utwory / premiery w sieci

Dziennik z podróży po życie

Małgorzata Żebrowska

Premierowe opowiadanie Małgorzaty Żebrowskiej Dziennik z podróży po życie. Prezentacja w ramach projektu „Pierwsza książka prozą 2020”.

Szósty tydzień

Jedziesz autobusem do pracy. Nic nikt nie wie, bo przecież dopiero co sama się dowiedziałaś. Masz w sobie drugie życie. Drugie Życie. Zdajesz sobie sprawę z wagi tych słów. Nie, nie jesteś katoliczką, która wiąże te rzeczy nierozerwalnie z boskim cudem i świętością życia poczętego. Dla ciebie miłość to świętość. A to, co ma zaledwie kilka tygodni, to owoc tej miłości, to wynik prostej matematyki, w której jeden plus jeden równa się trzy – święta liczba komplementarności, gwarancja, że nigdy, przenigdy już nie będziesz samotna.

Blask. Rozsadza cię od środka. Jedziesz i cieszysz się, że nosisz w sobie sekret. To nic, że tak wiele kobiet przed tobą i tak wiele po będzie nosić ten sam sekret. Ten twój jest szczególnym, niepowtarzalnym zlepkiem komórek, dwóch różnych garniturów DNA, które splatają się w zupełnie nową alfa-helisę. Zwykłe-niezwykłe, jedyne takie. Nowe życie.

Ósmy tydzień

Rzygasz. Zaczęło się. Jak wspaniale jest wymiotować nie z powodu kaca czy zatrucia – wymiotować dla niego, dla tego pasożyta, co chyba ma całe ciało owłosione, bo drażni od środka twój układ pokarmowy. Fantazjujesz, by dodać sobie animuszu. Nie chodzisz do Biedronki, bo wszystko tam śmierdzi ci padliną. Nie jeździsz autobusem, bo kilka razy ze wstydem wymiotowałaś na chodniku – na widoku. A ludzie patrzyli na ciebie jak na młodą pijaczkę.

Rzygi, wieczne rzygi. Jesteś głodna, nie możesz nic jeść, bo się nie opłaca – wszystko i tak wraca ledwo przetrawione. Masz wyrzuty sumienia, jeśli poskarżysz się komuś na zły los. Nie takie rzeczy matka znosi. Chudniesz. Cera robi się ziemista, paznokcie są matowe, łamliwe. Czekasz na kolejny trymestr, by dzielić się radosną nowiną.

Trzynasty tydzień

Mąż cię wspiera, jak może. Robi zakupy, sprząta, gotuje, a ty już tylko leżysz i napierdalasz w klawisze, łącząc się z innymi ciężarnymi w jedną wielką zalęknioną gromadę ciężarówek. Matce mówisz przez telefon, że wciąż wymiotujesz, ona na to: Och, to tak jak ja z tobą, identycznie, no widzisz, i to po mamie masz. Szlag cię trafia, bo takie gadanie nie pomaga. Klniesz, a brat konstatuje, że w ciąży klnie jedynie patologia. I chuj. Nie możesz już znieść tego stanu, który ktoś kiedyś ironicznie nazwał błogosławionym. A dzieciak rośnie, duży, dorodny, o czym dowiedziałaś się od lekarza, który za grube pieniądze chętnie wystawi L4 – mimo że brak wskazań. Nie są nimi uporczywe wymioty, oj tam, oj tam – niejedna je miała i jakoś sobie radziła. Czujesz się jak chodząca porażka, która nie zdaje egzaminu z godnego znoszenia stanu odmiennego.

Osiemnasty tydzień

Zaczyna się. Ciążowy niepokój. Zamiast światła wypełnia cię czarny kamień lęku. Bo brzuszek za mały, bo dzieciak słabo kopie, bo gdy się przekręcisz na bok, nie czujesz go. Bo już powinno być coś widać po tobie, do cholery, a ty ciągle masz figurę jak sprzed ciąży. Bo czasem zaboli tak dziwnie, zakłuje, a w zasadzie dlaczego jeszcze do niego nie mówię, nie śpiewam mu kołysanek. Zła, zła matka, która ciągle narzeka, że tak ciężka ta ciąża, a przecież to tylko wymioty, tylko zgaga, zadyszka, nic wielkiego, na co trzeba się skarżyć. A w zamian, ach, w zamian! Rośnie pod sercem mały człowiek, którego narodziny nierozerwalnie łączą się z zalewem wielkiej miłości.

Dwudziesty szósty tydzień

Jest dobrze, rewelacja! Wyszłaś na spacer po raz pierwszy od dawna. Bez mdłości, bez zgagi, bez palącego przełyku. Nawet nie musisz tak często chodzić do toalety. Imię wybrane, ostatni trymestr. Wiktor rośnie jak na drożdżach, a ty już się cieszysz, że niebawem będziesz mogła się najeść do syta.

Liście spadają z drzew, jest późny październik, słoneczne dni tchną optymizmem. Za dwa miesiące spędzisz ostatnie Boże Narodzenie tylko z mężem, pod wielką choinką złożycie prezenty, część pewnie już dla maluszka. On całuje brzuszek, mówi o tobie, że jesteś piękną beczułką, ty się cieszysz, że będzie dobrym tatusiem.

Na twarz wracają ci kolory. W głowie robi się weselej. Myśli wypełnia blondwłosy chłopiec o brązowych oczach, tłuściutkim, kształtnym ciałku, mądry, zdrowy, roześmiany. Chcesz być beczułką, lokomotywą, wielorybem. Chcesz mu służyć jak najlepiej. Godzisz się wreszcie, że twoje ciało nie należy do ciebie. Zaczynasz lubić ten odmienny stan, a nawet odrobinę rozumiesz, dlaczego jest zwany błogosławionym.

Czujesz się częścią tego świata bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Tak, zaczynają przemawiać do ciebie mity o synu, drzewie, domu, zaczynasz odczuwać solidarność kobiet, matek, plemników, jajników. Cały świat zamknięty w tym samym cyklu, w którym kobieta rodzi w bólach, lecz w zamian otrzymuje miłość większą niż śmierć.

Dwudziesty siódmy tydzień

Szybko, szybko! Ze szpitala rejonowego do kliniki. Trzydzieści kilometrów. Poród w toku. Jedziecie z mężem własnym samochodem, bo gdy przybędzie karetka z inkubatorem, może być za późno. Za późno na co? Nie zastanawiasz się. Twój umysł tego nie przyjmuje. Ani tego, że masz rozwarcie na osiem centymetrów. Dziwnym trafem wyciągasz wniosek, że osiem to lepiej niż trzy. Lekarz ateista krzyknął „O Boże!”, gdy trafiłaś ze skurczami na oddział patologii ciąży. To wezwanie nadaremne oddało powagę sytuacji.

Jedziecie. Po drodze tracicie tablicę rejestracyjną, bo mąż rąbnął w szlaban przy przejściu kolejowym. Trudno. Zamykasz oczy i usiłujesz medytować, choć nigdy tego nie robiłaś. W razie czego macie zatrzymać się w Szpitalu Praskim, w połowie drogi do kliniki. W razie czego? Nie jesteś pewna, skoro i tak rodzisz, to chyba nic gorszego przytrafić się nie może. Medytujesz. Przywołujesz światło, które kiedyś ci się przyśniło, a które wtedy połączyłaś z istnieniem Boga. Teraz gotowa jesteś w niego uwierzyć. Gotowa jesteś czołgać się przed nim i błagać, jako grzesznica, wątpiąca, niewierna jak Tomasz – Boże, Boże, zrób wszystko, bij, zabij, ukarz, włóż na mą głowę koronę cierniową, tylko ocal, ocal jego.

Dojeżdżacie. Nie z tej strony co trzeba, więc idziesz przez skwer na przełaj, trzymając brzuch od dołu, jakby to w czymś mogło pomóc. Na izbie przyjęć awantura, bo co to za durny lekarz wysyła rodzącą do innego szpitala. No trudno. Muszą się tobą zająć.

Znów zdejmujesz buty, obnażasz się, wystawiasz pochwę do badania. Mąż krąży, zdezorientowany, bo nie tak miało być. Suplementy, zero alkoholu, żona niczym w puchu w jego ramionach opiekuńczych… a tu takie zakrzywienie rzeczywistości, pomyłka w misternym planie, w którym najpierw ślub, potem dziecko, równiutko dziewięć miesięcy po majowej pełni.

No cóż. Zakasuje rękawy, zakłada zielony fartuch i podąża za tobą. Wiozą cię na łóżku, oszołomioną, podają aceton, każą ścierać manikiur z paznokci – jedynego fragmentu ciała wciąż nietkniętego przez wszechogarniające macierzyństwo. Ścierasz i jedziesz, po drodze myśląc, że kurwa, jak w amerykańskim serialu. Resztki poczucia humoru trzymają się ciebie mocno, gwarantując, że nie osuwasz się, tu i teraz, w szaleństwo rozpaczy.

Pobierają krew. Nie leci. Jeszcze raz. Nie leci. Igły wkłuwają się w ciało. Wenflon tu, wenflon tam. Skurcze nie są jeszcze bolesne.

Chwilę później są. Boli jak jasna cholera. Mąż jest przy tobie. Szkoda ci, że jemu ciebie szkoda. Współczujesz jemu, współczujesz sobie. Nie pytasz, dlaczego wy, bo kurwa, jakie to ma znaczenie. Dlaczego nie? Czy ktoś gwarantuje szczęśliwe życie w momencie urodzenia? Nie czujesz się inna od wielu tysięcy cierpiących ludzi. Myślisz tylko, że szkoda tego malucha. I że choćbyś ty umarła, zrobisz wszystko, by narodził się żywy.

Boli coraz bardziej. Dostajesz znieczulenie zewnątrzoponowe za pięćset kurwa złotych. Anestezjolog bardzo przypomina twojego ojca, taki spokojny, z aurą bioenergoterapeuty. Podziwiasz cały personel i dociera do ciebie, ile cierpienia te ściany widziały, ile bólu i smutku. Nie możesz przestać analizować. To dar, ale i przekleństwo. A może lepiej by było raz na święte nigdy skupić się tylko na sobie.

Oglądacie z mężem Pudelka, żeby nie myśleć o porodzie, który przeszywa cię skurczami coraz częściej. Nadrabiacie znaki zodiaku – uff, Wiktor będzie Wagą, a nie Koziorożcem; Koziorożców nie lubicie. Przyjdzie na świat równo trzy miesiące wcześniej. Jeśli przyjdzie. Jeśli wyjdzie z tego cało.

Tętno dziecka spada. Szybko transportują cię na salę operacyjną. Modlisz się, półprzytomna, coś tam klecisz. Jakieś obietnice, jakieś na zasadzie: Będę dobra, Panie Boże, będę dobra. Tylko zostaw go przy mnie, proszę. Naiwne myślenie, że Bóg, czy cokolwiek, co tam gdzieś być może jest, połasi się na tanie negocjacje.

Na sali jesteś przytomna, znieczulenie zadziałało tylko miejscowo. Czasem słabniesz, znów rzygasz. Siedemdziesiąty siódmy raz. Nie wiadomo po co liczysz wszystkie. Może to szaleństwo, a może chęć uporządkowania świata, który zatrzymał się w miejscu, obrócił się wiele razy, wrzucił we wszechpochłaniającą czynność tworzenia nowego człowieka, by wypluć cię jako matkę zupełnie nieprzygotowaną na powitanie równie niegotowego dziecka.

Po długim czasie – może dwadzieścia minut, może cała wieczność – wyjmują z twojej macicy twoje dziecko. Nie płacze. Następuje najgorsza minuta twojego życia. Nikt nie mówi nic do ciebie, lekarki wydają dyspozycje. Szum maszyn zagłusza ich rozmowy.

– Żyje? – pytasz, a to pytanie wymaga najwięcej odwagi. Żadne inne nie było w twoim życiu tak trudne, o żadną inną odpowiedź się tak nie bałaś.

– Żyje, a co ma nie żyć! – z wielką energią, o czwartej nad ranem, odpowiada jedna z pielęgniarek. Będziesz jej za to wdzięczna do końca życia.

Po chwili pokazują ci go. Nie jest tłusty. Nie ma uroczych dołeczków. Jest chudy, wygląda jak mysi noworodek. Oczy ma otwarte, koloru granatowej czerni. Patrzy zdziwiony – tak to odbierasz. Nie ma kontaktu skóra do skóry, nie ma tulenia. Pozwalają ci dotknąć jego policzka i natychmiast go zabierają.

Zostajesz sama z wielką dziurą. Z brakiem, który boli. Z raną, która nigdy się nie zagoi. Z żałobą po zdrowym dziecku. Z żalem za straconą ciążą. Tych trzech miesięcy nie nadrobicie. Nigdy. To już wiesz, lecz nie masz pojęcia, że to dopiero początek walki. Nie lubisz wielkich słów, ale bez żadnej przesady – za moment będziesz walczyć o życie.

Dzień pierwszy

Mówili ci, że zaśniesz, jak tylko dotrzesz na salę pooperacyjną. Że leki zadziałają. Po kilkunastu godzinach rodzenia, po operacji, wypełniona bólem i stratą, nie możesz zasnąć. Jesteś sama, za towarzystwo masz dźwięki maszyn i niepokój, który każe ci wkładać pięść do ust. W końcu osuwasz się w sen. Śnisz o tym, że jesteś w ciąży, że wszystko jest dobrze. Budzisz się po półgodzinie. Wiesz już, że tym razem koszmar jest jawą, a sen ułudą. Boli coraz mocniej, znieczulenie puszcza. Umierasz z niepokoju – tym razem dokładnie rozumiesz, co znaczy, gdy człowiek czuje oddech śmierci, który miesza mu w głowie, pozostawiając w niej tylko czerń, z palącym się gdzieś w oddali wątłym ognikiem nadziei.

Przychodzi mąż. Uśmiechnięty. W jego oczach widzisz ocean miłości. Przynosi maskotkę, której od tej pory będziesz powierzać łzy i uściski przeznaczone dla syna.

Pytasz znów:

– Żyje?

– Żyje.

– Nie żartujesz? – po chwili rozumiesz absurd tego pytania: ubaw po pachy, okłamywać matkę swojego dziecka w tej ostatecznej kwestii.

– Żyje, wszystko jest w porządku – podkoloryzował.

Oczy ma podkrążone. Chyłkiem wciska się na chwilę do sali pooperacyjnej, już za nim słyszysz głos niezadowolonej salowej.

Mija dwanaście godzin od porodu przez cesarskie cięcie. Dostajesz jakieś niezjadliwe kleiki, ale jesz, zdziwiona, że masz apetyt. Atawistycznie pragniesz się uzbroić, odżywić na zapas, by ciało nie odmówiło pomocy, gdy przyjdzie pora zająć się dzieckiem. Boli jak cholera, krew z ciebie cieknie litrami. Połóg to zawsze krew, pot i łzy, ale też dziecko tuż obok. Ty masz wszystko prócz najważniejszego.

Jedziesz na wózku na oddział intensywnej terapii noworodka, windą, wraz z dwiema wystraszonymi praktykantkami. Nikt nic nie mówi o stanie dziecka. Nie wiesz, co cię czeka, ale bardzo chcesz go zobaczyć – policzyć paluszki u rączek i nóżek, spojrzeć raz jeszcze w jego oczy. Przeprosić.

Wchodzisz na oddział. Od progu uderza cię zapach sterylnej czystości. Cisza personelu i huk maszyn odmierzających czynności życiowe najmniejszych pacjentów.

Oto i on – w izolatce. W najcięższym stanie. W najbardziej specjalistycznym z inkubatorów, z milionem rurek, w których gubi się jego brązowe ciało. Pani ordynator mówi, że trochę się poobijał, gdy próbował się wydostać z kanału rodnego, w którym się nieszczęśliwie zaklinował. Dwa punkty w skali Apgar, jeden za ledwo bijące serce, drugi za jakiś mniej istotny z parametrów życiowych, nie pamiętasz jaki. Dwója z egzaminu wystarcza, by przeszedł do kolejnego etapu niełatwej rekrutacji.

Dwa wylewy krwi do mózgu zasiniły jego czaszkę. Oczy ma zakryte, by niebieskie światło leczące go z żółtaczki nie zniszczyło ich delikatnej struktury. Nie ma brodawek sutkowych, jeszcze się nie wykształciły. W ręce, cieniutkie jak kredki, wkłuto mu milion wenflonów. Przezroczyste ciało niczym alabaster ujawnia siatkę naczyń krwionośnych. Maszyna wypełnia płuca życiodajnym tlenem. Mały chłopiec sam nie oddycha. Trzyma się życia jedną niteczką.

Nie płaczesz. To nie jest miejsce ani czas na płacz. Zasypujesz lekarki tysiącem pytań, na które nie dostaniesz żadnej odpowiedzi. To nie szpital w Leśnej Górze, tu nie wyliczą za pomocą zaawansowanych algorytmów powstałych w głowie scenarzysty, jakie Wiktor ma szanse.

Twój syn. Tak, pokochałaś go od razu. Zalewają cię miłość i wyrzuty sumienia. I zachwyt nad dzielnym chłopcem, który tak bardzo chce żyć.

Dzień siódmy

Syn nadal nie oddycha. Codziennie obowiązuje ten sam rytuał. Od paru dni jesteś w domu, bo nie ma sensu trzymać matki na oddziale przez najbliższe kilka miesięcy. Jesz ogromne ilości jedzenia i wciąż chudniesz. W tym czasie nie obowiązuje jeszcze rywalizacja polegająca na tym, że kobiety prześcigają się w tempie dojścia do formy po ciąży. Ty z pewnością wygrałabyś każdą rywalizację, bo po tygodniu twój brzuch jest niemal płaski.

Jesteś w domu, rano budzisz się, budzisz męża dźwiękiem laktatora. To twoje zadanie – zapewnić synowi mleko. Nie pije jeszcze, lecz trzeba je dowozić na oddział, bo w każdej chwili może się przydać. Bardzo cię cieszysz, że chociaż tak możesz pomóc – ocieplić jego delikatne wnętrzności matczynym mlekiem, zadośćuczynieniem za przedwczesną eksmisję. Dostanie je na dniach, po kropelce, sondą do swojego malutkiego żołądka.

Mąż zawozi mleko w drodze do pracy. Codziennie ósma dziesięć dzwoni do ciebie. Z jedną, tą samą informacją: „Żyje”.

Potem jedziesz na oddział autobusem. Tym, w którym kiedyś, w zeszłym życiu, sto lat temu, cieszyłaś się, że świecisz. Światło zgasło, a cała energia wciąż jest przy inkubatorze, przy stanowisku numer siedem na oddziale intensywnej terapii noworodka. Każda myśl i każda emocja, każdy niepokój i cała nadzieja zgromadzona wokół ciałka wagi piórkowej – kilograma dwieście wybitnej woli życia.

Tego dnia dowiadujesz się, że dziecko czeka operacja ratująca życie. Czy się zgadzacie? Nie macie wyjścia. Podpisujecie zgodę na operację, na interwencję chirurgiczną. Mikroskopijne serce syna potrzebuje pomocy. Syn nadal nie oddycha. Najprostsza czynność, nad którą zwykle się nie zastanawiasz, dla niego właśnie jest wyzwaniem. Płuca dziecka wykształcają się dopiero około ósmego miesiąca życia płodowego. Przedwczesny poród nie tylko skutkuje brakiem rozkosznych fałdek, lecz przede wszystkim zabiera szanse na harmonijny rozwój.

By mógł oddychać, trzeba go pociąć. W tej najprostszej czynności potrzebuje pomocy.

Dzień ósmy

Po operacji. Blizna ciągnie się przez całe plecki, które są wielkości sporego portfela. Od tej pory nazywacie go „Wiedźmin”, dodajecie i sobie, i jemu animuszu, bo wiecie już, że z was dwojga zrodził się prawdziwy bohater. Jest dobrze. Operacja dokonała tego, czego miała dokonać. Lecz syn nadal nie oddycha.

Dzień piętnasty

Nie oddycha. Odciągasz mleko, dostaje je rurką przez nos, rośnie jak na drożdżach. Codziennie większy, a u tak małego dziecka zmiany są widoczne gołym okiem. Ciągle jest intubowany, oddycha za niego maszyna. Zaczynasz się niepokoić.

Dzień dwudziesty

Wkurwiasz się. No bo jak to tak, tyle dni, a on wciąż nie załapał, że aby żyć, musi oddychać? Może te lekarki się nie znają, może już warto zaryzykować, zrobić coś. Odciąganie mleka nie wystarcza, żebyś czuła się potrzebna. Dzwonisz po lekarzach, do ojca anestezjologa, i do papieża byś zadzwoniła, i do prezydenta, jeśli wierzyłabyś, że to pomoże. Konsultujesz, rozmawiasz, trzymasz się każdego zdania, które niesie ze sobą nadzieję, czepiasz się słówek, dywagujesz. Inne dzieci zaczynają oddychać, po kolei przechodzą na CPAP – system wspomagania oddechu, a ten twój leniwiec tylko je, je, je… Mówisz do niego, śpiewasz mu, przekonujesz, wciąż stęskniona za jego małym ciałem, od którego oddziela cię bezduszna szyba maszyny. Nie wiesz, czym jest przyjemność karmienia piersią, dla ciebie łączy się już na zawsze z połykaniem ciepłych łez i z dźwiękiem laktatora, który boleśnie ciągnie brodawki. Byle więcej mleka, bo kiedyś się skończy, a jemu będzie potrzebne. Niech tylko zacznie oddychać, niech przestanie się ociągać. Tęsknota rozrywa ci serce, robi z niego miazgę, którą składasz naprędce w organ miłości, gdy tylko widzisz swojego bohatera.

Dzień dwudziesty szósty

Nie oddycha. Tego dnia po raz pierwszy kochacie się z mężem. Nie jest to ten dziki seks matki-samicy alfa, która czeka cierpliwie na narodziny pierworodnego syna. Nie jest to radosne święto miłości, podczas którego oboje celebrujecie siebie. To seks pocieszenia, to miłość z rozpaczy. Taka, w której pragniesz zniknąć, powrócić do łona matki, do bezpieczeństwa, które zabrano ci na zawsze.

Dzień trzydziesty

Próbują go odłączyć od maszyny. Zaczyna oddychać na sporej dawce tlenu wtłaczanego do płuc przez system wspomagający oddychanie – maseczkę, która pod ciśnieniem wpuszcza przez nos życiodajną mieszankę tlenu i azotu. Załapał, o co w tym chodzi. Poryczałaś się z wrażenia.

Dzień czterdziesty piąty

Oddycha, nie oddycha, oddycha, nie oddycha. Słowo „saturacja” to świętość. Płuca muszą nauczyć się sposobu na to, by stale być wysycone w odpowiednim stopniu. Tymczasem Wiktor wciąż notuje spadki. Dopóki tak będzie, nie zacznie jeść samodzielnie i nie wyjdzie do domu.

Ty przywykłaś już do pewnego rytmu – rano odciągasz mleko, część mrozisz, część dajesz mężowi, on zawozi na oddział. Mleko traci swój żółty kolor siary, jest coraz bardziej białe, niemal przezroczyste. Zawiesiłaś się w bezczasie, który cały jest czekaniem. Przyzwyczaiłaś się, to dziwne macierzyństwo jest jedynym, jakie dane było ci poznać. Jest, jak jest.

I ból, i rozpacz mogą stać się chlebem powszednim. Wymieszane z nadzieją – stają się niemal znośne.

Dzień czterdziesty siódmy

Prawdziwe święto. Twój syn został ci uroczyście przekazany w ramiona. Ostrożnie bierzesz jego delikatne ciało, nie chcąc go uszkodzić – nie naciągnąć rurek od CPAP-u, nie sprawić mu bólu. Pielęgniarka asystuje ci w tych ostrożnych, drżących ruchach, wprawiona bardziej od ciebie w obsługiwaniu najkruchszych pacjentów. Z wrażenia zapominasz o oddechu. I on zapomina, natychmiast tracąc saturację.

Lecz ta chwila już zawsze zostanie w twojej pamięci, a dotyk i ciepło aksamitnego ciała będą ogrzewać cię długo w nocy.

Skóra do skóry – tulenie, najbardziej naturalna rzecz pod słońcem, dla każdej matki, każdego ssaka – dla ciebie jest niezwykłym przeżyciem.

Dzień pięćdziesiąty drugi

Kryzys. Na korytarzu zaczepia cię ordynatorka, tłumacząc, że „sami nie wiedzą, czemu Wiktor nie oddycha”. To jedno zdanie wypowiedziane w gówniany, podły listopadowy dzień ściąga cię na samo dno. A tak dzielnie się trzymałaś. Bo jak to tak, oni nie wiedzą? Może nigdy już nie będzie oddychał, może umrze, ani razu nie zaznawszy życia na zewnątrz szklanej trumny?

Jedziecie do domu samochodem, milczycie. Płaczesz bezgłośnie, połykasz łzy, za szybą leje deszcz. Morze łez już wylałaś, lecz wiesz, że nie ma to żadnego znaczenia, bo one wszystkie są po coś, póki jest nadzieja. Tego dnia wyjątkowo trudno ci się jej trzymać. Całe szczęście, że mąż znów powtarza, jakby wiedział coś więcej: wszystko będzie dobrze, zobaczysz, wszystko będzie dobrze. Chowa cię w swoich ramionach, kładzie na łóżko w ubraniu. Zasypiasz od razu, zmęczona do granic. Sen bez marzeń, głęboki jak studnia, przynosi wytchnienie.

Dzień sześćdziesiąty pierwszy

Minęły równo dwa miesiące. Syn nareszcie zaczął oddychać, jest o jedno oczko bliżej wyjścia do domu. Już nie łudzisz się, że wyjdzie na Boże Narodzenie, lecz cieszysz się mimo wszystko, że awansował na oddział patologii noworodka. Oznacza to przede wszystkim, że minął stan zagrożenia życia. Po dwóch miesiącach możesz odetchnąć, wciąż jednak nie do końca pełną piersią. Pozostaniesz niespokojna tak długo, jak długo syn będzie spędzał całe dnie tak daleko od ciebie.

Przewijasz go po raz pierwszy – po raz pierwszy przewijasz dziecko. Zostajesz zrugana przez jedną z pielęgniarek za brak wprawy i wyobraźni. Trudno. I tak pierwsza kupa syna wydaje się pachnieć lepiej niż słynne perfumy Chanel numer pięć.

Dzień sześćdziesiąty drugi

Wigilia. I prezent – pierwszy raz możecie z mężem oboje czuwać przy łóżeczku przypominającym gigantyczną mydelniczkę. Przyzwyczailiście się już do stałej wymiany – jedno dziecko: jeden rodzic. Ze względów bezwzględnych, epidemiologicznych.

Przytulacie się, patrząc na śpiącego syna. To są dobre święta. Wspólne – mimo wszystko.

Dzień sześćdziesiąty ósmy

Ostatniego dnia tego roku to on wam sprawia prezent. Wasz syn po raz pierwszy pije mleko z butelki. Trzymasz ją w ogromnym napięciu, boisz się, że nie podoła trudnej czynności – oddychaniu i połykaniu naraz. Daje radę. Wybiegasz ze szpitala jak na skrzydłach. Będzie dobrze. Będzie dobrze, powtarzasz tym niewielu znajomym, którzy wiedzą, że twoje dziecko już dawno jest na świecie, i którzy składają wam teraz najlepsze życzenia noworoczne. Będzie dobrze, szepczesz do ucha męża, gdy oglądacie fajerwerki. Ośmielacie się po raz pierwszy obiecać sobie, że jak już będzie dobrze, kiedyś, w innej rzeczywistości, dacie Wiktorowi siostrę. Niech on tylko rośnie zdrowo, niech się wytłuści, niech się w życiu wymości. Niech odkarmi się i wraca do domu. Niech już będzie z wami, na zawsze, bez tych wszystkich ludzi, bez wiecznego pisku maszyn i reguł, według których młoda rodzina w jednym pomieszczeniu to luksus i wyjątek.

Dzień siedemdziesiąty drugi

– Ale pani wie, że ma pani ciężko chore dziecko – znów zostałaś zaatakowana pytaniem, które rozerwało ci serce. Tak, wiem, masz ochotę powiedzieć, tutaj nie da się o tym zapomnieć. Wiktor z jakichś powodów zbyt wolno się przystosowuje do życia bez wspomaganego oddechu. Jego twarz wykrzywia grymas. Ty czujesz, że on cierpi, dopominasz się uwagi. Wiesz, że coś jest nie tak.

Jednak kolejne lekarki każą czekać. Pielęgniarki wciąż cię nagabują w sprawie tego, co jadasz. Kupę jadam, ze smakiem – masz ochotę powiedzieć, gdy kolejna z nich łączy wzdęcia syna z hipotetycznie niezdrowym pokarmem. Masz dość pytań o laktację, masz dość oddziału, tego, że nie możesz odpowiedzieć niegrzecznie, z obawy, że odbije się to na dziecku. Tęsknisz za nim i jesteś wściekła na to, że to nie ty wstajesz do niego w nocy, tylko obca baba. Czasem miła, czasem wredna, ale obca – obce ręce go przewijają, karmią, obcy głos uspokaja go w nocy. Ty spędzasz tyle czasu przy jego łóżeczku, ile to możliwe, ale jesteś już cholernie, cholernie zmęczona. Ile byś dała za nieprzespane noce, za krzyki dziecka o czwartej nad ranem… Twój syn wciąż jest za słaby na płacz, kwili ledwie, a usteczka wygina w bolesnej skardze.

Dzień siedemdziesiąty trzeci

Około osiemnastej zostaje podjęta decyzja o transporcie na cito do innego szpitala. Oddział chirurgii dziecięcej już jest poinformowany o przybyciu jednego z najmniejszych pacjentów. Chłopczyk o wadze noworodka właśnie przechodzi kolejne wrota, za którymi może go spotkać śmierć.

Miałaś rację – cierpiał. Nikt cię nie słuchał. Matka na oddziale ma zadanie służebne, nie opiniujące. Wiktor ma obustronną przepuklinę mosznową, wszystkie jelita przedostały się przez cienkie powłoki ciała do moszny. Na oddziale chirurgii w szpitalu, który przypomina straszne domostwa z krwawych horrorów, twoim synem zajmują się troskliwi lekarze. Zapraszają do ciemnej piwnicy na USG – niesiesz syna w ramionach. Wygląda jak maleńkie bóstwo, cierpliwy, cichy, o wielkich oczach. Dowiadujesz się, że lada moment może mieć martwicę jelit. A to oznacza, co oznacza – lekarz nie musi mówić tego głośno.

Operacja. Czekacie w napięciu. Dwie godziny. Trwają jak wieczność. W końcu wychodzą dwaj chirurdzy w kolorowych czepkach, tacy przyjaźni dzieciom. Po szybkości i rodzaju ich chodu, po minie, po gestykulacji osądzasz, że chyba wszystko się udało.

I tak jest. Syn przeżył operację, szybko zaczął oddychać po rozintubowaniu. Syn wojownik, syn – król afrykański z gigantycznymi jądrami. Żartujecie z mężem. Opada napięcie. Czuwacie przy jego łóżku jeszcze długo w nocy, dopóki pielęgniarki grzecznie nie doradzą, byście poszli się wyspać.

Dzień osiemdziesiąty dziewiąty

Nareszcie! Po kolejnych dniach „raz lepiej, raz gorzej”, po wielokrotnie powtarzanym „ja dłużej nie wytrzymam”, syn, zawinięty w tysiąc kaftaników, kombinezonów, bodziaków, skarpetek i czapeczek, w zimny styczniowy dzień zostaje wam oddany do domu.

Tam czeka na niego najpiękniejszy pokoik, którego strojenie było jak strojenie ołtarza przed przybyciem świętej figury. Jego łóżeczko wypełnia tysiąc maskotek, haftowaną pościel prasujesz kilka razy. W szufladach czeka wiele kompletów ciuszków. Wiele razy wyobrażałaś sobie scenę jego powrotu do domu. Jednak żadne wyobrażenie nie było tak piękne jak rzeczywistość, której teraz doświadczasz. Zapach syna, dotyk, całe jego ciało, jego piękna twarz, jego ręce wzniesione w geście zwycięstwa – to wystarcza, byś czuła się najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.

Potem

Czuwasz przy synu na zmianę z mężem, wciąż bojąc się, czy nie powrócą bezdechy. Trzymasz go na brzuchu, by złapał twój rytm oddychania. Śpisz i nie śpisz, z wrażenia, z emocji. Dostałaś wszystko to, co zwykła matka, z dodatkiem sporego opóźnienia i niemałego cierpienia.

Nic to, trzeba żyć. Trzeba iść dalej, bo przygoda dopiero się zaczyna. Małe dziecko, mały kłopot – gdy ktoś to mówi, macie ochotę mu przyłożyć lub uśmiechacie się pod nosem.

Po dwóch tygodniach mąż budzi cię przejęty. Na klatce piersiowej trzyma syna pogrążonego w błogim śnie. Mężowi się śniło, że Wiktor przemówił: „Tato, bałem się, że nie zdążę stamtąd wrócić”.

Płaczemy. Pierwszy raz oboje. Ryczymy, łzy leją się strumieniami, staramy się nie obudzić syna.

My też się baliśmy. Całe szczęście to już koniec podróży po życie.

O AUTORZE

Małgorzata Żebrowska

Urodzona w 1981 roku. Laureatka Międzynarodowego Festiwalu Opowiadania we Wrocławiu (2019), miłośniczka Andaluzji, dobrego życia i wolności.