debaty / ANKIETY I PODSUMOWANIA

Prolog

Artur Burszta

Głos Artura Burszty w debacie „Ludzie ze Stacji”.

strona debaty

Ludzie ze Stacji: wprowadzenie

Wcześnie rano 2 stycznia 1996 roku spakowałem do malucha kilka rzeczy i ruszyłem w stronę Legnicy. Drzwi fiata zamknęły się bezpowrotnie. Wrócę tu jeszcze po paru dniach na pogrzeb babci. Śmierć wszystko dopełnia. Przez osiem kolejnych lat będę miał wpisane Stronie Śląskie jako adres stałego zameldowania, ale będę tutaj już tylko gościem. Mogło być inaczej, mogłem zostać w tym miejscu na stałe. Miałem dwadzieścia trzy lata, wciąż byłem radnym, niektórzy chcieli, żebym kiedyś został tu burmistrzem. Wyjeżdżałem, bo musiałem. To, co inni nazywali zdobywaniem doświadczeń, dla mnie było pasmem niepowodzeń.

Moje pierwsze silne wspomnienia to druga połowa lat siedemdziesiątych. Ledwie kilka lat wcześniej ta mała miejscowość na polsko-czeskim pograniczu, gdzie kończył się świat opisany przez Hłaskę w noweli Następny do raju, otrzymała prawa miejskie. Jest tutaj Huta Szkła Kryształowego, w której pracują mój ojciec i wujek. To ogromny kombinat zatrudniający ponad dwa tysiące osób. Nie tylko ze Stronia, ale ze wszystkich pobliskich miejscowości. Do przyzakładowej szkoły próbują się dostać młodzi ludzie z całej Polski. Każdy chce mieć kryształy z Violetty. Zachwycają się nimi na całym świecie. Huta ma swoje bloki, internaty, kilka ośrodków wczasowych, a nawet własny dom kultury.

Ma też klub piłkarski, który świetnie sobie radzi i w 1980 roku awansuje kosztem Zagłębia Lubin do ówczesnej drugiej ligi, będąc na tym szczeblu rozgrywek jedną z pierwszych drużyn pochodzących z tak małej miejscowości. Tutaj swoją przygodę z piłką zaczyna Ryszard Komornicki, reprezentant Polski, uczestnik Mistrzostw Świata w 1986 roku, zawodnik m.in. Górnika Zabrze, z którym wywalczył cztery tytuły mistrza Polski. Kryształ Stronie Śląskie odnosi sukcesy do połowy lat dziewięćdziesiątych. W 1994 roku dotrze do jednej szesnastej Pucharu Polski i przegra po dogrywce w rzutach karnych ze Stalą Mielec prowadzoną przez Franciszka Smudę. Będę wszystkie te wydarzenia obserwował jako wierny kibic.

Działają tutaj jeszcze inne duże zakłady pracy. Największym z nich jest szpital dla psychicznie i nerwowo chorych prowadzony przez niesamowitego doktora Andrzeja Janickiego, którego dobrze poznam za kilka lat, gdy zostanę radnym. Będziemy siedzieć na sesjach obok siebie przez cztery lata. To on jako pierwszy powie mi, że jestem zbyt dużym perfekcjonistą i muszę z tym walczyć, bo inaczej stanie się to moim przekleństwem. Jego metody pracy na Morawce, gdzie mieści się szpital, zamknięte osiedle wybudowane jeszcze przez Rosjan, do którego przechodzi się przez dwie portiernie, nadal robią ogromne wrażenie.

Kolejnym ważnym zakładem pracy są kamieniołomy, które eksploatują złoża w kierunku na Sienną oraz w Kletnie, tuż obok Jaskini Niedźwiedziej. To drugie złoże zostanie zamknięte na początku lat dziewięćdziesiątych, a decyzja ta przyczyni się do odsunięcia od władzy ówczesnego burmistrza Janusza Lignarskiego, od którego sporo się nauczę. Czwartym zakładem jest nadleśnictwo. Gmina skupia kilkanaście miejscowości, większość terenów to lasy, jest czym zarządzać. Piąty zakład to tartak, w którym po wojnie pracował wspomniany Marek Hłasko. Dzisiaj pozostało tylko nadleśnictwo, szpital zamienił się w Zakład Opieki Leczniczej, a w miejscu tartaku postawiono Biedronkę.

Żyliśmy tutaj jak na zamkniętej wyspie. Wokół góry, granica, którą na chwilę można przekroczyć, gdy idzie się na Śnieżnik albo inny szczyt podzielony na część polską i czeską. Niewiele osób ma samochód. Żeby stąd wyjechać, trzeba korzystać z autobusów, które kursują nie dalej niż do Wrocławia lub Świdnicy. Jest też kolej. To tutaj zaczynają się tory. Ruszają pociągi, którymi po przesiadkach w Kłodzku, Wałbrzychu albo Wrocławiu można dojechać w każde miejsce w Polsce. Wreszcie są zakładowe autobusy z huty, w tym słynny francuski Berliet, który podobno kosztował tyle, ile „Okrąglak”, czyli Dom Kultury „Brylant” – architektoniczne cacko z przeszklonym dachem.

Wyspa ma swoje ograniczenia, ale jesteśmy samowystarczalni. Jest GS ze sklepami, własną piekarnią, ubojnią i rozlewnią wód. Niewiele dociera tutaj z zewnątrz. Mamy jedną księgarnię, kilka kiosków, gdzie prasę można zamawiać do teczki, i sklep RTV, w którym przez wszystkie lata działalności dało się kupić nie więcej niż dwadzieścia płyt winylowych. Nawet jeśli uda się zdobyć jakiś muzyczny rarytas, to nie ma go na czym słuchać. Kiedy w sklepie pojawi się jakiś sprzęt, trzeba ustawić się po niego w kilkudniowej kolejce. Będę pożyczać gramofon od kuzynki albo sąsiadki. Magnetofon Unitra B113 uda się kupić w pobliskim Lądku-Zdroju.

Oknem na świat staje się dla mnie biblioteka mieszcząca się na skrzyżowaniu ulicy Nadbrzeżnej z Mickiewicza. Jej czytelnikiem zostaję w wakacje 1980 roku, zaraz po pierwszej klasie szkoły podstawowej. Będę do niej zaglądać kilka razy w tygodniu. W czarno-białej telewizji działają dwa kanały. Ważniejsze stanie się dla mnie radio. Edukować mnie będą Tomasz Beksiński i Piotr Kaczkowski. Jazda obowiązkowa to: „Romantycy muzyki rockowej”, sobotnia „Tonacja Trójki” i niedzielny „Minimax”. Z czasem zamiast „Listy Trójki” częściej będę słuchać rockowej listy Rozgłośni Harcerskiej prowadzonej przez Pawła Sitę i Bożenę Sitek oraz audycji z muzyką alternatywną w radiowej Czwórce.

Z moich rówieśników chyba najbardziej znany jest dzisiaj Sebastian Szczęsny – komentator boksu i skoków narciarskich. To mój kompan z zerówki, która mieści się w pałacyku za hutą. To tam za kilka lat w piwnicach postanie harcówka. Będę już wtedy – mając piętnaście lat – drużynowym. Takie to były czasy. Rodzice powierzali mi w opiekę swoje dzieci, od których byłem starszy ledwie o kilka lat. W wieku siedemnastu lat zostałem nawet komendantem obozu. Zrobić trzytygodniowy wyjazd, gdy żywność jest na kartki, to nie lada wyczyn.

Miałem drużynę chłopaków. Z wielu jestem dzisiaj bardzo dumny. Dominik Ostrowski został księdzem, skończył studia w Watykanie. Piotrek Nowak został aktorem i reżyserem. Mirek Jastrzębski jest po habilitacji. Rafał Klodek to naczelnik Wydziału Ochrony Przyrody i Obszarów Natura 2000. W Stroniu został Paweł Figurski. Prowadzi w Kletnie stawy i znaną w okolicy agroturystykę. Inne było to nasze harcerstwo. Podziemne. Jeździliśmy z księdzem Zdzisławem i Adamem, moim przyjacielem, na tajne spotkania do franciszkanów w Kłodzku. Tworzyliśmy ZHR, ale nie daliśmy się do niego zapisać. Mieliśmy swoich esbeków, a dyrektor szkoły powiedział mi, że albo skończę z tą konspiracją, albo zostanę wyrzucony. Nie skończyłem.

Kilka dni po rozmowie z dyrektorem, w noc przed 1 maja, gdy w mieście zostały już wywieszone flagi, obowiązkowo obok biało-czerwonych także czerwone, objechaliśmy z Adasiem na rowerach wszystkie słupy, zrywając te czerwone. Sprzeciw wobec komuny był osobistym przeżyciem. Nie mieliśmy mentorów, kogoś, kto by nas poprowadził. W takim miejscu, jak Stronie, do wszystkiego dochodziło się samemu. Choć z Adamem znaliśmy się już kilka lat, to zbliżyła nas wspólna wyprawa do Warszawy na koncert Perfectu na Stadionie Dziesięciolecia. Jako jedni z pierwszych wbiegliśmy na murawę i w pierwszym rzędzie śpiewaliśmy „Nie bój się tego Jaruzelskiego”.

Na jednym z zimowisk harcerskich, które odbywały się w Kletnie, dużo graliśmy na gitarach. Ja byłem od solówek, a Adaś od prowadzenia. Do wspólnego grania dołączyli Paweł Kapitanowicz i Wojtek Jastrzębski. Graliśmy dla zabawy. Kilka miesięcy potem w harcówce do grania namówiłem Roberta Magierowskiego. Coś zaczęło nam wychodzić, więc jesienią załatwiłem próby w domu kultury. Na perkusji zagrał brat Roberta, Jacek. To on wymyślił nazwę, krzycząc po każdym naszym dobrym zagraniu: „Destylator! Destylator!”. Na basie dołączył do nas Grzesiek, brat Wojtka. Potem za perkusją usiadł Edek Such, a Jacek stanął przy mikrofonie. Zagraliśmy pierwszy koncert.

Na widowni „Okrąglaka” ponad trzysta osób. Jeszcze nie potrafimy grać. Zacznie nam wychodzić znacznie później. Mamy jednak grupkę fanów, piosenki są puszczane w szkolnych radiowęzłach, a gdy salą prób po zamknięciu domu kultury staje się izolatka w internacie zawodówki na ulicy Hutniczej, każde nasze granie to koncert dla okolicznych mieszkańców. Byliśmy jak tysiące innych zespołów w Polsce zaczynających w drugiej połowie lat osiemdziesiątych. Marzyliśmy o tym, żeby dostać się do Jarocina. Był czad i niesamowita energia. Ostatni raz zagraliśmy w 1991 roku. Potem mieliśmy jeszcze jeden występ. Jako TNT grające covery AC/DC. Wróciliśmy na trzy koncerty w 2015 roku.

Z Jastrzębskimi wiąże mnie nie tylko historia Destylatora, ale także przygoda z Radiem Śnieżnik. Były wakacje 1991 roku. W eterze pojawiło się dziwne radio. Okazało się, że to Wojtek Bukry zdobył radiowy nadajnik i dla zabawy zaczął nadawać audycje. Namówiłem go na wypożyczenie tego urządzenia, by samemu sprawdzić się jako radiowiec. Przez lata marzyłem, by pracować w tym zawodzie. Kilka lat wcześniej nagrywałem na magnetofonie swoje audycje, a kasety z nimi krążyły wśród znajomych. Potem dla zabawy raz na tydzień prowadziłem sam dla siebie audycję muzyczną. Teraz mój głos miał pójść w eter na 93,33.

Muzyka była dla mnie ważna, od kiedy tylko pamiętam. Już w 1983 roku, mając ledwie jedenaście lat, zacząłem układać co tydzień swoją prywatną listę przebojów. Robię to do tej pory. Jakiś czas temu stuknęło dwutysięczne notowanie. Nazywam to listą, trudno te kawałki nazywać przebojami. Kiedy więc nadarzyła się okazja, mając radiowy nadajnik, zacząłem nadawać audycje. Pomagali mi bracia Jastrzębscy. Grześ przygotował świetne dżingle, Wojtek został reporterem. Pierwsze audycje były nadawane z ich domu. Kolejne już z mojego – pomogło, że na wakacje wyjechała rodzina, a ja zostałem sam.

Pierwszą audycją było „Radio przed północą”. Potem ruszyło „Radio Bum Bum”. Obie audycje przedzieliła interwencja policji. Pierwsza była nielegalna, druga półlegalna, realizowana za przyzwoleniem urzędu miasta i we współpracy z nim. Niewinna zabawa przerodziła się w poważną audycję, z lokalnymi wiadomościami, wynikami meczów i wywiadami. Wyprzedziliśmy Radiem Śnieżnik czas (nazwa odwoływała się nie tylko do pobliskiego szczytu, ale także do znanego radioodbiornika Diory). Dopiero za kilka lat zaczną powstawać lokalne rozgłośnie. Wtedy mogliśmy jedynie marzyć o prawdziwym radiu; robiliśmy audycje, które zmieniały nasz mały, lokalny świat.

Do dzisiaj wiele osób wspomina pierwszą z nich. Zainspirowany słynnym programem Orsona Wellsa z inwazją kosmitów wpadłem na pomysł, że audycja będzie zbudowana wokół sfingowanego otwarcia domu kultury. Pod koniec 1989 roku huta zamknęła „Brylant”. Żyło się coraz trudniej. Gmina nie chciała wziąć na siebie prowadzenia instytucji i nagle mieszkańcy Stronia Śląskiego z dnia na dzień zostali bez kina, a muzycy bez sali prób. Ta pozornie mało znacząca decyzja miała okazać się brzemienną w skutkach na blisko dwie dekady. Byłem już wtedy mocno zaangażowany w sprawy społeczne gminy. Walczyłem o to, żeby miasto przejęło to miejsce.

Audycja miała zwrócić uwagę na problem. Jako prowadzący łączyłem się z reporterem (Wojtkiem), który relacjonował na żywo przebieg otwarcia. Robił to tak świetnie, że wiele osób uwierzyło, że miejscowy proboszcz właśnie święci otwarty na nowo przybytek kultury, a na scenie instaluje się gwiazda wieczoru – zespół KSU. Domu kultury nie udało się wówczas otworzyć, ale kilka miesięcy później powstała jedna z pierwszych w Polsce fundacji kultury. Należałem do jej założycieli. Szefową została Grażyna Rojek, a ja poznałem kilka ważnych dla mnie osób, które uczyły mnie idei samorządności.

Na kilka miesięcy otworzył się „Okrąglak”. W dzierżawę wziął go pracownik huty, lokalny związkowiec Jacek Matyszkiewicz, który uwierzył, że da się na tym miejscu zarobić. Pracowałem wtedy jak wielu innych w hucie. Jacek zaproponował mi prowadzenie kina i działalności kulturalnej. Nie musiałem przynosić zysku, ale z czasem okazało się, że filmy, koncerty i organizowane przeze mnie wydarzenia stanowią główne źródło dochodu. Jedną  z imprez był robiony ze wsparciem Jurka Owsiaka „Rock dla serca”. Kilka miesięcy później powstała Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy, która rozwinęła ideę tamtych koncertów.

Szefowałem działalności kulturalnej „Okrąglaka” przez dziesięć miesięcy. Ostatnim seansem kinowym w „Brylancie” był BrazilTerry’ego Gilliama. Siedziałem na widowni sam. Po dwudziestu latach kończyła się historia tego miejsca. Byłem tym, który jako ostatni zgasił tu światło. Zostałem bez pracy. Na chwilę fundacja otworzyła w sali obok urzędu Klub Alfa, któremu szefowałem. Janusz Lignarski zaproponował mi, żebym zajął się adaptacją byłego sklepu meblowego na nową siedzibę biblioteki. Po zakończeniu prac miałem zostać kierownikiem powstającej instytucji. Wierzyłem, że skoro nie ma szans na otwarcie „Brylantu”, to zbuduję centrum kultury w bibliotece.

Miasto opłaciło mi nawet dalszą edukację, tak by przygotować mnie do nowej roli. Byłem coraz mocniej zaangażowany w sprawy gminy. Gdyby nie to, że pierwsze w nowej Polsce wybory samorządowe odbyły się na kilka tygodni przed moją osiemnastką, pewnie już wtedy zostałbym radnym. W kolejnych wyborach, mimo że miałem dwadzieścia dwa lata, zdobyłem drugi wynik w gminie. Te same wybory doprowadziły do zmiany burmistrza. Został nim mój były nauczyciel matematyki Zbigniew Łopusiewicz. Ustalenia dotyczące prowadzenia biblioteki przestały być wiążące. Nowy burmistrz ogłosił konkurs na to stanowisko.

Z góry było wiadomo, że zwycięży szefowa biblioteki ze szkoły, w której wcześniej funkcję dyrektora pełnił burmistrz. Mój program działania okazał się podobno zbyt rewolucyjny nawet dla pani z biblioteki wojewódzkiej, która zasiadła w komisji. Niedawno przeczytałem swoje pomysły. To, co wtedy wydawało się komisji obrazoburcze, dla mnie było koniecznością. Nie chodziło wyłącznie o rozszerzenie zasobów o filmy czy płyty, ale też o szereg funkcji umożliwiających mieszkańcom kontakt z kulturą. Moje rozpoznania okazały się słuszne. Przez dwie dekady (aż do powstania CETiK-u w 2013 roku) jedyną instytucją kultury w Stroniu Śląskim była biblioteka.

Potem wystartowałem jeszcze na stanowisko dyrektora ośrodka kultury w Lądku-Zdroju. Tu też było wiadomo, kto wygra. Nowy burmistrz chciał na to stanowisko przywrócić dawnego szefa tego miejsca. W zarządzie miasta był Wartek Martynowski, działacz Solidarności, którego poznałem jako redaktora pisma „Ziemia Kłodzka” (nagrodzonego przez paryską „Kulturę”), gdzie zamieściłem kilka swoich artykułów. Przegrałem stosunkiem głosów: dwa do trzech. Później, gdy okazało się, że nowy dyrektor znowu popadł w jakieś kłopoty, pytano mnie, czy nie chciałbym wrócić. Byłem jednak już wtedy w Legnicy.

Równolegle zaangażowałem się w Niemiecko-Polskie Spotkania Młodych Pisarzy. Do udziału w nich zaprosił mnie Jacek Rybczyński. To kolejna wyjątkowa dla Stronia Śląskiego postać. W latach siedemdziesiątych przyjechał tu przypadkiem z żoną, zobaczył wolno stojący stary piec wapienniczy i postanowił zamienić go na pracownię i dom. Gdy rodziła się wolna Polska, na długo przed wielkimi projektami, które otwierały nas na świat, Jacek wymyślił spotkania pisarzy z Polski i Niemiec. Zdobył na to środki i partnerów po stronie niemieckiej. Z czasem do projektu zaczęła dokładać się gmina Stronie Śląskie. Skromne to było wsparcie i obarczone dodatkowymi wymogami.

Jednym z nich miał być udział lokalnych pisarzy. Gmina takowych nie miała. Zostałem tam oddelegowany z przymusu. Musiałem nawet napisać dwa wiersze. Te nie były dobre, ale szybko okazało się, że mogą przydać się moje umiejętności organizacyjne, z których zaczęli korzystać niemieccy partnerzy z Berliner Festspiele. Sporo się nauczyłem, jeżdżąc do Berlina i Moguncji. Praca ta była jednak społeczna. Nikt nie chciał dać mi etatu. Najbliżej było mi do Kłodzkiego Ośrodka Kultury, znanego z Kłodzkiej Wiosny Poetyckiej z lat siedemdziesiątych. Boguś Michnik, z którym po latach zrobiliśmy kilka ciekawych projektów, też nie mógł zaproponować mi stałej pracy.

Ponosiłem porażkę za porażką. Świat kurczył się do czterech ścian pokoju w rodzinnym domu. Miejsce, o którym zawsze myślałem, że będzie moim na zawsze, nie miało mi nic do zaoferowania. Postanowiłem szukać gdzieś dalej. Propozycja przyszła od nieżyjącego już Janusza Nagórnego z Regionalnego Centrum Kultury w Jeleniej Górze. Byliśmy dogadani, gdy odwiedziłem znajomą z teatru w Jeleniej Górze, która powiedziała, że w Legnicy Jacek Głomb szuka szefa marketingu, i że jeśli chcę, to do niego zadzwoni i zapyta, czy to aktualne. Nie używano jeszcze telefonów komórkowych, Jacka mogło nie być na miejscu. Odebrał jednak i powiedział, że szefa już ma, ale chciałby się ze mną spotkać.

Gdy jechałem na spotkanie z Jackiem Głombem, musiałem sprawdzić na mapie, jak dotrzeć do Legnicy. Nie miałem nawet pojęcia, ile to kilometrów. Wiedziałem o tym mieście tyle, co inni. Ledwie dwa lata wcześniej wyjechali stamtąd ostatni żołnierze wojska radzieckiego. Z Jackiem spotkaliśmy się w kawiarni Maska. Przez kilka minut opowiadałem o tym, co robię, czym się zajmuję. Chyba dobrze wypadłem, bo zaoferował mi mieszkanie i dobrą płacę. Nie zostałem jednak zatrudniony do spraw literackich. Miałem stworzyć nową instytucję kultury. I taki zakres obowiązków był wpisany w moją umowę przez kilka lat. Projekty literackie stanowiły tylko odskocznię od innych zadań.

Co było dalej, wiedzą już chyba wszyscy. Gdyby ktoś wtedy albo nawet koło 2013 lub 2014 roku powiedział, że Biuro Literackie i festiwal wylądują kiedyś w Stroniu Śląskim, nikt by w to nie uwierzył. Ja także. Życie napisało niezły scenariusz. W 2016 roku Wrocław pełnił funkcję Europejskiej Stolicy Kultury. Byłem jedną z pierwszych osób, które uwierzyły, że stolica Dolnego Śląska zdobędzie ten tytuł. Szybko przestawiłem festiwal i działalność na przygotowania. Współtworzyłem też zwycięską aplikację. Przez kilka lat realizowałem program stu projektów i inicjatyw poprzedzających literackie działania ESK. A mimo to ostatecznie nie uczestniczyłem w finale tego projektu.

Zamiast tego zdecydowałem się, choć nie miałem na to żadnych środków finansowych, przenieść festiwal w miejsce, gdzie wszystko się zaczęło, pokazując, że Stolica może być wszędzie. Postanowiłem zacząć nie tylko z nową nazwą, ale też z całkowicie odmienną formułą, co wiązało się z rozstaniem z wieloma autorami. To było szalone na każdym poziomie. Także dlatego, że wymagało ode mnie przekonania do tego projektu Zbigniewa Łopusiewicza, który wciąż był w Stroniu burmistrzem. Dużą rolę odegrał Dariusz Chromiec, ówczesny zastępca. Znamy się z obecnym burmistrzem blisko trzydzieści lat. Pamiętam jego pierwszy dzień pracy w tym urzędzie. Ja miałem swoje biurko w sekretariacie, on przychodził podpisywać listę obecności.

Kto by wówczas przypuszczał, że po latach będziemy w tym samym miejscu spotykać się i rozmawiać o kolejnych edycjach festiwalu? Kolejne pięć lat i jubileusz ćwierćwiecza przeżywam w rodzinnym mieście, któremu tyle zawdzięczam. Gdy wyjeżdżałem stąd dwadzieścia pięć lat temu, czułem się przegrany. Myliłem się jednak. Bez tamtych doświadczeń, kolejnych niepowodzeń, byłbym zupełnie innym człowiekiem. Bez Jacka Rybczyńskiego, który zmarł na kilka tygodni przed pierwszą Stacją w Stroniu Śląskim, nigdy też nie zająłbym się literaturą. Pewnie literatura jakoś poradziłaby sobie beze mnie. Ja bez niej nie.

 

 

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury

>Biuro Literackie kup książkę na poezjem.pl

O AUTORZE

Artur Burszta

Redaktor naczelny wydawnictwa Biuro Literackie. Od 1996 roku dyrektor festiwalu literackiego organizowanego jako Fort Legnica, od 2004 – Port Literacki Wrocław, a od 2016 – Stacja Literatura. Autor programów telewizyjnych w TVP Kultura: Poezjem (2008–2009) i Poeci (2015) oraz filmu Dorzecze Różewicza (2011). Inicjator krajowych i zagranicznych projektów, z których najbardziej znane to: Europejskie Forum Literackie, Komiks wierszem, Krytyk z uczelni, Nakręć wiersz, Nowe głosy z Europy, Piosenki na papierze, Poezja polska od nowa, Pogotowie poetyckie, Połów. Poetyckie debiuty, Szkoła z poezją, Wakacje z kulturą. Wyróżniony m.in. nagrodą Sezonu Wydawniczo-Księgarskiego IKAR za „odwagę wydawania najnowszej poezji i umiejętność docierania z nią różnymi drogami do czytelnika” oraz nagrodą Biblioteki Raczyńskich „za działalność wydawniczą i żarliwą promocję poezji”.