Przyszłość poezji – forma przetrwania czy pole eksperymentu?
debaty / ankiety i podsumowania Agnieszka WaligóraGłos Agnieszki Waligóry w debacie „Granice literatury”.
WięcejRecenzja Agnieszki Waligóry, towarzysząca premierze książki Matkitaski Uljany Wolf w tłumaczeniu Karoliny Golimowskiej, wydanej w Biurze Literackim 3 lutego 2026 roku.
Biuro Literackie
kup książkę na poezjem.pl
Uljana Wolf to niemiecka poetka i tłumaczka z języka polskiego i angielskiego. Jedną z najbardziej znanych cech jej pracy twórczej jest eksplorowanie wielojęzyczności – warto tu wspomnieć chociażby książkę kochanie ich habe Brot gekauft. Wiersze tej autorki są już znane polskiej publiczności – pojawiły się niedawno w antologii Sąsiadki. 10 poetek niemieckich pod redakcją Tomasza Ososińskiego (Wydawnictwo Warstwy 2023), wcześniej zaś Wolf brała udział między innymi w polsko-niemieckim projekcie Liryka extra, któremu patronował Instytut Goethego; dała się ona także poznać jako tłumaczka liryki Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego.
Matkitaski to jej najnowszy tom poetycki, przełożony na polski przez Karolinę Golimowską. Książka tyle rozwija motywy istniejące wcześniej w twórczości Wolf, ile stanowi świeżą, oryginalną całość. Jest to przy tym publikacja szalenie złożona, bo zawiera w sobie kilka różnych podejść do wiersza, języka i tytułowej figury matki, symbolicznie dzielących tom na kilka części: zbiór otwierają trzy „luźne” wiersze, po nich następuje blok tytułowy, uzupełniony cyklem „Mother Mask”. Później otwiera się zaś część „Mutatas”, w której znajdziemy serie „Córki z höhszych sfer”, „Ploteczki z bohaterami mórzliwości lub flistbustiery Hölderlina” i wreszcie „Matrioszki”. Całość wieńczy komentarz autorki do wybranych tekstów, wyjaśniający niektóre odniesienia kulturowe czy inspiracje do konkretnych tekstów.
Opisuję podział Matektasek (Matektasków?) tak skrupulatnie, by zobrazować, jak wielowątkowe jest to dzieło. Tym, co spajałoby je w całość, byłoby zapewne szeroko pojmowane doświadczenie kobiece, widoczne już od pierwszych tekstów, oraz fakt, że wszystkie wyróżnione cykle wierszy mierzą się z problemem szeroko pojętego języka. Pisarstwo Wolf jest lingwistyczne w stosunkowo dobrze nam znanym znaczeniu – kojarzy się nieco z twórczością Joanny Mueller, gdzie mowa traktowana jest jako zjawisko materialne, możliwe do kawałkowania, deformowania i rearanżacji. U niemieckiej poetki komunikacyjne kody są traktowane mniej cieleśnie i podmiotowo, choć nadal koncentrują się wokół somy; twórcze cele poetki wybiegają jednak wyraźnie ku kwestiom związanym z ontologią, kulturowym uwarunkowaniom poznania czy ról społecznych. Jawi się ona przy tym jako pełnokrwista eksperymentatorka – liryka ta pozostaje oparta raczej na zakłóceniu i pęknięciach niż swobodnym, gładkim pływie rytmu, ale jej awangardowość nie zaprzecza stosunkowej komunikatywności. Jako cechę rozpoznawczą tego pisarstwa podałabym także tonację paradoksalnego żartu i lekkości stylistycznej. Nie są to z pewnością teksty dotykające spraw lekkich, ale posiadają pewną skoczność i figlarność, która konsekwentnie rozbija poważne rejestry.
Widać to zresztą już w tytule: taski to, jak możemy się domyślać za angielskim źródłosłowem, zadania czy wyzwania. Są one w oczywisty sposób powiązane z macierzyństwem, nie jest to jednak książka dotycząca typowo codziennych trudności rodzicielstwa – choć i ich wątku nie zabraknie – ale raczej wielowątkowe podejście do figury matki i uruchamianych przez nią skojarzeń: płodności, stworzenia, dziedziczności, przynależności czy wychowania. Kategorie te przecinają przy tym rozmaite sfery ludzkiego doświadczenia: rodziny, religii, wiary, sztuki, polityki i historii, a wreszcie i wspomnianej mowy. Jest to więc projekt erudycyjny i skomplikowany, lecz pozbawiony sztucznego intelektualizmu i niejednokrotnie odwołujący się do czytelniczych afektów: z tego względu pozostaje on wciąż przygodą poetycką, a nie projektem filozoficznym rozpisanym na wersy.
Można docenić to w pełni dopiero po wnikliwej lekturze, przyjrzyjmy się więc po kolei wszystkim wymienionym działom. Matkitaski rozpoczynają trzy teksty, które lokują wspomnianą tematykę kobieco-macierzyńską, jednak nie w sposób ukonkretniony i indywidualnie zlokalizowany, tylko z odwołaniem do mitologicznych początków świata – oto początek wiersza „atena mówi”:
ha, ha, jowialny jowisz. albo zeus zaświntuszy żartem.
narodziny z głowy, poród głową, jasna sprawa. zawsze jego.
lecz wiedzcie, że najpierw napycha się on:
ciężarną żoną swą metydą, matką zbyt mądrą
a w niej wtopionych dwóch potomków vel poziomków
wszystko to wchłania on, pakuje w strach
przed wyniszczeniem, jak w torbę, wędrujący
organ, który dziadek kronos dawno temu schował w nim
postąpiwszy tak samo ze swoimi poziomkami:
otchłań bez pamięci, dostęp mają tylko duchy
jak szafa wnękowa, a w niej poukładane dzieci (…).
Dalej pojawią się także nawiązania do Owidiusza, a w „camp corinth”, „medeated” perspektywa kosmogoniczna – zgodnie z wyjaśnieniem autorki wiersz odnosi się przy tym do strajku głodowego w Koryncie w 2014 roku:
& tak jak merope, powstająca z zaszytymi ustami
z biesiady europy
matka odurzonej glauke, która jest
asteroidą, i zwie się podobnie do gwiazd
może też podobnie do snu
bo córka w swojej białej sukni
tak leniwie się obraca jak żadna inna (…)
Mitologia Wolf nie ma całkowicie poważnego charakteru, miesza powagę z kampem, a momentami wręcz queerem: pomyślmy o Atenie i Zeusie, który staje się subwersywnym symbolem płodności i zarazem przemocy domowej. Mamy tu więc wariację na temat stworzenia i jego przemian, z odwołaniem do starożytnych prefiguracji i zarazem swoistym podważeniem ich statusu. Zwracam uwagę na dowcip – „potomek” miesza się z „poziomkiem”. Jednocześnie jednak historia nadal jest poważna, żartobliwość nie zaprzecza monumentalności – głód jest głodem, a cierpienie Medei pozostaje cierpieniem.
Dalej przenosimy się do współczesności, ale nadal jest kampowo – tu już tytułowy dział i wiersz „matkitaski (etiuda w tedesco)”:
sitting on my tedesco desk
writing something teddyesk
thinking disco fresco fresh
writing my tedesco mess
Uwidacznia się w nim wspomniana wielojęzyczność tomu i znowu jego stylistyczna lekkość. Później perspektywa kosmiczna zostaje zestawiona z prywatną i choć dalej operujemy tu na poziomie odległych, czasem ryzykownych asocjacji pojęciowych (jak poniżej: mleko – woda – wieczność – codzienność – ulotność chwili), do gry w końcu wchodzi intymność spojrzenia. Oto „matkitaski, mity, bak”:
to mleko odlicza nocą czas. jak liczy mleko?
to białe ruchy palców u nóg, całkiem ukwiał.
palce u rąk poruszają się też, paprotkowato. cóż to za palce?
podwodne przezroczyste grzebienie, włosy twoje znajdą
pre-chwycą wersy. tak po prostu z powietrza?
jaki musi być jego ogrom. to w nim mienią się
samoloty lecące w kierunku queens, przez okno, do łóżka
infantki. skąd się wzięła infantka? z księżyca
liczącego morza. dlatego zna się na spaniu
mlecznym, na akwariach. dlatego znikają, kiedy je
obcinasz, strzępki jej malusieńkich paznokci
jak mrugnięcia, pod światło samolotów lecących na queens.
Powracamy tu do rozważań nad pojęciem tasków, rzeczy do zrobienia. Wolf wciąż mniej interesują jednak typowo codzienne zobowiązania, zdaje się szukać raczej wielkich kreacyjnych zadań matek – stworzycielek świata, rodzicielek ludzkości i, co chyba najbardziej wywrotowe, kompozytorek języka, kulturowo pozostającego wszak przestrzenią męską. Podobne motywy widzimy między innymi w „jane włada matczyzną”, gdzie to właśnie mowa – nie język Adama, a słowa nieustannie poświęcających się pro-kreacyjnej pracy kobiet – staje się punktem odniesienia:
matkitask to było to czego
pokrętło pozbawiło jedną było ała było
codziennym dokręcaniem
x razy wokół drażliwiutkich kciuków
było uchwyconym i nabytym
nu vot. wieczory poszły w dal
poranki poszły w dal. wszystko
co bezpieczne samo z siebie
tylko nieubezpieczone. musisz
dodać animuszu. ach tak. animusz już
Utwór, z którego zacytowałam wyłącznie początek, opowiada zresztą znacznie bardziej rozbudowaną historię: wymianę pojęć wyznaczających rytm życia kobiety (od maid, bycia horny, przez ciążę, utratę self, po bycie mad mamą). „Matczyzna” to zatem zarówno narracja o kobiecości czy dojrzewaniu, jak i wykazanie roli języka w procesie adaptacji określonych ról do naszego życia. Zagadnienie to pojawi się również w „miódder tongue madregał”: „i made u child and u made me mother then/ u made mi miód and worlding”. Matka więc nie tylko tworzy, lecz także jest tworzona – przez materialną relację i jednocześnie mowę: maszyneria języka sprawia, że aby być matką, trzeba mieć dziecko, zaś dziecko, aby być dzieckiem, musi posiadać matkę. Perspektywa jest więc odwracalna i zwrotna, macierzyństwo okazuje się zarówno realnym zjawiskiem, jak i czymś wytworzonym w komunikacji. Owo napięcie między konstruktywizmem pojęć a kobiecą metafizyką wydaje się zresztą ujmujące – na przestrzeni wiersza sprzeczne dyskursy działają wspólnie, łączą perspektywy kiedy indziej antagonistyczne.
Ten wątek rozwija zresztą część „Mother Mask” poświęcona niejakiej Jean Hickok McCormick, która, jak czytamy: „ogłosiła w amerykańskiej audycji radiowej «We the People», że jest córką westernowych bohaterów Calamity Jane i Wild Billa Hickoka. Owa kobieta, pracująca wtedy jako pomocniczka nauczycielki i farmerka w Billings w stanie Montana, jako dowód przedstawiła odręcznie napisane pamiętniki i listy od matki zaadresowane «Droga Janey».”. Mamy więc córkę poszukującą matki; matkę jako punkt poszukiwania czy dojścia, a nie wyjścia. Autorka skomentuje to także w tekście „Wiersz na antenie | Wiersz o powietrzu (autorstwa Jane Flow | w tłumaczeniu Uljany Wolf”): „To nic że została wymyślona przez córkę:/ wszyscy byliśmy zmyśleni, lecz nikt z nas tak subtelnie, tak fałszywie”. Historia owego macierzyńskiego fałszerstwa uzupełniona jest dwudziestoma pięcioma found poems, napisanymi w oparciu o listy Calamity Jane do córki – listy autorstwa samej McCormick. Wolf nie tyle więc przyjmuje macierzyństwo jako zawsze naturalny, gotowy stan rzeczy, ile pokazuje je jako proces, pewnego typu wymianę zależności. Nie tylko zadania matek są więc wytwarzane kulturowo, lecz także sama „matka” bywa po prostu konstruktem, pojęciowym i materialnym odniesieniem, potrzebnym nam do ustalenia swojego miejsca w świecie. Jednocześnie macierzyństwo nadal ma w sobie walor metafizyczny. Krążymy więc od mitologii do niemal Wittgensteinowskich ujęć językowych gier.
Na tym kończy się pierwsza, bardziej „anglosaska” część książki, a zaczyna druga, wyraźniej „niemiecka”, gdzie wraz z umocowaniem trzeciego języka jeszcze silniej rozbudowany zostaje problem mowy i innych mediów. „Córki z höchszych sfer” to tyle nawiązanie do społecznej wyższości i norm wychowania kobiet (höch to po prostu wysoki), ile hołd dla niemieckiej artystki eksperymentalnej Hanny Höch, stanowiącej pewnego typu figurę estetycznej matronki. Cały dział jest zaś w gruncie rzeczy serią wierszy-studiów, których głównym tematem wydaje się natura jako kolejne wcielenie matczyności, tradycyjnie przeciwstawiane pojęciu kultury. Poetkę frapuje pytanie o możliwości artystycznego ujęcia twórczych sił przyrody i demiurgicznego potencjału człowieka, lecz nigdy nie popada w proste opozycje – cywilizacja nie jest tu gwałtem na naiwnym stanie natury, funkcjonują one raczej jako splot wartości. Tak wybrzmiewa na przykład w rozpoczęciu „studium futra dla emmy hennings”, odwołującego się do artystki kabaretowej, która wykorzystywała własne włosy do tworzenia kostiumu scenicznego:
jak ty w berlińskim heiligensee? odpowiedź: co się zakopie
w ziemi, co się długo ze sobą sklei. pytanie: jak mam
dalej żyć, czy słowo klej może w wierszu być?
Później następują zaś studia leśne, otoczone mottem z Maxa Ernsta i chmurne, z odniesieniem do malarstwa Maxa Beckmanna. Są one rozważaniem możliwości przedstawienia i zarazem dekonstrukcją języka w kontekście jego konwencjonalności. Tu fragment „studium chmur”:
myśl o słowie zgiełk. słowie zwiać
potem doszło słowo grzebień fal, jak
ten szaleniec myśleć ma, co nadmuchany
pełen pary nad kolosem chmur króluje:
grzebień fal = rozwlekła dal. biały skurcz
trójpalczasty jakiś, w wodę wczepiony. ok
rozumiem, ten obraz to bitwa, tak
myśli nasz wietrzny wariat, pogodowy bachor, tak
spojrzał na nasz wiek. chmura = czaszka.
kolor = pięść. barka na brzegu = nieświecąca
już część. a potem przyszło słowo uciekać. słowo
pułk. potem pytanie: w czym grzebie grzebień?
Widać w owym wierszu kolejne wielkie zagadnienie podjęte przez autorkę – pochodzenie języków: jak w poprzednich partiach książki podobne kwestie pojawiały się w kontekście mitologicznej wyobraźni, kosmogonii i filozofii stworzenia, tak tutaj rzecz wydaje się ściślej nakierowana lingwistycznie, poświęcona kłopotliwej matczyności mowy. Wolf mierzy się nie tylko z etymologią, lecz także zagadnieniem refleksyjnych ram, które przenoszą języki, pytając o ich umowność, performatywność i sprawczość. Nie jest to jednak typowy powrót do świetnie już znanych rozważań postmodernistycznych, ani nawet wskrzeszanie modernistycznego namysłu nad słowami przystającymi do rzeczy. Celem niemieckiej poetki wydaje się raczej autopsja języka – mnogich języków – w użyciu czy działaniu, przez pryzmat ich transgranicznej potencjalności, jakby wyłapywała punkty wspólne pomiędzy mowami narodowymi, ujawniając wspólne dla nich obrazy świata i zarazem radykalne różnice w ich portretowaniu. Widać to zresztą świetnie na poziomie poetyki cytowanych wierszy, gdzie regularnie przerywane są naturalne podziały składniowe, przerzutnie rozcinają związki frazeologiczne, rymy kończą w środku wersu, a same zdania wydają się w gruncie rzeczy nigdy nie zaczynać i rzadko wyraźnie kończyć, jakby sygnalizowały wieczną pracę słów i pojęć. Ich nieustanne mieszanie się, przemieszczanie czy rozpływanie podważa status mocnych kategorii, takich jak metafizyka czy prawda, jednocześnie poddając je wnikliwemu badaniu.
Ów problem potencjalności języka rozwija dział „Ploteczki z bohaterami mórzliwości lub flistbustiery Hölderlina”, obdarzony mottem z „Kolumba” słynnego niemieckiego poety: rozwijane są tu motywy akwatyczne, ale ta bądź co bądź męska wizja „morskiej” poezji jest swoiście kontrapunktowana przez kontekst hydrofeministyczny. Nieustannie posługujemy się tu hölderlinowską poetycką „morzetą”, czyli lunetą, jako tradycyjnym symbolem poszukiwania nowych literackich światów i natężenia uwagi, a zarazem wciąż odwołujemy do figury mowy-matki i jej lirycznego potomstwa:
śpiewać chcę o rymarzu bohaterze mórzliwości
przez „rz”, dla wszystkich, co właśnie słuchają, a
sami nie mogą na własne oczy śledzić z bliska
tego, co oczywiste (Slow the eye I brought
with me from Germany). sattlerowy bohaterze
nanowicie bij się z chorągiewką z piór, rozkleksami
migotkami, przyciągaj skarby, twój literowy łup
ostro wiejąc wokół, w sieciach albo śmieciach
grzmiących okrętach śmiało w hiper
zawieszeniu jednej strony, a decyzja tylko twoja
którego słowa (łupu) są dziecięciem (…)
Motyw dzieciństwa powraca tym razem dzięki postaci dziecka-podróżnika po języku: w całej części przewijają się zresztą wizje różnorodnych, autotematycznych poszukiwań pisarskich („najpierw zapisałam konstonanty. rozproszyłam/ ich zaburzonym brzmieniem mą uwagę”; „gdzie mogę odnaleźć ten zapis, zawalić napis/ i kto mi uwierzy, że nie wymyśliłam tego wersu”; „przyznaję: tylko sobie majsterkuję”). Pisanie jako odnajdywanie się w języku jest tu porównywane do piractwa, utrzymane w tonie dziecinnych prób, wolnego od konwencji poetyckiego dryfowania i dezynwoltury, która czasem służy autokrytyce (nie bez przyczyny ostatni wiersz cyklu nosi tytuł „niezdara”). Jak wyjaśnia poetka w swoich komentarzach, punktem wyjścia dla jej refleksji było eksperymentalne wydanie rękopisów Hölderlina z różnymi wariantami czcionek i wariantów ortograficznych.
Wreszcie nadchodzi ostatni, niejako łączący wszystkie poprzednie części blok tekstów, „Matrioszki”, gdzie mowa przede wszystkim o wymianie pokoleniowej i macierzyńsko-córkowej odwracalności: całość ujęta jest niemal mechanicystycznie, przez metafory składania i rozkładania, bo córka mieści się w matce, ale matka, jako pojęcie, mieści się także w córce. W końcu dostajemy zaś pozbawiony osobnego tytułu cykl wierszy „grammargirls”, gdzie główną bohaterką okazuje się infantka – i jest to ostateczne połączenie motywów rodzicielstwa, dzieciństwa, języka, poznania, mitologii i wyobraźni. Tu na przykład początek wiersza „infantka tłumaczy”:
grammargirls przeliteruj a zobaczysz moc słów i magię mocy
grammargirls przeliteruj mocą słów która mocuje magię w nocy
grammargirls mocują słowami moc liter by machać magią
grammargirls machnęłyby zupę literkową ale nie cierpią maggi
Czy końcówka wiersza „infantka rośnie”:
moja terminologio szkolna moja ramie-
niologio wolna chodź utul i ukołysz mnie
daj mi zbroję na moje językowe podboje
Poszukujące języka-matki, języka i matki dziecko zostaje więc wrzucone w świat pełen zasad gramatycznych i społecznych i mitologizuje własną podróż po ich meandrach, sytuując się w roli nieco zbuntowanej księżniczki, nowej mitologicznej czy baśniowej odkrywczyni. Przy tym wszystkim Wolf unika prostej infantylizacji, nie popada w utartą metafizykę dzieciństwa, macierzyństwa czy kobiecości, choć wcale od podobnych kontekstów nie stroni. Znów: łączy naiwność z wnikliwością, a metafizykę z konstruktywizmem – jako towarzyszące sobie żywioły, nie sprzeczne bieguny.
Matkitaski są więc – w próbie podsumowania – niczym tekstowa maszyneria, która wchłania w siebie i miksuje ogromną paletę odniesień, inspiracji i motywów imaginacyjnych. Te pozamaterialne mieszają się z materialnymi na równych prawach, intelektualizm nie wyklucza tu wagi doświadczenia czy przeżycia i chyba właśnie to przesądza o wartości owej książki, wciągającej niezliczoną ilość realizacji wyobraźni macierzyńskiej w jeden literacki wir[1]. Z plątaniny realizacji można byłoby wysnuć kilkanaście osobnych interpretacyjnych historii i każdej przyznać status niezależnej, lecz na przestrzeni tekstu działają one wspólnie. Nie jest to łatwy sojusz – wierszami rządzi glitch czy zaburzenie, w takiej formule wiersza gładki potok mowy zdarza się rzadko. Nie przez braki warsztatu, tylko dzięki przyjętemu porządkowi refleksyjnemu: mowa nie jest spójnym nurtem, tylko zarazem jednolitym i pokawałkowanym ciągiem, gdzie jednej warstwy nie wciela się do drugiej, lecz pokazuje ich rozłączną łączność. Jakby zadaniem języka było tu nieustanne rodzenie samego siebie.
Literaturoznawczyni, krytyczka literacka i tłumaczka. Ukończyła filologię polską i filozofię. W 2022 roku obroniła na Wydziale Filologii Polskiej i Klasycznej Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu rozprawę doktorską poświęconą metarefleksyjności polskiej poezji najnowszej. Jej zainteresowania badawcze koncentrują się głównie wokół metodologii badań literackich, liryki XX i XXI wieku (jej kontekstów teoretycznych, filozoficznych i politycznych) oraz przekładoznawstwa. Laureatka Diamentowego Grantu na lata 2018-2022. Redaktorka naukowa książki Nowy autotematyzm? Metarefleksja we współczesnej humanistyce (Poznań 2021). Autorka monografii Nowy autotematyzm? Metarefleksja w poezji polskiej po roku 1989 (Kraków 2023). Teksty naukowe publikowała między innymi w „Porównaniach”, „Forum Poetyki”, „Wielogłosie”, „Przekładańcu” i „Przestrzeniach Teorii” oraz w monografiach wieloautorskich. Jej teksty krytyczne można znaleźć m. in. w „Twórczości”, „ArtPapierze”, „Kontencie”, „Notatniku Literackim” czy „Czasie Kultury”. Stale współpracuje z Wydawnictwem WBPiCAK w Poznaniu oraz angażuje się w poznańskie i ogólnopolskie życie literackie i kulturalne jako animatorka czy prowadząca spotkania autorskie. (Współ)tłumaczyła na polski teksty Elaine Showalter, Emily Apter i Rity Felski.
Głos Agnieszki Waligóry w debacie „Granice literatury”.
Więcej
Głos Agnieszki Waligóry w debacie „Zoom Poland”.
Więcej
Recenzja Agnieszki Waligóry, towarzysząca premierze książki Połów. Poetyckie i prozatorskie debiuty 2023, która ukaże się 1 lipca 2024 roku.
Więcej
Recenzja Agnieszki Waligóry, towarzysząca premierze książki Czerwony śliski pałac Ievy Toleikytė w tłumaczeniu Dominiki Jagiełki, wydanej w Biurze Literackim 5 lutego 2024 roku.
Więcej
Recenzja Agnieszki Waligóry, towarzysząca premierze książki jesteśmy pierwszą ciemnością tego lata Oli Lewandowskiej, wydanej w Biurze Literackim 15 stycznia 2024 roku.
Więcej
Rozmowa Artura Burszty z Uljaną Wolf, towarzysząca premierze książki Matkitaski Uljany Wolf w tłumaczeniu Karoliny Golimowskiej, wydanej w Biurze Literackim 3 lutego 2026 roku.
Więcej