27/01/19

Inne podejście

Artur Burszta

Strona cyklu

Misje niemożliwe
Artur BURSZTA__biogram
Artur Burszta

Redaktor naczelny wydawnictwa Biuro Literackie. Od 1996 roku dyrektor festiwalu literackiego organizowanego jako Fort Legnica, od 2004 – Port Literacki Wrocław, a od 2016 – Stacja Literatura. Autor programów telewizyjnych w TVP Kultura: Poezjem (2008–2009) i Poeci (2015) oraz filmu Dorzecze Różewicza (2011). Inicjator krajowych i zagranicznych projektów, z których najbardziej znane to: Europejskie Forum Literackie, Komiks wierszem, Krytyk z uczelni, Nakręć wiersz, Nowe głosy z Europy, Piosenki na papierze, Poezja polska od nowa, Pogotowie poetyckie, Połów. Poetyckie debiuty, Szkoła z poezją, Wakacje z kulturą. Wyróżniony m.in. nagrodą Sezonu Wydawniczo-Księgarskiego IKAR za „odwagę wydawania najnowszej poezji i umiejętność docierania z nią różnymi drogami do czytelnika” oraz nagrodą Biblioteki Raczyńskich „za działalność wydawniczą i żarliwą promocję poezji”.  

Ile razy w ciągu ostatnich trzydziestu lat rządzący zauważali problemy w obszarze literatury? Dość rzadko. Mogłoby się więc wydawać, że nowe inicjatywy Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego zostaną docenione przez większość środowiska. Że przyklasną im zarówno ci zadeklarowani politycznie, jak i ci, którzy uznają (podobnie jak ja, nauczeni przez wszystkie te lata współpracy z ministrami, wojewodami, prezydentami, burmistrzami, dyrektorami wszystkich możliwych opcji), że kultura, na tyle, na ile to możliwe, powinna być wyłączona z dyskursu politycznego. Deklaracja powołania Instytutu Literatury, a wraz z nim kwartalnika „Napis” oraz zapowiedź organizacji Międzynarodowego Kongresu Literatury Polskiej głęboko nas jednak podzieliły. Nie na dwa, a na co najmniej kilka obozów. Na tych, którzy są za, i tych, którzy są przeciw, tych, którzy nie mają zdania, tych, co boją się opowiedzieć za którąś ze stron, a także tych, którzy chcieliby zrozumieć, o co tak naprawdę w całej tej sprawie chodzi.

O DEKLARACJI PROGRAMOWEJ

W deklaracji programowej więcej jest ogólników i dobrze brzmiących słów aniżeli konkretów. To nie musi przeszkadzać. Taka jest specyfika tego typu oświadczeń. Mowa jest o „szeroko zakrojonym projekcie o ogromnym walorze edukacyjnym, który ma umożliwić wszystkim zainteresowanym dostęp do najnowszej wartościowej literatury. Jego celem jest zapoznanie z nowymi formami literackimi, współczesnymi konwencjami oraz wartościowymi innowacjami”. Ministerstwo „podejmuje mecenat nad autorami, którym trudniej przebić się na rynku, a których wartość jest nie do przecenienia”, zaś kwartalnik „Napis” „ma zaznajomić szeroką publiczność z najnowszą produkcją literacką”. Zdaniem pomysłodawców „współczesna literatura ‘wyższego lotu’ jest niepromowana, na rynku dominuje ‘komercja’”. Z tak sformułowanymi tezami trudno polemizować. Niektórym można nawet przyklasnąć. Wszystkie zachęcają do dyskusji. Sygnalizują wiele wątków, więc i moje rozważania takie będą.

O DOBRZE ROZUMIANEJ EDUKACJI

Przede wszystkim dostrzeżono, że bez dobrze rozumianej edukacji (dodałbym od siebie – która swój początek powinna mieć w szkołach, a zatem objęci nią powinni być przede wszystkim ci, którzy dopiero zaczną czytać, a nie ci, którzy już czytają) nie uda się w Polsce zmienić poziomu czytelnictwa. Bądźmy szczerzy. Prowadzone w ostatnich dwóch dekadach różnego rodzaju akcje propagujące i promujące literaturę często trafiały w próżnię i w ostatecznym rozrachunku podtrzymywały czytelnictwo na podobnym poziomie. Jeśli zatem nowa instytucja – deklarująca, że oprze swe działania na „walorach edukacyjnych”, a więc zapewne zakładająca szerokie środowiskowe konsultacje i współpracę z instytucjami oświatowymi – odpowiadać będzie za stworzenie kompleksowego programu takich właśnie zmian, to chyba nie ma powodów, żeby negować powołanie podmiotu z takim priorytetowym zadaniem. Po blisko trzydziestu latach zajmowania się literaturą stwierdzam, że to jest najważniejsze zagadnienie, z jakim trzeba się teraz zmierzyć.

O KONGRESIE I ZMIANIE PRIORYTETÓW 

Niedostateczne docenienie czy też wręcz wykluczanie niektórych twórców, szczególnie z obszaru ambitnej literatury (a zwłaszcza poezji – wyjątkowo bogatej i różnorodnej), to jeden z najczęściej podnoszonych zarzutów wobec poprzedniej dyrekcji Instytutu Książki. Organizując wydarzenia literackie w kilkunastu krajach (od Barcelony, Edynburga, Berlina, przez Kopenhagę, Oslo, Rygę, Tallinn, Moskwę, Niżny Nowogród, po New Delhi), doświadczyłem nie raz, jak wysoko ceniona jest współczesna poezja polska, a jednocześnie jak bardzo brakuje takich właśnie wydarzeń na świecie. Zarazem trzeba obiektywnie przyznać, że znajomość na świecie współczesnej literatury polskiej jest naprawdę duża. Procentują przede wszystkim Kongresy Tłumaczy (translatorzy to najlepsi ambasadorzy polskiej literatury!) organizowane przez Instytut Książki, a także szereg międzynarodowych projektów, w których uczestniczą polscy wydawcy i niezależne organizacje – dodajmy: zazwyczaj bez zaangażowania i rządowej pomocy. Warto podkreślić, że sieci współpracy (Biuro Literackie należy do kilku takich organizacji) są coraz bardziej skuteczną formą promowania twórców i literatury z poszczególnych krajów.

Czego zatem miałaby dotyczyć zapowiedź zmian w tym zakresie? Międzynarodowy Kongres Literatury Polskiej ma być konferencją naukową czy czymś więcej? Konferencje to działania dobre dla środowisk akademickich. Te raczej nie potrzebują takiego wsparcia. Co z tymi, którzy mają realny wpływ na promowanie literatury polskiej w swoich krajach? Czy Kongres uwzględni wydarzenia kierowane do zagranicznych agentów, wydawców, dyrektorów festiwali i instytucji literackich? Czy upadnie tym samym bardzo dobry pomysł organizacji Kongresu Tłumaczy w cyklu dwuletnim? I wreszcie chyba najważniejsza kwestia, którą żywo zainteresowane są różne podmioty zajmujące się literaturą. Czy zmienią są też ministerialne priorytety? Czy zostaną w końcu wydzielone środki na działania promujące literaturę polską za granicą? Teraz nie można wnioskować o nie w programie „Promocja czytelnictwa”, a jedynie w ramach „Promocji kultury polskiej za granicą”, gdzie literatura na tyle innych projektów jest zwyczajnie mało konkurencyjna i spektakularna.

O ZASADNOŚCI POWOŁYWANIA INSTYTUCJI

Zasadniczo nie mam nic przeciwko powstawaniu nowych instytucji, jeśli zachodzi ważny interes publiczny uzasadniający ich powołanie. Takim interesem jest na pewno realizacja zadań i celów, które nie były jak dotąd podejmowane przez inne podmioty. O ile nie ma możliwości, by takie zadania powierzyć istniejącym jednostkom lub firmom, o tyle można rozważyć powstanie nowej instytucji. Główny zarzut, jaki pojawił się wobec Instytutu Literatury, to właśnie powołanie tej instytucji w sytuacji istnienia Instytutu Książki. Jest to bardzo zasadny zarzut. Nie usłyszeliśmy, co przemawia za tym, żeby nie powierzać tych zadań działającej również w Krakowie od piętnastu lat instytucji. Przez wszystkie te lata to właśnie Instytut Książki przejmowała wszystkie obowiązki związane z „popularyzacją książek i czytelnictwa oraz promocją polskiej literatury i języka polskiego na świecie”. Za udaną reformę należy uznać np. przeniesienie w 2010 roku czasopism patronackich do Instytutu Książki. Dlaczego „Napis” nie może działać na podobnej zasadzie? Czy działania edukacyjne i organizacja Międzynarodowego Kongresu Literatury Polskiej też nie mogą być częścią zadań Instytutu Książki? Dopóki nie poznamy podziału zadań między obie instytucje, dopóty trudno będzie środowisku literackiemu ocenić zasadność powołania nowego instytutu. Sam Instytut Książki, to oczywiście temat na osobne rozważania.

Mogę się mylić, ale odnoszę wrażenie, że pomysł powołania i zdefiniowanie najważniejszych działań Instytutu Literatury ma autorski charakter. Za każdą koncepcją zawsze ktoś stoi. Narodowy Instytut Audiowizualny to w dużym stopniu pomysł Michała Merczyńskiego. Nie ma w tym oczywiście niczego złego. Ostatecznie jednak tego typu instytucje powołuje i nadaje im statutowy charakter odpowiednia jednostka administracji publicznej.

O „NAPISIE”, A NAWET DWÓCH „NAPISACH”

Czy współczesna literatura „wyższego lotu” jest faktycznie w Polsce zaniedbywana? Przez długie lata na pewno zaniedbywał ją państwowy mecenat. Można jednak mnożyć przykłady wydawnictw, czasopism, projektów internetowych, festiwali i wydarzeń, które mimo bardzo skromnych środków (o tym z jakimi problemami muszą borykać się oficyny zajmujące się ambitną literaturą napiszę w jednym z kolejnych tekstów) zajmują się niemal wyłącznie takim obszarem literatury. Czym zatem miałoby się zajmować nowe pismo, czego nie robią inni? Dlaczego „Napis” (warto zauważyć, że mamy już jedno pismo o takim tytule, wydawcą jest Instytut Badań Literackich Polskiej Akademii Nauk, i nie zdziwię się, jeśli za chwilę wybuchnie konflikt także z tego powodu) ma być kwartalnikiem papierowym? Mamy rok 2019, a nie 1999! Najważniejsze projekty czytelnicze (polecam np. lyrikline realizowany przez Haus für Poesie z Berlina – prosty, a jakże skuteczny pomysł na propagowanie poezji) już dawno przeniosły się do sieci. Przez co najmniej dwie dekady powracał w środowisku pomysł uruchomienia dwutygodnika literackiego. Pamiętamy, jak znaczącą rolę w latach 90. odegrał „Nowy Nurt”. Mogłoby się zatem wydawać, że jeśli ma powstać wspierane przez państwo czasopismo, to będzie to właśnie powrót do tego pomysłu.

Czasy dla papierowych czasopism literackich są bardzo trudne. W pierwszej kolejności należy więc wzmacniać, przekształcać i rozwijać (szczególnie w sieci) „Akcent”, „Dialog”, „Literaturę na Świecie”, „Nowe Książki”, „Odrę” czy „Twórczość” (czyli czasopisma patronackie), bo, niezależnie od ich obecnego poziomu, to potencjał, którym już dysponujemy. Każdy z tych tytułów to kapitał wiedzy i doświadczenia, bogactwo i różnorodność treści (także literatury „wyższego lotu”) a przede wszystkim nietuzinkowi ludzie, którzy je tworzą. Nasuwa się więc podstawowe pytanie. Skoro mamy już tyle wspieranych przez państwo czasopism, to czy rzeczywiście potrzebujemy następnego? Czy na pewno znajdziemy czytelników dla tego periodyku? Czy też skończy się na bibliotecznym rozdawnictwie? Ci, którzy oduczyli się czytać papierową prasę, raczej do niej nie wrócą. Ci, którzy mieliby ją czytać (a zatem także „Napis”), muszą do tego zostać odpowiednio przygotowani. Cenię papierowe czasopisma. Zwracam jedynie uwagę, że nie są one dzisiaj najskuteczniejszym narzędziem w „zaznajamianiu publiczności z najnowszą produkcją literacką”.

500+ ZA JEDEN WIERSZ

Przyczynkiem do dyskusji na temat „Napisu” stało się także „500+ za jeden wiersz”. Gigantyczna stawka jak na polskie, ale i europejskie warunki. Pięć opublikowanych wierszy to 2,5 tysiąca złotych. Łatwo policzyć, że gdyby autor miał dostać takie wynagrodzenie z tytułu zysków ze sprzedaży swojej książki, to musiałby znaleźć co najmniej tysiąc czytelników. Takie nakłady osiąga w Polsce ledwie kilku poetów. Średnia sprzedaż tomiku to 300–500 egzemplarzy. Jeżeli „500+ za jeden wiersz” stałoby się obowiązkowym minimum w każdym czasopiśmie, to kwoty dotacji na czasopisma musiałyby wzrosnąć wielokrotnie. Gdyby pójść dalej i uregulować stawki za tłumaczenia, redakcję, korektę i spotkania autorskie, one także wymusiłyby zwiększenie dotacji w innych programach. Czy „500+ za jeden wiersz” zapoczątkuje takie systemowe zmiany? Czy też będzie zarezerwowane dla jednego pisma? Jeśli tak, to stworzy się z tego bardzo niebezpieczny precedens. Dlaczego? Ano dlatego, że większość czasopism (także realizujących ważne społecznie cele) płaci przysłowiowe 100 zł za tekst lub nie płaci wcale, bo nie ma z czego. Jak „500+ za jeden wiersz” wpłynie na ich działanie? Szczególnie na tych, którzy realizują swoje projekty całkowicie społecznie?

O „DWUTYGODNIKU”

Informacja o powołaniu „Napisu” zbiegła się też w czasie z zawieszeniem działalności dwutygodnika.com. Potrafię zrozumieć, że po powstaniu Filmoteki Narodowej – Instytutu Audiowizualnego pismo nie mieści się w statutowych zadaniach ten instytucji. Kto jednak odpowiada za to, że nie znaleziono zawczasu nowego miejsca dla najważniejszego sieciowego czasopisma poświęconego kulturze? Informacja o zawieszeniu/likwidacji „Dwutygodnika” zbiegła się z uruchomieniem „Napisu”, co miało prawo wytworzyć zły klimat wokół Instytutu Literatury i atmosferę podejrzliwości, że to drugie będzie działać dzięki środkom tego pierwszego. Prawda jest pewnie bardziej złożona i chyba nie ma już dzisiaj znaczenia. Nie znam nikogo, kto by nie liczył, że „Dwutygodnik” wznowi niebawem swoją działalność.

PYTANIE O MODEL ZARZĄDZANIA KULTURĄ W POLSCE

I wreszcie najważniejsze. Warto zauważyć, że tendencja do instytucjonalizowania wielu działań staje się ostatnio niebezpieczną normą, także na poziomie lokalnych samorządów. Realnym problemem jest zatem także pytanie o model zarządzania kulturą w Polsce. Czy rządowe i samorządowe instytucje faktycznie powinny być główną siłą napędzającą projekty kulturalne i misje społeczne? Najbardziej udane inicjatywy z ostatnich trzydziestu lat miały raczej oddolny charakter. Pojawiło się w Polsce wiele osób i projektów, które działają sprawniej, efektywniej, skuteczniej i kosztują znacznie mniej aniżeli samorządowe czy rządowe instytucje od podobnych zadań. Wiele z nich mogłoby działać jeszcze lepiej, gdyby dysponowało większymi zasobami. Ilekroć więc środki publiczne są angażowane w nowe inicjatywy, tylekroć należy zadać sobie pytanie, czy gdyby te finanse zostały przekierowane na zwiększenie wsparcia dla już istniejących podmiotów, to nie byłby z tego znacznie większy pożytek.

Wspominam o tym, bo potrzebne jest zachowanie równowagi między tym, co „oddolne”, a tym, co „przychodzi z góry”. Tym, co etatowe, a tym, co doraźne. Tym, co realizowane przez państwo, a tym, co przez prywatne firmy. Na początku swojej działalności Instytut Kultury organizował festiwale literackie. Na szczęście szybko wycofano się z tego pomysłu, a środki zostały przekierowane na dotacje dla innych wydarzeń i imprez w całej Polsce. Wiemy, z jak pozytywnym skutkiem. Trzeba ratować takie inicjatywy jak Państwowy Instytut Wydawniczy, ale należy uniknąć sytuacji, w której potem takie instytucje, wykorzystując swoją uprzywilejowaną sytuację, będą przejmować działania, które z powodzeniem były dotąd realizowane przez inne podmioty zmuszone do samodzielnej walki o przetrwanie na rynku.

IMPULS DO ZMIAN

Kolejne ważne zagadnienie to definiowanie realnych problemów i potrzeb. Kilka lat temu opracowałem w ramach wrocławskiej konkursowej aplikacji ESK projekt wielomiesięcznych debat i dyskusji zakończonych Kongresem Literackim, który zaangażowałby całe nasze środowisko w szukanie konkretnych rozwiązań dla rozwoju czytelnictwa, skutecznego mecenatu i właściwej opieki nad twórcami. Wysoko oceniany pomysł, mimo że był częścią zwycięskiej aplikacji, nie doszedł do skutku. Potem bezskutecznie namawiałem jeszcze na jego realizację ówczesną dyrekcję Instytutu Książki, a także kilka samorządów, które rozwijały właśnie energicznie działania literackie. Mijają lata, a problemy nie znikają. Moim zdaniem właśnie dlatego, że wciąż nie zostały dogłębnie zdiagnozowane.

Narodowy Program Rozwoju Czytelnictwa kończy się w 2020 roku. Nie przyniósł zbyt wielu spektakularnych efektów. Podobne głosy słychać o nagrodach i niektórych festiwalach organizowanych przez lokalne samorządy. Potrzebne jest więc inne podejście. Wierzę, że w środowisku, które doczekało się tylu wspaniałych menedżerów, redaktorów, wydawców i twórców, udałoby się takie podejście wypracować. Jeśli zatem powoływać nową narodową instytucję, to chyba właśnie po to, żeby dać impuls do zmian. Co nam po czasopismach, festiwalach, konferencjach czy monumentalnych monografiach, jeśli nie zadbamy zawczasu o to, byśmy nie czytali i nie uczestniczyli w tych wydarzeniach tylko my sami?

4 lutego 2019