Artur Burszta: Artemida pocieszycielka to książka, w której pocieszenie nie opiera się na obietnicy przyszłości, ale na radykalnym poszerzeniu skali czasu – ku biologicznej, mitologicznej i pozaludzkiej pamięci. Czy pisząc tę książkę, czułaś, że tradycyjny model nowoczesnego pojmowania nadziei – oparty na postępie, naprawie i idei „jutra” – jakoś się wyczerpał, że dziś poezja musi szukać pocieszenia gdzie indziej, może nawet w tym, co wobec człowieka pozostaje całkowicie obojętne?
Paula Meehan: Najgłębsze pocieszenie czy też ukojenie jest wtedy, gdy jestem w stanie pozostać w chwili obecnej. Jestem strażniczką pamięci z zawodu, jak w jednym z wersów w tytułowym wierszu tego tomu. Skanuję czas zakodowany w złocistym ulu umysłu wieczności, jak stwierdza kolejny jego wers. Skanuję z uchem dostrojonym do potencjału akcentów i sylab w angielskim, tym przepastnym języku imperialnym. Tworząc wiersze, korzystam z dziedzictwa technik pamięciowych właściwych mojemu rzemiosłu. I cieszę się tym. Cieszę się pracą z pamięcią, niezależnie od tego, jak traumatyczna jest ta pamięciowa podróż. Publiczna rola poetki, polegająca na utwierdzeniu czy rytualizacji pewnego rodzaju wspólnotowej pamięci, pozostaje w wiecznym napięciu ze śnieniem, z rdzenną wyobraźnią poetki, wewnętrzna polis niekiedy ściera się z wewnętrznym miastem mojego własnego formowania się w konkretnym momencie historycznym.
W tytułowym wierszu następuje spotkanie dwóch postaci pamięci: archiwistki, strażniczki wspólnotowej dokumentacji, a także macierzystego DNA przekazywanego przez dziesiątki tysięcy lat. Jedna pamięć pisana jest odręcznie, druga zostaje zapisana w ciele. Czy dostrzegasz napięcie pomiędzy tymi dwoma pamięciowymi porządkami, czy też raczej stanowią one pewne kontinuum – i czy twoim zdaniem poezja jest przestrzenią, w której mogą się one spotkać, bez konieczności redukowania któregokolwiek z nich?
Żyję, tworzę, uprawiam swoje rzemiosło, śpiewam w tej wyrwie pomiędzy słowem pisanym a wyobraźnią ludową. Uliczne opowieści i plotki, z którymi dorastałam, stanowiły klucz do zrozumienia opresji czynionej w państwowych archiwach. Może drogowskaz będzie tu lepszym słowem niż klucz w odniesieniu do przeczesywania archiwów. Stary buddysta, Alan Watts przestrzegał nas przed wspinaniem się na drogowskazy, zamiast podążania wskazywaną przez nie drogą. Opowieść, ludowe umiłowanie dramatyzmu często pozostają w sprzeczności z archiwami, te zaś zaprzeczają opowieści, która ściąga na siebie uwagę. Cóż za wspaniały obszar dla poetki, by się w nim poruszać. Wypełniony darami. A to tylko historia rodzinna, wspólnotowa. Perspektywa historii mojego kraju w epoce postkolonialnej, jaką dało mi Monto (dawna dzielnica czerwonych latarni, największa w Europe na przełomie XIX i XX wieku), ta więź, która zadzierzgnęła się pomiędzy mną a duchami tej części Dublina, miejsca, skąd wzięłam swój język, to energie, które przez całe życie mnie zasilały.
Odpowiadając więc nieco zawile na twoje pytanie – poezja oczywiście jest tą przestrzenią, w której ludowe i spisane mogą nie tylko nawzajem się animować, ale gdzie można pomieścić także wiele innych porządków pamięci, które tu mogą być u siebie. U podstaw tego wszystkiego leży etymologiczny ciężar, banki pamięci poszczególnych słów. Pasternak powiedział, że każde słowo niesie duchy własnej przeszłości. A te sięgają daleko wstecz, w przypadku angielszczyzny aż do jego językowej indoeuropejskiej pra-pra-pra‑, i wiele kolejnych, pramatki.
Artemida jawi się w tej książce nie jako postać czysto mityczna, ale jako pewna porządkująca zasada: troska, dzikość, granica, obrzęd, ucieleśnienie, żeńska wspólnota. Czy to ta właśnie bogini stanowiła punkt wyjścia dla tej książki, czy też wyłoniła się z niej w trakcie pisania – jako postać nadchodząca niejako z zewnątrz, stopniowo przejmująca stery tego tomu?
Od zawsze uwielbiałam Artemidę. Z greckimi mitami zetknęłam się już w szkole podstawowej – starożytne postacie pojawiają się w tak wielu wierszach czytanych w angielskiej tradycyjnej szkole! A ona była dziewczyną z psem gończym, miała strzały i kołczan, była wiktoriańską alabastrową Dianą w witrynie sklepu z antykami. Ja zaś zawsze miałam psa i jako dziewczynka byłam do pewnego stopnia samotnicą i chłopaczarą. Ponadto mieszkałam w starych czynszówkach, wybudowanych w stylu georgiańskim, przesyconym klasycystyczną ikonografią, gdzie nimfy wodne i driady ganiały się po zdobionych sufitach i gdzie na fryzach i płaskorzeźbach przedstawione były liry i fletnie Pana. Choć te sufity sypały się nam na głowy. Późniejsza lektura tekstów o neolitycznych społecznościach matriarchalnych przekonała mnie, że wielka matka-niedźwiedzica, Artemida (być może wyrastająca z greckich słów oznaczających „niedźwiedzie sanktuarium”) już w starożytności została sprowadzona do obrzędowej formy tańca dziewcząt w sanktuarium Artemidy w attyckim Brauron. Najpierw może tańczyły odziane w niedźwiedzie skóry, potem jednak już w peplum, w miarę jak rdzenny materiał wtapiał się, był włączany w świat starożytności (tzn. spisywany w różnych wersjach dzieł starożytnych autorów). To właśnie greckie mity ostatecznie otworzyły moje rdzenne serce, gdy przemierzałam własny kraj.
Natomiast sam wiersz był odpowiedzią za pytanie zadane przez poetę i naukowca Iggy’ego McGoverna, który w 2012 roku zorganizował w Dublinie międzynarodową konferencję. Ja byłam wówczas świeżo po lekturze wyników wielkiego archeologicznego badania niedźwiedzich kości, głównie pobranych z jaskiń w Irlandii. Badanie mitochondrialnego DNA pokazało, że każdy żyjący dziś w Arktyce (dosłownie „niedźwiedzim miejscu”) niedźwiedź polarny ma w swoich genach ślad po tej jednej irlandzkiej matce niedźwiedzicy, która podążyła na północ wraz z cofającym się lodowcem. Zafascynowało mnie także badanie analizujące mitochondrialną mapę Europy. To było tuż przed obecną masową migracją. Pochodzenie Europejczyków można z grubsza prześledzić wstecz do ośmiu mitochondrialnych matek. Dziesięć procent mieszkańców Irlandii miało nosić w sobie „DNA niedźwiedziej matki”, co odpowiada najwcześniejszym opowieściom w naszych rdzennych „mitach”: według których dwa ludy – Tuatha de Danaan i Milezjanie – byli potomkami dzieci Noego, którzy po biblijnym potopie w końcu przybyli do Irlandii. Wiemy, że po wybuchu Thery (obecnego Santorini) w epoce brązu, około 1600 lat przed narodzinami Chrystusa, nastąpiły masowe wysiedlenia i migracje ludów w basenie Morza Egejskiego i Śródziemnego, że po erupcji wulkanu nadeszły wielkie fale i głód podczas wiecznej zimy oraz że nasze własne DNA niesie w sobie tę pamięć. Czytamy ją, tak jak czytamy niedźwiedzie kości. Tak jak odczytujemy zapis wybuchu wulkanu Thera w słojach kalifornijskich sekwoi-weteranów.
W Artemidzie pocieszycielce Dublin staje się miastem-duchem: obecnym poprzez archiwa, klasę, pamięć o życiu robotników, o życiu w kamienicach czynszowych, ale także obecnym poprzez rzeki, dopływy, zwierzęta oraz geologię tego miejsca. Czy pisząc ten tom, miałaś poczucie opisywania miasta nie jako przestrzeni ludzkiej, ale jako ekosystemu, w którym ludzkie historie są jedynie jednymi z wielu toczących się równolegle procesów?
Owszem. Samo miasto, podwaliny jego istnienia, opowiadająca je rzeka. Niekiedy, i tylko pół-żartem, mówię o sobie, że jestem neo-aborygenką. Znajduję radość w pojmowaniu jak działa umysł pszczoły, jelenia, lisa. Nasz pradawny system praw, prawo brehonów, ukazuje nam, jak nasi przodkowie pojmowali współzależność ludzi i innych stworzeń, bytów i żywiołów. Jest cała masa praw dotyczących właściwego podejścia i traktowania pszczół, cały tekst o tym, jak należy okazywać szacunek drzewom. Nie damy rady siłowo zmusić się do przetrwania antropocenu. Mamy jednak w swojej konstrukcji dążenie do przetrwania, przy czym mamy niesamowite narzędzie – odnowienie kontaktu z naszym aborygeńskim „ja” na najgłębszym możliwym poziomie uwagi. Oraz praktykowanie tego, co buddyści nazywają ahimsą - nie krzywdź, a przynajmniej staraj się krzywdzić jak najmniej.
Ta książka łączy powstałe już wcześniej sekwencje („Muzeum”, „Wygłodniałym duchom”) z nowymi wierszami. Czy składanie tego tomu było aktem kompozycyjnym ‚czy też momentem rozpoznania – gdy okazało się, że te teksty już od dawna należą to tego samego porządku myśli, nawet jeśli wynikały z różnych kontekstów i różnych impulsów?
W tej książce oddaję się literackiemu kanibalizmowi, ucztuję na resztkach. Cała ostatnia część, „Wygłodniałym duchom”, to przeróbka zejścia do Hadesu z Ulissesa Jamesa Joyce’a, przełożonego na moje własne życie. Wykorzystuję także Wielkie Arkana z talii tarota Ridera Waite Colman-Smitha, jako narzędzie generowania obrazów przy tworzeniu wierszy. W.B. Yeats konsultował tworzenie tej talii i jej ilustracje, co ja w pełni przyjmuję jako połączenie z przodkami. Część „Muzeum” (przy czym słowo to pochodzi z greckiego „miejsce, w którym gromadzi się rzeczy miłe Muzom”) opiera się na pomyśle kompozycyjnej zasady dziewięciu muz, tych narowistych cór bogini pamięci i Zeusa, pierwotnie bogiń dzikich gór, i uporządkowania wokół nich mojej własnej pamięci i wspomnień – tego, co ludowe i co spisane w ramach mojej straumatyzowanej społeczności, tej którą poznałam w dzieciństwie, gdy mieszkaliśmy w czynszówkach. Ta część została stworzona na zamówienie, na otwarcie Dublińskiego Muzeum Czynszówek. To było ogromnie katarktyczne pisanie.
Pierwsza część, „Obrzędy”, to głównie liryka, niektóre z wierszy na zamówienie, inne napisane z czystej potrzeby ich stworzenia. Ten tom powstał w następstwie dużego wyboru tekstów wydanych jako As If By Magic. Zebranie razem tamtych tekstów wpłynęło na architekturę Artemidy pocieszycielki. Zobaczyłam wtedy pełen obraz, nie tylko drewno, ale całe drzewo. To ja byłam drzewem, ptasim trelem, jajem w gnieździe, wiatrem w gałęziach, wyrastałam z galasów, liści, światła i piór. Komponowanie tego tomu dało mi wielką radość.
W wielu wierszach tego tomu pierwszoosobowy pojedynczy podmiot liryczny staje się rozproszony – jako wspólnotowa pamięć, czas biologiczny, mit i krajobraz. Czy to rozproszenie było dla ciebie doświadczeniem uwalniającym czy raczej ryzykownym, utratą czegoś, co wcześniej mocowało głos liryczny?
To był czysty zysk. Liryczne „ja” jest dogłębnie niestabilne i choć ja zajmuję się prawdą, a przynajmniej tym, co w starożytnej grece określano mianem „niezapominania”, bo to było ich słowo na pamięć, nie zakładam że „ja” jest tym historycznym bytem, który nosi moje imię. Bezwstydnie poluję na wiersze, a „ja” jest czymkolwiek bądź kimkolwiek mi trzeba w danym momencie tego procesu. Równie dobrze może to być sylaba w jakimś powtarzającym się w wersie wzorcu. A to dlatego, że często to ucho wiedzie prym nad ego w wierszach, a mnie przy zagłębianiu się w topos wiersza interesuje muzyka.
Artemida pocieszycielka wyraźnie odnosi się do katastrofy klimatycznej, choć unika języka bijącego na alarm, oskarżycielskiego czy języka manifestu. Czy sądzisz, że poezja, jeśli ma zachować sprawczość, powinna mówić o końcu świata w sposób odmienny niż w polityce, nauce czy mediach, nawet jeśli miałaby zostać niezrozumiana bądź oskarżona o eskapizm?
Bardzo silny wpływ miały na mnie życie i nauki amerykańskiego poety Gary’ego Snydera. Moje wiersze w ich japońskim tłumaczeniu zadedykowałam właśnie jemu, jako wyraz wdzięczności. W wywiadzie dla pisma „The Paris Review” Robert Hass zapytał Gary’ego, dlaczego w jego poezji jest tak mało ponuractwa. Na co on odpowiedział, że aby ocalić świat, trzeba go wpierw pokochać.
Poezja w twojej książce wydaje się być narzędziem łączenia rozproszonych form wiedzy – naukowej, archiwalnej, mitologicznej, autobiograficznej. Gdzie, twoim zdaniem, przebiega granica poza którą taka synteza przestaje być poezją i staje się kolejną formą wiedzy? Czy obecnie ta granica wciąż jest jakoś ustalona?
Gary Snyder w The Practice of the Wild powiedział kolejną ważną dla mnie rzecz – że my, poeci, jesteśmy na szczycie łańcucha pokarmowego wiedzy. Czerpiemy z czegokolwiek, co przydaje nam się do wierszy, każde na swój własny sposób. Pożeramy archiwa. Posilamy się badaniami. Oczywiście, każdy stara się czerpać z informacji o wysokiej jakości! Sprawdzamy nasze źródła. W miarę upływu czasu możemy także korzystać z tego, co sami przeżyliśmy na tym padole. Staram się oferować moje teksty w duchu wdzięczności. Znów to słowo! W miarę, jak się starzeję, moje poczucie wdzięczności ekspotencjalnie wzrasta. Teraz darzę świat uwagą starej kobiety.
Pocieszenie, o którym piszesz, nie polega na zapominaniu ani na zasklepianiu się ran, ale na wpisywaniu cierpienia w szerszy porządek istnienia. Czy tak pojmowane pocieszenia jest według ciebie etycznym zobowiązaniem poezji? Czy jest raczej osobistą reakcją na życie w świecie, który coraz trudniej się „naprawia”?
Eavan Boland, moja przyjaciółka i mistrzyni, często podkreślała odpowiedzialność osób piszących poezję nie tylko za estetyczny ładunek zawarty w wierszu, ale i za etyczny wymiar tej pracy. Zanim coś opublikuję, zawsze zatem zadaję sobie to pytanie. Czy wykorzystuję cierpienie innych? Czy mam prawo użyć danego materiału? W jednej okropnej recenzji mojego Painting Rain, zbioru wydanego w momencie szczytowej formy Irlandii jako „celtyckiego tygrysa”, który okazał się jedynie krótkotrwałą zwyżką, po której, wraz z krachem kredytowym, nadeszła zapaść, międzynarodowe instytucje rzuciły się na ten kraj i zaczęło się zaciskanie pasa, które – oczywiście – nieproporcjonalnie silnie uderzyło w biednych – w tej recenzji padło, że estetyzuję cierpienie ubogich. Bardzo się tym gryzłam. Gdy Eavan to przeczytała, zadzwoniła do mnie. „Paula, ubodzy mają to w nosie. Im się twoje wiersze bardzo podobają”. Żadna niedźwiedzia matka nie byłaby w stanie dać mi większego pocieszenia. Eavan była niezłomna. Stała po mojej stronie, po stronie wielu innych współczesnych mi mężczyzn i kobiet, gdy walczyliśmy i torowaliśmy sobie drogę wyjścia z teokratycznych zmilczeń, by nasza sztuka miała moc. Codziennie mi jej brakuje.
Gdybyś miała wymienić jeden podstawowy rodzaj ryzyka, jakie podjęłaś pisząc Artemidę pocieszycielkę – ryzyka formalnego, ontologicznego czy etycznego – co by to było? Z perspektywy czasu, czy czujesz, że poezja powinna dziś częściej podejmować tego rodzaju ryzyko, nawet jeśli to prowadzi zarówno czytelnika, jak i pisarkę poza strefę komfortu?
Samo wydanie książki. Irlandia wciąż ma silną literacką kulturę, gdzie wystawienie czegokolwiek na widok, dla bezlitosnych krytyków, zawsze wiąże się z pewnym ryzykiem. Najpoważniejszym ryzykiem, przed którym wszyscy stoimy, jest wzrost fundamentalizmu i ponowne wyłonienie się faszyzmu jako aktywnej siły politycznej w Europie. Nie spodziewam się, że pod mój dom zajadą policyjne suki i że jakieś zbiry zaciągną mnie do sali tortur, ale w pewnym sensie poeci muszą zachowywać się tak, jakby tak właśnie było. To także część naszej tradycji, naszego dziedzictwa. Poezja zawsze dzieliła dolę z nękanymi. Gdy sprawy polityczne degenerują, zazwyczaj dzieje się to w zastraszającym tempie. Ważna powieść Paula Lyncha, Pieść prorocza, która niedawno dostała nagrodę Bookera, wspaniale ukazuje, jak szybko może się zmienić nasze życie, gdy państwo zaczyna chuliganić.
To mocne przypomnienie, że poezja nie wycofuje się ze świata, nawet wtedy, gdy świat staje się coraz mniej gościnny. Bardzo dziękuję za rozmowę.
przeł. Katarzyna Byłów