Od tłumaczki
Joanna Przasnyska-Błachnio
Impresja Joanny Przasnyskiej-Błachnio, towarzysząca premierze książki Jill Philipa Larkina w przekładzie Joanny Przasnyskiej-Błachnio i Jacka Dehnela, wydanej w Biurze Literackim 8 września 2026 roku.
Biuro Literackie
kup książkę na poezjem.pl
Przekład debiutanckiej powieści Philipa Larkina, który oddaję do rąk czytelniczek i czytelników, wziął się z zaciekawienia i nieufności. Nieufności wobec rozpoznań krytyków, którzy w 2008 roku, gdy powstawały pierwsze strony pierwotnej wersji tłumaczenia Jill, wciąż niemal jednogłośnie określali twórczość prozatorską Larkina jako juwenilia, interesujące tylko dlatego, że ich autorem był wspaniały poeta. Ciekawiło mnie natomiast, dlaczego z pozoru nieskomplikowana narracyjnie, realistyczna powieść o do bólu nieśmiałym chłopaku z klasy ludowej, który przeżywa (wyobrażone) wzloty i (rzeczywiste) upadki w pierwszych tygodniach nowego życia w wojennym Oksfordzie, jawi mi się jako tak intrygująca, że raz po raz do niej wracam.
Wprawdzie pojawiały się już wówczas pierwsze zdania odrębne od stanowiska, jakoby nie istniała ciągłość pomiędzy młodzieńczą prozą a dojrzałą poezją Larkina (dość wspomnieć Philip Larkin: Subversive Writer Stephena Coopera z 2004 roku, gdzie powieści Larkina analizowane są równie wnikliwie jak jego najbardziej znane wiersze). Nadal jednak dominowało przekonanie, które ze szczególną żarliwością wyraził Richard Palmer: „(…) aż do późnych lat 40. ani w prozie, ani w poezji Larkina nie znajdujemy niczego, co zasługiwałoby na uwagę. Naprawdę niezwykłą – wręcz unikatową – cechą wczesnej twórczości Larkina (…) jest to, że w najmniejszym nawet stopniu nie zapowiada ona poezji, która miała powstać później (…)”[1].
Teza tyleż kategoryczna, co zdumiewająca – a z pewnością całkowicie sprzeczna z moim własnym czytelniczym doświadczeniem. Od pierwszej lektury (powtarzanej później jeszcze kilkakrotnie w ramach przygotowań do obrony magisterium na warszawskiej anglistyce) słyszałam bowiem w Jill ten sam ton i dostrzegałam pełne spektrum motywów, tak dobrze znanych z trzech tomów poezji, które tworzą podstawowy larkinowski kanon. Ironia, (cierpki) humor, nieufność wobec złudzeń i głęboka niechęć do frazesu, przeplatające się z niespodziewaną czułością wobec świata (a czasem nawet ludzi); bardzo świadome i swoiste operowanie językiem, piętrowe niedookreślenia – wszystko to odnajduję w Jill, czasem już ukształtowane, a niekiedy w zalążku (co nie dziwi, zważywszy, że gdy powieść się ukazała, Larkin miał dwadzieścia cztery lata). Kiedy blisko dekadę temu Jacek Dehnel publikował swój przekład Zimowego królestwa, napisał zdanie, które można odnieść także do Jill: „Niektóre strony powieści zawierają w sobie ukryte całostki (…), które z powodzeniem mogłyby rywalizować z najlepszymi wierszami Larkina”[2].
Intuicja, że między prozą a wierszami Larkina istnieje ciągłość, jest zresztą zbieżna ze zdaniem samego pisarza, który w liście do Jamesa Ballarda Suttona, przyjaciela ze szkoły średniej i studenta malarstwa, któremu Jill jest dedykowana, stwierdził, że „powieść powinna być rozproszonym wierszem”[3]. I chociaż autor Wysokich okien zakładał różne maski, a czytelników uwielbiał wyprowadzać w pole, akurat to jego zdanie można przyjąć bez zastrzeżeń – powtórzył je bowiem (w lustrzanym odbiciu) w wywiadzie dla „The Paris Review”, wiele lat po tym, jak zarzucił pisanie prozy: „Długi wiersz byłby dla mnie powieścią” (przeł. Anna Arno)[4].
Przyjrzyjmy się w tym kontekście otwierającej Jill scenie w pociągu. Po pierwszych dwóch akapitach, które płyną w tak transowym rytmie, że można zapomnieć, jak melancholijny (a miejscami przygnębiający) wyłania się z nich obraz, następuje (tragi)komiczny opis nieudanego lunchu, po czym nastrój nerwowej melancholii powraca. (Trójdzielna struktura tej sceny odpowiada zresztą budowie całej powieści. Wprawdzie Jill nie dzieli się na trzy części tak wyraźnie jak Zimowe królestwo, ale główna, oksfordzka narracja zostaje przerwana mniej więcej w połowie opowiadaniem o tytułowej bohaterce i fragmentami jej dzienników). Gdy słyszy się hasło „scena w pociągu”, trudno nie myśleć o jednym z najpopularniejszych, a zarazem najbardziej złożonych i tajemniczych wierszy Larkina – „Weselach w Zielone Świątki”. John Osborne, który Larkina uznaje już nie tylko za poetę „dywersyjnego”, ale wprost radykalnego (Radical Larkin. Seven Types of Technical Mastery, 2014), drobiazgowo ukazuje, jak wiele ten utwór czerpie z Jill i Zimowego królestwa. Można też pomyśleć o innym kolejowym dialogu: tym pomiędzy sceną powrotu ze zbombardowanego Huddlesford do Oksfordu a wierszem „Pomnę, pomnę” – oba stanowią rozliczenie z dzieciństwem.
W warstwie fabularnej Jill wydaje się nieskomplikowaną opowieścią: John Kemp, nieśmiały osiemnastolatek z klasy ludowej, po raz pierwszy opuszcza rodzinne miasto na północy Anglii i przybywa do Oksfordu jako stypendysta. W nowym środowisku przedstawicieli wyższej (?) klasy średniej czuje się wyobcowany, a współlokator, uosabiający stereotypową męskość Christopher Warner, na przemian go przeraża, fascynuje i odstręcza. Wreszcie, gdy staje się jasne, że marzenia o przyjaźni z Christopherem to mrzonka, John, chcąc wzbudzić w nim zazdrość, wymyśla młodszą siostrę, Jill. Fantazja stopniowo opanowuje jego wyobraźnię – a gdy przypadkowo spotyka dziewczynę uderzająco podobną do Jill, usiłuje zamienić marzenie w rzeczywistość – z wiadomym skutkiem.
Rytm i struktura „rozproszonego wiersza” sprawiają jednak, że rozchwianiu ulegają wszelkie definicje i klasyfikacje gatunkowe, które chciałoby się Jill narzucić. Jeśli debiutancka powieść Larkina jest Bildungsroman, to bardzo specyficzną – bo dopiero co nabyta samoświadomość wprawdzie popycha Johna do działania, ale ostatecznie prowadzi go do cna negatywnych wniosków. Co więcej, przed przyjazdem do Oksfordu John jawi się jako czysta kartka – Larkin, dla którego szczegół był podstawowym budulcem zarówno wierszy, jak i prozy, nie pisze ani słowa o tym, czym żył jego bohater w dzieciństwie i okresie dojrzewania. Wiadomo jedynie, że rodzice kochają go i wspierają – ale i tak boryka się z paraliżującą nieśmiałością, a jedyny kandydat na mentora – nauczyciel angielskiego w szkole średniej – jest postacią raczej groteskową.
Nie można też Jill nazwać opowieścią o narodzinach artysty, bo choć John poznaje siebie poprzez pisanie, to w finale powieści niszczy część tego, co napisał. Wojna jest u Larkina swoistą nieobecną obecnością – chociaż przejawia się w rytuale codziennego zaciemniania okien i wiecznych kłopotach z jedzeniem (bohaterom dany jest wprawdzie luksus trzech posiłków dziennie, ale i tak można odnieść wrażenie, że najczęściej jedzą podwieczorki, a na podwieczorki ciastka, czyli puste kalorie), to Oksford Johna Kempa (w odróżnieniu od Oksfordu Larkina, którego koledzy po kolei trafiali na front) wciąż jest pełen młodych mężczyzn, a w wojsku służą ci, którzy są w powieści jedynie wzmiankowani. Dziewiętnastoletni Larkin, w napięciu czekający na badanie lekarskie przed komisją poborową (ostatecznie zwolniono go ze służby ze względu na słaby wzrok), pisał do Suttona: „Chcę udawać, że tego nie ma; że nie toczy się żadna wojna”[5]. Nawet obrazy zbombardowanego Huddlesford są tyleż opisem zniszczeń, co odzwierciedleniem stanu ducha Johna. Ważną rolę odgrywają w Jill wątki klasowe, ale trudno byłoby ją uznać za powieść społeczną czy polityczną.
Wreszcie Jill mogłaby być opowieścią o rodzącym się uczuciu chłopaka do dziewczyny – ale, po pierwsze, dziewczyna jest wytworem fantazji, a o tej, która miałaby fantazję ucieleśniać, wiadomo tak niewiele, że sama jest obecnością po trosze fantomową. Po drugie, „to niepewne uczucie”, które rodzi się w Johnie, bardzo długo pozostaje ledwie uświadomione, a nazwane zostaje dopiero wtedy, gdy bohater leży z gorączką w ambulatorium. To, jak tłumi i wypiera swoje pragnienia, widać doskonale w opisach ustawicznych podwieczorków – ciastka dostarczają zastępczej zmysłowej przyjemności, ale są mało pożywne. Co więcej, tworząc postać Johna, Larkin raz po raz kontestuje to, co James Booth, autor jego najnowszej biografii, nazywa zwięźle „ponurą heteroseksualną rzeczywistością”. Gdy Christopher beznamiętnie snuje plany uwiedzenia Elizabeth, John przeżywa wstrząs; niedowierzaniem i odrazą reaguje też na uprzedmiotowiający język, jakim koledzy Christophera mówią o nastoletniej Gillian. I chociaż w finale powieści ponosi porażkę w starciu z ponurą heteroseksualną rzeczywistością (całuje Gillian po pijanemu i bez jej zgody), udaje mu się stworzyć obszar, do którego owa rzeczywistość nie ma dostępu.
Brytyjczycy, z którymi rozmawiałam, na ogół uważają opowiadanie o Jill i jej dziennik za najsłabszą literacko część powieści, wskazując, że rozbija ona ciągłość narracji. (Taki zarzut ma jednak sens tylko przy założeniu, że Jill jest w zamyśle prozą o linearnej strukturze, a nie celowo, choć subtelnie, pokawałkowaną całością – a to nie jest wcale takie pewne, zważywszy, jak często powraca w niej motyw spustoszenia albo wręcz pustki – od „pustego wzroku” Christophera i Johna aż po scenę, w której John dewastuje pokój Whitbreada). A jednak, pisząc o żeńskiej szkole, przyglądając się dziewczyńskiej przyjaźni od serca i fascynacji starszą koleżanką, a w końcu stając się Jill za pośrednictwem jej dziennika, John nie tylko kształtuje swoje twórcze „ja”, ale też szuka dla siebie alternatywnej formy istnienia (proponuję taki termin zamiast nadużywanego, a przez to coraz bardziej wyzutego z treści słowa „tożsamość”). Brutalna i pozornie pewna siebie męskość Christophera fascynuje, a chwilami wręcz pociąga Johna – ale bohater Larkina dość szybko zdaje sobie sprawę, że nie jest to wzorzec dla niego.
Queerowe (termin ten rozumiem tu szerzej niż tylko w kontekście seksualności, jako niemieszczący się w żadnych ramach sposób bycia) zapiski Johna są istotne z jeszcze jednego powodu: stanowią odprysk świata, w którym, przystępując do pisania Jill, Larkin przebywał już od kilku miesięcy. Wiosną i latem 1943 roku pracował nad wierszami i prozą pisanymi pod żeńskim pseudonimem Brunette Coleman, w tym nowelą Kłopoty w Willow Gables[6]. Pisanie jako Brunette to ze strony Larkina nie tylko eskapistyczny gest – próba odcięcia się od wojennych realiów, stworzenie przeciwwagi dla własnej nieśmiałości i braku doświadczenia w seksie. Jak zauważa James Booth, stworzenie kobiecej persony stanowi także „radykalną strategię literacką”. Silna obecność wątków lesbijskich w Kłopotach… (i ich nieukończonej kontynuacji, Michaelmas Term at St. Bride’s) sprawiła, że przez lata uważano te utwory za frywolne błahostki (albo wprost lekceważono jako pornografię). Tymczasem, jeśli weźmiemy pod uwagę, że wcześniej Larkin zaczytywał się Audenem, Yeatsem i D.H. Lawrencem, fakt, że na tym etapie swojej twórczości inspirował się między innymi Virginią Woolf (przywołaną expressis verbis w autobiografii Brunette) czy Katherine Mansfield (wspomnianą choćby w liście do Kingsleya Amisa z okresu pracy nad Jill), pokazuje, jak świadomym i wszechstronnym był pisarzem – nawet jeszcze przed debiutem książkowym.
We wspomnianej już książce Radical Larkin. Seven Types of Technical Mastery John Osborne formułuje postulat rzeczywiście radykalny: jako że większość z tych, którzy należeli do najbliższego kręgu Larkina, już nie żyje, pora przestać czytać autora Mniej oszukanych przez pryzmat biografii i skupić się na literackim, tekstualnym wymiarze jego utworów. O ile można się zgodzić, że wiedza o tym, czy postać Christophera Warnera była inspirowana Kingsleyem Amisem oraz czym się różnił Oksford Larkina od Oksfordu Johna Kempa, nie jest niezbędna do satysfakcjonującej lektury Jill, o tyle trudno zupełnie pominąć „duże” biograficzne zagadnienia, takie jak stosunek Larkina do miłości, seksualności czy śmierci. Z drugiej strony Osborne ma po prostu rację – przekonanie, że wiersze (i powieści!) Larkina są zrobione wyłącznie z doświadczenia (własnego lub zaobserwowanego), to w najlepszym razie naiwność, w najgorszym zaś – wynik nieuważnej lektury. O tym, jak nasycone literaturą jest pisarstwo Larkina, świadczy sam początek Jill – a ściślej dwa pierwsze słowa powieści. Wystarczy, że przeczytamy „John Kemp” – i już zostaliśmy wciągnięci w wyrafinowaną, ironiczną grę, jaką Larkin prowadził przez całe swoje pisarskie życie. Bo przecież zupełnie pospolite imię i nazwisko, jakie młody pisarz nadał swojemu bohaterowi, jest zarazem imieniem i nazwiskiem literackim – nosi je główna postać opery balladowej Roberta Gravesa John Kemp’s Wager (1925). Sam wybór nazwiska bohatera stanowi przewrotną zapowiedź tego, jak potoczą się jego losy – u Gravesa Kemp jest nie tylko ostoją swojej wioskowej społeczności, ale też zwycięsko wychodzi ze wszystkich opresji, wypełnia postawione przed nim zadania, a na koniec zdobywa majątek i rękę ukochanej.
Na literacki żart (ale podszyty mrokiem) Larkin pozwala sobie też w ostatniej scenie Jill: Christopher Warner żegna się z portierem cytatem z Henryka VIII Shakespeare’a. Ot, puszczenie oka do Suttona i innych kolegów ze słynnej w Coventry szkoły imienia króla – seryjnego amanta. Tyle tylko, że u Shakespeare’a wypowiada to zdanie kardynał Wolsey po tym, jak popada w niełaskę – zostaje aresztowany i spodziewa się rychłej śmierci. Chociaż wojna w Jill na ogół czai się na obrzeżach pola widzenia, to w finałowej scenie podchodzi bliżej niż kiedykolwiek wcześniej.
Gdy czytamy Jill dzisiaj, możemy w pełni docenić niebywałą subtelność, z jaką młody pisarz ukazuje niuanse ludzkiej psychiki. Frapująca jest scena, w której John dowiaduje się o nalocie na swoje rodzinne miasto. Chociaż jest wstrząśnięty i pełen lęku o rodziców, równocześnie wydaje się odrętwiały i – co najważniejsze – ociąga się z podjęciem jakiegokolwiek działania. Odwleka pójście po przepustkę i wyjazd na północ. Współczesnym Larkinowi takie zachowanie mogło się wydawać niezrozumiałe – dziś wiadomo, że tak może postępować jednostka pod wpływem krańcowego stresu. Także w najbardziej lirycznych fragmentach powieści – jak euforyczny spacer Johna po spotkaniu z Gillian – Larkin subtelnie ukazuje życie wewnętrzne bohatera, do dziś opisywanego czasem w kategoriach komicznej karykatury.
Publikacja Jill – po Zebranych (2008) i Zimowym królestwie (2017, obie książki w przekładzie Jacka Dehnela) – oznacza, że polscy czytelnicy i czytelniczki mogą się zapoznać z całym podstawowym larkinowskim kanonem. (O tym, jak podstawowy jest ów kanon, świadczy chociażby The Complete Poems – liczący przeszło siedemset stron zbiór wszystkich wierszy Larkina, do jakich dotarł redaktor tomu, Archie Burnett)[7].
Przez siedemnaście lat, jakie minęły od ukończenia pierwszej wersji przekładu Jill, kilkakrotnie wracałam do tej powieści, ulepszając i poprawiając swoją pracę. To, że minęło tyle czasu, oznacza też, że lista osób, którym chcę podziękować, jest wyjątkowo długa, dlatego wymienię jedynie te najważniejsze. Dziękuję zatem:
Profesorowi Jerzemu Jarniewiczowi – za seminaria larkinowskie na Uniwersytecie Warszawskim i za opiekę redakcyjną nad fragmentem Jill, który przed laty ukazał się w „Literaturze na Świecie”;
Bernardowi O’Donoghue, mojemu opiekunowi naukowemu w Oksfordzie, z którym nie zamieniłam ani słowa o Larkinie, ale nasze rozmowy o poezji zmieniły moje spojrzenie na czytanie, pisanie i przekład;
Moim przyjaciółkom, Jasi Reichardt i Ani Arno – za wsparcie, słowa otuchy i wiarę w to, że rozpoczęte dawno temu przedsięwzięcie znajdzie swój finał;
Jackowi Dehnelowi – za otwartość i wyjątkowo uważną oraz przenikliwą redakcję tego przekładu;
Mojemu Tacie, Michałowi Błachnio – za wszystko.
Żadne spotkania i żadne lektury nie ukształtowały rytmu i brzmienia mojej polszczyzny w takim stopniu jak rozmowy z moją Mamą, Danutą Przasnyską-Błachnio. Mama dzieliła się ze mną uwagami do każdej kolejnej wersji Jill – poza ostatnią. Jej dedykuję ten przekład.
Warszawa, maj 2026
Przypisy:
[1] Richard Palmer, Such Deliberate Disguises: The Art of Philip Larkin, Londyn 2008, s. 71.
[2] Philip Larkin, Zimowe królestwo, przeł. Jacek Dehnel, Stronie Śląskie 2017, s. 238.
[3] Niepublikowany list, 28 grudnia 1940, za: James Booth, Philip Larkin. Life, Art and Love, Londyn i Nowy Jork 2014, s. 95.
[4] „Borges? A kto to taki?”. Z Philipem Larkinem rozmawia Robert Philips, przeł. Anna Arno, „Literatura na Świecie” 2011, nr 3–4, s. 343.
[5] Selected Letters of Philip Larkin 1940–1985, red. Anthony Thwaite, Londyn 1992, s. 27.
[6] Philip Larkin, Trouble at Willow Gables and Other Fiction 1943–1953, red. James Booth, Londyn 2002; zob. też: Brunette Coleman, Przed zenitem. Autobiografia, Wiersze z cyklu „Cukier i pieprz”, Kłopoty w Willow Gables, przeł. Jacek Dehnel, „Literatura na Świecie” 2011, nr 3–4, s. 133–160.
[7]Philip Larkin, The Complete Poems, red. Archie Burnett, Londyn 2012.
O autorze
Joanna Przasnyska-Błachnio
Urodzona w 1984 roku w Warszawie. Tłumaczka literatury i tekstów o sztuce. Przełożyła m.in. Piętnaście podróży z Warszawy do Londynu Jasi Reichardt oraz monografię Katarzyna Kobro. The Movement of Space-Time. Opracowała polskie wydanie Niewysłanych listów Franciszki i Stefana Themersonów. Wiersze, przekłady i teksty krytyczne publikowała m.in. w „Twórczości”, „Zeszytach Literackich”, „PN Review” i „Stand Magazine”. Mieszka w Warszawie.
