Artur Burszta: Pani Anima czyli Kangór to powrót do głosu sprzed kilkudziesięciu lat – bez poprawek, bez korekt, bez „dojrzałej ręki”. Czy ten gest jest próbą odzyskania „tamtej poetki”, czy raczej zgodą na to, że ten głos należy już dziś do „innego”? A może to nie tyle powrót do młodej autorki, ile spotkanie z kimś, kto mówi językiem, którego wtedy nie dało się jeszcze w pełni unieść – i który dopiero teraz może zostać naprawdę usłyszany?
Ewa Kuryluk: Przeszłości nie da się odzyskać, wiersze to dzieci chwili. Osiemdziesięciolatka może wybrać i opublikować wiersze „tamtej poetki” – kochliwej buntowniczki i ciężkiej astmatyczki, malarki i rysowniczki w Europie podzielonej żelazną kurtyną – ale nie powinna ich poprawiać. Co napisałam, to napisałam. Jak to będzie odebrane, okaże się niebawem.
Młodość nie jest atutem w każdym gatunku pracy twórczej, ale uchodzi za atut w poezji, nauce języków obcych, matematyce. Z badań mózgu wynika, że z wiekiem eksploduje mniej neuronów i ubywa spotkań na łączach. Inwencji i oryginalności zdaje się też sprzyjać burza hormonów w wieku uważanym często za „ośli”. Ojciec, twórca lwowskich „Sygnałów”, założonych na studiach z grupą kolegów i koleżanek, wierzył w młodość i mawiał, że muzy mają słabość do pryszczatych i podlotków.
Historia „tamtej poetki” zaczęła się w Wiedniu. Będąc podlotkiem, pisałam po niemiecku wiersze, opowiadania, sztuki teatralne i manifesty. Kiedy po maturze wiosną 1964 roku pakowaliśmy się przed wyjazdem z Austrii, nie patyczkowałam się z papierami. Wyrzuciłam szafę zeszytów, notesów i teczek, w tym materiał do „Małej Gazetki Literackiej”. Za jej pierwszy i ostatni numer o mało nie wyleciałam z gimnazjum dla dziewcząt z dobrych domów, bo ktoś doniósł do kuratorium, że córka komunistycznego ambasadora szerzy „bolszewizm i anarchię”.
Cały nakład, sześć czy siedem egzemplarzy przepisanych przeze mnie na maszynie i rozdanych koleżankom z klasy, skonfiskowano. Wybroniła mnie życzliwa dyrektorka socjalistka, której wyjaśniłam, że chodziło mi nie o bolszewizm, ale o egzystencjalizm, całkowicie w Wiedniu nieznany, jak wynikało z przeprowadzonej przeze mnie w środku zimy ankiety ulicznej. Pytałam przechodniów, co sądzą o filozofii Jean-Paul Sartre’a, a oni patrzyli na mnie jak na wariatkę. Zmartwiona powszechną ignorancją, postanowiłam z nią walczyć, zakładając Die Kleine Literaturzeitung.
Do pierwszego numeru „Gazetki” przetłumaczyłam z francuskiego jakieś fragmenty prozy Sartre’a i wiersz, w którym Arthur Rimbaud wyśmiewa dobroczynne prezenty dla sierot, opublikowany w wieku piętnastu lat – tyle miałam wówczas sama. Wyczytawszy gdzieś, że do reprezentantów egzystencjalizmu w poezji francuskiej należy Rimbaud, postawiłam w „Gazetce” śmiałą tezę, że jego odpowiednikiem w poezji austriackiej jest nastoletni Hugo von Hofmannsthal. Zamieściłam jego wiersz „Leben, Traum und Tod” i zakończyłam apelem do młodzieży gimnazjalnej, żeby pisała, zamiast siedzieć cicho. Po latach, na studiach w warszawskiej ASP, odkryłam i przetłumaczyłam wiersz Emily Dickinson:
Zamknęli mnie w Prozie
Kiedy byłam dziewczynką
Zamknęli mnie w szafie
Żebym siedziała cicho
(ok. 1862, przekład Ewa Kuryluk)
Przekładu nie zapisałam. Ale przypomniał mi się nagle w czasie pracy na tym wywiadem i odblokował zapomnianą historię wiersza, przypisanego cesarzowi Hadrianowi na łożu śmierci.
W moim gimnazjum łacina stała wysoko. A ojciec, miłośnik poezji greckiej i rzymskiej, wyszperał dla mnie w antykwariacie „białego kruka”: łacińsko-niemiecką antologię poezji starożytnej, z której korzystał w gimnazjum w Zbarażu. I polecił mi wiersz Hadriana, żegnającego się z duszą czułym zdrobnieniem animula.
Wiersz bardzo mi się spodobał. A niedługo potem, w czasie wakacji, urwałam się na weekend z letniej szkoły językowej w Hastings i pojechałam zwiedzić mur Hadriana na północnej granicy podbitej przez niego Bretanii – autostopem. Wziął mnie ze sobą młody Szkot. A kiedy rozmowa zeszła na Hadriana, oskarżył „rzymskiego kolonizatora” o wszystko, co najgorsze. I wywołał we mnie rozterkę. Bo jeśli Hadrian to kanalia, to jak mogę zachwycać się jego wierszem? Rozterkę rozwiał ojciec, tłumacząc, że utwory literackie i artystyczne usamodzielniają się od autorów i autorek, jak dzieci od rodziców, by wędrować po świecie w poszukiwaniu wielbicieli i wielbicielki. A im dalej w przeszłość, tym bardziej wszystko tonie we mgle i nie wiadomo, kto co zrobił.
Ta historia pokazuje, jak wcześnie zaczęło się Pani myślenie o autonomii dzieła i relacji między twórcą a tekstem. Dziś Pani Anima bywa czytana przez współczesne wrażliwości: cielesność, traumę, relacyjność, nieheteronormatywność. Czy ma Pani poczucie, że ta książka została napisana przed swoim czasem – czy raczej, że każda dobra poezja zawsze istnieje trochę poza czasem, niezależnie od momentu historycznego.
Każda poezja, jak każda ludzka rzecz, dobra czy zła, powstaje w swoim czasie. Co prawda, nasz gatunek, homo sapiens, zmienia od tysiącleci świat coraz radykalniej, ale jednostka rodzi się, dorasta, starzeje i umiera wcześniej czy później, ale na razie nie przekraczając zbytnio stu lat. Mamy wspólny zegar biologii. W kulturze kłębi się od animozji, ale zdarzają się też koincydencje wyobraźni. Poezja i sztuka to dzieło utalentowanych jednostek, z których każda jest jedyna w swoim rodzaju w detalu – przyroda nie klonuje – ale en gros przeważają w nas zbieżności. Poezja, nawet słaba, oscyluje zawsze między „cielesnością” i „traumą” śmierci: utratą ciała własnego i bliskich. A indywidualne upodobania seksualne i erotyczne, kolidujące z kolektywną normą z pewności od zarania dziejów, znajdują wentyl w piosenkach, wierszach, tańcach, zabawach i przebierankach, nawet jeśli to grozi karą i śmiercią, bo amor i psyche to dzielna para.
Czytając Pani wiersze dzisiaj, ma się wrażenie, że ich siłą jest brak kontroli: nadmiar emocji, cielesność, intensywna ekspozycja, czasem coś na granicy rozpadu. Nie ma tu dystansu ani chłodnej kontroli. Zastanawiam się, czy dziś, z perspektywy wielu dekad, myśli Pani o tej poezji jako o czymś, co zostało w polskiej literaturze zatrzymane zbyt wcześnie – zanim zdążyło naprawdę wybrzmieć – i czy była to świadoma decyzja artystyczna, czy raczej sytuacja, w której poezja stała się jedynym możliwym językiem dla doświadczenia, które nie miało jeszcze formy ani zabezpieczeń.
Zamierzając wyjechać z kraju, nie zastanawiałam nad tym, czy i co zostanie po mnie w polskiej literaturze. W swoim życiu podjęłam tylko cztery świadome decyzje artystyczne: mając 13 lat, postanowiłam zostać malarką; pod śmierci ojca w 1967 roku zdecydowałam się przejść z niemieckiego na polski; mając 32 lata, porzuciłam w Londynie malarstwo; przed czterdziestką przeszłam na Manhattanie z polskiego na angielski. Wiersze pisałam po niemiecku, po polsku, po angielsku, po włosku, po łacinie i w innych językach „jak ptak śpiewa”, nie szukając formy ani treści. W dzieciństwie rymowaliśmy z bratem w esperanto. Miało być naszym wspólnym językiem na planecie braterstwa. Nie przewidzieliśmy, że znów ją podzielą mury i druty kolczaste. I znów się zacznie zabijanie w imię krwi, religii, nacji i ziemi nam właśnie, a nie sąsiadom przyznanej przez boga, najlepszego i jedynego na wysokościach. Pojęcia „polskości” i „polszczyzny ojczyzny” były i są mi obce. Udało mi się zadomowić w kilku językach i nie sądzę, że ucierpiały na tym moje wiersze po polsku.
Czy to znaczy, że poezja była dla Pani przede wszystkim przestrzenią zamieszkania w języku, a nie deklaracją przynależności?
Poezja to nie deklaracja przynależności. To popis swobody w tym języku, który akurat „zamieszkuję”.
Ciało w tej książce nie jest metaforą ani figurą retoryczną. Jest miejscem zapisu: choruje, krwawi, pęka, przechowuje pamięć. Czy po latach widzi Pani Panią Animę jako próbę wydobycia z siebie czegoś, co inaczej pozostałoby niewyrażalne?
Władam wieloma językami i różnymi technikami zapisu wizualnego. Lecz to nie zmienia faktu, że wywabić z siebie na światło dzienne można niewiele. Reszta to niedostępny, ciepły ciemny ocean, przelewający się w pojemniku ciała. A ciała nie da się ocalić. Na szczęście!
W tle tych wierszy stale obecna jest relacja z bratem – jego choroba, inność, oddalenie. Czy można powiedzieć, że to właśnie ta relacja nauczyła Panią myślenia o tożsamości jako czymś niestabilnym, kruchym, nie do końca przynależnym do „ja”, ale zawsze uwikłanym w obecność kogoś drugiego.
Ach, Piotruś … Znak wodny na skórze Kangóra.
Zastanawiam się też nad ironią i autoironią, obecnymi w figurze „Kangóra”. Czy to był gest obronny – sposób, by nie pozwolić, żeby cierpienie, pamięć i trauma całkowicie zawładnęły językiem.
To nie gest. To podarunek losu, który się wcielił w doktora Jana Żabińskiego, dyrektora Zoo na Pradze. Nad wiek poważny przedszkolak z Frascati nad „morzem czarnym” (jak śródmieście nazywała mama) liczył przez cały tydzień dni na palcach, czekając na niedzielę rano, kiedy to jechał ze swoim Łapką tramwajem na drugą stronę Wisły do zwierzaków, wśród których zostałby chętnie na zawsze. To Żabiński, nomen omen, mianował mnie „kangurem honorowym”, bym zastępował kangury nieprzysłane z Australii, bo miałam sukienkę z kieszonką, a „Kuryluk” brzmiał prawie jak „kangur”. Zachwycona czterolatka uznała to za zaszczyt. A gdy poszłam do szkoły, Łapka pozwolił mi pisać „Kangór”, aby mogła wyrazić swoją miłość do „gór”. Z biegiem lat uznałam, że Kangór to mój totem i paszport do świata flory i fauny i całej przyrody, której jestem częścią. Paszport na niby, paszport infantylny, paszport żart. Ale pozwala zdystansować się wobec sapiensa — a więc i siebie samej — jego cudownych wynalazków i krew mrożących zbrodni. Los włączył się ponownie po śmierci ojca i uszczęśliwił mnie wcześniej nieznaną informacją, że po drugiej stronie oceanu mam „bliźniaczkę”: moja ulubiona poetka Emily Dickinson mówiła o sobie: the only kangaroo among the beauty. A co to znaczy? Chyba to, że woli być „jedynym kangurem wśród piękna”, niż uprawiać w sielskiej Nowej Anglii „piękno” obowiązujące panny na wydaniu.
Tytuł Pani Anima był wprost polemiką z Panem Cogito – figurą rozumu, dystansu i etycznej kontroli. Figura „Pani Animy” od początku brzmi jak sprzeciw wobec racjonalnego, uporządkowanego modelu podmiotu: jakby mówiła nie rozum, lecz wrażliwość; nie system, lecz relacja; nie kontrola, lecz otwartość. Czy można powiedzieć, że ta książka proponuje inny model podmiotowości – nie oparty na wyborze moralnym, lecz na współodczuwaniu, cielesnej pamięci i relacji? I czy myślała Pani wtedy o tej poezji jako o alternatywie wobec dominującego języka nowoczesności, czy raczej jako o czymś zupełnie osobnym, idącym własnym torem?
Jeśli Kangór to totem dziecka zburzonej Warszawy, „Pan Cogito” to syn przedwojennej inteligencji lwowskiej, uczulony na chamstwo i propagandę PRL. Opozycyjna postawa Herberta, politycznie słuszna, miała na jego poezję wpływ niefortunny. „Figura rozumu, dystansu i etycznej kontroli” to coś dla poety średniego lotu w roli „poety laureata” na amerykańskim uniwersytecie, nie dla poety utalentowanego jak Herbert. Po pierwsze osoba zdystansowana i zdolna do samokontroli zostaje rzadko poetą czy poetką. Po drugie to szablon w rodzaju: poeta szybuje myślą ku boskim wysokościom i pisze poematy dla dorosłych – poetka ma złamane serce i wącha fiołki. Co prawda w naszej epoce zdekonstruowało się sporo szablonów. Ale odrodzą się prędko, jeśli MAGA et consortes zawładną globem. Bowiem „atom rozbić łatwiej niż zabobon” (Albert Einstein). A zabobon karmi się szablonem.
„Panów Cogito” odstawiało w PRL niemało pisarzy, artystów i opozycjonistów, wybitnych i byle jakich, w tym chamów, pijaków i ignorantów. Na salonach otaczał panów Cogito wianuszek panien z dobrych domów, wieczorem wracali do żon, czeszących przed lustrem „włosy splątane i siwe”. To cytat z wiersza „Dusza Pana Cogito”. A czy Herberta zainspirował Hadrian? Tak, ale raczej pośrednio. Poczynając od XVIII wieku, motyw rozmowy z duszą pojawia się w wielu długich i nudnych wierszach adresowanych do „duszy” o aparycji żony lub kochanki, traktowanej jak nastolatka. Tragikomiczne echa tej cesarskiej tradycji odzywają się dziś w aferze Epsteina.
Moją „polemikę z Herbertem” sprowokował niechcący on sam. A było to tak. Karl Dedecius, zaprzyjaźniony z moją mamą, zaprosił mnie do siebie, kiedy przejeżdżałam przez Frankfurt. Ukazał się właśnie mój Kontur i chciałam go sprezentować zasłużonemu tłumaczowi poezji polskiej z nadzieją, że zwróci uwagę na mój debiut.
Jest już wieczór, czekam na dworcu na Dedeciusa. Pędzi i woła z daleka coś w ten deseń: „Ewa, przepraszam! Ty sobie nie wyobrażasz, co się u nas dzieje. Zbyszek (Herbert) miał dawno wyjechać, ale dalej siedzi, zalewa się w trupa i wczoraj zrobił w domu taki burdel, że musieliśmy wynająć ci hotel i odwołać kolację na twoją cześć”. „Nic nie szkodzi, proszę się denerwować”. Pożegnaliśmy się. Zjadłam czekoladowy batonik i poszłam spać zawiedziona. A rano wpadłam na pomysł, że zatytułuję nowy tomik Pani Anima na dowód, że nieznana debiutantka ma czelność polemizować ze sławnym poetą.
I tak oto narodziła się Pani Anima. Czy to był gest niezależności?
Nie, to był symboliczny „prztyczek w nos”, pozwalający przejść do porządku nad przykrością. Nie chowałam urazy do Herberta i zapomniałam o całej historii na prawie pół wieku.
Kiedy czyta się dziś Pani komentarze do tomu, czuć w nich spokój i precyzję. Czy pisząc je, miała Pani poczucie dialogu z dawną sobą?
Nie, chciałam po prostu poinformować o czasach, w jakich powstały wiersze. A teraz opowiadam Panu więcej.
Czyli rozmowa pozwala powiedzieć więcej niż komentarz?
Nie każda i nie zawsze. Ale w tej rozmowie powiedziało mi się niemało, prawda?
Tak, to prawda. Pojawiają się tu wątki, których wcześniej Pani nie opowiadała. A w jaki sposób wybierała Pani obrazy i fotografie do tej książki?
Wybrałam autofotografie, zdjęcia i reprodukcje prac pokazujące, jak wyglądałam i co robiłam w tamtych latach, wybierając je tak, by korespondowały jakoś z wierszami.
Wspomina Pani o „odkrytkach” wysyłanych do matki – krótkich komunikatach pisanych z myślą o cenzurze. Czy to doświadczenie miało wpływ na sposób, w jaki Pani pisze?
Nie. Odkąd sięgam pamięcią, mama słyszała głosy w ścianach i szamotała się po mieszkaniu, wrzeszcząc, że nas podglądają. Przeszłam niezłą szkołę życia, potem nie musiałam się już zbyt wiele uczyć.
W jaki sposób to Panią ukształtowało?
To wiedzą może bóstwa (w które nie wierzę), lecz raczej nie autorzy i autorki publikacji wyjaśniających moje stosunki z mamą i bratem na podstawie książek i obrazów.
Moment emigracji wydaje się w tej książce przełomowy. Jak zmiana języka wpłynęła na Pani sposób pisania i myślenia?
Panie Arturze! Znalazłam się „na emigracji”, mając dwanaście lat. Potem migrowałam i migrowałam, aż się zestarzałam i zamieszkałam na Montparnasse. Zmieniałam języki i techniki obrazowania nie po to, żeby cokolwiek „ocalić”, ale przedstawić, jak z mojej perspektywy wygląda świat, zakładając, może błędnie, że będzie to interesujące.
Na koniec chciałbym zapytać o sens powrotu. O to, co znaczy dziś wydanie tej książki – w innym świecie, dla innych czytelników. Czy wierzy Pani, że ta poezja może jeszcze pracować nie jako dokument epoki, ale jako żywy, niepokojący głos, który wciąż stawia pytania?
Pora zadeklarować, że nie wierzę w nic – jestem ateistką. Oczywiście ucieszę się z pochwał, lecz nie zmartwię zbytnio, jeśli mnie wygwiżdżą.
A dla Pana mam w podzięce za wspólną pracę wiersz cesarza Hadriana i moją parafrazę, ukończoną przed chwilą specjalnie dla Pana:
Animula vagula blandula
Hospes comesque corporis
Quae nunc abibis in loca?
Pallidula rigida nudula
Nec ut soles dabis iocos
Duszyczko, wiercipięto mała,
Mieszkasz już u mnie tyle lat.
Dokąd się teraz wyprowadzasz?
Bledziutka, chudziutka, na golasa
Żartownisiu moja ukochana.
Dziękuję za wspólną pracę, za szczerość i za wiersz, który domyka tę rozmowę lepiej niż jakiekolwiek pytanie.
Paryż, 16 luty 2026