Nie zaawansowana technologia, nie opisy wysoko rozwiniętej nauki i nie futurystyczne opisy sprawiają, że Serce świata jest powieścią, którą można czytać jak science fiction. Można ją tak rozumieć dlatego, że diagnozuje otaczającą nas rzeczywistość poprzez naświetlenie kilku bodaj najważniejszych trendów bądź zjawisk, z którymi zmagamy się obecnie w świecie zachodnim i których nasilenie nie ma precedensu. To sojusz kapitalizmu i technologii oraz kryzys zdrowia psychicznego. Naświetlenie to w pewnym sensie nie nowe (jeśli komuś przychodzi na myśl znakomity serial Mr Robot, to faktycznie pozostaje on w tej kwestii wzorem niedoścignionym), ale zostało tu zrealizowane nie tylko sprawnie i z ważną aktualizacją.
Akcja powieści dzieje się już to w teraźniejszości, już to w niedalekiej przyszłości, nie ma to zresztą strategicznego znaczenia dla jej odczytania. Protagonista jest dyplomowanym literaturoznawcą, a jego praca polega na redagowaniu tekstów na zlecenia, które odbiera za pośrednictwem portalu Easyjobs – jest więc typowym znerwicowanym prekariuszem ery postpandemicznej, zatopionym w cyfrowym spleenie. Serce świata przynosi sporo opisów, ale też kilka fragmentów wprost opisujących ekonomiczny krajobraz. Wskutek wydarzeń o skali globalnej, lub – mówiąc językiem Timothy’ego Mortona – oddziaływania hiperobiektów, kapitalizm automatycznie się przeformułował, żywiąc się, zgodnie ze swoją logiką, kolejnymi załamaniami: kryzysem klimatycznym i pandemią COVD-19. W efekcie stopniowo wygaszano socjalne zaplecze. Zobaczmy:
Przyszłość okazała się jednak wielkim bałaganem i niewielu ludzi przewidziało ekokapitalizm, do którego dzisiaj przyznawała się większość partii. Kapitalizm niedostatku, jak go nazywali ekonomiści. Pandemie też nie podkopały globalnego kapitalizmu. (…) Ze zmianami klimatycznymi dało się żyć – w zamożnej części świata – i wyglądało na to, że można uniknąć najgorszych scenariuszy globalnego ocieplenia, ale podczas prób niwelowania jego efektów tylko rosły nierówności (Serce świata, s. 121–122).
Tak, samotność i brak kontaktu fizycznego. Moje życie nadal najbardziej ze wszystkiego przypominało kwarantannę. Podczas pandemii wokół izolacji była przynajmniej jakaś wspólnota. Izolacja przyszła z zewnątrz i została nam wszystkim narzucona, trzymaliśmy się razem, zachowując dystans i te inne sprawy. Natomiast moja izolacja była stworzona przeze mnie. Ale czy na pewno? Czy nie stało się to po prostu samo? Czy to nie pandemie ją spowodowały? (…) Po zdobyciu wykształcenia pracowałem tylko z domu, jak wielu innych ludzi. Biura stały się luksusem (…) firmy, jak i instytucje publiczne oszczędzały miliony na czynszu (Serce świata, s. 37–38).
Tym samym jednak nadal postępuje demontowanie państwa opiekuńczego i wyraźnie narastają nierówności. W tym nowym systemie gospodarczym rośnie też liczba ludzi niepotrzebnych, ale państwo nie może tak samo jak przedtem po prostu dawać im pieniędzy do skonsumowania (Serce świata, s. 71).
Brzmi znajomo? Ano właśnie! Powieść expressis verbis mówi o zapętleniu kryzysów, z którymi zmagamy się na początku XXI wieku: zachłanność kapitalizmu wygenerowała kryzys klimatyczny, pandemię i w efekcie izolację. Następnie bezosobowy kapitał zaczął rozwiązywać problemy, które sam stworzył, a rozwiązania te służą (służyć będą) głównie kapitałowi. Krytyka współczesności, zwłaszcza w czasach, w których niezwykle trudno jest wybiegać w przyszłość, to jedno z najważniejszych zadań science fiction.
Nasz zdalnie pracujący prekariusz trafia w końcu na intratne zlecenie, do którego siada z pasją i zaangażowaniem: ma zredagować powieść. Tekst odnosi medialny i ekonomiczny sukces, niebawem więc otrzymuje zlecenie na napisanie części drugiej. Tak, to oczywiste: pierwszy tekst wygenerowało AI, a nasz zdolny literaturoznawca miał go zhumanizować. Czas na krótką dygresję.
W polskiej prozie zaczęło się w roku 1965, kiedy w tomie Cyberiada ukazała się Wyprawa pierwsza A, czyli Elektrybałt Trurla, bo – jak zwykle w takich kwestiach – Stanisław Lem był pierwszy. Trurl „(…) postanowił wybudować maszynę, która będzie pisała wiersze” (s. 200), i zabrał się do tego metodycznie, stworzył więc symulację dziejów ludzkości, ta wszak jest softwarem, wgranym w umysł poety i niezbędnym do tworzenia literatury. Elektrybałt zaczął w końcu tworzyć teksty, jednak niezbyt zrozumiałe (albo inaczej: zrozumiałe tylko pod pewnymi warunkami): „Trzy, samołóż wywiorstne, gręzacz tęci wzdyżmy,/ Apelajda sękliwa borowajkę kuci” (s. 207), a to wszystko ku uciesze złośliwego Klapaucjusza. Po serii poprawek cyfrowy poeta osiągnął w końcu nie-ludzkie mistrzostwo, także w zakresie poezji awangardowej, i w efekcie „(…) doszedł do takiej wprawy, że jednym drugim sonetem zwalał z nóg zasłużonego wieszcza” (s. 212), i poeci – niczym luddyści – zaczęli Elektrybałta atakować. Trurla ostatecznie pokonał rachunek za prąd (serio!), więc postanowił wysłać swoje „AI” w kosmos, gdzie zaanektowany przez władcę z sąsiedniego systemu gwiezdnego został „(…) lirycznym motorem gromady gwiazd wybuchających” (s. 215). Lem, wobec kierunków rozwoju technologii ostrożny, żeby nie powiedzieć sceptyczny, na kilkunastu stronach, w zamaskowany stylizacją sposób, pokazuje taką ścieżkę rozwoju AI, jaką mutatis mutandis obserwujemy dziś, na początku trzeciej dekady XXI wieku (a robi to – przypomnę – w połowie lat sześćdziesiątych wieku XX!). Mamy więc wpierw gargantuiczne konstrukcje, potem nieudane eksperymenty (obśmiewane przez ignorantów), następnie ataki luddystów (odzywa się tu poczucie bycia zastępowalnym), i w końcu konstrukcję na skalę kosmiczną (to, być może, dopiero w przyszłości, lub – na wszelki wypadek – do doczytania w Golemie XIV).
W Sercu świata jesteśmy na takim etapie, że AI już działa, ale wciąż jeszcze potrzebuje człowieka do humanizowania generowanych przez siebie tekstów, i – prawdopodobnie – nikogo to już nie dziwi. Czyli w takim momencie, jakim znajdujemy się dziś. Co stanie się w powieści dalej, jest już spekulacją autora. Ale czy na pewno?
Viggo Bjerring bawi się konwencją SF. Używa słynnych słów Arthura C. Clarke’a jako motta jednego z rozdziałów: „Any sufficiently advanced technology is indistinguishable from magic”. Komentować można je afirmatywnie (technologia urzeczywistnia najbardziej wymyślne marzenia ludzkości) lub krytycznie (niewystarczający stan wiedzy sprawia, że to, co naukowo wyjaśnialne, traktujemy jak cudowne), a więc zasadniczo gra polega tu na oscylowaniu wokół tezy o zaczarowywaniu i odczarowywaniu świata, czyli to (jałowy w istocie) spór o model epistemiczny, a więc (odwołując się do pierwszego z wieszczów) czy poznawać „szkiełkiem i okiem”, czy „czuciem i wiarą”. Teksty takie jak Serce świata uaktualniają ten problem w kontekście zagadnień istotnych dla wieku XXI. Czy rzeczywistość, którą widzę/czuję to prawdziwa rzeczywistość? Czy rzeczywistość podsuwana mi przez coś zewnętrznego, jakiegoś kartezjańskiego „złośliwego demona” bądź software superkomputera? A może (to trzecia opcja) zawodzi mnie mój własny umysł? Jak umysł pogrążonego w paranoi bohatera Materaca, innego znakomitego opowiadania Stanisława Lema. Jego bohater, siedząc w więziennej celi, zadawał sobie pytania: „Ale czy na pewno?”, „Ale czy naprawdę?” No właśnie: symulacja to czy nie? Zawodzi rzeczywistość, czy moje zmysły? Podobne pytania zadaje sobie bohater Serca świata, kiedy obserwuje rozpadający się na jego oczach świat.
Druga zabawa Bjerringa to gra „hipotezą symulacji” Nicka Bostroma, w której szwedzki filozof sprytnie (nie)dowodzi za pomocą trylematu i rachunku prawdopodobieństwa (i kilku wątpliwych założeń – jak mówią jego krytycy, ale mniejsza o to), że żyjemy w symulacji. Otóż jeśli jakaś cywilizacja osiągnie taki poziom technologicznego zaawansowania, że będzie w stanie stworzyć symulowane światy, i jeśli (pomimo wątpliwości o charakterze, na przykład, etycznym) zdecyduje się tego dokonać, to istot funkcjonujących w takich światach będzie statystycznie znacznie więcej niż ludzi żyjących poza nimi. Zatem – jak mówi jeden z bohaterów Serca świata – żyjemy w symulacji! I ma na to dowody. Problem, czyli interpretacyjna furtka, zasadza się na tym, że nie są to dowody przekonujące. Glitche rzeczywistości, lub symulacji rzeczywistości, z którymi zmaga się bohater powieści, można wyjaśnić za pomocą oddziaływania zjednoczonych w wysiłkach technologii i kapitału, ale Serce świata nie jest w tej kwestii jednoznaczne, pozostawia czytelnika z niedopowiedzeniem.
To wszystko sprawia, że Serce świata jest powieścią mocno – w rozumieniu brytyjskiego filozofa Marka Fishera – dziwaczną (weird). Otóż – żeby przypomnieć krótko – kapitalizm działa osobliwie (eerie), bezosobowo, abstrakcyjnie, ale jednocześnie (a także dzięki temu) w zasadniczy sposób kształtuje nasze życie. W efekcie funkcjonujemy w ramach „realizmu kapitalistycznego”, czyli przekonania, że kapitalizm jest jedynym sensownym porządkiem świata i nie bardzo da się wyobrazić inny. (Pomijam, że się da.) W ponowoczesnej estetyce weird ta kapitalistyczna rzeczywistość pęka pod naporem zewnętrza, a jej powłoka, jakby szklana kopuła, zaczyna przepuszczać kuriozalne, groteskowe, dziwaczne właśnie, „przecieki” pochodzące z jakiegoś innego porządku (vide: Magiczna rana Doroty Masłowskiej). W Sercu świata dzieje się właśnie tak: główny bohater zaczyna dostrzegać glitche rzeczywistości, korzysta więc z usług terapeuty. Ale czy słusznie?
Serce świata nawołuje do zadawania pytań: czemu nasza rzeczywistość jest dziwna? Bo coś przecieka przez ochronne powłoki realizmu kapitalistycznego? Bo coś z naszymi umysłami jest nie tak? Rozumiem tę powieść jednak w ten sposób, że technologia jest tu pretekstem, jest metaforą kapitalizmu: nie w technologicznej rzeczywistości żyje nasz bohater, a w kapitalistycznej. A wszelkie symulacje nie lubią, kiedy uwięzieni w niej zyskują świadomość. Ale czy na pewno?
Źródła cytatów:
S. Lem, Cyberiada, wyd. IV, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1978.