Artur Burszta: Pracował Pan nad Historiami równoległymi niemal dwie dekady, a jest to projekt, który dziś przypomina raczej kontynent niż powieść. Pierwszy tom, Nieme imperium, kończy się w chwili, gdy czytelnik ma raczej poczucie przekroczenia progu niż domknięcia historii, a sama narracja od początku odmawia linearności, układając się w sieć napięć i przecięć. Czym jest dla Pana ten pierwszy tom w ramach całości – bramą, mapą, laboratorium?
Péter Nádas: Pracowałem nad tą książką przez osiemnaście lat. Nie pisałem jej jednak w porządku chronologicznym, rozdział po rozdziale, tak jak będzie można ją teraz czytać po polsku w trzech tomach, lecz zacząłem od końca. Jakkolwiek szaleńczo to brzmi, najpierw napisałem ostatni rozdział trzeciego tomu, potem rozdział przedostatni. Planowałem pisać wstecz. Ten szalony plan porzuciłem jednak po ukończeniu przedostatniego rozdziału. Zrealizowałem inny, równie szalony zamysł: idąc wzdłuż poszczególnych wątków fabularnych, pozwalałem działaniom bohaterów rozrastać się „krzaczasto”, poza logiką porządku liniowego. W ten sposób mogłem stworzyć system powiązań krzyżowych – nie tylko między postaciami, lecz także między miejscami, stanami emocjonalnymi i figurami rozwoju – wraz ze stopniowym systemem mechanizmów oddziaływania. Inaczej funkcjonuje relacja bezpośrednia, inaczej relacja pośrednia, jeszcze inaczej relacja zapośredniczona. Nie mówiąc już o powiązaniach o nieznanym pochodzeniu, lecz dających się odczuć, ani o wpływach o nieznanym źródle, które pozostają niezauważone – czy wreszcie o prostym efekcie masy.
Opisuje Pan proces, w którym metoda stopniowo wymyka się intencji. Kiedy stało się jasne, że konstrukcja tej książki zaczyna prowadzić autora, a nie odwrotnie?
Stało się dla mnie jasne, że coś, co nazywamy historią świata, co mogłoby służyć jako punkt odniesienia – podobnie jak trójpodział na przeszłość, teraźniejszość i przyszłość, a nawet to, co uznalibyśmy za miarodajną filozofię – po prostu nie istnieje. Świat nie jest stanem, lecz przejściem. Oddziałują na nas nakładające się na siebie zbiory zjawisk i wydarzeń. To nawet nie są osoby. To jest to, co najstarsi greccy myśliciele nazywali chaosem. Chaos powstaje nie tylko z piekielnego bałaganu, lecz także z maniakalnego porządkowania. Rodzi się zarówno z bezsensownych działań, jak i z działań racjonalnych. Co więcej, obowiązywanie geometrii euklidesowej czy fizyki newtonowskiej również zależy od okoliczności. Fizyka kwantowa nie potrafi potwierdzić obliczeń Einsteina – nie dlatego, że nie istnieją grawitacja, płaszczyzna czy struktura atomowa.
Struktura samej pracy musi być inna niż struktura powieści – nie mogę po prostu iść tam, dokąd prowadzi mnie narracja. Muszę wiedzieć, dlaczego i na jakich podstawach myślę to, co myślę spontanicznie. To stało się przedmiotem mojego szaleństwa: wielką zagadką matematyczną i geometryczną – mimo że nie potrafię ani dzielić, ani mnożyć. Rozdziały, które rozrastały się „krzaczasto”, rzadko kończyłem tam, gdzie – według pierwotnego planu – powinny się domknąć. Zostawiałem je otwarte i pisałem dalej, dłużej, niż wymagała tego sama struktura. Ta zawsze stawia pytanie, z czego jest zbudowana i jakie obciążenie potrafi udźwignąć. Czy najpierw istnieje struktura myślenia, a dopiero potem samo myślenie? O moim zdaniu decyduje jego miejsce w strukturze. W tej decyzji jestem powierzchnią – ale tylko plamką w przestrzeni znacznie większej ode mnie. Jednocześnie poszczególne wątki fabularne nie mają tej samej dynamiki ani tego samego tonu, podobnie jak w obrębie jednego rozdziału różni ludzie mówią w różnych rejestrach. Jeśli chcę pozostać im wierny, nie mogę przerywać przepływu tekstu wyłącznie zgodnie z życzeniem miejsca. Musiałem utrzymać dynamikę i ton, dlatego pisałem dalej, mimo że statyka rozdziału – jego struktura – domagała się czegoś innego.
Dzięki temu nawet po latach mogę wrócić do tekstu i pisać dalej w dokładnie tym samym tonie i dynamice, w jakich go wcześniej zostawiłem. Nie chcę stracić ani jednego szczegółu czy tematu, a jednocześnie muszę widzieć całość jako całość. W ten sposób – mówiąc najprościej – pod koniec pierwszego tomu czytelnik może mieć przeczucie stylu narracji, splątania losów wyrazistych postaci oraz całej faktury powieści: jej przewidywań i spojrzeń wstecz. Może też dostrzec wyraźne nici, wzdłuż których da się śledzić dalsze komplikacje wydarzeń czekających bohaterów. Dopóki jednak czytelnik nie dotrze do ostatniego zdania trzeciego tomu, nie może o niczym rozstrzygnąć. W życiu każdego człowieka decydujące pozostaje bowiem to, co widzi z różnych punktów widzenia, co potrafi przewidzieć, jakie spotykają go niespodzianki oraz na czym i na kim się zawodzi. W tym sensie wiernie podążam za ukształtowanym modelem klasycznej narracji. Struktura całej powieści nie jest jednak tożsama z klasyczną strukturą powieściową.
Czy był moment, w którym praca nad strukturą tej powieści przestała być wyłącznie kwestią rzemiosła, a stała się pytaniem o los – także własny?
Kiedy skończyłem poprzednią książkę – Pamięć, która dzięki Elżbiecie Sobolewskiej jest dostępna również po polsku – strukturalny plan nowej powieści był już gotowy. Nie miałem jeszcze w głowie wszystkich wątków fabularnych, a to dlatego, bym mógł w trakcie pisania zaskakiwać samego siebie. W pracy pisarskiej, obok wyobraźni, trzeba bowiem podtrzymywać możliwość przypadku. Trzeba zostawić miejsce na spontaniczną decyzję i nieoczekiwane działanie. W tamtym momencie było też jasne, że będę mógł realizować opracowany plan struktury tylko wtedy, gdy zmienię swoją metodę pracy – porzucę myślenie chronologiczne i powrócę do myślenia asocjacyjnego. Patrzeć nie tylko z perspektywy elementarnych cząstek, lecz także z perspektywy całości.
Dokładnie 15 kwietnia 1985 roku, około południa, wtedy, kiedy skończyłem pracę nad Pamięcią, po ostatnim zdaniu zapisałem sobie na dole strony datę. Nie wiem dlaczego. Potem tylko patrzyłem. To była wstrząsająca chwila. Pracowałem nad tą książką jedenaście lat. Być może była to środa. Przez jedenaście lat, każdego dnia, od siódmej lub ósmej rano do trzeciej po południu. Wszystkie liczby były zawarte w tej dacie: dzień, miesiąc – jakby wszystko wydarzyło się naraz, z typowym uczuciem déjà vu. Wcześniej zajmowałem się numerologią, podobnie jak wieloma innymi rzeczami, które w danym momencie wydawały się niezbędne do mojej pracy, ale do ezoteryki naprawdę nie mam skłonności. Jestem zwolennikiem realizmu. A jednak, gdy tylko zapisałem tę datę, przed oczami stanęły mi wszystkie liczby związane z samobójstwem mojego ojca: 15 kwietnia 1958 roku.
W książce wykorzystywałem wprawdzie motywy autobiograficzne, ale nie pisałem o sobie. Okoliczności samobójstwa mojego ojca przejąłem jako surowiec do jednego z ostatnich rozdziałów Pamięci, ponieważ nic bardziej skandalicznego i brutalnego nie potrafiłbym wymyślić, ale ta wieloletnia praca nie dotyczyła mojego ojca. Nawet nie dotyczyła mnie. Jak to się mówi po francusku: l’absence d’ego. Chodziło o epokę, o innych, poruszających serce ludzi oraz o tę naprawdę różnorodnie funkcjonującą tożsamość, która różne osoby – doraźnie lub na zawsze – łączy w miłości albo w nienawiści. O pewne rozumienie losu, a właściwie o jego warianty. O zmienność postrzegania losu.
Liczby tych dwóch dat jednak ujęły w ramy ponad dziesięcioletniej pracy, zbiegły się ze sobą. Samobójstwo dotknęło mojej pracy. Boże, co to znaczy. Zapewne nic – ponieważ także zjawiska pozbawione znaczenia mają ogromną wagę. Wszystko to, co postrzegam, lecz czego nie biorę pod uwagę, ma znaczenie. Jeszcze większe znaczenie ma jednak to, czego – ze względu na swoją sytuację – nie dostrzegam, a co mimo to dociera do mnie swoim oddziaływaniem, czasem boleśnie mnie uderzając. I wtedy stało się jasne, że w tym wyjątkowym dniu nie doszedłem do końca niczego – że muszę zacząć wszystko od nowa. Cały rytuał pisania powieści. Naprawdę nie ma już sensu pisać powieści o zamkniętej strukturze. Co najwyżej miałoby to sens handlowy. Okrągłe opowieści lepiej się sprzedają. Problem w tym, że nie znam początku. Nie ma więc sensu zamykać. Nie ma sensu kończyć.
Tak potoczyły się losy europejskiej powieści: mocne początki i zdecydowane zakończenia obramowują okrągłe opowieści. Nie wynika z tego jednak, że los człowieka rzeczywiście przebiega tak, jak kształtuje go tradycja powieściowa. W rzeczywistości wyrywa go ona z całości. Z jakiej całości – tego do końca nie wiemy.
Pewnego razu młody mężczyzna, który wcześniej dużo czytał, powiedział mi, że przez długi czas dawał się zwodzić powieściom. Teraz czyta już tylko książki naukowe, powieści nie. Tymczasem ja muszę zobaczyć, jak układa się struktura wariantów losu w ich jednoczesnej wielości. Muszę w powieści dostrzegać rzeczy, które nie zostały zapisane słowami. Już podczas pracy nad poprzednimi książkami zrozumiałem, że za pomocą znaczącego milczenia – milczenia o czymś lub o kimś – można temat tak okrążyć, by nie padło ani jedno słowo.
Życie ludzkie nie zaczyna się wraz z narodzinami, jeśli w ogóle ma początek, i nie kończy się wraz ze śmiercią. Ale nie dlatego, że wierzymy lub nie wierzymy w zmartwychwstanie czy reinkarnację, lecz dokładnie odwrotnie. Wierzymy w zmartwychwstanie i reinkarnację, ponieważ przynosimy ze sobą wraz z genami, wraz z narodzinami, coś, czym sami nie jesteśmy. Jesteśmy wpleceni w wieczność. Nasze elementy składowe są tożsame z elementami wszechświata, a mimo to nie wiemy na przykład, w jaki sposób na tę planetę trafiła taka ilość wody, z której – z oceanu – powstały nasze ciała. A jeśli tak jest, a fizycznie i chemicznie tak właśnie jest, to muszę wydobyć powieść spod autokratycznego systemu przyczynowości. Muszę dać miejsce i formę także temu, czego nie wiem.
Z pewnością istnieją rzeczy, których przyczyna daje się nazwać, a konsekwencje są do przewidzenia, ale nie można tego powiedzieć o wszystkich zjawiskach. Nie chodzi więc o to, by pozostawić otwarte zakończenie opowieści, lecz by od początku pomyśleć i konsekwentnie realizować strukturę otwartą. Sprawdzić, jakie inne systemy powiązań, formy oddziaływania i wzajemnych wpływów – poza związkami przyczynowo-skutkowymi czy celowościowymi – podtrzymują i kształtują ludzkie społeczeństwa oraz życie jednostki.
Mówi Pan o świecie, w którym los nie układa się w ciąg przyczyn i skutków, lecz istnieje jako jednoczesność wielu wariantów, często niewidocznych z perspektywy pojedynczego życia. W tytule pojawia się „równoległość”, ale w samej książce nie chodzi o proste zestawienie kilku historii. To raczej struktura świata: losy, które się nie przecinają, a jednak zmieniają sobie nawzajem trajektorie; zdarzenia z jednego miejsca, które po wielu latach rezonują w innym, czasem poza świadomością bohaterów. Czy myślał Pan o tej „równoległości” przede wszystkim jako o opisie ludzkiego istnienia w XX wieku – sposobie, w jaki współistnieją życiorysy osób, które jednak nic o sobie nie wiedzą – czy raczej od początku była to kategoria kompozycyjna, narzędzie do rozmontowania klasycznej, przyczynowo-skutkowej powieści?
Równoległości to trajektorie, które w zasadzie nie stykają się ze sobą. Nie twierdziłbym jednak, że nie oddziałują na siebie choćby samą swoją masą. Równoległość odnosi się nie tylko do przestrzeni, lecz także do czasu – co w teorii oznacza, że czasu nie ma. Do przyciągania nie wystarczy, by się spotykały, do odpychania nie wystarczy, by się od siebie odchylały. Przestrzeń wygina się wraz z nimi, na litość boską! Ich czasowość kończy się tylko w tym, co skończone – nie w nieskończoności. Równoległości mają znaczenie co najwyżej jako prawda geometryczna. Używam ich jako metafory losu. W mojej powieści pisałem przede wszystkim o ludziach, którzy się nie znają, mylą się co do siebie albo są przekonani, że się znają. Ale niezależnie od tego, czy się znają, czy nie, poruszają się równolegle.
Największym podobieństwem jest płeć – a zarazem największą różnicą. Kobiety i mężczyźni. Co w jednym elemencie jest powtarzalne, a co nowe – ściślej mówiąc: w jednym wariancie. Co jest wariacją czego i jakie ma to znaczenie. Jestem podobny do mojej matki i ojca, ale nie jestem z nimi tożsamy. W środowisku, w którym się urodziłem i dorastałem, pewne rzeczy robi się tak albo inaczej. Nie wynika z tego jednak w sposób konieczny, że ja postąpię tak samo. W czym podążam za innymi, w czym się od nich różnię, w czym się od nich odchylam, jak z nimi koliduję, dokąd skręcam – i tak dalej.
Myślę w moim języku ojczystym, ale pytanie brzmi: jak go używam – czyli jak myślę o czymś, co wcale nie istnieje w jednym jedynym języku świata. Jak myślę w innych językach. Albo jak myślę o doświadczeniach sprzed pojawienia się języka lub wykraczających poza język. A potem trzeba jeszcze zbadać system przenikania się: zasady działania wpływu i oddziaływania w skali mikro i makro. Żadna powieść nie oddaje pełnego obrazu struktury losu; wyobrażenie o losie zawsze ma swoje ślepe punkty. Ale każda powieść, która jest czymś wartościowym, wydaje się podobna do wyobrażenia losu – i dlatego nie musi się wiązać z jedną określoną koncepcją losu.
Jeśli więc „równoległość” jest u Pana przede wszystkim metaforą losu, a nie zasadą porządkowania fabuły, to interesujące staje się pytanie o moment, w którym ta abstrakcyjna struktura znajduje swój pierwszy, konkretny punkt zaczepienia. Pierwszy tom otwiera scena z Berlina 1989 roku: śnieg, znalezione ciało, młody mężczyzna, którego spojrzenie uruchamia całą sieć późniejszych asocjacji, retrospekcji, możliwych powiązań. To wejście jest bardzo filmowe, a jednocześnie mocno metafizyczne: ciało na granicy epok, w mieście, które właśnie odzyskuje swoje przecięte dotąd linie. Czy ta scena była obrazem inicjującym całe Historie równoległe – punktem, od którego „rozrosła się” powieść – czy też pojawiła się później, gdy potrzebny był sposób wprowadzenia czytelnika w strukturę, która była już wówczas ukształtowana?
Historie równoległe zacząłem pisać latem 1985 roku, ale po siedmiu latach – znów 15 kwietnia o wpół do dziewiątej wieczorem – zmarłem w łóżku szpitalnym w Budapeszcie, co na pewien czas przerwało pracę. Lekarze potrzebowali trzech i pół minuty, by mnie reanimować. Byli bardzo zadowoleni z tego wielkiego sukcesu. Trzy i pół minuty wystarczyły, by moje komórki mózgowe nie obumarły, a jednocześnie było to doświadczenie nieskończoności i bezgraniczności – czegoś, o czym mamy pojęcie, posiadamy religijne wyobrażenia, ale czego nie potrafimy sobie naprawdę wyobrazić ani za tym podążyć, ponieważ żyjemy pełnią naszego skończonego życia. Na przykład umieramy.
Powrót z nieskończoności do skończoności wcale nie jest dobry. Minęło kilka miesięcy, zanim znów zacząłem pracować. Musiałem na nowo przyzwyczaić się do tej skończoności, którą dzielimy z innymi. Wtedy stało się jasne, w jaki sposób trzeba przekształcić powieść – nadać jej takie znaczenie, a może lepiej powiedzieć: taki motyw, który odnosi się do nieskończoności. O nieskończoności, o której wiem z pewnością więcej niż czytelnik, ale sam również nie wiem wszystkiego. Dlatego wraz z detektywem i jednym z bohaterów mojej powieści, aby odkryć prawdę, wytrwale zmierzamy w kierunku nicości.
Moglibyśmy odkryć prawdę – jeśli w ogóle istnieje – i musimy ją odkryć, a jednak nie jesteśmy w stanie tego zrobić. Jako detektywi moglibyśmy zakochać się w świadku morderstwa, w tym nieco naiwnym studencie, żeby lepiej zrozumieć sytuację, ale się nie zakochujemy. Być może świadek morderstwa jest mordercą. Być może to przez niego zginęła ofiara. Popadamy w obłęd – we własny obłęd. Człowiek czuje, że jeszcze centymetr i dotrze do prawdy, ale przeznaczenie go pochłania. Choć i to budzi ciekawość. Nic nie ciekawi bardziej niż to, co dzieje się ze skończonością, kiedy dochodzi do swojej granicy.
To doświadczenie graniczne, a zarazem konieczność przełożenia go na formę, prowadzi do pytania o samą technikę pisania. W Niemym imperium uderza niezwykła gęstość świata: ogrom postaci, powracających motywów, powiązań, których czytelnik jeszcze nie rozumie, a które odsłonią się dopiero w kolejnych tomach. Jak pracował Pan nad tą wieloogniskową narracją na poziomie rzemiosła – czy przydatne były notatniki, mapy relacji, warianty scen, czy raczej pozwalał Pan, by struktura wyłaniała się organicznie, bez z góry ustalonego systemu?
Żyłem wśród ogromnej ilości notatek: ciągłego notowania, porównywania danych, rysunków, obliczeń statystycznych. Nieustannie to wszystko porządkowałem, sortowałem, rozkładałem i grupowałem na biurkach oraz półkach. Chciałem mieć wszystko pod ręką w każdej chwili. Nie chciałem niczego zapomnieć. Otaczała mnie masa zaznaczonych i opatrzonych adnotacjami książek, albumów, wycinków, zdjęć i fotokopii. W międzyczasie przez rok akademicki byłem stypendystą w berlińskim Wissenschaftskolleg, co wiązało się z przywilejem, że bibliotekarze dostarczali mi na biurko w ciągu czterdziestu ośmiu godzin każdą potrzebną książkę lub druk. Moja głowa stała się czymś w rodzaju wysokowydajnego systemu komputerowego wypełnionego danymi. Wiedziałem, po co i gdzie sięgnąć, gdzie leży która kartka. Pojemność mózgu jest znacznie większa niż ta, którą wykorzystuje pojedynczy człowiek, a jednak napięcie bywało czasem ogromne. Albo po prostu nie przychodziło mi do głowy to, czego w danej chwili potrzebowałem. Na szczęście człowiek żyje w stanie ciągłego zapominania, a nie wyłącznie w stanie ciągłej pamięci.
Ta logika pracy – między nadmiarem a zapominaniem – znajduje swój odpowiednik w samej strukturze powieści. Gdy czyta się Nieme imperium – a szerzej całe Historie równoległe – łatwo popaść w pesymizm: tyle przemocy, tyle milczenia, tyle niewypowiedzianych historii. A jednak z tej niezwykle gęstej, niemal przeciążonej struktury świata wyłaniają się momenty czułości, współodczuwania, pragnienia bliskości – nawet w scenach najciemniejszych. Czy literatura pozostaje dla Pana miejscem, w którym można myśleć o człowieku inaczej niż wyłącznie jako o ofierze mechanizmów historii?
Ze „świętej” dwoistości optymizmu i pesymizmu można bez wahania zrezygnować na rzecz realizmu. Pojęcie pesymizmu jest bowiem jedną z najdotkliwszych kar, jakie nowoczesność wymierza rzeczywistości. Kto nie wierzy w przyszłość, która ma być zawsze piękniejsza i bogatsza od wczoraj, zostaje napiętnowany i wykluczony ze społeczeństwa. A to sprawa niezwykle poważna. Człowiek jest zwierzęciem stadnym, niezdolnym do samodzielnego życia. To, czego nie potrafimy rozwiązać dzisiaj, jutro – jak się zakłada – rozwiążą inni. Nie wolno tracić wiary. Dla nas, Europejczyków, czas przyszły jest ważniejszy niż jakikolwiek konflikt teraźniejszości. Człowiek podporządkowuje sobie naturę. Już to zrobił. Wczoraj prowadził wojnę, dziś zawiera pokój. Zabija tyrana. Kto nie bierze udziału w tej zbiorowej walce o przyszłość, zostaje wykluczony. Staje się człowiekiem upadłym. Odwracają się od niego z obrzydzeniem. Modernizm jest bowiem także epoką społeczeństwa sukcesu. Sukces przestaje być wyborem – staje się zobowiązaniem.
Dlatego napisałem odę do melancholii. Bez depresji – a wyłącznie dzięki ludziom nieustannie gotowym do działania – każde społeczeństwo ludzkie i cała planeta dawno już uległyby zniszczeniu. Za obowiązkiem optymizmu stoi porażka teologów scholastycznych. Byli zmuszeni rozstrzygać swoje spory na stosie: jeden podpalał, drugi płonął. Melancholia jest formą myślenia. Wieczna gotowość do działania oraz nieustanny jego przymus są ciężką chorobą. Do dziś nie wiemy, gdzie i w jaki sposób umieścić zło w porządku opatrzności. Miłość, pragnienie miłości, pragnienie wolności oraz wola wolności – a więc cały mechanizm zachowania gatunku – są znacznie silniejsze niż przemoc, wojny i wszelkie formy despotyzmu, za którymi stoją przetrwanie oraz akumulacja dóbr, czyli instynkt utrzymania się przy życiu. Tym, co piszę i mówię, twierdzę, że instynkt zachowania gatunku jest silniejszy nawet od instynktu przetrwania.
Ten realizm prowadzi Pana w Niemym imperium również ku doświadczeniom granicznym. Są w tej książce sceny skrajne, także erotyczne, których wielu autorów po prostu by nie napisało – nie z lęku przed cenzurą, lecz przed własnym wstydem albo reakcją czytelników. Czy miał Pan dla siebie jakąś wewnętrzną „etykę”, która wyznaczała granicę zapisu?
W życiu ssaków istnieją rozległe szare strefy: to, co pojedyncze zwierzę robi, i to, czego nie robi. W przypadku człowieka nie potrafię pomyśleć o żadnym zachowaniu, które nie miałoby biofizycznego lub biospołecznego zakorzenienia. W każdym z nas tkwi gwóźdź – w każdym nieco inaczej. Wszyscy ludzie są zdolni do serii złych lub dobrych czynów przekraczających wszelką wyobraźnię. Nie jesteśmy w stanie z góry przewidzieć, kto, w czym i jak daleko się posunie. Z perspektywy czasu zawsze jednak okazuje się, że nawet te skrajne czyny pozostają w granicach fizjologicznej realności. Jak mógłbym ominąć radykalne przekroczenia granic – takie, których sam nie popełniłem i które nie wydarzyły się nawet w moich koszmarach? Musiałbym ominąć Majdanek, Sobibór, Kołymę, Auschwitz. Zrobiłem dokładnie odwrotnie. Tajemnym rdzeniem tej powieści – jej chaosem – są właśnie te nazwy miejsc. To one nadają jej rytm i każdy oddech.
Na tym tle erotyka jawi się jako doświadczenie całkowicie odmienne.
Erotyka jest faktycznie czymś zupełnie innym. Zachowanie gatunku często bywa mylone z podtrzymywaniem życia, lecz czynności erotyczne – niezależnie od tego, co wydarza się między dwojgiem ludzi – z punktu widzenia refleksyjności lokują się całkowicie poza obszarem przemocy, gromadzenia dóbr czy aktów samowoli. Gdy ktoś z chciwości zabija innego człowieka lub zwierzę, uruchamia się jednocześnie wiele warstw refleksji świadomości. Z kolei połączenie dwóch ludzkich ciał w miłości wygasza zdolność do refleksji. Ciało drugiego człowieka staje się powierzchnią refleksji dla mojej indywidualnej świadomości. W naturze nie istnieje żadna inna sytuacja, w której zachodziłoby coś podobnego. A ponieważ jest to doświadczenie wzajemne, nie potrafię go sobie przypomnieć. Skoro nie daje się go przywołać, nie można go również nazwać. Naprawdę interesujące staje się to dopiero wówczas, gdy zakochani próbują opowiedzieć sobie nawzajem, co się z nimi wydarzyło. To, co się wydarzyło, nie posiada języka indywidualnego. Bez powierzchni refleksyjnej nie ma pamięci ani wspólnego języka.
Język publicznej rozmowy o zjednoczeniu miłosnym jest językiem prawniczym, klinicznym, obscenicznym albo pornograficznym. Żaden z nich nie trafia jednak w istotę tego doświadczenia. Również przyjaciółki i przyjaciele mówią o tym chaotycznie: jąkają się, śmieją, jakby chodziło o żart albo jakby sam akt mówienia był żartem. Nie potrafią opowiedzieć sobie tej historii, choć każde zbliżenie ma swoją historię – tyle że jest to historia wspólna, historia dwojga ludzi. Nieprzyjemny, nieudany akt seksualny ma w swojej wzajemności jeszcze bardziej przebiegłą, jeszcze bardziej wyrafinowaną historię. Bohaterowie – podobnie jak przyjaciółki czy kochankowie – nie potrafią nazwać swoich narządów płciowych ani stref erogennych. I nie dlatego, że są wstydliwi – wstyd nie ma tu nic do rzeczy. Dzieje się tak dlatego, że słowa używane do ich nazwania nie mają odpowiednika w doświadczeniu wzajemności. Właśnie dlatego język ten przechyla się w stronę obsceniczności albo pornografii. Święta jest bowiem wzajemność, nie zaś odwzajemnienie.
W Niemym imperium tam, gdzie język zawodzi albo okazuje się niemożliwy, coraz większą rolę zaczyna odgrywać milczenie: milczenie rodzinne, polityczne, erotyczne, milczenie traumy. Czy miał Pan poczucie, że w kulturze Europy Środkowej – na Węgrzech, w Niemczech, ale też szerzej – milczenie jest nie tylko barierą komunikacji, lecz wręcz sposobem dziedziczenia przemocy?
Od czasów Freuda wiemy, jaką funkcję i jakie znaczenie mają powtórzenia oraz powtarzalność w psychicznym funkcjonowaniu jednostki. Teoria nerwicy opiera się na empirycznym doświadczeniu przymusowego powtarzania: ktoś bez przerwy poprawia włosy, wygładza bluzkę w talii, podciąga krawat. Od czasów Junga wiemy także, że powtórzenia i powtarzalność nie działają wyłącznie w świadomości jednostki – poprzez rytuały, mitologie i religie zyskują ogromną siłę w zbiorowej pamięci oraz w zbiorowej nieświadomości. Jako istoty ludzkie pamiętamy bowiem również rzeczy, które wykraczają poza zakres naszych osobistych doświadczeń.
W Historiach równoległych ta logika powtórzeń i odbić przenosi się na poziom losów i narracji. Jednym z najbardziej poruszających wymiarów powieści jest to, jak losy bohaterów odbijają się od siebie, niekiedy nawet o tym „nie wiedząc”. Czy taka konstrukcja była dla Pana próbą uchwycenia fundamentalnego doświadczenia: że nasze życie formują również historie, które wydarzyły się „obok nas”, poza naszym polem widzenia?
Moim zdaniem nie ma w tym nic eksperymentalnego, to po prostu doświadczenie. Moją historię piszą nie tylko ludzie, których znam, ale przede wszystkim ci, których nie znam, a zwłaszcza ci, o których nie wiem. I nie istnieje taka możliwość, żeby wszystko to nie oddziaływało na mnie jednocześnie – w tym samym czasie i w tym samym miejscu.
Skoro – jak Pan mówi – historie nie dzieją się osobno, a to, co nas formuje, często pozostaje poza polem świadomości, w polskim doświadczeniu właśnie ciało bywa miejscem, w którym zapisuje się to, czego nie wolno wypowiedzieć. Czytając Pana powieść, miałem wrażenie, że w tej części Europy ciało staje się ostatnim, rozpaczliwym świadkiem historii. Czy taka diagnoza byłaby dla Pana przesadą?
Nie jest to przesada, lecz trafna i ścisła obserwacja. W tych obszarach geograficznych, gdzie – na mocy porozumienia jałtańskiego – funkcjonowanie modernistycznego kapitalizmu pozostało nieprzerwane, nie dostrzegano i nadal nie dostrzega się bezpośredniego związku między wydarzeniem a ciałem.
Gdy depresję „pokonuje się” antydepresantami, wśród najbardziej skutecznych menedżerów pojawia się jej funkcjonalny odpowiednik: brain storming – imperatyw nieustannej aktywności. W ten sposób powstaje społeczeństwo dysymulacji, charakterystyczne dla obszarów, w których ciągłość modernistycznego kapitalizmu nie została przerwana. Nasze doświadczenie środkowoeuropejskie to natomiast doświadczenie społeczeństwa symulacji. Ale niezależnie od tego, czy jednostki ukrywają swoje stany, czy je odgrywają, poza ciałem jednostki nie istnieje ani natura, ani historia.
Dla wielu czytelników Historie równoległe są książką graniczną: jedni mówią o arcydziele, inni o „monstrum”, którego nie da się udźwignąć. Stworzył Pan dzieło, które nie tyle opowiada świat, ile na nowo go montuje – poprzez gest, pamięć, dotyk, spojrzenie. Patrząc z dzisiejszej perspektywy, po skończeniu trylogii i po jej lekturze w różnych językach, czy ma Pan poczucie, że literatura wciąż potrafi powiedzieć o człowieku coś, czego nie powiedzą kino, seriale, sztuki wizualne? Jeśli tak – co to jest?
Szczerze mówiąc, nie wiem. Ale nigdy nie zdarzyło mi się sięgnąć po starą albo zupełnie nową książkę i nie dowiedzieć się z niej czegoś o człowieku, czego wcześniej naprawdę nie zauważyłem – albo co wprawdzie widziałem, lecz nie przyjąłem do wiadomości, i z czego teraz nie potrafiłbym się ucieszyć jako z nowej wiedzy.
Kiedy czytamy, jesteśmy zamknięci w świecie autora i we własnej wyobraźni. A przecież sam autor także nie był sam, gdy pisał swoją książkę. Można powiedzieć, że dwie wyobraźnie krążą wokół siebie i współdziałają. To bardzo wiele znaczy, ponieważ zawierają one niezliczone ludzkie doświadczenia. A wszystko to – te doświadczenia, te wyobrażenia – swobodnie unosi się we wszechświecie.
Nasza rozmowa utwierdza mnie w przekonaniu, że literatura nie tyle porządkuje świat, ile pozwala zobaczyć go w jego splątanej, często nieprzejrzystej strukturze – tam, gdzie ciało, milczenie i los znaczą więcej niż oficjalne narracje. Dziękuję za zaufanie i za możliwość wydawania po polsku Pańskich książek. To dla mnie doświadczenie formujące: rozmowa, która nie kończy się na jednym spotkaniu, lecz powraca w kolejnych książkach i lekturach. Mam nadzieję, że będziemy mogli ją kontynuować także na żywo – nad polskim morzem, już w kwietniu.