wywiady / o książce

Dar zachwytu

Katarzyna Skórska

Sabrina Giarratana

Rozmowa Katarzyny Skórskiej z Sabriną Giarrataną, towarzysząca premierze książki Wiersze z zieleni Sabriny Giarratany w tłumaczeniu Katarzyny Skórskiej, wydanej w Biurze Literackim 10 marca 2026 roku.

Biuro Literackie kup książkę na poezjem.pl

Kata­rzy­na Skór­ska: Jak wyglą­da­ły Two­je pisar­skie począt­ki? Kie­dy zaczę­łaś pisać poezję?

Sabri­na Giar­ra­ta­na: Zawsze lubi­łam pisać. W dzie­ciń­stwie byłam bar­dzo nie­śmia­ła, wraż­li­wa, mia­łam buj­ną wyobraź­nię, a pisa­nie pozwa­la­ło mi w jakiś spo­sób się wyra­zić, lecz zara­zem tro­chę ukryć, poczuć się bez­piecz­nie. W szko­le zada­wa­no nam jako pra­cę domo­wą „spi­sy­wa­nie myśli”, czy­li krót­kich tek­ści­ków, liczą­cych dosłow­nie dwie lub trzy linij­ki, w któ­rych nale­ża­ło opo­wie­dzieć o czymś, co się nam przy­tra­fi­ło lub zro­bi­ło na nas wra­że­nie. Chy­ba były to moje pierw­sze pró­by poetyc­kie, choć jesz­cze nie pisa­łam wier­szem, bo kaza­ły mi się sku­pić na wyda­rze­niach we mnie i poza mną, i odna­leźć kil­ka wła­ści­wych słów, by to opi­sać. Pierw­szy wiersz, któ­ry pamię­tam, napi­sa­łam kil­ka lat póź­niej, nosił tytuł „Obcy”. Poświę­ci­łam go moje­mu bra­tu Rober­to­wi, któ­ry był wte­dy nasto­lat­kiem. Star­szy ode mnie o pięć lat brat nagle stał się dla mnie jak przy­bysz z obcej pla­ne­ty. Ale w wier­szu napi­sa­łam, że jest obcy, by się chro­nić, a nie obcy z natu­ry. Bo z natu­ry wyda­wał mi się kimś bar­dzo ludz­kim, kto potra­fi zgłę­bić isto­tę rze­czy.

Jak przed­sta­wia się u Cie­bie pro­ces twór­czy? Czy naj­pierw poja­wia się temat, a potem wier­sze? Czy może zbie­rasz w tomach tek­sty pisa­ne na prze­strze­ni lat?

Pro­ces twór­czy nie zawsze prze­bie­ga tak samo. Jeśli cho­dzi o pierw­szą książ­kę wyda­ną w duecie z Sonią Marią Luce Possen­ti­ni Poesie di luce („Wier­sze ze świa­tła”, Giun­ti 2014) naj­pierw i w pew­nych odstę­pach cza­su napi­sa­łam trzy wier­sze poświę­co­ne świa­tłu, po czym zda­łam sobie spra­wę, że tema­ty­ka świa­tła fascy­nu­je mnie od dziec­ka, więc zaczę­łam pisać dalej, żeby zoba­czyć, co z tego wynik­nie. Tym­cza­sem Wier­sze z zie­le­ni („Poesie nell’erba”, Ani­ma­Mun­di 2021) zro­dzi­ły się przede wszyst­kim z chę­ci ponow­nej współ­pra­cy z Sonią nad książ­ką poświę­co­ną naszej wspól­nej pasji, czy­li przy­ro­dzie. To pra­gnie­nie przez kil­ka lat nie mogło się speł­nić. Latem 2014 roku star­szy z moich bra­ci, Danie­le, z któ­rym byłam bar­dzo zwią­za­na, zmarł na bia­łacz­kę po dwu­ipół­let­nich zma­ga­niach z cho­ro­bą. Był to dla mnie dłu­gi czas nie­pi­sa­nia i utra­ty wia­ry w sło­wo. Latem 2016 roku poczu­łam, że poezja w jakiś spo­sób chce mi pomóc odna­leźć utra­co­ne sło­wa i poczu­cie sen­su, ale przede wszyst­kim roz­nie­cić zachwyt w moich oczach, bo pomi­mo pięk­na przy­ro­dy, w któ­rej oto­cze­niu żyję, na dłu­go przy­gasł. Poczu­łam, że powrót do źró­deł miło­ści do natu­ry przy­wró­ci mi zara­zem ener­gię i ukoi poczu­cie pust­ki, oraz pozwo­li prze­żyć na nowo naj­pięk­niej­szy okres dzie­ciń­stwa spę­dzo­ny z brać­mi, czy­li od siód­me­go do oko­ło dzie­sią­te­go roku życia, kie­dy zgod­nie z marze­niem taty prze­pro­wa­dzi­li­śmy się z rodzin­nej Bolo­nii do Liver­gna­no, nie­wiel­kiej wio­ski odda­lo­nej od mia­sta o dwa­dzie­ścia kilo­me­trów, do domu poło­żo­ne­go mię­dzy górą a doli­ną. Co dzień po szko­le wraz brać­mi wyru­sza­li­śmy na nie­koń­czą­ce się pie­sze wypra­wy. Kie­dy myślę o dzie­ciń­stwie, myślę wła­śnie o tym dwu­ipół­rocz­nym okre­sie, wszyst­ko sku­pia się w ogro­mie ota­cza­ją­cej nas wte­dy natu­ry. Jak gdy­by to, co dzia­ło się wcze­śniej i póź­niej, czy­li na miej­skim eta­pie moje­go dzie­ciń­stwa, sta­ło się jed­nym nie­wy­raź­nym wspo­mnie­niem, nie­co pobla­kłym i nie­zbyt inte­re­su­ją­cym, pod­czas gdy to, co wyda­rzy­ło się w cią­gu tych bli­sko trzech dzi­kich lat wciąż było nie­wy­czer­pa­ną kopal­nią wra­żeń, prze­bu­dzi­ło dar zachwy­tu, do któ­re­go dotąd się odwo­łu­ję, bo nie­sie mi oca­le­nie. Mam nadzie­ję, że w tych wier­szach choć czę­ścio­wo uda­ło mi się wyra­zić moją wdzięcz­ność wobec natu­ry za opie­kę, jaką roz­to­czy­ła nade mną i moimi brać­mi w dzie­ciń­stwie, za to, że nam towa­rzy­szy­ła i kar­mi­ła nas swo­im pięk­nem, ale też rzu­ca­ła wyzwa­nia i wzbu­dza­ła lęk, by potem dać pocie­chę i roz­we­se­lić, poza zasię­giem wzro­ku naszych rodzi­ców, któ­rzy szczę­śli­wie zaj­mo­wa­li się swo­imi doro­sły­mi spra­wa­mi. I wła­śnie moim bra­ciom, Danie­le­mu i Rober­to­wi, zade­dy­ko­wa­łam Wier­sze z zie­le­ni.

Two­im wier­szom towa­rzy­szą ilu­stra­cje Sonii Marii Luce Possen­ti­ni, two­rząc z tek­sta­mi nie­ro­ze­rwal­ną całość. Jak prze­bie­ga Wasza współ­pra­ca? Czy możesz nam odsło­nić kuli­sy Waszej pra­cow­ni?

W grun­cie rze­czy pra­cu­je­my oddziel­nie, są to dwa róż­ne eta­py. Naj­pierw ja piszę wier­sze, następ­nie Sonia zaj­mu­je się ilu­stra­cja­mi. Ta pra­ca na dwóch róż­nych eta­pach, co jest zresz­tą czę­stym zwy­cza­jem we Wło­szech w wypad­ku ksią­żek ilu­stro­wa­nych, wyda­wa­ła mi się czymś sza­le­nie dziw­nym, kie­dy zaczę­łam wyda­wać swo­je tek­sty. Przez wie­le lat pra­co­wa­łam w rekla­mie, gdzie zwy­kle pra­cu­je się w tan­de­mach, od naro­dzin pomy­słu po jego reali­za­cję. Z cza­sem doce­ni­łam war­tość samot­nej pra­cy, co prze­kła­da się przede wszyst­kim na sza­cu­nek do pra­cy ilu­stra­to­ra oraz jego auto­no­micz­ność. Autor ilu­stra­cji musi swo­bod­nie odbyć swo­ją twór­czą podróż, autor tek­stów nie powi­nien warun­ko­wać jego wybo­rów, choć z pew­no­ścią chciał­by opo­wie­dzieć, jak mu się widzą ilu­stra­cje.

Pra­wie zawsze oglą­dam efek­ty pra­cy Sonii dopie­ro na koniec, na krót­ko przed wyda­niem książ­ki. I za każ­dym razem Sonia wpra­wia mnie w zachwyt. Tyl­ko w wypad­ku naszej dru­giej wspól­nej książ­ki, Can­ti dellatte­sa („Pie­śni na ocze­ki­wa­nie”, Il Leone Ver­de 2015), któ­ra opo­wia­da o dro­dze ku naro­dzi­nom, popro­si­łam Sonię o zmia­nę ilu­stra­cji na okład­ce, bo pro­po­no­wa­na mnie nie prze­ko­ny­wa­ła. Dru­ga pro­po­zy­cja była napraw­dę cudow­na i zna­la­zła się na okład­ce.

W Wier­szach z zie­le­ni poja­wia się motyw śmier­ci i prze­mi­ja­nia, dla dziec­ka przy­swa­jal­ny raczej na płasz­czyź­nie intu­icji niż rozu­mu. Z myślą o jakim czy­tel­ni­ku piszesz swo­je wier­sze?

Dzię­ku­ję za to pyta­nie, zacznę odpo­wia­dać od koń­ca. Kie­dy piszę wier­sze, sta­ram się mówić do dziec­ka, któ­re każ­dy nosi w sobie nie­za­leż­nie od wie­ku. Cza­sem widzę je pod posta­cią dziec­ka sied­mio­let­nie­go, innym razem – osiem­dzie­się­cio­let­nie­go. Jeże­li moje wier­sze są w sta­nie obu­dzić w nim zdol­ność zachwy­tu, owo wewnętrz­ne dziec­ko żyje, metry­ka prze­sta­je mieć zna­cze­nie. Jeśli cho­dzi o śmierć, doro­śli czę­sto postrze­ga­ją ten temat jako trud­ny, sta­ra­ją się o niej nie roz­ma­wiać z dzieć­mi. Może wła­śnie dla­te­go, gdy w szko­łach pytam dzie­ci, któ­ry wiersz zro­bił na nich naj­więk­sze wra­że­nie, nie­mal zawsze wska­zu­ją któ­ryś z wier­szy z wąt­kiem śmier­ci. Nie­któ­re dzie­ci nawet zbie­ra­ją się na odwa­gę i opo­wia­da­ją mi o stra­cie bab­ci lub dziad­ka, nie­kie­dy o śmier­ci rodzi­ca, innym razem o uko­cha­nym zwie­rząt­ku, któ­re ode­szło. Dzie­ci łak­ną roz­mo­wy o śmier­ci, bo czę­sto w domu temat jest nie­obec­ny. Tym­cza­sem doświad­cze­nie śmier­ci jest prze­cież czę­ścią życia, a roz­mo­wa pozwa­la potrak­to­wać dziec­ko po part­ner­sku i oka­zać sza­cu­nek jego wraż­li­wo­ści i inte­li­gen­cji oraz umie­jęt­no­ściom rozu­mie­nia cze­goś, co jest bole­sne i nie­ła­twe. Już od cza­sów dzie­ciń­stwa natu­ra uczy­ła mnie godzić się ze śmier­cią. Pod­czas spa­ce­rów z brać­mi nie­rzad­ko napo­ty­ka­li­śmy mar­twe owa­dy lub zwie­rzę­ta. Z począt­ku wzbu­dza­ły w nas strach, lecz z cza­sem nawy­kli­śmy do tego wido­ku. W przy­ro­dzie śmierć jawi się jako część krę­gu życia, to zara­zem sens i pięk­no ist­nie­nia: cia­ło, któ­re powra­ca do zie­mi, może jutro sta­nie się drze­wem. I z wol­na coraz dobit­niej docie­ra do nas myśl, że kie­dy umie­ra­my, prze­mie­nia­my się w coś inne­go, odra­dza­my się pod jakąś nową posta­cią. To pięk­ne, dobre poczu­cie, któ­re może nieść wiel­ką pocie­chę, kie­dy się je rozu­mie.

Two­ja twór­czość poetyc­ka uru­cha­mia każ­dy z pię­ciu zmy­słów. Ale u każ­de­go z nas zwy­kle jeden ze zmy­słów prze­wa­ża nad inny­mi. Któ­ry ze zmy­słów jest naj­waż­niej­szy dla Cie­bie jako pisar­ki? 

Kie­dy zasta­na­wiam się, któ­re zmy­sły są naj­waż­niej­sze dla mnie, a zara­zem dla moich wier­szy, to przy­cho­dzą mi na myśl wzrok, słuch i węch. Gdy­bym jed­nak mia­ła wybrać tyl­ko jeden, ten, któ­re­mu pozwa­lam się pro­wa­dzić, kie­dy piszę lub czy­tam na głos wier­sze, to wska­za­ła­bym słuch. Słuch jest dla mnie naj­waż­niej­szy, bo zanim jesz­cze zapi­szę wiersz, zaczy­nam sły­szeć go w uszach, a kie­dy piszę – czy to wier­szem, czy pro­zą – zawsze muszę prze­czy­tać na głos to, co napi­sa­łam, aby usły­szeć, jak brzmi, spraw­dzić sens i rytm za pomo­cą słu­chu. Pod­czas spo­tkań z gro­nem mło­dych i doro­słych czy­tel­ni­ków czę­sto recy­tu­ję swo­je wier­sze z zamknię­ty­mi ocza­mi i pro­szę o zamknię­cie oczu rów­nież słu­cha­czy, jeśli mają na to ocho­tę, bo cza­sem wzrok odcią­ga uwa­gę od słów. Mając zamknię­te oczy, moż­na lepiej się sku­pić nad brzmie­niem i sen­sem każ­de­go wyra­zu, tonem gło­su, inten­cja­mi towa­rzy­szą­cy­mi wymo­wie poszcze­gól­nych wer­sów, a słu­cha­jąc, może­my zanu­rzyć się w poetyc­kim stru­mie­niu, pozwo­lić mu wpły­nąć w nas, oswo­ić go i prze­żyć do głę­bi, jeśli tyl­ko wiersz nas poru­szy.

We Wło­szech pro­za ma zde­cy­do­wa­ną prze­wa­gę nad poezją w komu­ni­ka­cji z dzieć­mi. Jak wyglą­da odbiór tek­stów wier­szo­wa­nych wśród mło­dych czy­tel­ni­ków? Jakie masz doświad­cze­nia w tej mie­rze?

Z pew­no­ścią pro­za prze­wa­ża nad poezją, więk­szość albu­mów ilu­stro­wa­nych pisa­na jest pro­zą, a dzie­ci przede wszyst­kim lubią pozna­wać nowe histo­rie. W poró­wa­niu z okre­sem moje­go dzie­ciń­stwa we Wło­szech wyda­je się dziś o wie­le wię­cej ksią­żek poetyc­kich kie­ro­wa­nych do dzie­ci. Doszło do tego z pew­no­ścią za spra­wą rewo­lu­cji, jaką na prze­ło­mie lat pięć­dzie­sią­tych i sześć­dzie­sią­tych wywo­łał we Wło­szech poeta i pro­za­ik Gian­ni Roda­ri. Byli­śmy przy­zwy­cza­je­ni do lek­tur i do ucze­nia się na pamięć utwo­rów pisa­nych dla doro­słej publicz­no­ści autor­stwa poetów jak Gio­van­ni Pasco­li, Gio­suè Car­duc­ci, Gia­co­mo Leopar­di, Giu­sep­pe Unga­ret­ti, Euge­nio Mon­ta­le i Salva­to­re Quasi­mo­do, aż tu nagle w pod­ręcz­ni­kach szkol­nych poja­wi­ły się wier­sze Roda­rie­go i poczu­li­śmy, że jego pisar­stwo adre­so­wa­ne jest do nas – doty­czy wła­śnie nas i ma nas roz­ba­wić swo­ją iro­nią i fan­ta­zją, a zara­zem każe się zasta­no­wić nad nie­spra­wie­dli­wo­ścią panu­ją­cą na świe­cie. Jeśli wło­skie dzie­ci mogą dziś zna­leźć w pod­ręcz­ni­kach wię­cej utwo­rów poetyc­kich niż kie­dyś, zawdzię­cza­ją to z pew­no­ścią Roda­rie­mu, któ­ry uto­ro­wał dro­gę wło­skiej poezji dla dzie­ci. Myślę zara­zem, że dzie­ciom nale­ży dać moż­li­wość odkry­wa­nia bez­kre­su świa­ta poezji, i może nie tyle ma sens roz­róż­nie­nie mię­dzy poezją dla dzie­ci i dla doro­słych, ile mię­dzy poezją, któ­ra nas doty­ka, i taką, któ­ra nicze­go nam nie prze­ka­zu­je. Mówię tak, bo pierw­sze spo­tka­nie z poezją, któ­re zosta­wi­ło we mnie ślad, to Homer czy­ta­ny gło­sem Unga­ret­tie­go. Był rok 1968, mia­łam trzy lata, sie­dzia­łam z rodzi­ca­mi przed tele­wi­zo­rem i cze­ka­łam na wido­wi­sko na pod­sta­wie Ody­sei. Na ekra­nie tele­wi­zo­ra uka­zał się poeta, Giu­sep­pe Unga­ret­ti, i prze­czy­tał kil­ka wer­sów Ody­sei. Inten­syw­ność jego spoj­rze­nia, powa­ga gło­su wywar­ły na mnie wiel­kie wra­że­nie, chy­ba nawet więk­sze niż czy­ta­ne sło­wa, z któ­rych nie­du­żo rozu­mia­łam, a któ­re mimo to zdo­ła­ły roz­pa­lić we mnie pra­gnie­nie, by zro­zu­mieć i wsłu­chać się w tę muzy­kę, w ten rytm, by poznać głę­bię, z któ­rą wcze­śniej nie mia­łam do czy­nie­nia. Tak oto tajem­ni­ca sen­su czy­ta­nych słów połą­czy­ła się u mnie z głę­bo­kim zachwy­tem. Jak gdy­by ten poeta o żywym, zna­jo­mym spoj­rze­niu, któ­re przy­po­mi­na­ło mi spoj­rze­nie moje­go wuj­ka, nagle otwo­rzył przede mną furt­kę do tajem­ni­cy świa­ta i zabrał mnie tam za pomo­cą słów. Od tam­tej pory wciąż zada­wa­łam sobie pyta­nie, co znaj­du­je się po dru­giej stro­nie tej furt­ki, pra­gnę­łam tam wró­cić. Podob­ne uczu­cie głę­bo­kie­go zachwy­tu towa­rzy­szy­ło mi, kie­dy nauczy­ciel w gim­na­zjum czy­tał nam na głos frag­men­ty Ody­sei. A tak­że kil­ka lat póź­niej, gdy w liceum nauczy­ciel­ka czy­ta­ła nam Boską kome­dię Dan­te­go. Te spo­tka­nia nie tyl­ko pozwo­li­ły mi poko­chać poezję, ale tak­że zro­zu­mieć, że poezja, kie­dy czy­ta ją ktoś, kto napraw­dę kocha to, co czy­ta, potra­fi wzbu­dzić w dzie­ciach i mło­dzie­ży szcze­gól­ną uwa­gę wobec słów, roz­pa­lić cie­ka­wość wobec tajem­ni­cy powsta­nia języ­ka, któ­ra łączy się z tajem­ni­cą powsta­nia świa­ta. Kie­dy spo­ty­kam się w szko­le z dzieć­mi, ale tak­że z oso­ba­mi doro­sły­mi, magia moich dzie­cin­nych spo­tkań z poezją roz­ta­cza się na nowo.

Two­ja mama jest Holen­der­ką i mówi w pię­ciu języ­kach, co z pew­no­ścią pozo­sta­ło nie bez wpły­wu na Two­ją twór­czość. Czy możesz nam opo­wie­dzieć, jak się to obja­wia?

Przede wszyst­kim, kie­dy byłam mała, we Wło­szech, ina­czej niż dziś, nie było zbyt wie­lu obco­kra­jow­ców. To, że moja mama jest cudzo­ziem­ką, dawa­ło mi poczu­cie, że jestem inna, że się wyróż­niam, cza­sem w sen­sie pozy­tyw­nym, a cza­sem nega­tyw­nym, i ja też po tro­sze czu­łam się cudzo­ziem­ką. Może wzma­ga­ło to moją nie­śmia­łość i wresz­cie skło­ni­ło do pró­by odna­le­zie­nia w pisa­niu spo­so­bu na wyra­że­nie sie­bie. Nie­ste­ty mama nie­czę­sto odzy­wa­ła się przy nas w innych języ­kach, mówi­ła do nas po wło­sku, były to zresz­tą głów­nie pro­ste zwro­ty, bo języ­ka wciąż się uczy­ła, nie­rzad­ko z tru­dem odnaj­do­wa­ła wła­ści­we sło­wo. Cza­sem wymy­śla­ła jakieś nie­do­rzecz­ne sło­wa, co bar­dzo nas śmie­szy­ło, cza­sem czu­łam, jak cier­pi, bo nie może odpo­wied­nio wyra­zić po wło­sku swo­ich myśli. Nie­kie­dy sta­ra­łam się jej pod­rzu­cić jakieś sło­wo, zda­rza mi się to do dziś. Kie­dy jed­nak roz­ma­wia­ła po nider­landz­ku z moją bab­cią lub ze swo­im rodzeń­stwem, albo po angiel­sku z rodzi­ną roz­sia­ną po świe­cie, wyda­wa­ło się, że w jakiejś mie­rze się odra­dza, a jej spo­sób mówie­nia sta­wał się swo­bod­ny i rado­sny. Cała moja uwa­ga sku­pia­ła się wte­dy na dźwię­ku słów w nie­zna­nych języ­kach, słu­cha­łam ich z zachwy­tem, nie rozu­mia­łam ich zna­cze­nia, ale były dla mnie jak muzy­ka. Mama poro­zu­mie­wa­ła się z nami po nider­landz­ku tyl­ko cza­sa­mi: gdy śpie­wa­ła koły­san­kę (bar­dzo ją lubi­łam, śpie­wa­ła mi ją chy­ba do pią­te­go czy szó­ste­go roku życia) lub kie­dy tra­ci­ła do nas cier­pli­wość i wpa­da­ła w złość (nie chcia­ła nam potem tłu­ma­czyć, co mówi­ła, twier­dzi­ła, że to brzyd­kie sło­wa, któ­rych nie powin­ni­śmy znać). Zda­rza­ły się też rzad­kie chwi­le, w któ­rych mama czy­ta­ła nam angiel­skie książ­ki i tłu­ma­czy­ła je na głos. Moja ulu­bio­na to A Childs Gar­den of Ver­ses Rober­ta Louisa Ste­ven­so­na, czy­li tomik wier­szy dla dzie­ci (któ­ry mama przy­wio­zła ze Sta­nów Zjed­no­czo­nych, gdzie prze­by­wa­łam pod­czas woj­ny), zilu­stro­wa­ny wspa­nia­ły­mi zdję­cia­mi autor­stwa Toni Fris­sell. Zdję­cia przed­sta­wia­ły dzie­ci w oto­cze­niu przy­ro­dy, w miej­scach, w któ­rych bar­dzo chcia­łam się zna­leźć. Mam tę książ­kę do dziś. Z pew­no­ścią wier­sze z tego tomi­ku czy­ta­ne przez mamę mia­ły na mnie ogrom­ny wpływ.

W Pol­sce dużo czy­ta się dzie­ciom, prócz auto­rów pol­skich popu­lar­no­ścią cie­szą się rów­nież auto­rzy obco­ję­zycz­ni w prze­kła­dach na pol­ski – spo­śród auto­rów lite­ra­tu­ry nider­landz­kiej np. Annie M.G. Schmidt. Po jakie książ­ki się­ga­łaś jako dziec­ko? Czy bliż­sza jest Ci lite­ra­tu­ra wło­ska, nider­landz­ka czy może jakaś obca? Kto nale­ży do Two­ich ulu­bio­nych twór­ców?

Oprócz A Childs Gar­den of Ver­ses Ste­ven­so­na i kil­ku innych anglo­ję­zycz­nych ksią­że­czek, któ­re nale­ża­ły do mojej mamy w dzie­ciń­stwie, czy­ta­łam głów­nie w języ­ku wło­skim, cza­sem były to książ­ki wło­skich auto­rów, a cza­sem obcych, tłu­ma­czo­ne na wło­ski. Ulu­bio­ne książ­ki moje­go dzie­ciń­stwa to Pino­kio Car­la Col­lo­die­go, Hans Brin­ker, or The Silver Ska­tes Mary Mapes Dodge, powieść osa­dzo­na w Holan­dii, Małe kobiet­ki Louisy May Alcott, Ali­cja w Kra­inie Cza­rów Lewi­sa Car­rol­la, Pio­truś Pan Jame­sa Mat­thew Bar­rie­go, a potem Dzien­nik Anne Frank. Moją ulu­bio­ną histo­rią jed­nak była chy­ba Ody­se­ja, któ­rą pozna­wa­łam dzię­ki tele­wi­zyj­ne­mu wido­wi­sku w odcin­kach i potem w gim­na­zjum, gdy nauczy­ciel czy­tał nam frag­men­ty wło­skie­go prze­kła­du. Gdy­bym mia­ła wymie­nić dzie­ło lite­rac­kie, któ­re pozo­sta­ło ze mną do dziś, wska­za­ła­bym wła­śnie Ody­se­ję Home­ra.

Jakie są Two­je naj­bliż­sze pla­ny? Zaj­miesz się raczej poezją czy pro­zą? Zamie­rzasz pisać dla dzie­ci czy dla dorosłych?

We Wło­szech uka­za­ła się wła­śnie moja nowa książ­ka, zaty­tu­ło­wa­na Poesie dinver­no („Wier­sze z zimy”), ponow­nie zilu­stro­wa­na przez Sonię Marię Luce Possen­ti­ni i wyda­na przez Ani­ma­Mun­di. Obec­nie mam dużo spo­tkań z mło­dy­mi i doro­sły­mi czy­tel­ni­ka­mi, poma­gam tej książ­ce sta­wiać pierw­sze kro­ki w świe­cie. Wśród naj­bliż­szych pro­jek­tów jest nie­wiel­ki szkic adre­so­wa­ny do doro­słej publicz­no­ści, za jakiś czas nowy tomik poezji, a za czas nie­co dłuż­szy – nowa powieść dla doro­słych czy­tel­ni­ków.

Bar­dzo dzię­ku­ję za pyta­nia.

Chcia­ła­bym podzię­ko­wać za wszyst­ko wydaw­nic­twu Biu­ro Lite­rac­kie i Tobie za prze­kład. Bar­dzo się cie­szę, że wkrót­ce moje Wier­sze z zie­le­ni tra­fią w ręce pol­skich czy­tel­ni­ków.

O autorach i autorkach

Katarzyna  Skórska

Urodzona w 1980 roku. Adiunkt w Katedrze Italianistyki UW, literaturoznawczyni, tłumaczka. Przekładała teksty m.in. Dina Buzzatiego, Itala Calvina, Domenica Starnonego, Heleny Janeczek, Valerii Parrelli. Dwukrotna laureatka Nagrody Literackiej im. Leopolda Staffa (2016, 2022) za przekład prozy – Limbo Melanii G. Mazzucco i Uliczników Piera Paola Pasoliniego. Mieszka i pracuje czasem w Warszawie, czasem w Szwajcarii.

Sabrina Giarratana

Urodziła się 1965 roku w Bolonii z matki Holenderki i ojca Sycylijczyka. Dzieciństwo spędziła w Holandii i we Włoszech, chłonąc języki i kulturę obu krajów. Jest autorką książek dla dzieci i młodzieży. Zadebiutowała w 2008 roku tomem wierszy Amica Terra („Przyjaciółka Ziemia”). W 2021 roku wydała pierwszą powieść przeznaczoną dla dorosłych odbiorców – La parola muta („Nieme słowo”). Jej twórczość doczekała się wielu nagród. W roku 2022 włoskie czasopismo „Andersen” uhonorowało Giarratanę nagrodą dla najlepszej pisarki dla dzieci. Podobnie jak w niniejszym tomie często pracuje w tandemie z ilustratorką Sonią Marią Luce Possentini.

Powiązania

Nowy europejski kanon literacki: Viola i Niebieski

nagrania / transPort Literacki Różni autorzy

Spo­tka­nie z udzia­łem Mat­teo Bus­so­li, Kata­rzy­ny Skór­skiej i Joan­ny Roszak w ramach festi­wa­lu Trans­Port Lite­rac­ki 28. Muzy­ka Resi­na.

Więcej

Rozmowy na koniec: odcinek 22 Jacek Godek, Katarzyna Skórska, Elżbieta Sobolewska

nagrania / transPort Literacki Różni autorzy

Dwu­dzie­sty dru­gi odci­nek z cyklu „Roz­mo­wy na koniec” w ramach festi­wa­lu Trans­Port Lite­rac­ki 28. Muzy­ka Resi­na.

Więcej

Viola i opowiadacz historii

wywiady / o książce Katarzyna Skórska Matteo Bussola

Roz­mo­wa Kata­rzy­ny Skór­skiej z Mat­teo Bus­so­lą, towa­rzy­szą­ca pre­mie­rze książ­ki Vio­la i Nie­bie­ski Mat­teo Bus­so­li w tłu­ma­cze­niu Kata­rzy­ny Skór­skiej, wyda­nej w Biu­rze Lite­rac­kim 15 maja 2023 roku.

Więcej

Viola i Niebieski (2)

utwory / zapowiedzi książek Katarzyna Skórska Matteo Bussola

Frag­men­ty zapo­wia­da­ją­ce książ­kę Vio­la i Nie­bie­ski Mat­teo Bus­so­li w tłu­ma­cze­niu Kata­rzy­ny Skór­skiej, któ­ra uka­że się w Biu­rze Lite­rac­kim 15 maja 2023 roku.

Więcej

Viola i Niebieski (1)

utwory / zapowiedzi książek Katarzyna Skórska Matteo Bussola

Frag­men­ty zapo­wia­da­ją­ce książ­kę Vio­la i Nie­bie­ski Mat­teo Bus­so­li w tłu­ma­cze­niu Kata­rzy­ny Skór­skiej, któ­ra uka­że się w Biu­rze Lite­rac­kim 15 maja 2023 roku.

Więcej