Długo czekaliśmy na ten tom. Pani Anima, poprzednia książka poetycka Ewy Kuryluk, ukazała się okrojona i bez autorskiej korekty w roku 1984. Pięć lat wcześniej światło ujrzał poruszający Kontur. W latach siedemdziesiątych wiersze artystki pojawiały się sporadycznie na łamach czasopism krajowych, a po jej przeprowadzce do Nowego Jorku wyłącznie w założonych tam „Zeszytach Literackich”. Przełożone przez Ewę Kuryluk wiersze poetów austriackich, Hugo von Hofmannsthala i Georga Trakla, wtopiły się siłą rzeczy w tekst jej pierwszej książki zatytułowanej Wiedeńska apokalipsa (1974).
Z kolei tłumaczenia i parafrazy późniejsze – z języka niemieckiego: Augusta von Platena czy Paula Celana, z angielskiego: Emily Dickinson, Marianny Moore i W.H. Audena – pozostały rozproszone i trudno dostępne. Nie znaliśmy także wierszy przesyłanych mamie z Manhattanu do Warszawy na „odkrytkach”.
Przez ostatnie półwiecze obcowanie z poezją – integralną częścią zachwycającego oeuvre Ewy Kuryluk – było zatem utrudnione. A ona sama – malarka, fotografka, pionierka tekstylnej instalacji, historyczka sztuki, eseistka i powieściopisarka – gdy przestała pisać wiersze po polsku około 1985 roku, zapomniała nieomal o swojej młodzieńczej poezji.
A przecież jest to niezmiernie ważna część opowieści o kondycji planety i jej mieszkańców, o pokoleniowych losach i o własnym życiu podszytym trwałym niepokojem, znaczonym poczuciem utraty i opartym na współodczuwaniu z cudzym bólem. Kiedy czyta się wiersze Kuryluk, w których obrazy konwersują ze słowami, nie zapomina się o śmierci stwierdzającej: et in Arcadia ego. Jednak nie zapomina się również o tym, że sztuce towarzyszy nadzieja – wiara w sens działań artystycznych.
Oryginalność idiomu lirycznego Ewy Kuryluk polega na spięciu realnego doświadczenia jednostki z nie mniej realną ideą braterstwa wszystkich żywych stworzeń – ponad czasem, przestrzenią i rodzajem, ponad religią oraz polityką – na planecie fraternitatis. Kuryluk poetka, podobnie jak Kuryluk artystka, broni z godną podziwu determinacją takiego człowieczeństwa, które sprzeciwia się wykluczeniu i nieobecności jako podstawowym znamionom śmierci. W głosie Pani Animy, odwracającej figurę Herbertowego Pana Cogito, ból i tęsknotę zwielokrotniają odbicia i cytaty. Kangór stawia nam przed oczyma na przemian apokaliptyczne pejzaże oraz utopijne prześwity, a żałobę łączy z upartym poczuciem współobecności, która spełnia się pomimo wszystko.
Miłośnicy malarstwa i instalacji Ewy Kuryluk odkryją w jej wierszach znajome kolory i symbole, napotkają motywy znane z obrazów oraz fotografii. Doświadczą podobnych emocji, ale wyrażanych za pomocą metafor i nazwanych prostymi, zwykłymi słowami. Odnajdą także wersy świadczące o pracy z pamięcią, będącej bodajże najważniejszym źródłem twórczości tej artystki i poetki, tak postrzegającej siebie i innych:
Odciśnięte na ciepłej podpince pamięci
spacery twojej ręki i pejzaże twarzy
samowolnie sterują systemem skojarzeń
spinają szlak scenerię i sezony snu.
Ewa Kuryluk nie pozwala nam przeoczyć podstawowej roli pamięci w życiu osób i społeczności. Utrwala „odciski osób” i wydarzeń. Sugeruje, że bez „szałasu pamięci”, w którym przechowujemy cenne wspomnienia i chronimy się na chwilę przed nadciągającą katastrofą, po prostu by nas nie było. Żywioł autobiografizmu jest w wierszach Ewy Kuryluk stale obecny, choć przesłonięty filtrami odbić i kolażowych cytatów. Wiążąc własne z cudzym i cudze z własnym, poetka sprawia, że gdy czytamy te wiersze, obcujemy jednocześnie z jej własnymi przeżyciami i z doświadczeniem uniwersalnym, wykraczającym poza ramy pojedynczego losu.
Zaangażowana w sprawy społeczne, a jednocześnie skupiona na prywatności Pani Anima nie waha się odsłonić miejsc intymnych. Myśląc o sobie, nie zapomina o cierpieniu innych. Ćwiczy się w empatii i szuka symetrii między własnym a cudzym losem. Przypomina o swoich legendarnych poprzedniczkach, „pierwszych” artystkach: o córce korynckiego garncarza, która obrysowała na ścianie cień profilu kochanka, i o biblijnej Weronice:
Na chuście weroniki
zawieszonej w oku
lśni w zachodzącym słońcu
czerwień starta z twarzy
zaostrzonym narzędziem
wieczór rzeźbi pamięć
pani anima cieniem
zaobrębia biel.
Uważny czytelnik odkryje, że nadrzędnym tematem tomu jest pragnienie obecności ukochanej istoty i jej nieobecność, która równa się śmierci. A ja zakończę słowami z maila Ewy do mnie: „Przed zapaścią w ton utraty i żalu uchronił Panią Animę autoironiczny Kangór”.
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego.
