24/06/19

Literatura z nagrodami

Artur Burszta

Strona cyklu

Misje niemożliwe
Artur BURSZTA__biogram
Artur Burszta

Redaktor naczelny wydawnictwa Biuro Literackie. Od 1996 roku dyrektor festiwalu literackiego organizowanego jako Fort Legnica, od 2004 – Port Literacki Wrocław, a od 2016 – Stacja Literatura. Autor programów telewizyjnych w TVP Kultura: Poezjem (2008–2009) i Poeci (2015) oraz filmu Dorzecze Różewicza (2011). Inicjator krajowych i zagranicznych projektów, z których najbardziej znane to: Europejskie Forum Literackie, Komiks wierszem, Krytyk z uczelni, Nakręć wiersz, Nowe głosy z Europy, Piosenki na papierze, Poezja polska od nowa, Pogotowie poetyckie, Połów. Poetyckie debiuty, Szkoła z poezją, Wakacje z kulturą. Wyróżniony m.in. nagrodą Sezonu Wydawniczo-Księgarskiego IKAR za „odwagę wydawania najnowszej poezji i umiejętność docierania z nią różnymi drogami do czytelnika” oraz nagrodą Biblioteki Raczyńskich „za działalność wydawniczą i żarliwą promocję poezji”.  

Czy poeci potrzebują nagród? A może to nagrody i ich fundatorzy potrzebują poetów? Czy życie twórców i czytelników zmieniło się za sprawą wyróżnień, które jak grzyby po deszczu zaczęły powstawać od połowy poprzedniej dekady? Czy kilkaset tysięcy wydane jednorazowo na nagrodę to dobrze spożytkowane środki? Czy mogłyby one przysłużyć się literaturze w lepszy sposób? Czy nagrody mogą jeszcze spełnić nadzieje, jakie wiązaliśmy z nimi, gdy były powoływane? Na te i inne pytania spróbuję odpowiedzieć w dzisiejszym odcinku „Misji niemożliwych”.

Gdy zaczynałem pracę w literaturze, funkcjonowało zaledwie kilka pomniejszych nagród, ale tylko Kościelscy wzbudzali emocje. Pamiętam, jak w 1997 roku profesor Błoński w Krakowie wręczał to wyróżnienie Andrzejowi Sosnowskiemu i Oldze Tokarczuk. Nie było bankietu, więc jeden z poetów wyprawił w swoim domu huczną imprezę, na którą przeniosło się całe towarzystwo. Tańczyliśmy przy The Clash i piliśmy absynt. Andrzej zrobił sobie makijaż na cześć Davida Bowiego. Tak wyglądało literackie życie jeszcze dwie dekady temu.

Nominacje do Nike lub Paszportów Polityki wzbudzały zainteresowanie tylko nielicznych poetów. Jeśli się zdarzały, to były okazją do zamanifestowania swojej niezależności. Marcin Baran i Marcin Świetlicki oświadczyli na przykład, że jeśli któryś z nich dostanie Nike, to w całości przeznaczy ją na wsparcie Fortu Legnica. Przepadały wybitne książki, częściej zdarzały się niespodzianki. Na przykład nominacja dla Ani Podczaszy za debiutancki tom. O ile jeszcze na początku Paszporty Polityki starały się dostrzegać poetów, o tyle w kolejnych latach kompletnie ich ignorowały.

Dzisiaj trudno w to uwierzyć, ale do połowy poprzedniej dekady środowisko poetyckie świetnie radziło sobie bez nagród. Pisanie to była zabawa, przyjemność i hobby. Nikt nie oczekiwał profitów finansowych za wiersze. Żyliśmy przekonani, że poezja nie potrzebuje laurów. Nikt nie wierzył, że kiedyś to się zmieni. Kto bowiem chciałby nagradzać autorów, którzy piszą dla stu, czasami trzystu, a rzadko siedmiuset osób? Aż w 2007 roku pojawiła się Nagroda Literacka Gdynia, która jako pierwsza zaczęła wyróżniać pomijanych dotąd autorów.

Wtedy to – może z przekory, może trochę z niewiary, że może się udać – wymyśliłem nagrodę tylko dla poetów. W trakcie Portu Literackiego 2007 opowiedziałem o swoim pomyśle Jarkowi Brodzie – dyrektorowi Wydziału Kultury we Wrocławiu. To był idealny moment. Przeniesiona cztery lata wcześniej z Legnicy impreza przeżywała swój najlepszy wrocławski okres. Widownia w Imparcie (700 miejsc) podczas każdego wydarzenia pękała w szwach. Broda zapalił się do pomysłu. Po kilku dniach miałem przynieść do wydziału konspekt z założeniami nagrody.

Od początku wiedziałem, że musi to być wyróżnienie honorujące nie tylko wybitnych poetów i najlepsze książki, ale również debiutantów. W prace wciągnąłem Piotra Sommera. Szef „Literatury na Świecie” był − obok Andrzeja Sosnowskiego, Jerzego Jarniewicza, Marcina Sendeckiego i Bohdana Zadury − w nieformalnej grupie, z którą od lat konsultowałem wiele swoich działań. Zawdzięczam kolegom niemało. Bezinteresownie przez lata służyli mi radą. Każdemu, kto zaczyna pracę w literaturze, życzyłbym takiego wsparcia.

Na spotkanie w wydziale poszedłem nie tylko z gotowym zarysem nagrody, ale także z napisanym regulaminem, a nawet nazwiskami osób, które widziałbym w jury. Broda kupił wszystkie pomysły. Postanowiliśmy, że pojedziemy jeszcze do Warszawy, żeby porozmawiać o wyróżnieniu z moją „nieformalną grupą”. Spotkaliśmy się przy Koziej i nadaliśmy nagrodzie ostateczny kształt. Potem odbyło się spotkanie z prezydentem Wrocławia. Rozmowy z Rafałem Dutkiewiczem zawsze były szybkie i rzeczowe. Dostaliśmy zielone światło do dalszych prac.

Jedyną wątpliwością była nazwa wyróżnienia. Pomyślałem, że skoro jest Angelus, to czemu nie mógłby być też Silesius. Znowu społecznie (przez myśl mi nie przeszło, aby za wymyślenie nagrody i prace przy niej oczekiwać wynagrodzenia) zaangażowałem się w przygotowanie pierwszego finału, który z sukcesem wraz z ówczesną ekipą festiwalową i Robertem Skolmowskim przygotowaliśmy w Teatrze Polskim na zakończenie Portu Literackiego 2008. Potem była jeszcze jedna gala, tym razem z poetami czytającymi swoje wiersze. Po niej uznałem, że moja misja jest zakończona.

Dlaczego opowiadam te historie? Ponieważ aby zrozumieć obecną sytuację, trzeba wiedzieć, jak było, zanim powstały wyróżnienia. W 2008 roku podczas Portu Literackiego zorganizowałem debatę z udziałem prezydentów Gdańska, Gdyni i Wrocławia. Paweł Adamowicz, Wojciech Szczurek i Rafał Dutkiewicz mówili z pełnym przekonaniem o słuszności ustanowienia nagród, nie kryjąc, że to także element wizerunku ich miast. Porównywali, że łączny budżet edycji nagrody (od 400 do 800 tys.) to mniej niż koszt zakupu supernowoczesnego autobusu komunikacji miejskiej.

Chyba wszyscy wówczas uwierzyliśmy, że nagrody staną się skutecznym narzędziem w promowaniu poezji. Ale sukces pierwszych dwóch edycji Silesiusa udało się osiągnąć tylko dzięki spektakularnym działaniom. Jednej nocy na wrocławskich chodnikach, parkach i skwerach umieściliśmy kilkadziesiąt dużych łódek z logo nagrody. Gala była transmitowana w telewizji, poprzedził ją całodniowy blok programów. W TVP Kultura pojawił się magazyn telewizyjny poświęcony poezji. Wydarzenia zapowiadała „Polityka” w specjalnej wkładce wydrukowanej w liczbie 250 tys. egzemplarzy.

Nagroda Gdynia też sponsorowała programy telewizyjne, a nawet pismo literackie. Kosztowne zabiegi przynosiły efekty. Wówczas wydawało się, że zbyt małe. Dzisiaj, po ponad dziesięciu latach, o podobnych można pomarzyć. Z roku na rok spada prestiż nagród, nominacje nie generują już dodatkowej sprzedaży, a bywa, że i główne wyróżnienie nie przekłada się na zainteresowanie hurtowników i księgarzy. A przecież gdy powoływaliśmy wyróżnienia, nie chodziło o samo nagrodzenie autorów, ale też o sprawienie, żeby ich książki chciało potem poznać jak najwięcej osób.

Dzisiaj już chyba tylko nagroda Nike wzbudza duże zainteresowanie. O ile Gdynia, Silesius czy nawet Szymborska potrafią sprawić, że po nagrodzoną książkę sięgnie maksymalnie kilkaset osób więcej, o tyle Nike wciąż przyciąga minimum kilkanaście tysięcy dodatkowych czytelników. Słyszę, że to kwestia rozpoznawalności, że to była pierwsza taka nagroda i że stoi za nią duży koncern medialny. Jednak wydaje mi się, że siłą Nike są wciąż dobre pomysły na promowanie nominowanych książek, a także współpraca z wydawcami, której nie nauczyły się przez lata inne nagrody.

„Gazeta Wyborcza” rozumie, że książka to efekt pracy wielu osób, nie tylko autora. Ten zawdzięcza swojej oficynie zarówno wydanie książki, jak i bardzo często – dzięki zaangażowaniu redaktorów – jej ostateczny kształt. Za debiutem stoi wiele miesięcy, a czasami nawet lat pracy. Ile jest książek wydanych przez samych autorów, które zdobyły jakąś główną nagrodę? Fundatorzy mogą oczywiście nie doceniać roli wydawców (choć dzieje się tak chyba tylko w Polsce), ale błędem jest to, że z nimi nie współpracują, gdy wydana przez daną oficynę książka zostanie już wyróżniona.

To, co dwanaście lat temu było nowatorskie, czyli promowanie i kreowanie wizerunku poprzez nagrody, okazywało się skuteczne, dopóki dotyczyło kilku miast. Dzisiaj, gdy swoje nagrody literackie ma kilkanaście samorządów, już tak to nie działa. Co więcej, takie rozproszenie kompletnie dezorientuje hurtowników, dystrybutorów i księgarzy. A co z czytelnikami? Coraz mniej osób potrafi wymienić więcej niż kilka wyróżnień, a jeszcze mniejsza garstka wie, kto, gdzie i jaką dostał nagrodę. Nie dziwmy się zatem, że coraz częściej mówi się, iż na nagrodach najbardziej korzystają fundatorzy.

Od lat przestrzegałem, że system nominacji przestaje działać, a gale, które są jak telewizyjne teleturnieje z wygranymi i przegranymi, z podtrzymywanym do końca napięciem, wcześniej czy później zaowocują buntem twórców. Wielu z nich już po prostu na rozdanie nagród nie jeździ. Inni (tu warto wspomnieć gest Bobuli, Domagalskiego i Rojewskiego) nie godzą się z tym, że duża kwota trafia do jednego twórcy. Stąd zapewne pomysły ze stypendiami czy też honorowaniem wszystkich nominowanych, których pewnie by nie było, gdyby nagrody były elementem większego systemu.

Fundatorzy nagród muszą zatem szybko zmierzyć się z wieloma problemami naraz. O ile jeszcze niedawno można było wychodzić z założenia, że poprzez nagrody albo jedno duże święto w postaci targów czy festiwalu można realizować politykę kulturalną w zakresie literatury, o tyle dzisiaj nikt już nie zaprzeczy, że potrzebne są bardziej rozbudowane programy, systemowe działania nastawione na czytelników i edukację, w które trzeba angażować wszystkie podmioty tworzące życie literackie, w tym Ministerstwo Edukacji Narodowej, bo działania muszą mieć początek w szkołach.

Z uwagą przyglądam się temu, jak radzą sobie nagrody w innych krajach. Niektóre przechodzą podobny kryzys jak nasze wyróżnienia. Ale są takie, które mogą być inspiracją. Na przykład belgijskie wyróżnienie Golden Poetry Medal, przyznawane przez Poëziecentrum i CANON Cultuurcel. Autor dostaje jedynie medal, zaś cała nagroda przeznaczana jest na kampanię promocyjną książki. Ponad trzydzieści tysięcy dzieci wybiera najlepszy wiersz. Nagroda propaguje czytelnictwo, wciąga do współuczestnictwa, a środki przeznaczane na wyróżnienie przekładają się na konkretne efekty.

Czy coś takiego sprawdziłoby się w polskich warunkach? Oczywiście, że tak. Ktoś powie, że ze szkodą finansową dla autorów. Niekoniecznie. Dobrze zarządzana i wydatkowana nagroda to ważne ogniowo zdrowego systemu. A w nim wysoka sprzedaż nagrodzonej książki, na czym korzystają wszyscy. W tym autor, do którego wracają zyski ze sprzedaży (które mogą być większe niż sama nagroda). Duży nakład idzie w parze z zainteresowaniem mediów, co skutkuje rozpoznawalnością twórcy, a to z kolei przekłada się na spotkania autorskie, udział w dobrze płatnych wydarzeniach i różnego rodzaju zaproszenia, w tym zagraniczne wyjazdy, stypendia i sprzedaż licencji.

To wszystko dzisiaj zarezerwowane jest dla nielicznych, a powinno dotyczyć każdego laureata dużej nagrody. A ci bardzo często nie mogą liczyć nawet na recenzję w wysokonakładowym piśmie. Do bibliotek zaprasza się autorów bestsellerów i celebrytów. Programy imprez targowych i tzw. festiwali opierają się na tych samych dwudziestu nazwiskach. Powiedzmy to wprost. Jest niemal tak samo jak wtedy, gdy powstawały nagrody. Te są oczywiście ważne, ale jak widać pilnie potrzebują zmian, tak jak cały system, który tworzy nasze życie literackie.

Mimo dobrych intencji wciąż popełniamy te same błędy. Nagrody i towarzyszące im festiwale nie powinny wyznaczać rytmu życia literackiego. Bardziej potrzebujemy programów edukacji literackiej, w których nagrody powinny być jednym z wielu elementów. Na pewno problemów nie rozwiążą kolejne programy wydawnicze czy następne domy literatury oraz biblioteki. Wszystko to są działania, które mogłyby być skuteczne, gdyby były uzupełnieniem systemu. Środki powinniśmy angażować nie w budynki i instytucje, a w konkretnych ludzi.

Fundamentem nie może być wyłączne nagradzanie autorów, wspieranie imprez oraz publikacji książek czy czasopism. Gdzie w tym wszystkim są nowi czytelnicy? Czy nie nadszedł już czas, żeby niepokoić się tym, jak bardzo rośnie średnia wieku uczestników naszych imprez? Dlaczego w bibliotekach głównym odbiorcą działań są osoby po pięćdziesiątym roku życia? Czy reformując nasze szkoły, ktoś pomyślał o tym, żeby uczyć dzieci czytania dla przyjemności? Jesteśmy na prostej drodze do tego, by za chwilę jedynymi uczestnikami życia literackiego byli sami piszący.

Nasza obecna polityka literacka to często bardzo szlachetne działania, z których wynika mniej, niż mogłoby wynikać. Stworzyliśmy system, który jest zależny od różnego rodzaju dotacji. Marnujemy środki, energię i czas. Dopominamy się o więcej, nie zauważając, że coraz mniej osób czyta wiersze. Jeśli dalej będziemy uważać, że możemy sobie radzić bez nowych odbiorców, to za kilka lat zostanie nam tylko rozdawanie książek, którymi nikt już nie będzie się interesował. Będziemy czytać tylko co, co sami będziemy pisać, dotować, wydawać oraz nagradzać.