26/08/19

Rewolucja potrzebna od zaraz

Artur Burszta

Strona cyklu

Misje niemożliwe
Artur BURSZTA__biogram
Artur Burszta

Redaktor naczelny wydawnictwa Biuro Literackie. Od 1996 roku dyrektor festiwalu literackiego organizowanego jako Fort Legnica, od 2004 – Port Literacki Wrocław, a od 2016 – Stacja Literatura. Autor programów telewizyjnych w TVP Kultura: Poezjem (2008–2009) i Poeci (2015) oraz filmu Dorzecze Różewicza (2011). Inicjator krajowych i zagranicznych projektów, z których najbardziej znane to: Europejskie Forum Literackie, Komiks wierszem, Krytyk z uczelni, Nakręć wiersz, Nowe głosy z Europy, Piosenki na papierze, Poezja polska od nowa, Pogotowie poetyckie, Połów. Poetyckie debiuty, Szkoła z poezją, Wakacje z kulturą. Wyróżniony m.in. nagrodą Sezonu Wydawniczo-Księgarskiego IKAR za „odwagę wydawania najnowszej poezji i umiejętność docierania z nią różnymi drogami do czytelnika” oraz nagrodą Biblioteki Raczyńskich „za działalność wydawniczą i żarliwą promocję poezji”.  

Czy misją festiwali i wydawnictw powinno być promowanie tego, co znane, czy raczej tego, co jeszcze nieodkryte? Zadaję to pytanie na kilka dni przed imprezą, którą organizuję już trzecią dekadę. Pierwszy raz zadałem je sobie w 1996 roku, potem jeszcze wiele razy. Dzisiaj wybiegam w przyszłość. Dalej niż w 2020 rok, kiedy dawny Fort i Port, a obecnie Stacja Literatura obchodzić będzie dwudziestopięciolecie. Co będzie później? Może czas powiedzieć „basta”? Czy w festiwalowej pracy, którą realizuję pewnie najdłużej w tym kraju, są jeszcze jakieś nowe obszary? A może ta praca nie ma końca, bo rzeczywistość zmienia się jeszcze szybciej i nigdy nie zabraknie wyzwań?

Współczesny świat oferuje nam coraz więcej. Mimo to zamiast odkrywać, często wolimy sprawdzone gatunki filmowe, słuchamy wyłącznie znanych melodii i sięgamy po te same historie literackie. Odwiedzamy znajome strony i profile. Lajkujemy jedynie posty koleżanek i kolegów. Angażujemy się w ważne sprawy, ale tylko takie, którymi żyją inni. Dajemy wciągać się w różne spory, nie dostrzegając, że gdzieś obok też dzieje się coś ważnego, choć niekoniecznie tak spektakularnego. Życie urządzają nam listy przebojów, nominacje i nagrody, a także powielane w każdym miejscu wiadomości. Coraz częściej ulegamy, choć wciąż uważamy, że jesteśmy niezależni.

Ramówki są zapełniane przez znane i lubiane formaty. Portale i gazety publikują to, co na pewno będzie czytane. Na festynach, dożynkach i ślubach królują te same piosenki. Na ambitnych imprezach, nawet gdy pojawia się scena niezależna albo blok z nieznanymi filmami, nie zauważamy, że prezentowane tam dzieła musiały być już wcześniej przez kogoś gdzieś indziej docenione. Wydanie książki musi zostać poprzedzone dokonaniem rachunku ekonomicznego. Ma być zysk, jeśli nie finansowy, to przynajmniej wizerunkowy. Festiwale budują program oparty na rozpoznawalnych nazwiskach, bo podobno bez gwiazd nie da się zainteresować publiczności, mediów, mecenasów i sponsorów.

Co z tego, że poezja jest naszą narodową specjalnością, że słyniemy z niej w całym świecie, jeśli coraz więcej polskich festiwali z niej rezygnuje? Festiwal Conrada wręcza nagrodę za debiuty, ale programowo pomija poetów. W Koalicji Letnich Festiwali Literackich (piękna inicjatywa, której mocno kibicuję) próżno szukać imprezy, która z poezji uczyniłaby główny obszar zainteresowań. Warszawa doczekała się świetnego festiwalu, ale jedynymi poetyckimi punktami w tegorocznej edycji Big Booka były spotkanie z Adamem Zagajewskim i mało już dzisiaj odkrywcza dyskusja „O tym, że piosenka jest poezją”.

Biblioteki wciąż organizują najwięcej spotkań autorskich, ale odwiedzają je głównie literaccy celebryci – grupa tych samych 20–30 autorów okupujących listy książkowych bestsellerów. Próżno szukać tam poetów albo przynajmniej tłumaczy przekładających znane dzieła. By przyciągnąć publiczność, coraz częściej do czytania książek zaprasza się znanych aktorów, co oznacza marnowanie na ten cel znacznej części budżetów. Spotkanie obowiązkowo musi poprowadzić rozpoznawalny dziennikarz od książek, a że takich, którzy pracują dla ogólnopolskich mediów, jest niewielu, to postronny obserwator życia literackiego ma poczucie, że literaturą w Polsce zajmuje się ledwie kilka osób.

W prasie, na portalach, a także w radiu i telewizji wciąż jest miejsce na literaturę, ale coraz rzadziej na poezję. Znana dziennikarka, która nie raz przyjeżdżała na nasz festiwal, pisze, że chce wybrać się do Stronia Śląskiego, ale nie może zagwarantować absolutnie nic. Jej rozgłośnia nie chce nawet wywiadu z laureatką Nagrody Szymborskiej. Z drugiej strony sprzedajemy już kilkanaście praw rocznie do książek poetyckich. Dostajemy potem od zagranicznych wydawców kilkanaście plików z recenzjami. A w Polsce, gdyby nie kilka jeszcze działających pism, portali, blogów oraz wkładek wydawanych z okazji nagród literackich, niektóre wybitne książki nie miałyby ani jednego omówienia.

Zjawiska związane z powracającą ze zdwojoną siłą marginalizacją poezji wymagają oczywiście szerszego omówienia. „Misje niemożliwe” to cykl, w którym tylko sygnalizuję wybrane problemy. Do niektórych powrócę, bo nie dają one spokoju. Dzisiaj jedynie wspominam o czymś, co uczestnicy życia poetyckiego w Polsce już wiedzą i czego doświadczają coraz mocniej. Wydawało się, że poezja w Polsce wychodzi z cienia. Jeszcze kilka lat temu powstawały nagrody, programy telewizyjne, rubryki z wierszami w poczytnych pismach. Ale to już przeszłość. Nadeszły ciężkie czasy. I bynajmniej nie jest to wina samych autorów i ich wydawców.

Współczesne wiersze nie są już tak hermetyczne jak jeszcze kilka lat temu. Nowi poeci opisują „tu i teraz” mocniej i dosadniej niż poprzednicy. Nikt im nie musi mówić: „Artyści, przemówcie!”. Reagują sami jako pierwsi w każdej „słusznej sprawie”. Ich warsztaty bywają doskonałe już od pierwszej książki, zachwycają się nimi tłumacze, zagraniczni wydawcy. Po odejściu Herberta, Miłosza, Szymborskiej i Różewicza miało skończyć się zainteresowanie naszą liryką na świecie. Nic takiego się jednak nie stało. Polska poezja za granicą ma się świetnie. U nas znowu trzeba o nią walczyć. Tak jak w drugiej połowie lat 90.

Poezja ówczesnych debiutantów, a także pozostających wówczas poza głównym obiegiem poetów i poetek pokroju Miłobędzkiej czy Zadury nie miała czytelników. Wydawcy bardzo często przekazywali autorom w ramach rozliczeń całe nakłady książek. Fort, a następnie Port Legnica próbował to zmieniać. Zaczęło się od nowatorskich form prezentacji wierszy. Potem przyszły książki, które szturmem zdobywały odbiorców i krytyków. Dycki, Sosnowski i już nie Barańczak, a Sommer wyznaczający przekładowe trendy. Legnica rok po roku „obalała” hierarchie. Gdy te w końcu upadły, poetycką rebelię można było przenieść do Wrocławia, by nadać działaniom jeszcze większy zasięg.

Przewrotowy i postępowy charakter festiwalu celnie oddał tytuł filmu TVP „Rewolucja potrzebna od zaraz” z 2000 roku. Ale Fort Legnica, zamieniony w 2004 roku w Port Wrocław (festiwal to nie produkt, jego nazwa powinna oddawać ducha imprezy, więc ma prawo się zmieniać), gdy zakończył swoją kolejną misję, musiał w końcu opuścić również i to miasto (i to w roku, gdy Wrocław stał się Europejską Stolicą Kultury). Nie bez powodu. Było już jasne, że wkrótce dla poezji nadejdą trudne czasy. Potrzebne będą zmiany. Mała stacja, gdzie dla jednych kończą się tory, bo dalej są góry i granica, a dla innych rozpoczyna się nowa podróż.

Nikt jednak się nie spodziewał, że festiwal w takim miejscu będzie przyciągał setki osób, zaprzeczając stereotypom, że poezja, przekłady awangardowej prozy, nowe głosy z Polski i Europy to ryzyko frekwencyjnej klapy. Na kilka dni przed 24. edycją na pewno znajdą się tacy, którzy patrząc w program festiwalu, znowu będą powątpiewać i pytać. Na szesnaścioro czytających autorów z Polski aż sześcioro przed debiutem? Troje z pierwszą książką? Poeci z Syrii i Palestyny? Proza Caldersa, Bishop, Nádasa i Queneau? To ma zapewnić sukces? Można wątpić, ale już wiadomo, że na Stację wybiera się rekordowa publiczność, i to taka, której pozazdrościć może niejeden festiwal na świecie.

Nadchodzą czasy, w których świat jak nigdy dotąd będzie potrzebował ludzi mądrych i niezależnych. Stronie Śląskie i Sienna udowadniają, że kilkudniowe wydarzenie wcale nie musi budować swojego programu wyłącznie na tym, co znane. Co by się stało, gdyby autor nowej książki mógł wystąpić tylko na jednym festiwalu? Gdyby zespół mógł tylko raz zaprezentować publicznie materiał z nowej płyty, a dziennikarz poprowadzić jedno spotkanie w roku? Jak pięknie zaczęlibyśmy się wówczas od siebie różnić? Jaki rozwój można by zapewnić uczestnikom naszych imprez? Festiwale nastawione na odkrywanie mogłyby naprawdę wiele zmienić.

Powinniśmy nie tylko różnić się pomysłami organizacyjnymi, ukierunkowaniem na gatunki, ale przede wszystkim tym, jak możemy uzupełniać się w poszerzaniu literackich horyzontów naszych odbiorców i nas samych. Kreujmy i inicjujmy, stawiajmy na to, co inne, nieznane i nowe, nie bojąc się, że zabraknie nam publiczności. Ufajmy ludziom, ale także samym sobie. Twórzmy programy, które będą miały autorski charakter. Nie posiłkujmy się ekspertami, opiniami i popularnymi rankingami. Porzućmy przyzwyczajenia, normy, dobre rady. Festiwal Biura Literackiego wciąż udowadnia, że tak można.