Jakub Pszoniak: Odpadło pół ziemi. Drugie pół zatem pozostało. Które?
Andrzej Ilczewski: Cześć, Kuba. Na wstępie, chciałbym wyjaśnić, skąd się wziął pomysł na ten rozdwojeniowy tytuł. A zatem – wszystko zaczęło się od dosyć niewinnej rozmowy, w trakcie której pojawiła się zagadka z zakresu bardzo dalekiej mi dziedziny fizyki. Rozwiązaniem tej zagadki był tytuł mojej książki. Treść zagadki brzmiała mniej więcej tak: „Nagle wszystkie istoty ziemskie oraz rzeczy stały się dwa razy lżejsze; co mogło być tego przyczyną?”. Ktoś z wąskiego grona dyskutantów udzielił odpowiedzi. Nigdy nie weryfikowałem, na ile ta odpowiedź jest poprawna, ale postanowiłem, że użyję jej jako tytułu książki. Na początku Odpadło pół ziemi było nazwą roboczą i nie przywiązywałem się specjalnie do niej. Ostatecznie tytuł ocalał, opierając się wszelkim próbom jego zmiany. Wracając do pytania o to, co pozostało – obawiam się, że niewiele. Odpad, który przywołuję, nie sprawia, że coś staje się lżejsze, wręcz przeciwnie. Nie da się istnieć, będąc połową siebie, a wszystko, co istnieje, musi mieć swoją drugą stronę. Pokuszę się o (meta)fizyczną konkluzję, iż przeciwwaga jest podstawą wszelkiego bytu. Z rozpadu może oczywiście powstać jakieś novum, ale będzie to zupełnie niepodobne do siebie. Inne rozpady będą je nawiedzać.
Nie pytam o to bez przyczyny. Skupienie się już w tytule na tym, co odpadło, a nie na tym, co pozostało, ustawie optykę. Kiełkuje w nim pesymizm, ale też chyba duży, choć do końca nie wypowiedziany, ładunek tęsknoty. W książce zdecydowałeś się przyglądać opisywanemu światu z dystansu. Czasem wynika on z tego, że patrzysz w przeszłość, ale – mam wrażenie – ten dystans podmiotu od tego, co obserwuje, jest głębszy. Opowiedz, proszę, o pozycji, w jakiej zdecydowałeś się ustawić podmiot w książce. Z czego ta decyzja – bardzo konsekwentna i nieoczywista – wynikała?
Cieszę się, że zwróciłeś uwagę na „ładunek tęsknoty”. Wszak tęsknota to taki rodzaj emocji, który jest chyba najbardziej „nasz”. Zwykle nikt inny nie jest w stanie nam jej odwzajemnić, powiedzieć, że czuje dokładnie to samo, co my czujemy, gdyż obiektu tęsknoty zwyczajnie przy nas nie ma. Podczas pisania kolejnych utworów bardzo dbałem o to, aby możliwie najlepiej oddać ten ponury, acz pełen miłości stan. Uważam, że jest on ważną osią wokół, której zbudowane są zdarzenia spotykające moich bohaterów. Co do dystansu podmiotu – w Odpadło pół ziemi postawiłem na takie właśnie rozwiązanie, ponieważ to ono dawało mi najwięcej swobody w odwzorowywaniu bądź przeinaczaniu rzeczywistości. Zresztą stwarzanie postaci od najmłodszych lat jest moim żywiołem. Pragnę też dodać, że niektóre z tych postaci dookreśliłem w książce za pomocą rysunków. I nie wymyślę prochu, jeśli powiem, że w procesie tworzenia literackich światów jest jakaś boskość. Poza tym, że to dosyć zdrowe zajęcie, bo pozwala choćby na chwilę odpocząć od siebie.
Mówisz „odpocząć od siebie”, z kolei jeden z bohaterów książki przypomina: „Ej, człowiek! Świat nie kończy się na „ty”. Te deklaracje się uzupełniają. Czy bohater tłumaczy postawę autora? Postawę odejście od przyglądania się samemu sobie na rzecz przyglądnięcia się innym – zarówno pojedynczym, jak i zbiorowym. Od samego początku miałeś założenie stojące w kontrze do powszechnego odruchu autoanalizy w wierszu?
I pomyśleć, że takie słowa wypowiada bohater wiersza w stosunku do jego twórcy (śmiech). A tak całkiem na serio, to książka Odpadło pół ziemi powstawała przez wiele długich wieczorów i skłamałbym, gdybym powiedział, że była odporna na zmiany w świecie zewnętrznym i różne literackie oraz pozaliterackie wpływy. Niektóre wiersze, jak np. „Miasto przeszłości” były pisane z perspektywy mojego własnego „ja”, inne jak „Matka” od początku korzystały z obcych głosów. Ostatecznie do „porzucenia siebie” przekonały mnie warsztaty prowadzone przez Przemka Owczarka podczas 29. Transportu Literackiego. Generalnie jestem rad z końcowego efektu. Nawet jeśli mówię/piszę w pierwszej osobie, to nie ma tam mnie. Tylko moi niewdzięczni bohaterowie oraz wyszczekane bohaterki (znów śmiech).
Z dużą precyzją odmalowujesz tło wierszy. Konkretne miejsca, czas: niemundialowy rok, marki wygrane u buków i roztrwonione w trymiga, lokalna gazeta – te zawsze mają swój specyficzny powab. To przestrzenie, które nie tyle już nie istnieją, co istnieją inaczej – jako pamięć. Ta potrafi mistyfikować, sentymentalizować. Ty – mam wrażenie – bardzo dbasz o to, by się w te duchologiczne koleiny nie władować. Czy sięganie po przeszłość powodowane jest u ciebie tylko chęcią jej zachowania, czy raczej jest przyczynkiem do dyskusji o przyszłości?
Dzięki za to pytanie. Przeszłość i przyszłość – niby dwa oddzielne konstrukty, a jednak nie sposób myśleć o jednym bez odwoływania się do drugiego. I o ile dla mnie, jako zjadacza chleba z Carrefoura czy bułek z Biedronki, bardziej liczy się przyszłość, o tyle dla mojego literackiego „ja”, to przeszłość jest dużo większym wyzwaniem. Powszechnie wiadomo, że z przeszłością nie da się nic zrobić. Fakt, że można o niej myśleć na różne sposoby, nie powoduje, że ją zmieniamy. Literatura w pewnym stopniu przeciwstawia się temu, w sensie – jeśli osoba pisząca odpowiednio wykorzysta własną wyobraźnię, to jest w stanie opowiedzieć tę samą historię od nowa, a wtedy ja jako odbiorca przeżyję ją tak, jakby wydarzyła się naprawdę. I nie powinienem zostać posądzony o utratę zmysłów. Natomiast przyszłość zbyt mocno weryfikuje wyobraźnię twórców i zbyt często nie zwraca nam tego, co straciliśmy.
Ten reporterski niemal konkret stanowi punkty, pomiędzy którymi przeciągasz nitki tworzące z kolei momentami bardzo surrealny obraz. To pytanie, które zadaję również sobie samemu od dłuższego czasu, ale twoja książka szczególnie każe mi do niego wrócić. Czy przyglądanie się przeszłości, nawet poprzez konkret, nie jest zawsze tak bardzo wyobrażeniowe, że z natury rzeczy nie staje się bliźniacze wobec snu?
Zdecydowanie! Wyobraźnia (jakkolwiek konkretna) i sen to zjawiska pokrewne. Ciężko je od siebie całkowicie oddzielić, zaprzeczyć ich powiązaniom. Oczywiście można teoretyzować, że oto nad wyobraźnią mamy pewną kontrolę, podczas gdy sen znajduje się totalnie poza nią, ale i tak myślę, że to zbyt duże uproszczenie. Atmosferę, jaka panuje w Odpadło pół ziemi określiłbym raczej mianem onirycznej bądź właściwej realizmowi magicznemu. Uważam, że w poezji (zwłaszcza rodzimej) nadal mamy deficyt, jeśli chodzi o takie rzeczy. W prozie mistrzami dla mnie są Schulz i Ficowski. W filmie bardzo cenię pod tym względem Konwickiego. Jego genialne Salto często przyświecało mi w trakcie procesu twórczego.
Czy dlatego też sięgasz po baśń jako strategię narracyjną? W niej też się splatają te wątki.
Baśń, która przewija się w tytułach moich wierszy, jest naturalną konsekwencją wątków omawianych w naszej rozmowie. Używam jej nieprzypadkowo i na pewno nie tylko dlatego, że odpowiada mi pod względem brzmienia. Już samym nazewnictwem można sugerować sposób odbioru tekstu albo bezczelnie zbijać z tropu. Jeśli chodzi o mnie, to wybieram drugą opcję. Zarówno jako autor i jako czytelnik.
To ciekawe, że po baśń sięgają i inni poeci i poetki w okolicach debiutu. Ostatnio Adam Jaworski, w tegorocznym Połowie Matylda Głowacka. Z czego może wynikać powszechność zainteresowania tą formą?
Dla mnie to niezwykłe tudzież zupełnie osobliwe, że pojawia się coraz więcej głosów poetyckich, które chcą mówić nie tylko językiem baśni, ale też mówić inaczej. W tym miejscu chciałbym podkreślić, ze bardzo sobie cenię bezkompromisową twórczość Adama Jaworskiego i wyrazić czynny żal z powodu nieznajomości wierszy Matyldy Głowackiej (mam nadzieję, że kiedy ten wywiad się ukaże, będę już po ich lekturze). Wydaje mi się, że trudne czasy, w których żyjemy, wymuszają na autorach poszukiwanie nowych form wyrazu. Kiedyś baśnie, bajki, podania przekazywane były ustnie i opisywały ludziom świat. Dziś to zadanie spoczywa na literaturze pięknej ze szczególną rolą poezji współczesnej. Ale nie wpadałbym w przesadny optymizm. W naszym niezbyt rozczytanym społeczeństwie nadal najlepiej sprzedają się horrory i kryminały. Mało kogo obchodzą niepozorne tomiki i niestety żadne zabiegi literackie (włącznie z tymi o charakterze baśniowym) nie są w stanie wywrócić stolika. Koniec końców dzięki temu poetki i poeci mają szansę zachować niezależność. Myślę sobie, że to wielka duma być częścią takiego zdrowo oderwanego środowiska.
„Oderwane środowisko”, choć innego rodzaju, jest jednym z leitmotivów twoich wierszy. Często sięgasz po motywy więzienne. Czasem są one pokazane wprost przez przytoczoną opowieść i bohaterów, czasem tylko przez język. Przypucujesz się, gdzie jest źródło tego elementu?
Więzienie to skrajnie osobny i megaspecyficzny wycinek rzeczywistości. Parę, a czasem więcej osób przebywa ze sobą w jednym pomieszczeniu, praktycznie 24 godziny na dobę, i tak przez długie lata. W tych pozbawionych intymności warunkach odbywa się realizacja najróżniejszych ludzkich potrzeb. Widmo zamknięcia budzi w nas uzasadnione obawy, ale też powoduje, że stajemy się ciekawi. Do popularnej „puszki” nie można wykupić wycieczki. Paradoksalnie rzecz ujmując, trzeba się nieco postarać, aby tam trafić. Sytuacja niedostępności powoduje, że wokół świata zza krat narosło wiele mitów. Moim zamiarem było odrobinę oddemonizować środowisko więzienne. Jako przykład niech posłuży wiersz „Wagony, przepustki”, gdzie opowiadam o miłości pomiędzy dwiema osadzonymi. Ta historia to wytwór mojej wyobraźni, opis uczucia, które umiejscawiam w totalnie odizolowanych realiach. Poza wspomnianymi aspektami, które kierowały mnie ku temu „równoległemu światu” nie sposób nie wspomnieć o przebogatym języku więziennym. W pewnym sensie git-ludzie to ojcowie dzisiejszej mowy potocznej. Bezimienni i wyklęci. Ale tak jak świat zewnętrzny, tak i ten penitencjarny zmienia się w zatrważającym tempie. Z tego, co mi wiadomo, nie ma już dziś etosu właściwego subkulturze grypsujących, a jego miejsce coraz częściej zajmuje pieniądz.
Znam ten mit więziennego etosu, również od osób, którego realizowały go w praktyce traktując jako strategię przetrwania w więzieniu. Jestem bardzo daleki od jego nostalgizowania, on potrafił być bardzo trujący. Ale mam też inne doświadczenie, już literackie, związane z więzieniem. Dwa razy, dzięki uprzejmości Wojtka Brzoski, byłem w areszcie jako autor – miałem tam jedno z najciekawszych spotkań autorskich, a jurorowanie w konkursie Geneta było dla mnie jednym z najbardziej poruszających doświadczeń w mojej literackiej robocie. Mówiłeś, że poezja nie może wywrócić stolika, ale może inny, chybotliwy i być może ważniejszy stolik ochronić przed wywróceniem. Może poezja ma być podkładana pod zbyt krótką nogę?
Poezja (głównie mam na myśli rodzime poletko) bardzo się zmieniła na przestrzeni ostatnich, powiedzmy, dwudziestu kilku lat. I nadal się zmienia. To już nie są wiersze, które poznawaliśmy na lekcjach polskiego i z których nie rozumieliśmy prawie nic. W dzisiejszej poezji możemy się spokojnie przejrzeć, powiedzieć sobie: „masakra, to o mnie!”. Twórcy tacy jak Brzoska są namacalnym przykładem tych zmian. Swoją drogą bardzo ubolewam nad tym, że większość ludzi traci kontakt z poezją wraz z ukończeniem szkoły średniej. Ja ten kontakt odzyskałem po przeczytaniu Rezystorów Maćka Filipka – poety pochodzącego z mojej rodzinnej miejscowości (z Dęblina – przyp. aut.). No i chyba rzeczywiście powinniśmy patrzeć na to w ten sposób – poezja nie wywraca stolika, ale może dzięki temu będziemy się przy nim mogli po ludzku zblatować? (to również słowo ze słownika więziennego; oznacza tyle co zbratać się z kimś/zziomkować).
Macieja Filipka uważam za jednego z najciekawszych poetów urodzonych w latach 80, nie dziwię się, że jego wiersze wskrzesiły w tobie czytelnika poezji! Myślisz, że Twoje wiersze to bardziej gryps przemycony zza muru czy rakieta z wolności za mury?
Bardziej gryps. Zawsze to jakieś słowo pisane. Na tym niewielkich rozmiarów liściku znajdziemy minimum słów, maksimum treści. Zero jakiegokolwiek farmazoniarstwa. Prosty przekaz dla ziomków i ziomalek (śmiech).
Skoro przy okazji Filipka wywołałem już przykry temat wieku. Wybacz zaglądanie w metrykę, ale nie mogę nie zapytać, jak to, żeś się załapał jeszcze na PRL, wpływa na Twoje myślenie o wierszu, jego powinności, kontekstach. Często o pokoleniach w literaturze myśli się biorąc pod uwagę moment debiutu. Z drugiej strony jesteś niemal rówieśnikiem Kiry Pietrek czy Szczepana Kopyta, doświadczenia i kody, do których się odnosisz, bywają raczej wspólne nam i osobom z późnych lat 70, a chyba mniej osobom nie pamiętającym transformacji. My raczej i bez przypisów rozumiemy wyrażenia, które tłumaczysz w książce w przypisach. Bo to chyba też pokoleniowa, a nie tylko środowiskowa znajomość. Z drugiej strony swoje poetyckie szlify zdobywałeś chyba raczej z osobami młodszymi od siebie. Takie rozpięcie jest bardzo ciekawe i chyba potrafi poszerzyć horyzont. Czujesz się przynależny do jakiegoś poetyckiego pokolenia?
Powiedzmy sobie wprost – debiutuję jako dojrzały wiekowo osobnik, więc czasy transformacji oraz pierwsze profity i straty z nią związane pamiętam całkiem nieźle. Dodajmy, że w okresie schyłku PRL‑u żywa była jeszcze pamięć czasów II wojny światowej. Obcowanie z pokoleniem naznaczonym zbiorową traumą odcisnęło we mnie równie duże piętno, co wspomniana transformacja. Pierwszą wojną, jaką dane mi było przeżywać w czasie rzeczywistym, była ta w Jugosławii, niedługo potem wybuchła wojna w Czeczenii. W Polsce można było już wtedy kupić klocki Lego, nintendo64 albo rower górski, a moja literacka świadomość ograniczała się do myślenia, że poezja i proza powinny odtwarzać momenty zawieruchy w sposób możliwie najbardziej dramatyczny i konkretny. Decydując się na umieszczenie w swoim zbiorze niektórych z ww. motywów, chciałem młodszym odbiorcom zrelacjonować własne doświadczenia, ze starszyzną po prostu powspominać. Nie czuję się jednak przynależny do żadnego z poetyckich pokoleń. Jestem hybrydą ludzi starej daty i nowoczesnego myślenia o literaturze.