Stukot szpilek o marmurowy parkiet
Stukot szpilek o marmurowy parkiet. Trzeszczenie głów odwracających się w jej stronę.
W czasie kurtuazyjnych rozmów słowo „odwaga” padało trzy razy częściej niż statystycznie. Zebrani udawali, że brak głowy Miszel jest absolutnie akceptowalny i niezastanawiający. Podjęła próbę wciśnięcia w lejek nakrętki paru amus buszy, co było dokładnie obserwowane przez zebranych. I kamery.
Prezydent Warszawy w kanarkowym garniturze przedstawił wyniki prac nad zamknięciem luki płacowej. Europarlamentarzysta, wcześniej aresztowany za przemoc domową, opowiadał o postępowych politykach Unii, które zakończą dyskryminację na Starym Kontynencie. Wtedy prezeska instytutu wcisnęła w dłoń Miszel mikrofon i zachęcająco wskazała na scenę. Miszel błagała wszechświat, żeby nie przewrócić się na wąskich schodkach prowadzących na podwyższenie.
– Dziękuję wszystkim za przybycie – krzyknęła ze sceny. Metaliczny głos poniósł się po sali.
Brawa.
Publiczność spacerowała jak po zoo. Spoglądała na nią jak na eksponat. Trochę z obrzydzeniem, jakby Miszel łamała decorum. Trochę z przestrachem, jakby ucieleśniała zmartwychwstanie.
– Super was widzieć. Dziękuję Priti Łumen za zaproszenie i zaszczyt otwarcia nowej wystawy w tej niesamowitej placówce. – W głosie Miszel pobrzmiewał uśmiech, który nie mógł pojawić się na twarzy. Stanowiła największą sensację wieczoru. – Ten kraj potrzebował Instytutu Końca Patriarchatu i cieszę się, że mogłam przyczynić się do jego powstania. Jest z nami wiele niesamowitych osób artystycznych. Powitajmy je brawami.
Zebrani się klepali, a pierścionki brzęczały jak zabawki If. Miszel przyklasnęła. Tłum zmarkotniał. Sala mieniła się od rozbłysków migawek kilkunastu aparatów i kamer.
– Jako kobieta, obywatelka, zawsze czułam się gorsza. Niezrozumiana przez państwo i społeczeństwo. – Przemowę skleiła z kilku innych wystąpień, paru zdań wygenerowanych przez sztuczną i kilku przypadkowych referencji. – My, młode kobiety, nigdy nie jesteśmy w pełni dopuszczane do głosu. I symbolem tego, jak nierealne standardy piękna niszczą nas, niszczą potencjał w nas drzemiący, zabijają pasję i radość, jest instalacja artystyczna, którą dziś przekażę instytutowi. Proszę o odsłonięcie.
Miszel nie była przekonana o słuszności tego kroku. Obawy potwierdziło milczenie uczestników wernisażu. Kilku dziennikarzy i recenzentów opłaconych przez Priti Łumen sprawnym krokiem weszło jednak w rolę. Zatelepali się i zatrzęśli rękami na znak braw.
W gablocie za grubym szkłem wisiała spreparowana głowa Miszel. Długie włosy zwisały jak kotary. W tęczówki błękitnych oczu wstrzyknięto nieco barwnika, żeby ulepszyć efekt instalacji. Przypominała upolowany łeb dzika zawieszony w staropolskiej karczmie.
Praca otwierała wystawę. Patronowała wejściu do sali z wysokim sufitem i przyćmionym światłem.
– Co za innowacyjne spojrzenie na świat! – wykrzyknął pierwszy wynajęty krytyk, ubrany w elegancki garnitur z komunii. Rozpychał się, jakby chciał rzucić się przed podobiznę Miszel i wyznać jej miłość.

Tłum poruszył się lekko i przeniósł środek intelektualnej oraz ideologicznej ciężkości w stronę umiarkowanego zachwytu.
– Ależ dekonstrukcja tradycyjnych form narracyjnych! – zawołał ktoś niepodstawiony.
Młode kobiety mdlały z wrażenia. Suknie wieczorowe mieszały się na marmurowych podłogach. Partnerzy trwali w transie, jakby głowa Miszel przyzywała ich jak syrena.
– To całkiem zmienia dyskurs postmodernistyczny!
Kolejne osoby klękały przed głową Miszel oraz samą Miszel. Składały na jej wypielęgnowane ręce listy gratulacyjne.
– Dziękuję. Dziękuję. Dziękuję bardzo – mówiła, kiedy zemdlone panny ściskały jej dłoń i wręczały bukiety kwiatów. Przekazywała je stażystom ukrytym w cieniu kotar.
– Subtelna intertekstualność zaprzężona do kontemplacji kondycji ludzkiej. Genialne. Genialne!
– No co pan? Ja tu widzę przede wszystkim egzystencjalny niepokój, który pojawia się przy odsłonięciu zakamarków ludzkiej duszy…
Miszel już chciała się wciąć, wnieść do dyskusji coś, co mogłoby zawisnąć na bilbordach albo chociaż na przystankach autobusowych, gdy z końca sali wybił się mocny kobiecy głos:
– Promujecie choroby psychiczne!
Obciągnęła kostium. Leżał idealnie. Jeśli ktoś jeszcze nie nagrywał relacji, to teraz, w potencjalnym momencie rozpoczęcia dramy, na pewno włączył kamerę. Sięgnęła po mikrofon i przysunęła do nakrętki.
– Szanowni państwo, wiedziałam, że takie głosy się pojawią. – Wybrała najbardziej kojący i profesjonalny ton, przecinany czasami grymasem bólu. – Nasz mózg nie został stworzony do funkcjonowania w dwudziestym pierwszym wieku. Nie ma możliwości poradzenia sobie z natłokiem informacji i bodźców, które codziennie do nas docierają. W ciągu ostatnich dwóch lat jako społeczeństwo doświadczyliśmy większej liczby zmian niż przez ostatnie dwieście. Dlatego potrzebujemy pomocy technologii w dostosowaniu się do zmieniającego się świata.
Brawa łechtały piórka Miszel, kiedy szukała w pamięci kolejnej części skryptu. Uwierzyła we własne słowa.
– Jesteś chora! To, co robisz, jest chore! – głos poniósł się po przestronnej sali.
Refleksy neonów szalały na parkiecie.
Miszel rozejrzała się za pomocą kamerki. Rozmówczyni zginęła w rzadkim tłumie.
– Jeśli mnie śledzicie, to wiecie, że nigdy nie ukrywałam tego, że choruję na zaburzenia odżywiania. Chciałabym, żeby żadna dziewczynka, żaden chłopiec, żadna osoba nie musiała się z tym zmagać. I w tym pomoże nam technologia.
– Lewacki spisek! – podniósł się inny głos.
Miszel się rozchmurzyła. Żadna strona polityczna nie przygarnęła amputacji do zestawu swoich wartości. Stanowiła zarówno polityczne zagrożenie, jak i szansę.
– Jeśli chodzi o to, że brak twarzy pomógłby w stworzeniu lepszego, bardziej równego społeczeństwa, to tak. Jestem całym sercem za mądrym użyciem technologii. I możliwości biotechnologiczne sprawiają, że stworzenie tego świata jest możliwe. – Łagodziła głos, ale nakrętka się przegrzewała. – Kochani, dziękuję za szybką sesję kiu end ej, z radością odpowiem na państwa pytania w przyszłości, ale dziś to nie ja jestem najważniejsza. Najważniejsi są artyści i ich dzieła, które można oglądać na wystawie Zmierzch kobiecości i męskości. Płeć w świecie bez twarzy.
Brawa zmiotły ją ze sceny. Drżenie jej nóg ginęło w luksusowym materiale szerokich spodni.
Ruszyła za oficjelami do sali, gdzie za kasę Priti Łumen wmawiano, że patriarchat się skończy za pomocą magicznej różdżki odcinającej głowę od reszty ciała oraz czarodziejskiej wstawki na głowę napędzanej przez ejaj, czipy, obliczenia brzegowe oraz parę biotechnologicznych ciekawostek.
Na kremowych ścianach rozwieszono obrazy w minimalistycznych ramach. Rysunki przedstawiały ludzi bez głów albo głowy bez ludzi. Miszel wcięło z bólu przy instalacji artystycznej stworzonej z realistycznych rzeźb greckich bóstw po amputacji: Bóg nie ma głowy.
– Ależ polifoniczna reinterpretacja kanonu! – wydusiła do krytyczki, której zablokowała przejście do dalszej części galerii.
Nie mogła się poruszyć. Ciało odmówiło posłuszeństwa po tym, jak je zdradziła.
– Wykorzystanie greckich bogów jest zachowawcze, nie sądzi pani? Pokazanie w ten sposób Trójcy Świętej lepiej eksplorowałoby społeczne tabu – odpowiedziała kobieta.
Miszel kiwnęłaby głową z zainteresowaniem, ale tylko jęknęła potakująco.
Musiała pójść do lombardu
Musiała pójść do lombardu.
Powoli wydostała się z torowiska. Pokrzywy macały ją po rajstopach, a ona za karę deptała je szpilkami. Miała problem z utrzymaniem równowagi, więc potykała się o plastikowe butelki i poślizgnęła się na sreberku po batoniku. Może ciało bez błędnika było skazane na błądzenie.
Gdy dotarła do najbliższego osiedlowego sklepiku, na krawężniku siedział jej były uczeń. Nie pamiętała, jak się nazywał, ale on też nie wyglądał, jakby pamiętał. Wszystko miał napuchnięte, dłonie jak balony i stopy jak główki kapusty. Ale poznała magistra alkoholika, laureata konkursu na najśliczniejszą pracę magisterską roku, a może i stulecia.
– Pani magistro! To ja, Nik! Zjawiskowo pani wygląda! Bardzo pani do twarzy!
– Nie mam twarzy – warknęła sucho i chciała się wyszczerzyć, ale jej zęby już zostały zjedzone. Z magistrem zawsze trzeba było ostro, bo on był bananowym dzieckiem i wiecznie z bananem na twarzy. Żarł watę cukrową i był taką watą.
– O, widzi pani, ja też!
Zniecierpliwiła się. Reklamówka ciążyła jej w dłoni. Przeciekała i zostawiała leniwą ścieżkę. Budyń jadł miasto i połowa budynków już się stopiła, mniej było w nich postaci, a więcej ciekło rynsztokiem.
– Gdzie się pan sprzedał, panie magistrze?
– Gdzie ja się nie sprzedałem.
– Chodzi mi o głowę.
– Pani magistro, teraz trudno sprzedać głowę. Wolny rynek zweryfikował potrzeby i się nasycił. Może w darknecie pani by spróbowała?
Wciskał jej kit w styki, ale wiało jej po szyi, więc Marfa brała, co miał. Magister geniusz, zanim przepił głowę, a może przegrał w karty, i tak nie miał łba do biznesu.
– Gdzie jest najbliższy lombard?
Niemal widziała styki w szyi zajmujące się ostatnimi ruchami, ale magister wykorzystał swoje możliwości bez głowy i zaczęło mu się chrzanić.
Marfa obejrzała się w szybie sklepu i ręce jej się skrzywiły. Pobrudziła najlepszy płaszcz, na kołnierzu miała maki i całą majową łąkę.
– Ja panią zaprowadzę. Proszę się nie martwić, to niedaleko, za skrzyżowaniem i w lewo.
– Prosto i w lewo?
Rozejrzała się. Magister na pewno ściemniał, a jednocześnie się ściemniało. Słońce się topiło, więc Marfa nie miała czasu na chodzenie z głową w siatce.
– Prosto i w prawo, niech pani idzie za głosem serca.
– Serce jest po lewej stronie.
– Ja mam trochę bardziej pośrodku.
Chciała, żeby ją podprowadził. Chciała, żeby ktoś, kto przeżył to, co ona, towarzyszył jej w pogrzebie dawnego życia. Kiedy Marfa na niego spojrzała, on telepał się w prawo i w lewo, bujał się przód–tył. Był galaretką.
Koniec końców bardzo przypominał siebie z czasów, kiedy pisał swoją genialną, przełomową pracę naukową.
Marfa szybko zapięła płaszcz. Robiło się chłodno. Budyń spływał po jej karku. Była bardzo zmęczona. Ciągnęła się miastem. Przejście prostą ulicą wydawało jej się wyzwaniem rzędu dżogingu po górach.
Wtedy zobaczyła obrzydliwy czerwony neon reklamujący na pół alei „Warsztat Zepsutych Głów – lombard”, co napełniło ją nadzieją, ale chyba bardziej znudziło.
Gdy popchnęła ciężkie szklane drzwi, dzwonek wypełnił pomieszczenie. Ucięte głowy stały w rzędach w jednej wielkiej szafie, ale resztę lokalu okupowały przeróżne przedmioty ukryte za brudnymi szybami. Eleganckie zegarki wskazywały błędne godziny. Potłuczone telefony nigdy nie dzwoniły. Kamery chroniły wspomnienia. Figurki Ganeszy uśmiechały się do spiżowych posążków Buddy.
Za ciężką przemysłową ladą, która w poprzednim życiu była stołem, stał korpulentny mężczyzna. Gdyby miał głowę, byłaby przerośniętą czerwoną dynią pokrytą brodą i rzadkimi włosami z nosem rodzaju kartoflowego.
– Dzień dobry, chciałabym sprzedać głowę.
Torebka zadrżała. Rozumiała, co się dzieje, i rzucała się jak ryba bez wody.
– Sprzedaż zamknięta.
– Słucham? Można zastawić?
Marfa chciała się uśmiechnąć.
– Można oddać do dzierżawy. Na wynajem. Na ile pani chciałaby ją oddać?
– Najlepiej na zawsze. Chciałabym się jej pozbyć za jak najwyższą cenę.
– Czy przedmiot ma dla pani jakąś wartość sentymentalną?
– Nie za bardzo. Tylko mi zagraca.
Miała wrażenie, że sprzedawca ją obserwuje, co było niemożliwe, gdyż nie miał oczu.
– Pani pokaże, co tam pani ma w tej głowie.
Postawiła siatkę na biurku, kiedy on nakładał plastikowe rękawiczki. Z szuflady wysunął się zestaw jednorazowych narzędzi zapakowany w szumiący woreczek. Mężczyzna pociągnął jej głowę za włosy, aż wyłoniła się z torebki, i postawił pod lampą. Chłodne światło padało agresywnie na farbowane włosy.
– Mmmm, oleju dużo tam pani wlała. Dwie magisterki? – zamruczał prawie z podziwem.
Przez chwilę poczuła dumę ze swojego życia, ale potem wróciła do rzeczywistości.
– Ha, to znacząco obniża wartość głowy.
– Słucham?
Przyjrzał się jej uszom, badawczo wtykał w nie druciki.
– A co pani tak niedosłyszy? Uszy ma akurat sprawne ten model. Wie pani, po ile chodzą takie głowy, co mają inżyniera? No, nieważne… To tak: dwie magisterki, pięć języków obcych, przeczytanych ponad pięć tysięcy książek… brak genetycznych obciążeń, białka jeszcze się pani nie przepaliły, widzę, że głowa też bez nałogów…
– Ile? Ile pan za nią da?
– Proszę pani, to jest sprawna, dobra głowa, ale niestety, no, niezbyt piękna.
Krew jej się zagotowała i apaszka przeciekła.
– Pan sobie chyba żartuje! Ja sprzedaję głowę, a pan mi imputuje, że jestem brzydka.
– Ja myślę o biznesie, ludzie nie chcą kupować brzydkich głów.
Marfa chciała splunąć, ale z oczywistych powodów nie mogła. Bulgotało w niej.
– Słyszałam, że przed sprzedażą głowy trzeba skonsultować się z psychologiem.
W nim też bulgotało, chociaż obstawiała, że to był śmiech.
– Ha, to dobre. Widzi tu pani jakiegoś?
Zmęczenie ścisnęło ją w ramionach i kostkach. Chciała położyć się na kanapie, przykryć narzutą i w końcu cieszyć się brakiem czegokolwiek na głowie.
– A myślała pani już o nakrętce?
– A co tu myśleć? Nie po to cięłam głowę, żeby myśleć.
– To co? Chce być pani głucha i ślepa?
Marfa pomyślała, że mężczyzna jest chamem i prostakiem, i że nikt już tak nie mówi, ale jego rubaszne bulgotanie sprawiło, że po prostu chciała zatopić się w pościeli.
– To był długi dzień. Możemy załatwić to szybko?
Wyjął błyszczący tablet. Włączył apkę z kalkulatorem. Zatrzymał dłoń w rękawiczce tuż nad ekranem, po czym wklepał kilka numerków.
– Dam pani tyle a tyle, dwadzieścia trzy procent watu.
– Zwariował pan?
– No dobrze, co myśli pani o takiej cenie?
Znowu podstawił pod szyję kalkulator i Marfa wzdrygnęła się, kiedy kropla krwi rozbiła się na powierzchni.
– Panie, przede wszystkim to na głowy nie ma watu. Rosicki zdjęła ostatnio, więc pan mi tu nie imputuje, że jest.
Dekolt się mu zaczerwienił, cały się wymalował jak budyń truskawkowy. Kurz oblepił ją ciasno, została eksponatem w muzeum.
– Przepraszam… – zachłysnął się. Nakrętka na szyi pulsowała niepokojąco, jakby miała zaraz pęknąć. – Rozumie pani, biznes is biznes, ja też muszę się jakoś utrzymać, czasy są, jakie są, lajf is hard, pani droga. Studiowała pani ekonomię, to pani wie.
Wojskowy zapał owinął Marfę wokół palca. Szła na wojnę o „tyle a tyle”. Nie zamierzała oddać się za darmo. Znała swoją wartość.
Marfa szarżowała tak, że prawie poślizgnęła się o zmurszałą, skrzypiącą podłogę. Zastanawiała się nad nasłaniem sanepidu do tego przybytku, ale najpierw musiała dostać pieniądze.
– Pani kochana, zrobimy tak, żeby pani była zadowolona. To przecież pani głowa, pani strata i zysk.
Sprzedawca przypominał kogoś z przeszłości, niejasny cień, cały utarg wydarzał się po raz kolejny. Może miała deża wu. Przeczytała w internecie, że to częsty skutek uboczny straty głowy: trzęsie się rzeczywistość i zaburzają się stany skupienia. Niektórzy specjalnie podcinali sobie szyję raz na jakiś czas, bo wtedy niósł ich taki haj, poruszał taki orgazm, że świat smakował słodko i pływali w czekoladzie.
Marfy nie niosło przez kortyzol, który nadnercza pchały w żyły, żeby mogła zmobilizować się i ugrać najlepszą cenę.
– Czy taka cena za głowę panią satysfakcjonuje? – Wklepał numerki na kalkulatorze. Normalnie pokręciłaby głową, ale musiała się odzwyczaić od takich nawyków. Uderzyła ręką w stół. Cienka warstwa tłuszczu osiadła na dłoni. Wytarła ją w dżinsy. – Co pani robi? Miała pani problemy z agresją przed zabiegiem czy to skutek uboczny?
– Nawet sobie pan nie wyobraża jakie – wysączyła powoli. Chciała przypominać żmiję. – Wypisz pan czek, zrób go dwadzieścia procent wyższy niż końcowa opcja i uprzejmie zniknę.
Lata współpracy z młodzieżą nauczyły ją skutecznej komunikacji, a nic nie było lepszą motywacją niż wyparowanie z czyjejś świadomości. Ponadto mimo że lata dwudzieste przeleciały szybko, pozostało w niej trochę tej buntowniczki, która bawiła się w Hiudż Dejta.
Gdyby mężczyzna miał twarz, oczy zwęziłyby się, a mięśnie napięły. Zgarbił się. Spod biurka wyciągnął metalowy kufer i reklamówkę. .Przepakował pieniądze do siatki i wcisnął w rękę Marfy.
– Po nakrętkę zapraszam do sklepu żony. Naprzeciwko – oznajmił. – Dziś wyłożę pani głowę na wystawę w oknie. Chce się pani pożegnać?
Ciężar dnia przygniatał jej kolana do kostek. Była białą kartką, człowiekiem z recyklingu.
– Trochę makabryczne, nie sądzi pan?
Prychnął tak, że nakrętka się zachwiała.
– Pani ucięła sobie krzywo łeb. Lepiej proszę ruszać szybko, bo widzę, że niedługo straci pani możliwość mówienia.
To, co Marfa widziała, coraz bardziej się chwiało. Bibeloty w lombardzie zamazywały się w maź brudu i hałasu. Wszystko przypominało błoto. Wzięła siatkę i nogi za pas. Lombard wypełnił się dźwiękiem dzwonka.