recenzje / IMPRESJE

Pisane światłem

Alina Świeściak

Esej Aliny Świeściak towarzyszący premierze książki Sylwetki i cienie Andrzeja Sosnowskiego, która ukazała się w Biurze Literackim 6 grudnia 2012 roku, a w wersji elektronicznej 24 października 2018 roku.

Sylwetki i Cienie_Okladka Biuro Literackie kup książkę na poezjem.pl

Andy Warchol przypisał Giorgiowi de Chirico rolę „wynalazcy” powtórzenia, uznał się też za jego spadkobiercę w tym zakresie, a więc kogoś, kto traktuje repetycję jako „metodę ekspresji samego siebie”[1]. Hołdem dla de Chirico są jego Cienie, które – w przeciwieństwie do tych produkowanych przez mistrza „melancholii ulicy” – nic już nie znaczą, oprócz końca przedstawienia.

Sylwetki i cienie – książka będąca efektem powtórzenia – prowokuje pytania podobne do tych, które stawiały Warcholowskie Cienie – wymagająca śledztwa, zaludniona zjawami, a ostatecznie wymuszająca abdykację przed „pustą tajemnicą”. To opowieść kogoś, komu „pomyliło się wszystko ze wszystkim” („REM”). Śledztwo nie może się więc zakończyć sukcesem. Nawet oglądanie Sylwetek… kadr po kadrze, jak w Powiększeniu, niewiele da. Bo to film pokręcony, wyjątkowo niespójny, nieutrzymujący równego tempa, puszczany najpierw w trybie rwanym, spowolnionym, potem przyspieszonym – właściwie to tylko dodatki do nieistniejącego filmu. Miejsce akcji mocno zamglone, niepokojąca dominacja nocy i nocnych cieni, bohaterów właściwie nie widać, tylko sylwetki. Symulują one stany frenetyczne i niepowstrzymany ruch, ale to tylko gra cieni.

***

Autor Sezonu na Helu przyzwyczaił nas do stanów, obrazów, gestów nieoczywistych i niepewnych. „Intensywne” bywają w jego poezji tylko zjawiska atmosferyczne – powodzie, pożary, wiatry, załamujące się tęcze – jednym słowem katastrofy, ale i te są zazwyczaj równoważone stanami mniej intensywnymi, właściwie niewyraźnymi, jak odbicia, odblaski, poświaty, pogłosy, powidoki. Bo katastrofa – kata-strofa – to, jak przypomina Victor I. Stoichita, zamęt. Język nazywający te wszystkie powodzio-pożogi powołuje do życia stygnące, nawet marznące, niepoddające się emocjom lub nachalnie pozorujące emocje słowa. Katastrofa językowa dokonuje się zawsze „gdzie indziej”, nie potrzebuje fajerwerków i jest zdarzeniem niemal niezauważalnym. Na efekt niewyraźności pracuje w tej poezji jeszcze wiele innych stanów i sytuacji, osiągających w końcu „degré zéro” – to bełkotliwe, oderwane, już tylko „materialne” dźwięki. Od dawna wiadomo, że autor Zoomu zaciera ślady, mnożąc ślady. Piszę o tym tylko dlatego, że tytuł nowego tomu Andrzeja Sosnowskiego, Sylwetki i cienie, uruchamia właśnie te wizualne, a związane z niewyraźnym, zapośredniczonym odbiorem skojarzenia. Uruchamia je nie po raz pierwszy, tym razem czyni z nich jednak motyw przewodni.

Cień i sylwetka – obrys cienia sylwetki – to mityczny początek malarstwa, a więc w jakimś sensie sztuki w ogóle. To również początek wspólnej drogi sztuki i złudzenia, które dobrze czują się w swoim towarzystwie także w poezji Andrzeja Sosnowskiego. W pierwszym wierszu Sylwetek… otrzymujemy zapowiedź tego, co nastąpi dalej:

Będzie ładna pożoga mórz i oceanów.
Będzie też ryba wielka, która zjada noc.
Lecz niczego nie można studiować prócz
nieszczęścia; szczęśliwi niezmiennie inaczej,
mes filles! mes reines! Nie krzycz. Jest też
w kanonie twoich olśnień Dominika.

Oto czekają nas więc iluminacje, iluzje i wybuchy. Il-lu(mina)tions. Iluminacje, które połknęły – jak ryba noc – iluzje, a więc wszelkie cienie, widma i blaski powstałe z wzajemnego uwikłania światła i ciemności. Nie będę chyba daleka od prawdy, jeżeli powiem, że słynny (i bardzo ważny dla Sosnowskiego) tekst Rimbauda stanowi coś w rodzaju ramy dla Sylwetek i cieni. Znajdziemy tu nie tylko Izabelę i Harar, pożogi, krzyki, rybę, panny i królowe, a także zakonne siostry, hotel Splendide, chorągiewki i kogutki, „żadnych zleceń”, ale i mnóstwo nieszczęścia. Niemal każdy tom Sosnowskiego można by czytać jako zarażoną Rimbaudem próbę dotarcia do granic doświadczenia i granic wyobraźni, „próbę intensywności”, jakiej podmiot poddaje język, świat i sam siebie. A równocześnie każdy jest gestem antyrimbaudowskim, bo znoszącym istotność jakichkolwiek mocnych gestów.

Gra z szaleństwem, poetyka „zawrotów głowy” to w najnowszym tomie rzeczy ważne, chociaż – jak zawsze – potraktowane ironicznie. Szalona podróż, o jakiej tutaj mowa, łączy w sobie straceńcze wypady Rimbauda z Rousselowską kpiną z podróży jako takiej. A jednak Iluminacje, poddane próbie wytrzymałości innych tekstów, tylko „zwiększają objętość”. Wchłaniają między innymi ponurą Mozartowską operę, znany już z poems tekst Shelleya i (głowę bym dała) najbardziej optymistyczny film Burtona. A także – to mocno ryzykowne – płytę Vana Morrisona (bo Dominika Sosnowskiego nie musi mieć nic wspólnego z bohaterem Domino, może być kimś zupełnie innym, na przykład dalekim echem – widmem – Hortensji Rimbauda lub dominikanina Eckharta).

Jak w Burtonowskim mieście Spectre (widmo) w Sylwetkach i cieniach wszystko jest złudne, wyjęte ze zwykłego czasoprzestrzennego układu, a równocześnie „prawdziwe”. Ich narrator, tak jak bohater Big Fish (nomen omen Edward Bloom), to „zawodowy” opowiadacz historii, w których prawda jest echem (widmem) fikcji. Te opowieści (u Burtona) wchłaniają mity, baśnie, legendy, romanse, ale i dramat samego „wynajętego” przez fikcję Blooma, jednym słowem nie mogą uwolnić się od wpływów. W wersji Sosnowskiego – raczej niefamilijnej, stanowczo mniej spójnej – nie znajdziemy oczywiście optymistycznego Burtonowskiego „przebicia” w kierunku rzeczywistości. Z miasta Spectre nie ma powrotu, jesteśmy „po seansie”. W wielu miejscach i czasach na raz, a także „po” miejscu i czasie, w wielu tekstach kultury i dawno poza nimi. Ale pytanie o to, gdzie i kiedy jesteśmy, nieustannie powraca.

Zaraz się okaże,
gdzie jesteśmy, w którym kinie, na jakiej
planecie, co to w ogóle za seans jest i co
dalej, jeśli dalej ma tu sens jakikolwiek

Rzecz jasna niewiele się okaże, ale będzie to miało sporo wspólnego z tzw. sensem. Właściwie wiemy tyle co zwykle – że jesteśmy „po seansie”, a seans był „po historiach”. I że ten koniec może trwać i trwać, a więc że mamy do czynienia z niekończącą się historią końca. Z cieniami, które od czasu do czasu przybierają postać sylwetek.

Fantomatyczność przedstawienia, tocząca się w sztuce gra z cieniem nastawiona jest na efekt taumaturgiczny, który tyleż ma wspólnego z uobecnianiem, ile z unieobecnianiem, polega więc na nierozstrzygalności, oscylowaniu pomiędzy cudem obecności a zręcznym manipulatorstwem. Ten „cud”, któremu wiersze Sosnowskiego przyglądają się od dawna, umożliwia, jak się okazało, interpretację postsekularną. Pretekstem do jej wszczęcia były poems, a konkretnie: użyty przez Sosnowskiego fragment poematu Shelleya. W Sylwetkach i cieniach znajdziemy nie tylko ten intrygujący badaczy finał Triumfu życia, ale cały rozbudowany system odniesień biblijnych.

Krytyczna lektura poems daje do myślenia, niektórzy interpretatorzy Sosnowskiego upominają się bowiem o „oznaki” życia, szukają wsparcia dla lektury „optymistycznej”. Punkty zaczepienia są oczywiście niepozorne, jak Shelleyowski „fałd” czy głos – postcielesne, postobecnościowe. W Sylwetkach i cieniach Sosnowski podjął, jak sądzę, dyskusję właśnie z tego rodzaju lekturą[2].

Przywoływane już pytanie o miejsce i sens należałoby w tym kontekście uznać za wariant pytania teologicznego: o człowieka i Boga. O efekt postsekularny może też być podejrzany dyskurs o świetle i ciemności, których emanacjami są właśnie sylwetki i cienie, oraz o duszy, która pojawia się na kartach Sylwetek… Poważne traktowanie tego „dyskursu” byłoby jednak przedsięwzięciem bardzo ryzykownym. Jeśli bowiem Sosnowskiego interesuje jakaś teologia, to „teologia cienia” – teologia negatywna, daleka od jednoznaczności, będąca domeną nieobecności. „Generalnie” – mówi Sosnowski w „Seansie po historiach” – „to nie są regaty, to nie dyskoteka,/ nie festyn upiorów, lecz widzenie/ srogie […]”. „Widzenie” nie potwierdza rzeczywistości, wręcz przeciwnie, jest przeciwstawione obecności. Również głos niczego nie potwierdza. „Głos Pana” nie może się wydostać – nie może się wydostać jego „Jestem”: „[…] zatrzymany blask słów Jam Pan, światło/ wygięte w łuk, w kabłąk, zduszone? […]”. Cóż zatem możemy powiedzieć o głosie Pana? Że przypomina głosy bębnów „całkiem ostrej” formacji Pan Jam? Albo Sex Pistols? Albo wręcz że nimi był (a „później spuścił z tonu”)? A więc Sylwetki i cienie jako popowa wersja Księgi Rodzaju. Oto jej dalsze zapisy: „A duch kiedyś ‚oscylował’ nad wodami/ i było dość uroczo, na starych folderach/ wczasy pod gruszą czy na Kantarydach -„. Oczywiście duch (z małej litery) nieźle wpisuje się w szeregi przemykających przez Sylwetki… widm, zjaw i cieni, a głos – zardzewiał na pustyni. „Zagadka głosu”, badana przy pomocy „uczonych w mowie”, musi pozostać nierozwiązana, jej źródło, jak u Nietzschego i Derridy, zawsze jest „gdzie indziej”, tajemnica jest pusta (Rimbaud). Zamiast odpowiedzi mamy odkształcenia, modulacje, interferencje – pytania. Sam głos można by tu więc opisywać za pomocą narzędzi topologicznych – w jakimś sensie głos Boga, Pan Jam, Sex Pistols, Maanam, głos Szatana czy Don Giovanniego to topologiczne warianty Głosu, raczej jednak unieobecniające niż uobecniające. „To, co jest czymś, to jest również niczym” – Mistrz Eckhart dixit[3]. Topologie głosu zrównują związane z nim przygodnie byty, czasy i przestrzenie jego światowych i zaświatowych podróży. Wszystkie one zachowują zresztą status negatywności. Z „mistrzem strat i panem pomst” Disasterem na czele. Uczona Agata, upominająca się o „oznaki życia”, zostaje zawrócona na pustynię, ale tę pozostającą „Poza niebem, które można pokazywać,/ Poza niebem, które można ponazywać”, a zwolennicy prawdy głosu muszą zadowolić się pogłosami. „Fałd”, będący echem Shelleyowskiego „Happy those two for whom the fold of” – i mający w interpretacji Bielik-Robson stanowić właśnie przejaw czystego bycia – zostaje poddany testowi pięciu pytań i, można rzec, wyczyszczony z życia.

Ta Wielka Improwizacja wcielającego się głosu kończy się, jak przystało na Wielką Improwizację, uchylonym bluźnierstwem – zironizowanym darem, podaną dłonią, słodkim śpiewem. Pozorny to jednak „triumf życia”. Po pierwsze dlatego, że Don Giovanni, który podaje dłoń, skończy w śmiertelnych objęciach „kolosa”, po drugie dlatego, że Exodus nie znajduje finału w Ziemi obiecanej. „Śpiewem na wyjście” „Sumy po seansach” są śmiech i sen, a jej scenerią noc.

Centralnym miejscem Sylwetek i cieni jako przypowieści postsekularnej byłby tytułowy tekst tomu, zawierający „rozważania” o świetle i ciemności. W grze dnia i nocy, światła i ciemności wygrywa noc jako ta, w której „nie występuje obecność”, a czas”już się nie udziela”, staje się bezużyteczny, „Nie do wzięcia!”. W tym miejscu też po raz pierwszy (i jedyny) pojawia się dusza, która „nie ma sylwetki, więc nie rzuca cienia”. Nic prostszego niż uznać w owej bezcielesnej, a właściwie „bezsylwetkowej” duszy prawdziwy „triumf życia”. Nawet jeżeli jest to dusza „resztkowa” i jedyne, co poświadcza, to brak. Chyba jednak nie tędy droga.

A którędy? Przez krótką historię cienia. Cień w malarstwie przez wieki potwierdzał obecność, był kopią rzeczy (od Platona); jak przypomina Victor I. Stoichita, oznaczał również samą duszę[4]. Stwierdzenie, że „Dusza nie ma sylwetki, więc nie rzuca cienia”, to nie tylko unieważnienie jej jako bytu, któremu przysługuje obecność, to także wpisanie jej w szereg innych bytów bez obecności, a więc wampirycznych. Zresztą jedynych „prawdziwych” bytów w poezji Sosnowskiego. Stąd może prymat nocy w Sylwetkach i cieniach – tylko ona daje życie wampirycznym cieniom. W jakiejś mierze dlatego, że czas „się już nie udziela”. Jak wynika z lektury Krótkiej historii cienia, cień w nocy („cień ognia”) ma dużo większą moc niż ten dzienny, który „wyznacza pewną chwilę i nic ponadto”[5]. W nocy odrywa się od naturalnego upływu czasu, jest nawet w stanie zatrzymać jego bieg. To jednak znowu byłaby „optymistyczna wersja nocy”, proponująca jakieś „dalsze życie”, a u Sosnowskiego „dalsze” oznacza jedynie widmowo-wampiryczne, prawie nieobecne, a jednak pasożytnicze – żadnego optymizmu. Podobno cienie nocne pokazują drugie „ja” człowieka, to będące negatywem dziennego, a często są wręcz autonomizującym się złem[6], jak w przywołanym w poems Gabinecie doctora Caligari Wienego. I tu jesteśmy już bliżej Sosnowskiego, tyle że by mówić o drugim „ja” należałoby wskazać pierwsze, a tutaj go nie znajdziemy.

Tekst, którego motto pochodzi z Iluminacji Rimbauda, nie proponuje rzecz jasna żadnej klarownej filozofii cienia. Posłannictwo jego – by skorzystać ze znanego stwierdzenia Riviere’a na temat Rimbauda – polega raczej na tym, by nas dezorientować[7]. Zaczyna się od ironicznego cienia/odbicia („Ty chyba widzisz już podwójnie”) i kończy na „odbiciu” ironicznym wielokrotnie („Tak więc znów przychodzi nam sławić noc wesoło na wyciszonym zadupiu po dwustu latach zawracania głowy jakimś tam przewrotem; jaki wstyd?”). Najwyraźniej powinno nam się już zacząć odbijać wszystkimi mitami nowoczesności, również tymi sekularnymi, a nawet postsekularnymi („Jakże frenetycznie infantylny ten Twój triumfujący egipt, siostro”). Cała nadzieja w powracającym, „kunsztownie muzykującym” imperium (które straszy, że będzie kontratakować), na inną niestety nie można liczyć. Bo na pewno nie daje jej tak zatytułowane – Nadzieja – zakończenie Sylwetek i cieni. Ponieważ jest ono triumfalnym powrotem Baudelaire’owsko-de Manowskiej ironii, od której nie ma ucieczki, jak tylko na wyższy poziom ironii. Ale jako że wyższe poziomy ciągle są do osiągnięcia, opowieść może toczyć się dalej.

Stwierdzenie, że ironia jest w Sylwetkach i cieniach głównym mechanizmem tekstowym, bynajmniej nie zaskakuje. Wchłania ona tutaj właściwie wszystko – Iluminacje i inne iluminacje – biblijne opisy stworzenia (które wszak zaczęło się od oddzielenia światła od ciemności), estetyczny dyskurs o roli światła i cienia w sztuce, historie katastrof z udziałem tychże (tym razem uprzywilejowane będą eksplozje), dyskursy postsekularne, a także ich popkulturowe „cienie”. Co z tego wynika? Że światło i cień świetnie nadają się na bohaterów każdej z tych opowieści? Że nie trzeba ich (post)sekularnie monopolizować i monumentalizować? Że nie należy stawiać takich pytań?

***

Na pytanie Grzegorza Jankowicza o możliwości pisania „po tęczy” – a właściwie po „po tęczy” – czyli po doprowadzeniu do końca projektu zamknięcia „pewnych sposobów pisania”, Sosnowski odpowiada, że pojawią się inne porządki: „[…] trzeba powiedzieć coś inaczej. To znaczy w innym porządku, który zawsze można sobie skonstruować”[8]. A Majeranowi i Zdrodowskiemu na pytanie o to samo, ale w odniesieniu do Gdzie koniec tęczy nie dotyka ziemi, odpowiada jeszcze figlarniej: „Z lusterkiem, na krze, w ujściu rzeki”9. To prawdziwy kłopot – Sosnowski mówi o nowych porządkach, a krytyka nieustannie eksploatuje te same chwyty, kolejną książkę włącza w stare obiegi. Obawiam się, że tak będzie (a nawet już jest) i tym razem. Po pierwsze dlatego – to asekuracja – że „porządek” odsyła do kombinatoryki, nowa jakość jest tu pochodną zmienionego układu, a nie nowych danych; po drugie – wiem, to żadne usprawiedliwienie – nowe języki krytyczne nie pojawiają się z częstotliwością katastrof, szczególnie tych z wierszy Sosnowskiego, które stanowczo straciły na wyjątkowości. Co gorsza, można odnieść wrażenie, że Sosnowski uważniej czyta krytyków i badaczy swojej twórczości niż ci ostatni jego. I chyba żywiej na nich reaguje. Dowodem Sylwetki i cienie.


[1] Cyt. za V. I. Stoichita, Krótka historia cienia, przeł. P. Nowakowski, Universitas, Kraków 2001, s.200.
[2] Mam na myśli przede wszystkim dwa teksty zamieszczone w tomie Wiersze na głos. Szkice o twórczości Andrzeja Sosnowskiego (WBPiCAK, Poznań 2010): „A Poem Should Not Mean But Live. Oznaki życia późnej poezji Andrzeja Sosnowskiego” Agaty Bielik-Robson i „Mutacja” Jacka Gutorowa.
[3] Cyt. za P. Augustyniak, Bóg Mistrza Eckharta wobec Nietzscheańskiej krytyki chrześcijaństwa [http://argumentwp.vipserv.org/wp-content/uploads/2012/pdf/04_argument-2-augustyniak.pdf – dostęp: 25.11.2012].
[4] Zob. V.I. Stoichita, Krótka historia cienia…, s. 151-153.
[5] Tamże, s. 20.
[6] Zob. tamże, s. 143-146.
[7] Cyt. za H. Friedrich, Struktura nowoczesnej liryki, przeł. E. Feliksiak, PIW, Warszawa 1978, s. 90.
[8] Niewielki odwet na prawdziwym życiu, w: Trop w trop, rozmowy z Andrzejem Sosnowskim, wybór, oprac. i wstęp G. Jankowicz, Biuro Literackie, Wrocław 2010.[9] Z lusterkiem, na krze, w ujściu rzeki, tamże.

powiązania

05_RECENZJE__Andrzej SOSNOWSKI__REM (początek)

REM (początek)

recenzje / KOMENTARZE Andrzej Sosnowski

Autorski komentarz Andrzeja Sosnowskiego do książki Sylwetki i cienie, która ukazała się w Biurze Literackim 6 grudnia 2012 roku, a w wersji elektronicznej 24 października 2018 roku. Książka ukazuje się w ramach akcji „Poezja z nagrodami”.

WIĘCEJ
DEBATY_Sylwetki-i-cienie

Poetyka ekstremalna

recenzje / IMPRESJE Jerzy Madejski

Esej Jerzego Madejskiego towarzyszący premierze książki Sylwetki i cienie Andrzeja Sosnowskiego.

WIĘCEJ
DEBATY_Sylwetki-i-cienie

Piosenka po końcu świata, czyli Sosnowski dzieckiem podszyty

recenzje / ESEJE Inez Okulska

Recenzja Inez Okulskiej z książki Sylwetki i cienie Andrzeja Sosnowskiego.

WIĘCEJ