Artur Burszta: Gdy czyta się nawiść, trudno traktować tę książkę jako kolejny etap czy naturalną kontynuację wcześniejszych tomów – raczej jako moment powrotu, ale powrotu już po czymś, co się w międzyczasie wydarzyło z językiem i z podmiotem. Czy Ty sam widzisz tę książkę jako zmianę kierunku, czy raczej jako powrót do czegoś, co od początku było obecne, tylko nie mogło jeszcze zostać wypowiedziane?
Jakub Pszoniak: Pamiętasz okładkę płytę The Next Day Bowiego? Zamknął on na niej samego siebie z berlińskiego okresu w białym kwadracie, by móc się samemu sobie przyglądnąć, a jednocześnie by się tym kwadratem od siebie z przeszłości odgrodzić. Bowie z lat 70. jest na tej płycie obecny bardziej niż kiedykolwiek po 1977, a jednocześnie jest ukryty za tym podebranym od Malewicza czworobokiem, w którym ten z kolei zamknął całe dotychczasowe malarstwo. Pisząc nawiść, często słuchałem trylogii berlińskiej uzupełnionej o muzykę z Wir Kinder vom Bahnhof Zoo, który mi się udało w końcu dopaść. Właściwie to niby to samo, tyle, że zamiast „we can be heroes just for one day” Bowie śpiewa na niej „Dann sind wir Helden Nur diesen Tag”. Dwie ostatnie, bardzo przejmujące, płyty Bowiego są jakimś powrotem do lat 70. A przecież u Bowie’go jedynym, co stałe, była zmiana. To głos zupełnie innego artysty. Potsdamer Platz z 2013 jest zupełnie innym Potsdamer Platzem niż ten z 1977.
[N]awiść jest książką, która jest powrotem, ale jednocześnie nie jest cofaniem się. Pisząc Karnister wiedziałem, że kolejna książka będzie moim ponownym debiutem. Wiedziałem, że po Karnistrze jestem tak bardzo innym poetą, że – by zachować samego siebie – muszę na powrót odnaleźć to, co towarzyszyło mi podczas pisania pierwszej książki. Stąd bardzo wyraźnie odrysowywane nawiązania – w wierszach, tytułach, sferze wizualnej. Ale jest to jednocześnie książka diametralnie inna od poprzednich. Bo i ja jestem innym, choć przecież tym samym poetą. Jestem innym, choć przecież tym samym człowiekiem w innym, choć przecież tym samym świecie. [N]awiść jest więc daleką od zabawy grą z debiutującym sobą samym. Krzty w tym autoplagiatu.
Swoją drogą w otwierającej The Next Day piosence śpiewa: „Here I am, not quite dying. My body left to rot in a hollow tree”. Mogło by być z tego motto do co najmniej kilku wierszy z nawiści. Ale jestem mottofobem, więc nie jest.
Kiedy mówisz o „ponownym debiucie”, brzmi to prawie jak konieczność zerwania ciągłości. Bardziej bałeś się powtarzania samego siebie czy utraty własnego języka?
„Ja niczego się nie boję! Choćby niedźwiedź, to dostoję! Wilki? Ja ich całą zgraję pozabijam i pokraję!”
A jednak brzmi to trochę jak konieczność ponownego ustawienia siebie wobec własnego pisania.
Wspólne dla moich obu debiutów wątki mają przeciwległe wektory. W chyba na pewno przyglądałem się relacji coraz szerzej pojmowanych wspólnot i jednostki. W nawiści z kolei koncentruję się na jednostce, która – tak się składa – jest mną, bo o żadnej innej nie wiem tyle, co o sobie. Relacje ze wspólnotami pokazuję zaś jako niezbywalną część owej jednostki. Złośliwie można by to chyba nazwać pokąsaniem personalistycznym.
W nawiści bardzo mocno wchodzą historia, pamięć rodzinna i biografia, nie jako prywatny materiał do wyznania, tylko coś stale splątanego z doświadczeniem zbiorowym. Nawet najbardziej osobiste wątki wydają się tu podszyte historią innych ludzi, wcześniejszych pokoleń, całych wspólnot. Skąd wzięła się potrzeba takiego właśnie myślenia o własnym doświadczeniu?
W Karnistrze język był światem i jednocześnie stanowił o świecie. To była książka o szukaniu języka dla uchwycenia czasu wojny w Ukrainie i o propagandzie, która zawsze jest fundamentem totalitaryzmu, a w konsekwencji i wszystkich czystek. Język w tym kontekście jest bardzo upostaciowiony, nie sprowadza się jedynie do systemu dźwięków oznaczających jakieś desygnaty. Ma bardzo wyraźny status ontologiczny. Od początku mojego pisania myślałem o języku i tym, o czym nim opowiadam, jako nierozerwalnej całości. To, o czym piszę, i jak o tym piszę to pozornie tylko pytania o dwie osobne kwestie. W istocie jednak każdy wiersz jest tak integralnym bytem, że jest to pytanie o to samo. Nawet narracyjność idąca w stronę uwolnionej, spontanicznej opowieści to rodzaj świadomej gry. Wycofanie się z formy jest w istocie pozorem wymagającym solidnego przemyślenia i bardzo poważnej, długotrwałej pracy nad formą właśnie. Wybór wynikający z wewnętrznej logiki tekstu, jego dynamiki, atmosfery oraz napięcia, którego inaczej niż w samej formie oddać nie można. [N]awiść to książka pod tym względem bardzo różnorodna, ale, jak mi się wydaje, w tej różnorodności również bardzo spójna. Bo praca nad formą to nie tylko robota w wierszu, ale też praca nad formą książki rozumianej jako całość. To stwarzanie fizyki kosmosu, w którym ciała niebieskie i galaktyki mają wzajemnie się utrzymywać w zaplanowanej harmonii.
To ciekawe, bo w nawiści historia właściwie nigdy nie pojawia się jako abstrakcyjny proces albo wielka narracja. Zawsze przechodzi przez ciało, rodzinę, język, pojedyncze doświadczenie. Interesuje Cię jeszcze historia jako coś wspólnego czy już przede wszystkim jako coś, co nieodwracalnie osadza się w jednostce?
Oczywiście, coraz bardziej! Bez historii rozumianej zarówno jako możliwie dokładne odtwarzanie przeszłości w możliwie szerokim planie, jak i jako sposób strukturalizowania procesów prowadzących do teraźniejszości, nie sposób zrozumieć historii prywatnej. Ona się zawsze odbywa w ramach wspólnot, które wchodzą w relacje z innymi wspólnotami. A także w ramach pewnego etapu rozwoju kultury, myśli, w kontekstach. Historia powszechna pozwala zrozumieć signum temporis, które bywa kluczem do zrozumienia osobistych losów. Historia interesuje mnie również jako sposób opowiadania o teraźniejszości, budowania tożsamości, spoistości wspólnoty.
„Don’t forget your history, know your destiny. In the abundance of water, the fool is thirsty”, jak pouczał pewien kaznodzieja z Kingston, którego się w młodości sporo nasłuchałem. Gdzie indziej dodawał: „If you know your history, then you would know where you coming from, Then you wouldn’t have to ask me, who the heck do I think I am”. W tych – przyznaję – nieco kiczowatych wyimkach z piosenek jest sporo prawdy.
Ale historia interesuje mnie również jako budulec zbiorowej mitologii, ze wszystkimi przekłamaniami, uproszczeniami, fałszami i ahistoryczymi elementami. Świadomość tych mechanizmów, ich pozytywnych, ale i bardzo, bardzo groźnych konsekwencji, pozwala się na nie uodpornić. Ojkofobia i nacjonalizm to podobnie szkodliwe i niebezpieczne strony tej samej, fałszywej monety.
W nawiści pojawia się coś, czego wcześniej u Ciebie było znacznie mniej: dłuższy oddech opowieści. Historie rodzinne, biograficzne, zasłyszane zaczynają się układać, choć jednocześnie nigdy do końca się nie domykają. Interesuje Cię jeszcze możliwość opowiedzenia własnej historii w sposób spójny czy właśnie moment, w którym opowieść przestaje się domykać?
Tadeusz Sławek, mówiąc o wyobraźni socjologicznej w eseju czytanym podczas ostatniego festiwalu, znakomicie wyłożył koncepcję, która się w tej kwestii z moją intuicją się w pełni pokrywa. Wyobraźnia socjologiczna – mówił Sławek – to taka siła, która sprawia, że jednostka jest w stanie położyć swoje często bardzo intymne problemy w taki sposób, że splatają się one z problemami, którymi żyją inni. To jest właściwie nic innego – cytuję profesora z pamięci – jak umożliwienie jednostce zrozumienie swoich problemów nie tylko jako swoich, czyli umożliwienie jednostce połączenia biografii, która z definicji jest intymna i niezbywalnie prywatna, z historią. A historia zawsze jest powszechna, tłumna i zbiorowa.
Historia, prywatność, rodzina ze swoją przeszłością, z prywatną mitologią… Eliade z kolei pokazywał mit jako opowieść organizującą przedhistoryczną wyobraźnię. Ci, którzy umierali, w micie wciąż byli żywi, przodkowie w sposób nieprzerwany mieli swój realny udział w życiu tych, których uważamy za żywych – mit podważał nasze rozumienie tych kategorii. Kiedy jeszcze podczas studiów czytałem prace Eliadego czy Lévi-Straussa o mitach i ich społecznej funkcji, traktowałem to jako zreferowanie intrygującej, choć dosyć prymitywnej próby ustrukturalizowania świata, której przyglądamy się dziś tak, jak przyglądamy się czaszkom homo habilis. Widziałem w nich pierwotny, od dawna niepotrzebny element drabiny ewolucji naszej kultury. Dziś widzę w tym głęboką mądrość i metaforę, która dobrze oddaje to, do czego dotarły stosunkowo młode dziedziny wiedzy jak psychologia czy socjologia. Wychodzi na to, że prymitywny to byłem ja. Obecność bliskich, którzy zmarli, odczuwam bardzo mocno, rozmawiam z nimi znacznie częściej niż z większością osób, których przykra konieczność rozstania się z życiem dopiero czeka. Co więcej, bliscy stali mi się również ci zredukowani do dwóch, trzech opowiastek ludzie, których nie widziałem na oczy. Niektórzy nie zostali nawet na zdjęciach, a mimo to często z nimi gadam. Nie mówię tu, oczywiście, o egzoplazmach czy kręcących się talerzykach. Nawet nie o kwestiach metafizycznych czy religijnych. Na te, niezmiennie, pozostaję nieczuły. Mówię o kulturze i historii w skali mikro i makro.
W nawiści pojawia się bardzo mocne „ja”, które mówi: „tu żyłem”, ale jednocześnie nie daje się już oddzielić od miejsca, historii i innych ludzi, jakby każde doświadczenie od początku było współdzielone. To jest jeszcze głos jednostki czy już raczej miejsce, przez które przechodzą cudze historie?
Mówiąc Witkowską „myślałem sobie: po co? po co ktoś ma wiedzieć. Ale od dzisiaj chcę, żebyście wszyscy wiedzieli”. Ale jednocześnie nie mam w sobie pychy każącej mi sądzić, że moje prywatne problemy mogą być interesujące dla kogokolwiek poza najbliższymi mi osobami. Jeśli tak osobiste teksty kultury mają mieć sens, to nie mogą być wyrazem narcystycznego przekonania o własnej istotności, ale muszą dawać możliwość współprzeżycia ich przez czytelnika podczas lektury. Muszą przez swój szczery, osobisty charakter móc się stawać opowieściami o czytelniku. Sztuka to nie „kuchenne rewolucje” ani „królowa przetrwania”, żeby się skupiać na ciemniejszych elementach czyichś biografii. Dlaczego wciąż sięgamy po Treny ze ściśniętym gardłem? Przecież nie dlatego, że żal nam tego konkretnego dziecka zmarłego przed 480 laty. Wszystkie dzieci urodzone w XVI zdążyły umrzeć! Pokaż mi kogoś, kto z tego powodu dziś lamentuje! A jednak nad Trenami płaczemy. I to jest wielka tajemnica sztuki.
W nawiści pamięć nie jest czymś trwałym ani pewnym. Bardziej czymś, co cały czas przesuwa się, dopowiada i zmienia wraz z opowieścią. Kiedy pisałeś te wiersze, interesowało Cię bardziej odzyskiwanie doświadczenia czy obserwowanie, jak pamięć sama wytwarza jego kolejne wersje?
Pamięć redukuje, przepoczwarza, reinterpretuje przeszłość. Odtwarzanie poplątanych, rodzinnych losów na podstawie strzępów opowieści byłoby niemożliwe, bo i zawarte w nich informacje są skażone emocjami, latami nakładania się cudzych wspomnień, ale też tego, że one służyły właśnie do kanalizowania emocji, a nie do kronikarskiej, buchalteryjnej roboty. Dlatego na przykład wiedzieliśmy, że ukochana, udomowiona świnia babci, która – gdy przyszedł głód – została zabita i zjedzona, nazywała się Mundek, ale nie wiedzieliśmy, że pradziadek jako ktoś w rodzaju szefa związków ogrodników organizował w czasie wojny pomoc dla inteligencji lwowskiej, lokując ją w różnych zakładach związanych z hodowlą roślin i za tą działalność prawdopodobnie został wysłany na Sybir. To dopiero wyszło z dokumentów. Moja mama od dłuższego czasu jest rodzinnym detektywem i z sukcesami odtwarza losy rodzinne, łącząc w nieco bardziej systematyczny i faktograficzny sposób opowieści o charakterze, powiedzmy, nieco apokryficznym. Ciekawa jest ta archeologia. Przekazy rodzinne dziadka i babci mają też nieco inny charakter i są różnie udokumentowane. Rodzina ze strony mamy łączyła bowiem dwa żywioły – strona babci to było dosyć majętne, dobrze radzące sobie mieszczaństwo, było łatwiej dotrzeć do historii osób z tej rodziny, bo kilkoro z nich było osobami publicznymi. Zaś strona dziadka, który bardzo szybko został półsierotą, była biedna i niewykształcona, tu przekaz dotyczył tylko krewnych w linii prostej. Związek dziadka i babci był rodzajem mezaliansu i też pewnie nie jest to bez znaczenia dla mojej wrażliwości społecznej. O rodzinie ze strony taty wiem bardzo niewiele, dla taty zdaje się interesujący są bardziej żywi niż nieżywi bliscy, jego ojciec zmarł, gdy byłem na tyle mały, że go nie pamiętam, a babcia nie była przesadnie wylewna.
Ludzka pamięć chyba zawsze budowana jest w języku, zawsze jest opowieścią. Dokonujemy za jej pośrednictwem selekcji, ale i interpretacji świata, może nawet konstruujemy świat, a w nim i samych siebie. Pamięć nie jest tylko sposobem odtwarzania faktów, ale procesem, w którym nadajemy im znaczenie i osadzamy je w szerszym planie. Zawsze zastanawiało mnie, jak działa pamięć istot, które funkcjonują poza językiem, a które przecież budują na pamięci również i swoją relację ze światem. A czasem nawet z nami, bo bywamy kluczowym elementem tej pamięci. Pamięć orki, kruka czy szympansa być może również jest językowa, kto wie? Ale jeża, albo na przykład kota domowego, pamięć psa? Jak ona jest zbudowana? Ostatecznie, oczywiście, zostajemy z tym nieszczęsnym nietoperzem z eseju Thomasa Nagela. Ale wiedzieć, że się nie wie i że się raczej nie dowie, to też jakaś wiedza, prawda?
Powtórzenie od początku było jednym z najważniejszych mechanizmów Twojej poezji, ale mam wrażenie, że w nawiści działa ono inaczej niż wcześniej. Nie tylko rytmizuje język czy organizuje wiersz, ale często wprowadza pęknięcie, przesunięcie, zmianę sensu. Co dziś daje Ci powtórzenie – bardziej porządkuje doświadczenie czy pokazuje, że nigdy nie da się go ostatecznie uporządkować?
Powtarzam, że powtarzam, że powtarzam, że powtarzam… Ale każde z tych powtórzeń jest inne, osobnicze, każde ma autonomię. Każde powtórzenie zyskując swój odrębny status przestaje być powtórzeniem, staje się czymś odrębnym i niezależnym od tego, co powtarza.
Powtórzenie jest naturalnym elementem życia – repetytywny jest oddech, bicie serca. Kiedy powtarzalność pór roku przestała rytmizować rok, okazało się, że powinniśmy zacząć panikować.
W nawiści też z powtórzeń buduję. Czasem one utrwalają, albo kształtują materię na wzór ponawianych uderzeń kowala w kuty kawałek metalu, innym razem są odzwierciedleniem strategii przetrwania polegającą na ucieczce w obsesje lub słowotok, który buduje mur oddzielający od swojego powodu.
Czyli powtórzenie nigdy nie jest tu tylko formalnym gestem.
Absolutnie! Wzbraniam się od pustych gestów – staram się, by formalne zabiegi zawsze pełniły jakąś rolę.
Ale w nawiści jest jeszcze jeden rodzaj powtórzenia, który stanowi ważny element moich książek. To powtórzenie zahaczające tomy w kontekstach innych tekstów kultury.
Gdzieś pojawia się powtórzony Ryszard Krynicki i jego „nagi, obudziłem się nagle w kolejce po chleb”, gdzie indziej Andrzej Sosnowski, uważny czytelnik odnajdzie w nawiści echa wierszy Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego. Tytuł wiersza „ludzie wschodu” nieprzypadkowo powtarza tytuł utworu Siekiery. W wierszu „wiotkie preludia (dla psa)”, którego tytuł powtórzony jest za Erikiem Satie, mówię słowa z „Insight” Joy Division. Tytuł „Gore Motel” zaczerpnięty jest z kolei z dyskografii zespołu Bohren & der Club of Gore. W książce pojawia się przywołany już Bowie, ale i całe mnóstwo innych bohaterów zbiorowej, choć chyba już nie masowej wyobraźni. Od Lecha Majewskiego, przez Ornette’a Colemana, Henryka Mikołaja Góreckiego po Jaza z innych Colemanów i wielu, wielu innych. Tytuł „Wiersza dla kolegi, któremu uniemożliwiono prowadzenie rubryki plotkarskiej w jednym z magazynów młodoliterackich” też nieprzypadkowo zaczyna się słowami, którymi Rafał Gawin zatytułował jedną ze swoich książek. Ale i bez tych przypisów da się przeczytać nawiść bez uszczerbku dla zdrowia i życia.
W tej książce bardzo wyraźnie pojawia się historia – Sybir, wojna, przemoc – ale nie jako temat „zewnętrzny”, tylko jako coś, co przenika codzienność, ciało i język. Jak w tej sytuacji myślisz o własnym głosie – czy mówisz o historii, czy raczej z miejsca, które ona w Tobie zajmuje?
Jeśli w tomie pojawia się historia, to tylko i wyłącznie jako glina, z której ulepiony jest bohater, czyli – co tu ukrywać – ja. Nie jest ona sama w sobie tematem książki – tematem jest to, co robi ona z człowiekiem, jak go kształtuje, a czasem infekuje.
Czyli historia nie działa tu jako temat, tylko jako mechanizm dziedziczenia.
Tak. [N]awiść to opowieść o pamięci rozumianej jako fundament i podstawowy element tożsamości, o nieświadomie przyjmowanych strategiach radzenia sobie z dziedziczonymi przez pokolenia ranami i świadomych już próbach ich zabliźniania. Ale przede wszystkim jest to książka o dojrzałej miłości. Książka jest – jak się już zdążyłem przyznać – cholernie osobista. Chyba najbardziej z moim dotychczasowych tomów. Dla jej opisu przywdziejmy jednak na chwilę, jeśli się zgodzisz, niewygodne i gryzące kostiumy profesjonalnych i obiektywizujących czytaczy i opisywaczy wierszy. Jesteśmy gotowi? No to ruszamy!
Pod konfesyjną warstwą wierszy zobaczyć możemy, że ich mniej oczywistą osią tematyczną jest kwestia międzypokoleniowego przekazywania pokiereszowania emocjonalnego. Schemat wytwarzania się tego przypominającego PTSD, rzutującego na całe życie, często nieuświadomionego doświadczenia, opiera się najczęściej na transmisji traumy poprzez częstą, powtarzającą się opowieść bliskiej osoby, która sama doznała dojmującego cierpienia. Proces ten opiera się więc na zażyłej, często bardzo ciepłej relacji i nie jest wywoływany intencjonalnie. Nie ma też najczęściej gwałtownego charakteru – jest długotrwały i systematyczny.
Podmiot liryczny jest uwikłany we własne, niełatwe doświadczenia splecione z przeżyciami wojennymi oraz doświadczeniem wykorzenienia swoich dziadków. Historia powojennych wypędzeń ze wschodniej Galicji na Śląsk odnotowana jest tu w reminiscencjach i powidokach, podobnie jak obecne w historii rodzinnej zesłania, ukrywanie się, konspiracja czy udział – już w kolejnym pokoleniu – w Solidarności. Śląsk – miejsce, które dla bohatera książki jest domem i elementem identyfikacji, jest jednocześnie dla jego bliskich miejscem niepewności, upokorzenia i zła będącego skutkiem wygnania. Stawia to podmiot liryczny przed pytaniami o tożsamość, osobistą integralnością i autonomię. Te sploty bywają raz wyraźniej, raz mniej wyraźnie zasygnalizowane, wiszą w tle i czasem są niedopowiedziane. Oddają przez to sposób działania nieuświadomionego problemu. Temat ten staje się rewersem opowieści o chorobie nowotworowej, która była moim, ups, przepraszam, doświadczeniem autora, chciałem powiedzieć podmiotu lirycznego, w trakcie pisania książki. Sam widzisz, że nie jest łatwo to oddzielić.
Zwłaszcza że ta książka bardzo konsekwentnie zaciera granicę między doświadczeniem autora i podmiotu.
Już poprawiam kostium obiektywizującego analityka i wracam do udawania głosu zza kadru. Osobista opowieść skupiona jest bardziej na psychologicznych aspektach towarzyszących diagnozie nowotworu i chorobie niż na samym jej przebiegu. Można czytać to jako metaforę głównego tematu książki – dziedziczenia obciążenia.
Wtórna traumatyzacja pokoleniu urodzonego w latach 80. i 90. bywa, jak się zdaje, zjawiskiem powszechnym. Wynika ona z faktu masowych przesiedleń następujących wskutek powojennej zmianie granic. Wypędzenie, niepewność i wykorzenienie przyjezdnych przy jednoczesnym tabuizowaniu i nieznajomości skali krzywdy i cierpienia Ślązaków były podglebiem atmosfery, która nie ułatwiała zabliźniania ran. Jego siła spotęgowana była gospodarczym, ekologicznym i społecznym upadkiem, którego doświadczyło opisywane w tomie miasto – a jakże, zgadłeś – Bytom – podczas transformacji ustrojowej. Typowa jeszcze w latach 90. wielopokoleniowość, oparta bardzo często na niezwykle bliskich relacjach wnuków i dziadków, dawała sposobność do snucia powtarzających się, okrutnych historii. Jednocześnie ówczesny brak świadomości psychologicznych konsekwencji i potrzeby emocjonalnej higieny skutkuje dziś częstymi napięciami psychologicznymi objawiającymi się podobnie do stresu pourazowego. Ich źródła często nie są jednak odnajdywane.
A jednocześnie w tej książce właściwie nie ma oskarżenia.
Bardzo mi na tym zależało. Książka pokazuje mniej, jak mi się zdaje, reprezentowaną w poezji, opowieść, w której źródeł problemów emocjonalnym bohatera szukać należy głównie w czynnikach historyczno-społecznych, a nie w bliskich. Nie ma tu grama oskarżycielskiego tonu. Relacje są w tej opowieści raczej heroicznym przezwyciężaniem obiektywnych przeszkód. Towarzyszy im również nieświadomie przekazywany ciężar. Relacja międzypokoleniowa, jak już zostało wzmiankowane, w książce ma charakter niezwykle bliski, ciepły i oparty na głębokiej, wzajemnej miłości. Dlatego nie pojawia się w tym kontekście kategoria winy. Zamiast tego w lekturze jest możliwy do uchwycenia, choć nieco schowany, mechanizm psychologiczny dziedziczenia traum. O, tak bym to opisał po przywdzianiu gryzącego kostiumu obiektywnego czytacza poezji.
Bardzo mi bliska osoba, nieznacznie młodsza ode mnie, opowiadała mi o tym, jak jej córka wróciła ostatnio z przedszkolnych zajęć z niemieckiego. I kiedy przyszła do domu i śpiewała piosenkę ułatwiającą naukę liczenia, defilując po schodach, to jej mama – owa bardzo mi bliska osoba – czuła fizjonomiczny, zwierzęcy strach. To einz zwei drei, einz zwei drei było jak seria z karabinu. Skądeś się to wzięło.
To książka o byciu ulepionym z doświadczeń, które były moim udziałem tylko w sposób zapośredniczony poprzez opowieść. Jestem ulepiony z lęku, że opowieść zgęstnieje i zmieni się w stal. Z lęku przed jej nieuchronnością. Z lęku przed lękiem, z lęku przed zawieszeniem najważniejszych kategorii: dobra i zła, z lęku przed tym, że pokój, a nie wojna jest raczej historyczną aberracją. A my to wielu ja, skoro więc ja jestem ulepiony z lęków, to pewnie i wielu z nas jest – podejrzewam, że w moim pokoleniu może być to powszechna przypadłość. A przyznasz, że ten lęk stał się ostatnio jakoś bardziej zasadny. Może najbardziej od puczu Janajewa. No, może od rozpadu Jugosławii.
Ale te zabawy w obiektywizowanie są, oczywiście, daleko niewystarczające. I dobrze. Gdyby dyskursywny język był wystarczający do opisania tego, o czym mówię w wierszach, to przestałbym je pisać.
I mam wrażenie, że ta opowieść o dziedziczeniu nagle bardzo mocno spotyka się w książce z doświadczeniem własnego ciała. W nawiści bardzo mocno pojawia się doświadczenie choroby, szpitala, diagnozy, czegoś, czego wcześniej u Ciebie w tej skali nie było. To chyba inny rodzaj granicy niż historia czy polityka, bo całkowicie przechodzi przez ciało i codzienność. Co to doświadczenie zrobiło z Twoim sposobem pisania?
Poprzedni rok obszedł się ze mną mało delikatnie i przypomniał, że czas płynie jednowektorowo i nie jest niewyczerpywalny. Ledwo jednej z najbliższych mi osób udało się wygrzebać z nowotworu, a okazało się, że i mnie uraczyło. W międzyczasie okazało się, że niektóre moje flaki mogłyby grać w filmie gore klasy B. W konsekwencji mam ich dziś trochę mniej, niż jeszcze rok temu. Miałem w tych nieszczęściach bardzo dużo szczęścia. Choroba została wykryta przypadkiem tuż przed potencjalnie krytycznym momentem, nowotwór został z kolei wykryty na bardzo wczesnym etapie, a droga przez badania i zabiegi okazała się tak łagodna, jak tylko jest to możliwe w tej nie do pozazdroszczenia sytuacji. Złego słowa nie dam powiedzieć na opiekę i jej tempo, którą mi zaoferowało tak odsądzana od czci i wiary publiczna służba zdrowia. Dziwny był to moment. W momentach zagrożenia jestem zaskakująco – również dla samego siebie – racjonalny i zdyscyplinowany. Tak było i w tym przypadku. Dodatkowo była wczesna wiosna, pierwsze słoneczne dni, jakaś nadzieja wisiała w powietrzu, bardziej się chciało wojować. Zupełnie rozsypałem się dopiero, gdy dowiedziałem się, że jestem zdrowy. W międzyczasie pożegnałem dwa koty – choroby zabrały je jednego po drugim na przestrzeni 3 miesięcy. Ich cierpienie i próby jego przezwyciężenia dodatkowo mnie przeczołgały. Jedyne, co wówczas wiedziałem, to to, że zupełnie nie wiem, co się ze mną dzieje. Od dwóch, może trzech lat – nie przywiązuję do datowania tego wagi – jestem konsekwentnie i nieprzyzwoicie trzeźwy. Odciąłem sobie więc też najprostszą, choć pewnie przy okazji najbardziej straceńczą, strategię rozładowania emocji. Do innej się nie zdążyłem wytrenować. Książkę zacząłem zresztą pisać, gdy jeszcze piłem alkohol, jest to więc i świadectwo momentu, w którym zostałem przezeń rzucony.
Sporo pisałem przez ten czas – wiersze dotyczące choroby w większości powstawały na bieżąco, kanalizowałem w ten sposób napięcie. Dzięki temu, że powstawały one na bieżąco, to oddają one amplitudę i charakter zmieniających się emocji i swojej kondycji. Od sztywnego, raportującego wiersza z momentu diagnozy, przez rozgadany, uciekający w gadulstwo i przykrywający nieistotnymi bzdurami i anegdotami wiersz o umówieniu się na operacje, szukające drogi ewakuacji z emocjonalnej pułapki w żartach wiersze okołoszpitalne, których tylko część weszła do książki, aż po wpadające w dysocjacyjny surrealizm wiersze z okresu badań mających potwierdzić powrót do zdrowia.
Miasto wraca w tej książce bardzo mocno, ale już nie jako tło, tylko coś, co współtworzy człowieka. Bytom w nawiści wydaje się jednocześnie miejscem realnym i psychicznym, zbudowanym z pamięci, przemocy, historii i codzienności. Co właściwie znaczy dla Ciebie „być” z takiego miasta?
Bo warunki, w których się dorasta, otoczenie, kontekst socjologiczny budują człowieka podobnie do tego, jak człowieka buduje rodzina. W naukach społecznych nazywane jest to socjalizacją pierwotną i wtórną. Wśród osób, z którymi znam się z młodości, a które się przeprowadziły i związały z osobami z innych miejsc, dosyć powszechny jest zderzenie przy wymianie doświadczeń. Okazuje się wówczas, że nasze młodzieńczo-dziecięce przygody spotykają się z przerażeniem wymieszanym z niedowierzaniem. Kiedy słucham „strzeż się tym miejsc”, to mam wrażenie, że to reportaż o moim mieście przełomu wieku.
Czyli to doświadczenie miasta jest tu bardzo cielesne.
Czasem za bardzo. Choć byłem dzieckiem bardzo wychuchanym i zaopiekowanym, to zęba za wlezienie na teren nie swojego bloku wyplułem po raz pierwszy, nie mając sześciu lat. Swoją drogą to z dzisiejszej perspektywy zabawne, że jako sześciolatek mogłem swobodnie ganiać po podwórku, ale nie mogłem oglądać „Dempsey i Makepeace na tropie”. Grzesiu Łętocha z piętra wyżej mógł, co czasem wykorzystywałem nie bez poczucia grzesznej winy.
[N]awiść zacząłem pisać tuż po decyzji o wyprowadzce z Bytomia – książki piszę zwykle 4 lata, mimo dwuletnich odstępów między ich wydawaniem. To z jednej strony rodzaj listu pożegnalnego dla tego miejsca, z drugiej strony potrzebowałem miasta jako bohatera i ważnego odniesienia symbolicznego. To miejsce o bardzo wyraźnym genius loci i charyzmie szorstkiej jak papier ścierny.
Ale w tej książce Bytom jest też miastem odziedziczonym.
Miejsca urodzenia i dorastania się nie wybiera, w tym sensie zawsze jest ono dziedziczone. Było ono – właściwie wciąż jest – elementem mojej tożsamości. Ale jednocześnie było to miejsce w dwójnasób okrutne. Okrutne dla swoich mieszkańców, na których oczach w delirycznej malignie popełniało samobójstwo w latach 90. i przez półtorej dekady XXI wieku. Ale też okrutne przez swoją tużpowojenną historię – wypędzeni zostali tu ludzie ze Lwowa i okolic. 40 tysięcy wyrzuconych z domów, przeczołganych przez wojnę ludzi, 1/3 przyszłych mieszkańców. Wśród nich moja rodzina – stłoczona w zapluskwionym mieszkaniu, którego nie potrafiła długo uznać za swoje. I w tle dramat wojny periodyzowanej tym, kto akurat okupował Lwów, okrucieństwo UPA – dziadek jako siedemnastoletnie właściwie jeszcze dziecko, a jednocześnie żołnierz AK „Warta”, skierowany był w 1944 do OPS‑u w regionie Przemyśla. Wypędzenia, zesłania na Sybir, ukrywanie się przed wywózką „na białe niedźwiedzie”, utrata wszystkiego, co nie zmieściło się do jednego kufra, z którym jechali pod karabinami 3 tygodnie towarowym pociągiem, który teraz jedzie 6,5 godziny. A potem, już w Bytomiu aresztowania i zabójstwa kolegów i znajomych na komisariacie na Rostka. Ale też odbudowywanie powoli, bez wiary i nadziei świata na gruzach tego, co z kolei zostało ze świata przedwojennych mieszkańców Bytomia. Nieprzenikające się społeczności, obustronne poczucie wrogości i krzywdy. To miasto tym bardzo przesiąkło. A potem powrót z Syberii pradziadka i brata babci, który na zsyłkę do kopalni w Donbasie został skazany w wieku 15 lat. 15 lat! Samobójstwo siostry babci, do której chodziliśmy na cmentarz. To nie była w mojej rodzinie tabuizowana sprawa, znałem szczegóły tej tragedii już jako dziecko. Jakieś aresztowanie, przeszukanie mieszkania już za wczesnego Gierka, moja mama była wcale nie taka mała. No jak po czymś takim żyć?
A jednak właśnie to wraca w książce bardzo mocno. Nie heroizm, tylko codzienność po katastrofie.
Heroiczne jest to, że oni po tym wszystkim żyli, zakładali rodziny, dbali o te rodziny, byli ciepli i dobrzy. W życiu nikt z bliskich nie dał mi tego do zrozumienia, ale miałem jakieś wewnętrzne poczucie, że w obliczu ich odwagi, woli życia, i katastrof, których doświadczali, moje problemy są skarlałe i niepoważne. To nie tak, że ktokolwiek to poczucie we mnie budował, naprawdę dla rodziców i dziadków z siostrą byliśmy najważniejsi na świecie, wiem to teraz i wiedziałem doskonale wtedy. Sam sobie tak głupio pookładałem swój wewnętrzny świat, nie bardzo się tym z kimkolwiek dzieląc. Może nawet nie do końca zdając sobie z tego sprawę. Więc – wydawało mi się – zawracanie komukolwiek, również sobie samemu, nimi łba jest śmiesznym wyrazem egotycznego przewrażliwienia i słabości. A słabości u siebie nienawidziłem tym bardziej, im bardziej okazywała się ona moją cechą. U innych wzbudzała ona moją troskliwość, u siebie jej nie akceptowałem. Ale to, że ktoś umiera na raka płuc, nie unieważnia twojego bólu wynikającego z dziury w zębie albo wrastającego paznokcia. Dałem sobie to powiedzieć dopiero jako dorosły człowiek.
A miasto? Ostatnie miesiące w Bytomiu były dla nas dosyć fatalne. Brudno, zimno, błoto pośniegowe, „Krótkie dni, krótkie noce, serce moje zmęczyło się.” Pozbyliśmy się naszego mieszkania, nie mieliśmy jeszcze nowego. Przyjaciel uratował nas, odstępując nam klitkę, którą chwilę wcześniej kupił na wynajem w cenie garażu. Ciemne, jednopokojowe mieszkanko w stalinowskiej, bardzo depresyjnej zabudowie w mocno spatologizowanej okolicy. Chimeryczny lokator Topora – zęby w ścianie. Nie chcę, żeby to zabrzmiało jak niewdzięczność, bo on naprawdę nam dupy wtedy uratował i jestem mu za to dozgonnie wdzięczny. Ale ostatni akord naszego mieszkania w Bytomiu był zdecydowanie molowy. Powstało wówczas kilka wierszy, które stanowiły punkt wyjścia dla książki i to doświadczenie też tam się odbija. Niektóre inne zacząłem pisać wówczas, a skończyłem już po wyprowadzce.
Miasto, z którym w książce się żegnam, było areną zmagań ze zbudowanym na historii bliskich sobą samym. Bytom jest więc w wierszach nie tylko topograficznym punktem odniesienia, ale przede wszystkim symbolem niełatwego pochodzenia, historii, którą się próbuje przekroczyć, ale też zakorzenienia.
Tytuł nawiść wydaje się prowadzić czytelnika w stronę jednej emocji, ale sama książka bardzo konsekwentnie tę jednoznaczność podważa. W finale pojawia się przecież gest, który można czytać jako próbę odzyskania miłości, czułości, relacji. Co właściwie robi tu „nawiść” – czy jest czymś, co organizuje tę książkę, czy raczej czymś, co ją od środka podważa i nie pozwala się ustabilizować?
Bo [n]awiść to książka o miłości! O dojrzałej miłości rozumianej zarówno jako relacja najbliższej sobie dwójki ludzi, jak również szerzej pojętej więzi rodzinnej, a nawet i społecznej. Słowo „miłość” pada w tomie pewnie więcej razy, niż we wszystkich wydanych w zeszłym roku tomach poetyckich razem wziętych! To – wracając do rozmowy o powtórzeniach – bardzo świadomy gest.
Czyli nawiść okazuje się tu przeciwieństwem nienawiści?
[N]awiść to w języku mojej książki opozycja do nienawiści, a więc właśnie miłość. Bo świadomość tych wszystkich trudnych spraw, o których mówiłem wcześniej, tego bardzo bolesnego spadku, tylko i wyłącznie moją miłość do najbliższych zacementowało. Klucz psychoanalityczny, który w książce jest silnie dostrzegalny, nie służy tu do obiektywizowania swoich pretensji czy budowania figur, w których mogę zamknąć żal, a do zrozumienia tego, co się ze mną dzieje, z czego wynika mechanika moich emocjonalnych odruchów.
Kultura terapeutyczna, mam wrażenie, często kusi obietnicą zbyt łatwego oczyszczenia poprzez czytanie rodziny jako sztafety win. Oczywiście wiem, że to wcale nierzadki scenariusz. Ale w tej książce jest coś diametralnie przeciwnego. Jeśli czuć podskórny żal, to nie jest żal do dziadków czy rodziców, a żal do świata, który bardzo długo starał się tym cudownym ludziom spierdolić życie.
A jednak ta książka kończy się gestem miłosnym.
No i jest, oczywiście, i miłość w tym najszczególniejszym i pierwszym rozumieniu. Miłość do kobiety, której dedykuję kończący książkę wiersz. Tej samej, która była adresatką wiersza kończącego moją pierwszą książkę.
Wiem, że w staropolskim tytułowy wyraz znaczył coś innego, ale to pierwotne znaczenie dawno umarło i w ogóle mnie nie obchodzi. Wyrazy zmieniają przez lata swoje znaczenia, a wskrzeszając martwe słowa do bardziej intuicyjnych znaczeń możemy podejść z odrobiną dezynwoltury.
Patrząc na te cztery książki, mam wrażenie, że nawiść jest jednocześnie powrotem i bardzo wyraźnym przesunięciem. Ty sam widzisz ją bardziej jako domknięcie pewnej drogi czy otwarcie zupełnie nowej?
[N]awiść to zmiana perspektywy pozwalająca się przyjrzeć sprawom w zupełnie inny sposób, ale równocześnie i książka o czymś zupełnie innym, niż poprzednie. Więc zarówno powrót, jak konsekwentne droga naprzód. Na pytanie „czy – czy” odpowiadam zatem pełnym pewności „tak!”
Od dziesięciu lat jesteś związany z Połowem – najpierw jako autor, dziś także jako ktoś, kto współtworzy to miejsce i pracuje z młodymi poetami. Zastanawiam się, jak to doświadczenie wspólnoty i ciągłości wpływa dziś na Twoje myślenie o literaturze.
Poznaliśmy się równo 10 lat temu – tyle minęło od opublikowania popołowowej, zbiorczej książeczki, w której znalazł się spory fragment mojego pierwszego tomu. Nie będę udawał, że jestem zupełnie obojętny na powab okrągłych liczb, dlatego sporo o tym ostatnio myślę. Połów był dla mnie formacyjnym momentem na bardzo wielu poziomach. Nie tylko pozwolił zorganizować w literaturę moje intuicje, ale ośmielił mnie do tego, żeby dać sobie możliwość spojrzenia na siebie jako poetę, choć – mówię to zupełnie szczerze – kiedy przyjechałem po raz pierwszy do Stronia, nie przeszło mi to nawet przez głowę. To był również towarzysko intrygujący moment, „kogom ja nie spotkał”, mówiąc wieszczem. Dzisiejszy Połów to praca, której poświęcam dużo czasu i energii, ale również intelektualny bodziec. To również rodzaj zobowiązania, spłaty zaciągniętego długu, ale też olbrzymia odpowiedzialność i idące za nią emocje – piękne, ale i trudne. Bieg w tej sztafecie, do której zostałem zaproszony, traktuję jako zaszczyt. Ale Połów to przede wszystkim spotkanie, wzajemna wymiana i zawiązana wokół roboty nad wierszami wspólnota, którą czasem udaje się utrzymać. Jeśli mogę współpołowiczanom dać choćby część tego, co ja sam od nich dostaję, to myślę, że mogę myśleć o sukcesie. No i za wielkie szczęście mam to, że mogę być pierwszym czytelnikiem książek, które – kto wie – mogą okazać się za jakiś czas ważną częścią historii polskiej poezji.
A masz poczucie, że nawiść coś domyka, czy raczej otwiera następne pytania?
O tym opowiem w kolejnej książce. A przy okazji – czy wspomniałem już, że nawiść bywa bardzo śmieszna, i że są w niej bardzo dobre wiersze?
No to pozostaje sprawdzić zarówno jedno, jak i drugie. Dzięki za rozmowę!