09/12/19

Tu trzeba krzyczeć, trzeba się drzeć

Artur Burszta

Strona cyklu

Misje niemożliwe
Stronie Slaskie, 12.09.2019. 24 Stacja Literatura, fot. Maksymilian Rigamonti  fot. Maksymilian Rigamonti
Artur Burszta

Redaktor naczelny wydawnictwa Biuro Literackie. Od 1996 roku dyrektor festiwalu literackiego organizowanego jako Fort Legnica, od 2004 – Port Literacki Wrocław, a od 2016 – Stacja Literatura. Autor programów telewizyjnych w TVP Kultura: Poezjem (2008–2009) i Poeci (2015) oraz filmu Dorzecze Różewicza (2011). Inicjator krajowych i zagranicznych projektów, z których najbardziej znane to: Europejskie Forum Literackie, Komiks wierszem, Krytyk z uczelni, Nakręć wiersz, Nowe głosy z Europy, Piosenki na papierze, Poezja polska od nowa, Pogotowie poetyckie, Połów. Poetyckie debiuty, Szkoła z poezją, Wakacje z kulturą. Wyróżniony m.in. nagrodą Sezonu Wydawniczo-Księgarskiego IKAR za „odwagę wydawania najnowszej poezji i umiejętność docierania z nią różnymi drogami do czytelnika” oraz nagrodą Biblioteki Raczyńskich „za działalność wydawniczą i żarliwą promocję poezji”.

Na swojej najnowszej płycie Grabaż z Pidżamy Porno i autor wydanego w Biurze Literackim tomu Na skrzyżowaniu słów śpiewa: „Świat nie umrze z przejedzenia, my umrzemy z nienawiści”. Słowa te jak ulał pasują do sytuacji, w jakiej znalazło się środowisko literackie. Dotąd nasz świat dzielił się co najwyżej na barbarzyńców i klasycystów, mainstream i niezależnych, nobliwych i młodych. Istniały oczywiście podziały i spory, ale ograniczały się one do istoty poezji. Był jednak wzajemny szacunek, każdy każdemu mógł podać rękę. Dzisiaj to już tylko wspomnienie, kilka spraw zaszło tak daleko, a postawy niektórych osób stały się tak naganne, że „trzeba krzyczeć, trzeba się drzeć” i „nie godzić się”. Tym bardziej, że mijający rok dobitnie potwierdził, że nadciągają prawdziwe problemy.

Powoli, ale systematycznie zanika świat, w którym prowadziliśmy poukładane literackie życie. Ci, którzy pamiętają nieodległe czasy dziesiątek czasopism literackich, portali i serwisów, rubryk z wierszami w co drugim czasopiśmie, recenzji w poczytnych gazetach, poświęconych poezji programów telewizyjnych, regularnych spotkań w bibliotekach, wiedzą, o czym mówię. Dzisiaj nic już nie jest takie jak jeszcze rok temu. Nawet boom na nagrody, festiwale, instytucje i programy wydawnicze zdaje się kończyć. Do fundatorów dociera, że nagrody za dużo kosztują i nie przynoszą spodziewanych efektów, festiwale szybko wyczerpują swoje formuły, a wydawanie za publiczne środki książek, które się potem rozdaje, a nie sprzedaje, podpada pod niegospodarność.

Żegnamy kolejne wydawnictwa, dzięki którym poeci mogli debiutować i publikować swoje książki. Lista strat rośnie, w 2020 roku mogą dołączyć do niej kolejne oficyny, w tym te najbardziej zasłużone, prowadzone dzięki sile pojedynczych osób. Jak to bywało w przeszłości, znajdą się tacy, którzy spróbują w to miejsce powołać nowe, ale ostatnie lata pokazują, że takie inicjatywy udają się coraz rzadziej i najczęściej skazane są na niepowodzenie. Wielu autorów na chwilę znajdzie przystań w wydawnictwach utrzymywanych przez państwo (PIW) i samorządy (WBPiCAK, Instytut Mikołowski, Dom Literatury w Łodzi, Warstwy). Jeśli jednak ktoś myśli, że społeczne pieniądze zawsze będą zasilać wydawanie niedochodowych książek, to jest w błędzie.

Realizowane w ostatnich latach przez samorządy przy wsparciu unijnych funduszy inwestycje infrastrukturalne wymagają coraz większych środków własnych. Wielkie i nowoczesne biblioteki albo domy kultury potrzebują tak dużych nakładów na utrzymanie, że brakuje funduszy choćby na drobne wydarzenia. Gdy zatem w lokalnej kasie pustki (od miesięcy mówią o tym wszystkie samorządy obarczane coraz to nowymi obowiązkami), kultura zawsze jest źródłem pierwszych oszczędności. Na początku cięcia bywają symboliczne. Z czasem są coraz większe. W końcu zostają budynki, etaty i najbardziej spektakularne imprezy, którym zazwyczaj bliżej do rozrywki niż do sztuki. Następne w kolejce do likwidacji lub znacznego ograniczenia czekać będą niszowe festiwale, stypendia i nagrody.

W obliczu problemów finansowych władze zaczynają przykładać inną miarę do kultury i sztuki. Czas samorządowców pokroju Rafała Dutkiewicza i Wojciecha Szczurka przemija. To pokolenie ludzi, którzy rozumieli, czym jest albo może być literatura. Następcy nie wydają się już mieć takiej wrażliwości. Niczym niezwykłym nie jest już publiczne przyznawanie, że nie czyta się książek. Musimy przygotować się na to, że minie dekada albo dwie, zanim pojawi się szansa na jakąś zmianę. To będą trudne lata. Jak może wyglądać taka literacka rzeczywistość pokazują przykłady naszych zachodnich sąsiadów. Normą bywa tam jeden ogólnokrajowy festiwal poetycki, maksymalnie dwóch wydawców poezji, brak czasopism, tomików w księgarniach.

U nas wciąż uważa się, że wydawcy nadal mogą „prężyć muskuły”, a autorzy bez problemów znajdą sobie nowe miejsce dla swoich książek. Oficyny stać na wysokie zaliczki, ekskluzywne edycje, cykle spotkań, działania promocyjne, a festiwale mogą płacić za czytanie więcej niż tysiąc złotych, oferować najlepsze hotele, zapewniać pobyty dla całych rodzin i wystawne bankiety. Szybko przyzwyczailiśmy się do dobrego. Ale teraz trzeba liczyć się z tym, że te złote czasy to przeszłość. Jedynymi źródłami finansowania będą ministerialne i unijne programy, a liczba wnioskujących tak wzrośnie, że dotacje będą coraz mniejsze. Także w samorządach. W niektórych urzędach rekordowe wsparcia już nie przekraczają kilku tysięcy złotych.

Przez trzy dekady sporo rzeczy robiliśmy nie tak i na opak. Nie stworzyliśmy pomostu między biznesem a kulturą. Uzależniliśmy cały sektor od dotacji. Wielu twórców nie orientuje się w tych uwarunkowaniach. Nie interesuje ich, w jakim położeniu są ci, którzy wydają ich książki, organizują spotkania, imprezy czy festiwale, skąd biorą się pieniądze na ich honoraria. I można to jeszcze jakoś zrozumieć. Gorzej, gdy normą staje się brak szacunku i niedocenianie pracy redaktorów, korektorów, grafików, magazynierów czy sprzedawców książek. Przywykło się myśleć, że to wydawnictwa, księgarze i organizatorzy żerują na twórcach. Często jednak bywa odwrotni. Nie raz jako wydawca doświadczyłem rzeczy, które innych potrafiłyby złamać.

Skąd wzięły się podziały i nienawiść w naszym środowisku? Literatura piękna nie podlega regułom rynkowym, tak jak inne dziedziny sztuki, a nawet te obszary pisania, które mogą być źródłem finansowego utrzymania. Nakład poetyckiej książki często nie przekracza pięciuset egzemplarzy. Rozczarowanie, wieczne zawody i wreszcie zazdrość, gdy komuś innemu coś się uda, są na porządku dziennym. Niby wszyscy deklarują, że pisanie wierszy to hobby, zabawa, a złe recenzje i niezdobyte nagrody nic nie znaczą, jednak tak naprawdę każdy tworzący szuka na swój temat choćby drobnej wzmianki. Wielu autorów przez lata jakoś sobie radziło z tym wszystkim. Dzisiaj nie jednemu przychodzi to znacznie trudniej. Winą łatwiej obarczyć kolegę po piórze, jurora, wydawcę albo złego organizatora aniżeli zrozumieć, że bycie niedocenionym wpisane jest w specyfikę tej profesji.

Przez długi czas poezja pozostawała męską domeną. Niektórym kolegom trudno było zaakceptować, że może być inaczej. To, co przez lata bywało normą, a potem też uchodziło na sucho, w dobie #MeToo dla wielu stało się poważnym balastem. Byli tacy, którzy zaliczyli żenujące wpadki. Jeszcze inni myśleli, że po otrzymaniu nagród otworzą się nowe perspektywy. Wszystko się rozproszyło, wszystkiego zaczęło być dużo, zniknęły autorytety i punkty odniesienia. Jedni poszli w odstawkę, drudzy niespodziewanie znaleźli się w centrum. Władza jak to władza: zaczęła doceniać tych, którzy nie byli doceniani przez poprzedników, stworzyła też nowe, niekoniecznie dobre porządki. Wszystkim coraz trudniej było zachowywać niezależność.

Swoje zrobił też internet. Dawniej autorzy zabierali głos jedynie w wierszach. W sieci proces publikowania przyspieszył. Kiedyś był czas na redakcję i korektę. Teraz wszystko dzieje się za jednym kliknięciem. Przy dużej aktywności w sieci łatwo o głupotę. A internet pamięta nawet drobne potknięcia. Gdy traci się nad sobą kontrolę, można zmarnować wszystko, na co pracowało się latami. Coraz trudniej też o wiarygodność. Jeśli bowiem kontestuje się jedną ministerialną instytucję, to czy nie należałoby zachowywać się konsekwentnie i nie współpracować z drugą? Czym bowiem różni się pismo od wydawnictwa, które finansowane jest z tego samego źródła? Wszyscy się pogubiliśmy. I nie chodzi teraz o to, kto jest mniej lub bardziej winien. Pora, byśmy się otrząsnęli!

Pisałem w poprzednim odcinku „Misji” o atmosferze, jaka panuje od kilku lat w Stroniu Śląskim i Siennej. W mijającym 2019 roku to jest prawdziwe światełko w tunelu. Dowód i nadzieja, że może być inaczej. Ale Stacja Literatura to tylko trzysta–czterysta osób i jakaś setka autorów, tłumaczy, krytyków oraz dziennikarzy. Co z resztą? Z wielu dawnych przyjaźni pozostały już tylko dedykacje w starych wierszach. Głupie sprawy okazują się ważniejsze niż to, co łączyło, co było wspólne i jeszcze niedawno naprawdę ważne. Jeśli myślenie o wspólnocie jest utopią, to potrzebujemy choćby odrobiny zrozumienia i wzajemnego szacunku. Inaczej wszyscy „umrzemy z nienawiści”, a wraz z nami literacki świat, który wspólnie z takim mozołem budowaliśmy przez tyle lat.

grudzień 2019