­zna jest cha­mem i pro­sta­kiem, i że nikt już tak nie mówi, ale jego rubasz­ne bul­go­ta­nie spra­wi­ło, że po pro­stu chcia­ła zato­pić się w poście­li.

– To był dłu­gi dzień. Może­my zała­twić to szyb­ko?

Wyjął błysz­czą­cy tablet. Włą­czył apkę z kal­ku­la­to­rem. Zatrzy­mał dłoń w ręka­wicz­ce tuż nad ekra­nem, po czym wkle­pał kil­ka numer­ków.

– Dam pani tyle a tyle, dwa­dzie­ścia trzy pro­cent watu.

– Zwa­rio­wał pan?

– No dobrze, co myśli pani o takiej cenie?

Zno­wu pod­sta­wił pod szy­ję kal­ku­la­tor i Mar­fa wzdry­gnę­ła się, kie­dy kro­pla krwi roz­bi­ła się na powierzch­ni.

– Panie, przede wszyst­kim to na gło­wy nie ma watu. Rosic­ki zdję­ła ostat­nio, więc pan mi tu nie impu­tu­je, że jest.

Dekolt się mu zaczer­wie­nił, cały się wyma­lo­wał jak budyń tru­skaw­ko­wy. Kurz oble­pił ją cia­sno, zosta­ła eks­po­na­tem w muzeum.

– Prze­pra­szam… – zachły­snął się. Nakręt­ka na szyi pul­so­wa­ła nie­po­ko­ją­co, jak­by mia­ła zaraz pęk­nąć. – Rozu­mie pani, biz­nes is biz­nes, ja też muszę się jakoś utrzy­mać, cza­sy są, jakie są, lajf is hard, pani dro­ga. Stu­dio­wa­ła pani eko­no­mię, to pani wie.

Woj­sko­wy zapał owi­nął Mar­fę wokół pal­ca. Szła na woj­nę o „tyle a tyle”. Nie zamie­rza­ła oddać się za dar­mo. Zna­ła swo­ją war­tość.

Mar­fa szar­żo­wa­ła tak, że pra­wie pośli­zgnę­ła się o zmur­sza­łą, skrzy­pią­cą pod­ło­gę. Zasta­na­wia­ła się nad nasła­niem sane­pi­du do tego przy­byt­ku, ale naj­pierw musia­ła dostać pie­nią­dze.

– Pani kocha­na, zro­bi­my tak, żeby pani była zado­wo­lo­na. To prze­cież pani gło­wa, pani stra­ta i zysk.

Sprze­daw­ca przy­po­mi­nał kogoś z prze­szło­ści, nie­ja­sny cień, cały utarg wyda­rzał się po raz kolej­ny. Może mia­ła deża wu. Prze­czy­ta­ła w inter­ne­cie, że to czę­sty sku­tek ubocz­ny stra­ty gło­wy: trzę­sie się rze­czy­wi­stość i zabu­rza­ją się sta­ny sku­pie­nia. Nie­któ­rzy spe­cjal­nie pod­ci­na­li sobie szy­ję raz na jakiś czas, bo wte­dy niósł ich taki haj, poru­szał taki orgazm, że świat sma­ko­wał słod­ko i pły­wa­li w cze­ko­la­dzie.

Mar­fy nie nio­sło przez kor­ty­zol, któ­ry nad­ner­cza pcha­ły w żyły, żeby mogła zmo­bi­li­zo­wać się i ugrać naj­lep­szą cenę.

– Czy taka cena za gło­wę panią satys­fak­cjo­nu­je? – Wkle­pał numer­ki na kal­ku­la­to­rze. Nor­mal­nie pokrę­ci­ła­by gło­wą, ale musia­ła się odzwy­cza­ić od takich nawy­ków. Ude­rzy­ła ręką w stół. Cien­ka war­stwa tłusz­czu osia­dła na dło­ni. Wytar­ła ją w dżin­sy. – Co pani robi? Mia­ła pani pro­ble­my z agre­sją przed zabie­giem czy to sku­tek ubocz­ny?

– Nawet sobie pan nie wyobra­ża jakie – wysą­czy­ła powo­li. Chcia­ła przy­po­mi­nać żmi­ję. – Wypisz pan czek, zrób go dwa­dzie­ścia pro­cent wyż­szy niż koń­co­wa opcja i uprzej­mie znik­nę.

Lata współ­pra­cy z mło­dzie­żą nauczy­ły ją sku­tecz­nej komu­ni­ka­cji, a nic nie było lep­szą moty­wa­cją niż wypa­ro­wa­nie z czy­jejś świa­do­mo­ści. Ponad­to mimo że lata dwu­dzie­ste prze­le­cia­ły szyb­ko, pozo­sta­ło w niej tro­chę tej bun­tow­nicz­ki, któ­ra bawi­ła się w Hiudż Dej­ta.

Gdy­by męż­czy­zna miał twarz, oczy zwę­zi­ły­by się, a mię­śnie napię­ły. Zgar­bił się. Spod biur­ka wycią­gnął meta­lo­wy kufer i rekla­mów­kę. .Prze­pa­ko­wał pie­nią­dze do siat­ki i wci­snął w rękę Mar­fy.

– Po nakręt­kę zapra­szam do skle­pu żony. Naprze­ciw­ko – oznaj­mił. – Dziś wyło­żę pani gło­wę na wysta­wę w oknie. Chce się pani poże­gnać?

Cię­żar dnia przy­gnia­tał jej kola­na do kostek. Była bia­łą kart­ką, czło­wie­kiem z recy­klin­gu.

– Tro­chę maka­brycz­ne, nie sądzi pan?

Prych­nął tak, że nakręt­ka się zachwia­ła.

– Pani ucię­ła sobie krzy­wo łeb. Lepiej pro­szę ruszać szyb­ko, bo widzę, że nie­dłu­go stra­ci pani moż­li­wość mówie­nia.

To, co Mar­fa widzia­ła, coraz bar­dziej się chwia­ło. Bibe­lo­ty w lom­bar­dzie zama­zy­wa­ły się w maź bru­du i hała­su. Wszyst­ko przy­po­mi­na­ło bło­to. Wzię­ła siat­kę i nogi za pas. Lom­bard wypeł­nił się dźwię­kiem dzwon­ka.

O autorze

Aleksandra Majówka

Poetka i prozaiczka, autorka książek poetyckich Cztery stany skupienia i Znużenie materiału. Odroczona egzekucja to jej debiut prozatorski.

Powiązania

Stracić głowę

wywiady / o książce Aleksandra Majówka Artur Burszta

Roz­mo­wa Artu­ra Bursz­ty z Alek­san­drą Majów­ką, towa­rzy­szą­ca pre­mie­rze książ­ki Odro­czo­na egze­ku­cja Alek­san­dry Majów­ki, wyda­nej w Biu­rze Lite­rac­kim 9 maja 2026 roku.

Więcej

Stracić głowę

wywiady / o książce Aleksandra Majówka Artur Burszta

Roz­mo­wa Artu­ra Bursz­ty z Alek­san­drą Majów­ką, towa­rzy­szą­ca pre­mie­rze książ­ki Odro­czo­na egze­ku­cja Alek­san­dry Majów­ki, wyda­nej w Biu­rze Lite­rac­kim 9 maja 2026 roku.

Więcej