teksty / Esej

Jak zacząć od początku

Bartłomiej Bielas

Recenzja Bartłomieja Bielasa, towarzysząca premierze książki Destrukcja Stanislava Bilera w tłumaczeniu Anny Maślanki, wydanej w Biurze Literackim 7 kwietnia 2026 roku.

Biuro Literackie kup książkę na poezjem.pl

2. „żad­ne nie­wia­do­me nie ist­nie­ją”

W cze­skiej powie­ści Destruk­cja Sta­ni­sla­va Bile­ra tytu­ła­mi roz­dzia­łów są licz­by natu­ral­ne więk­sze od jeden, posia­da­ją­ce tyl­ko dwa dziel­ni­ki – jeden oraz samą sie­bie. Obec­ność liczb-tytu­łów intry­gu­je czy­tel­ni­ka: poja­wia­ją się w spo­sób nie­re­gu­lar­ny, nie pod­da­ją się łatwym prze­wi­dy­wa­niom, a zasa­da ich roz­miesz­cze­nia pozo­sta­je – przy­naj­mniej czę­ścio­wo – zagad­ko­wa. Pomi­mo tego da się stwier­dzić przy­naj­mniej tyle, że zbiór tych liczb nie ma koń­ca. Dzię­ki swo­jej wsob­no­ści, nie­po­dziel­no­ści i nie­skoń­czo­no­ści mogą być potrak­to­wa­ne jako rudy­men­tar­ny skład­nik mate­ma­tycz­ne­go świa­ta. W ich kon­dy­cji pobrzmie­wa coś z kon­dy­cji czło­wie­ka: wymy­ka się ona usze­re­go­wa­niu, opi­sa­niu i wpi­sa­niu w trwa­ły układ, pozo­sta­jąc cał­ko­wi­cie nie­re­du­ko­wal­ną, nie­roz­kła­dal­ną i samot­ną.

3. „bło­to, krew i szra­my”

Jest to zara­zem por­tret kon­dy­cji głów­ne­go boha­te­ra powie­ści, bez­i­mien­ne­go (do pew­ne­go momen­tu) nauczy­cie­la. U. funk­cjo­nu­je w sta­nie cią­głe­go prze­ra­że­nia – to wła­śnie ono spra­wia, że nie­ustan­nie się poty­ka, a każ­de potknię­cie ozna­cza bole­sne zde­rze­nie z mate­rial­no­ścią świa­ta. Z cza­sem jego twarz sta­je się świa­dec­twem licz­nych starć z bez­względ­ny­mi pra­wa­mi fizy­ki. Prze­ra­ża go rze­czy­wi­stość, prze­ra­ża go brak zro­zu­mie­nia, lecz być może jesz­cze bar­dziej samo zro­zu­mie­nie. Nie potra­fi nazwać wła­snej nie­wie­dzy, ale prze­czu­wa, że bra­ku­je mu cze­goś zasad­ni­cze­go. Udrę­ką sta­je się dla nie­go zarów­no pręd­kość obro­tu pla­net, jak i kosmicz­na per­spek­ty­wa, lecz naj­bar­dziej doj­mu­ją­ca oka­zu­je się tajem­ni­ca spo­łecz­ne­go ist­nie­nia. Drży, ponie­waż chciał­by odna­leźć swo­je miej­sce w sze­re­gu, wkom­po­no­wać się w jakiś porzą­dek, uchwy­cić jakieś swo­je „teraz” i jakieś wła­sne „tu”.

5. „kie­dy otwie­rać okno”

Wyjeż­dża z mia­sta na wieś, wie­rząc, że tam wła­śnie odnaj­dzie swo­je bez­piecz­ne i pro­ste miej­sce, upra­gnio­ny ład, któ­ry moż­na wyra­zić rów­na­niem 2+2=4. U. chce stać się kimś poli­czal­nym poprzez sumę codzien­nych dzia­łań. Jest to marze­nie o sta­niu się banal­nym, o banal­no­ści: o kosze­niu tra­wy o wła­ści­wej porze, otwie­ra­niu okna wte­dy, gdy robią to inni, i nie­na­gan­nym gra­bie­niu liści. Marzy o umie­jęt­no­ści wybie­ra­nia pro­duk­tów spo­żyw­czych bez waha­nia; bez oglą­da­nia się na cier­pie­nie zwie­rząt w uboj­niach czy na spo­łecz­ne kosz­ty pro­duk­cji żyw­no­ści. Naj­pro­ściej rzecz ujmu­jąc, chce być zaak­cep­to­wa­ny, nale­żeć do wspól­no­ty, stać się takim jak wszy­scy i, jak oni, nauczyć się obo­jęt­no­ści. Nie­ste­ty, to się U. nie uda­je.

7. „na wsi jest inna moral­ność”

Wiej­ska uto­pia pęka – podob­nie jak mury szko­ły i pobli­skie zabu­do­wa­nia roz­grza­ne słoń­cem – pod cię­ża­rem wciąż odsła­nia­ją­cej się prze­mo­cy, lokal­nych ukła­dów, zbio­ro­we­go stra­chu, nara­sta­ją­cych ura­zów i wro­go­ści, wobec tego, co obce i przy­cho­dzi spo­za wsi. Sie­lan­ko­wość tej prze­strze­ni oka­zu­je się dusz­na, przy­tła­cza­ją­ca i od daw­na mar­twa: każ­dy jest tu jed­no­cze­śnie podej­rza­nym i oskar­żo­nym, każ­dy pil­nu­je swo­je­go, ale też nie prze­sta­je bacz­nie obser­wo­wać sąsia­da. Gwałt na dziec­ku może zostać zigno­ro­wa­ny, zaś zwy­kły spa­cer po wsi budzi nie­po­kój i zgor­sze­nie. Prze­moc domo­wa sta­no­wi codzien­ność, ale roz­mo­wa o niej już nie. Bo wieś ma swo­je zasa­dy. Żela­zne, twar­de, para­no­icz­nie kon­se­kwent­ne. Zasa­dy są nie­zbęd­ne, bo bez nich inwe­sto­rzy mogli­by się wyco­fać, a wiej­ska duma – fabry­ka – zosta­ła­by zamknię­ta.

11. „dyrek­tor fabry­ki, ten to jest zło­ty czło­wiek”

To wła­śnie ona wzno­si się nad wsią niczym zamek. Wysy­sa wodę z zie­mi i wital­ność z miesz­kań­ców. Prze­twa­rza to, co żywe, w nie­zna­ny, inno­wa­cyj­ny pro­dukt, a w zamian toczy tru­ci­znę, powo­li prze­są­cza­ją­cą się do gle­by i ludz­kich ciał. Pozo­sta­wia po sobie wyja­ło­wio­ne pola, mar­twe lasy, ska­zu­jąc wszyst­ko w oko­li­cy na powol­ną ago­nię. Ale za pośred­nic­twem dyrek­to­ra budu­je wła­sną mito­lo­gię – opo­wieść o wła­snej koniecz­no­ści, nie­za­stą­pio­no­ści i natu­ral­nym pra­wie do ist­nie­nia. Jest straż­nicz­ką wsi, zna­kiem ska­żo­ne­go dobro­by­tu oraz bez­płod­nej obfi­to­ści. Jej dobroć jest nie do prze­ce­nie­nia: roz­da­je dzie­ciom ołów­ki z gum­ką i przede wszyst­kim zapew­nia pra­cę całym poko­le­niom. Bez niej wieś daw­no by upa­dła; bez niej nie było­by nic i bez niej nie było­by dobrze.

13. „też się powie­sił”

A prze­cież wszyst­ko ma się tu dobrze – tak dobrze, że nie­mal każ­dy chciał­by się powie­sić, i na samych samo­bój­czych fan­ta­zjach się nie koń­czy. Wieś nosi na sobie pięt­no śmier­ci wyra­sta­ją­cej z alko­ho­li­zmu, traum, wza­jem­nej nie­na­wi­ści, samot­no­ści i bólu. Ale w isto­cie nie ma o czym mówić: wójt pochło­nię­ty jest ner­wo­wym myciem samo­cho­du, dyrek­tor szko­ły mastur­ba­cją w gara­żu, dyrek­tor fabry­ki pil­no­wa­niem noto­wań gieł­do­wych. A inni miesz­kań­cy zaję­ci są sobą, to zna­czy: naj­czę­ściej biciem z tro­ski swo­ich dzie­ci i piciem, żeby tę tro­skę okieł­znać. Choć wszyst­kich prze­ni­ka ner­wo­wość, ofi­cjal­nie nie ist­nie­je we wsi żaden powód do stre­su. Tyl­ko dzie­ci jesz­cze jakoś pró­bu­ją osło­nić się przed świa­tem, któ­ry wtła­cza je w sie­bie i kształ­tu­je na wła­sny obraz. „Gów­no” – mówi uczen­ni­ca, odrzu­ca­jąc ruiny świa­ta hoj­nie prze­ka­za­ne­go jej przez doro­słych.

17, 19. „nie będzie łatwo zacząć zupeł­nie od nowa”

Te kil­ka tro­pów inter­pre­ta­cyj­nych, uję­tych w for­mie para­gra­fów, z pew­no­ścią nie wyczer­pu­je sen­sów powie­ści. Książ­ka Bile­ra pro­po­nu­je gro­te­sko­wy, a zara­zem zaan­ga­żo­wa­ny roz­ra­chu­nek z póź­nym kapi­ta­li­zmem, z domi­na­cją logi­ki zysku i fan­ta­zma­tem wiecz­nej pro­duk­cji. Destruk­cja jest zara­zem lite­ra­tu­rą o oso­bi­stej odpo­wie­dzial­no­ści i o powszech­nej zgo­dzie na prze­moc; a więc lite­ra­tu­rą, któ­ra bun­tu­je się wobec bez­re­flek­syj­ne­go przy­zwo­le­nia na to, co dzie­je się wokół.

Iro­nicz­na, gorz­ka, chwi­la­mi absur­dal­na histo­ria nauczy­cie­la sta­ra się uchwy­cić roz­pad zna­ne­go nam świa­ta. Dys­funk­cje spo­łecz­ne nie ogra­ni­cza­ją się tu do pro­win­cjo­nal­nej, cze­skiej wsi; Biler zmie­rza raczej ku opo­wie­ści o wymia­rze uni­wer­sal­nym, pró­bu­jąc ziden­ty­fi­ko­wać i nazwać destruk­cję oraz bez­wład spy­cha­ją­ce współ­cze­sność ku gra­ni­cy, zza któ­rej nie będzie już powro­tu.

Jest to rów­nież – i może przede wszyst­kim – suge­stia, jak w świe­cie destruk­cyj­nej banal­no­ści oca­lić sie­bie oraz odna­leźć powta­rzal­ną nie­po­wta­rzal­ność wła­snej indy­wi­du­al­no­ści – takiej, któ­ra nie spro­wa­dza się do kon­for­mi­stycz­nej par­ty­cy­pa­cji, lecz wyra­ża się w świa­do­mym zaan­ga­żo­wa­niu we współ­two­rzo­ny świat, choć­by naj­bar­dziej lokal­ny.

Osta­tecz­nie, mimo wszyst­ko, jest to opo­wieść o tym, jak zacząć od począt­ku.

O autorze

Bartłomiej Bielas

Urodzony w 1992 roku. Doktorant w Instytucie Literaturoznawstwa Uniwersytetu Śląskiego. Naukowo zajmuje się polską prozą pacyfistyczną w dwudziestoleciu międzywojennym. Mieszka w Tychach.

Powiązania

Żaden koniec nie jest definitywny

wywiady / o książce Anna Maślanka Stanislav Biler

Roz­mo­wa Anny Maślan­ki ze Sta­ni­sla­vem Bile­rem, towa­rzy­szą­ca pre­mie­rze książ­ki Sta­ni­sla­va Bile­ra Destruk­cja w tłu­ma­cze­niu Anny Maślan­ki, wyda­nej w Biu­rze Lite­rac­kim 7 kwiet­nia 2026 roku.

Więcej