debaty / ankiety i podsumowania

Wspólnota jako praktyka uczestnictwa

Maria Deskur

Głos Marii Deskur w debacie „RazemOsobno: Czy jeszcze się słyszymy?”.

strona debaty

On natchnio­ny i mło­dy był
Ich nie poli­czył­by nikt
On im doda­wał pie­śnią sił
Śpie­wał, że bli­sko już świt

Kil­ka dni temu, ku swo­je­mu zasko­cze­niu, odśpie­wa­łam wraz z tłu­mem ludzi (pierw­szy raz od ponad ćwierć­wie­cza) „Mury”. To było zakoń­cze­nie poru­sza­ją­cej impre­zy mało­pol­skie­go Sto­wa­rzy­sze­nia Sieć Soli­dar­no­ści, któ­re przy­zna­je meda­le „Dzię­ku­je­my za wol­ność”. Śpie­wa­łam „Mury” i myśla­łam, jak nie­sły­cha­ny to jest tekst, jak strasz­nie aktu­al­ny, praw­dzi­wie natchnio­ny, powie­dzia­ło­by się.

Jako nasto­lat­ka w „Murach” sły­sza­łam wyłącz­nie ele­ment „razem”. Widzia­łam poetę, któ­ry doda­je sił, jed­no­czy, two­rzy nadzie­ję, czu­łam się czę­ścią wspól­no­ty, któ­ra prze­ciw­sta­wia się złu, któ­ra prze­ży­wa tę posta­wę bar­dzo nama­cal­nie „razem”, choć nie wią­za­ło się to koniecz­nie z fizycz­no­ścią mani­fe­sta­cji. Siła tego oddzia­ły­wa­nia pocho­dzi­ła z same­go tek­stu i melo­dii, ale na pew­no też ze wspól­no­ty jego prze­ży­wa­nia, z tego, że nawet jeśli nie zawsze śpie­wa­li­śmy razem, to wie­dzie­li­śmy, że inni to śpie­wa­ją, że to nas łączy.

Na tej kan­wie wra­cam do arty­ku­łu, w któ­rym nie­daw­no wyczy­ta­łam, że Dic­ken­sa w XIX w. czy­ta­ło się powszech­nie i wszy­scy go rozu­mie­li, a dziś bada­nia wyka­zu­ją, że ogrom­na część mło­dzie­ży ame­ry­kań­skiej nie rozu­mie począt­ku Klu­bu Pic­kwic­ka. Ten obra­zek jest dla mnie zbyt pro­sty.

Doświad­cze­nie wspól­ne?

Oko­ło 1840 roku ofi­cjal­ne dane dla Anglii i Walii wska­zy­wa­ły, że 67% męż­czyzn i 51% kobiet potra­fi­ło się pod­pi­sać, zamiast wsta­wić X na akcie małżeństwa[1]. Czy­li coś oko­ło 30% męż­czyzn i ok. 50% kobiet w ogó­le nie potra­fi­ła czy­tać i pisać (oczy­wi­ście umie­jęt­ność pod­pi­sa­nia się jest poszla­ką jedy­nie, ale uznaj­my, że na niniej­szy uży­tek wystar­cza­ją­cą). Jeśli przyj­mie­my zatem, że oko­ło 40% popu­la­cji nie mia­ło w ogó­le dostę­pu do języ­ka pisa­ne­go, to raczej nie moż­na wnio­sko­wać, że cała popu­la­cja zachły­sty­wa­ła się humo­rem, inte­li­gen­cją i niu­an­sa­mi Dic­ken­sa.

Ostat­ni odci­nek Klu­bu Pic­kwic­ka sprze­dał się w 40 tysią­cach egzem­pla­rzy, ostat­ni odci­nek Maga­zy­nu oso­bli­wo­ści w 70 tysią­cach. To są nakła­dy, któ­re impo­nu­ją nam dziś oczy­wi­ście nie­zmier­nie, ale potrze­bu­ję tak­że to zoba­czyć w kon­tek­ście.

W poło­wie dzie­więt­na­ste­go wie­ku w Wiel­kiej Bry­ta­nii uka­zy­wa­ło się śred­nio 7 nowych tytu­łów dziennie[2]. W 2023 roku według Nie­lse­na uka­za­ło się tam śred­nio 485 tytu­łów dzien­nie. To jest 70 razy wię­cej tytu­łów do wybo­ru.

W Pol­sce uka­zu­je się zna­czą­co mniej nowo­ści, ale też bar­dzo dużo. Opie­ra­jąc się na danych z Biblio­te­ki Naro­do­wej oraz Nie­lsen Pol­ska wie­my, że jako czy­tel­ni­cy mamy do wybo­ru cir­ca 100 – 130 nowych tytu­łów dzien­nie.

I ten obraz (set­ki, czy wręcz kil­ku­set, zamiast kil­ku nowych tytu­łów dzien­nie do wybo­ru) w zesta­wie­niu z poko­le­nio­wym doświad­cze­niem czy­tel­ni­ków Klu­bu Pic­kwic­ka, Poto­pu, a i kolej­nych, łącz­nie z moim, któ­re śpie­wa­ło „Mury” (i czy­ta­ło Znie­wo­lo­ny Umysł, My, dzie­ci z dwor­ca ZOO czy inne, któ­re wspo­mi­na­my jako lek­tu­ry kul­to­we), wyświe­tla mi się jako kon­tekst, kie­dy pró­bu­ję odpo­wie­dzieć na pyta­nie Artu­ra Bursz­ty – czy lite­ra­tu­ra two­rzy jesz­cze wspól­no­tę?

Stwier­dze­nie, że żyje­my w cza­sach ogrom­nej pro­duk­cji (czy wręcz nad­pro­duk­cji) tre­ści nie jest prze­cież w żaden spo­sób dowo­dem na to, że nie ma tre­ści, któ­re by łączy­ły bar­dzo wie­lu i wie­le z nas.

Nadal uka­zu­ją się książ­ki, któ­re sta­ją się kul­to­we – dla jed­nych będzie to Nadzie­ja w mro­ku Rebe­ki Sol­nit, dla innych Har­ry Pot­ter, może tro­chę zapo­mnia­ny dziś Zmierzch, a może Król Twar­do­cha, może Pięć­dzie­siąt twa­rzy Greya… – żeby wziąć przy­kła­dy z bar­dzo róż­nych półek. Ostat­nia część Pot­te­ra sprze­da­ła się pierw­sze­go dnia w UK w ponad 2,6 mln egzem­pla­rzy, co po uwzględ­nie­niu róż­ni­cy wiel­ko­ści popu­la­cji mię­dzy cza­sa­mi Row­ling i Dic­ken­sa jest nadal wyni­kiem pięt­na­ście razy lep­szym od jego Maga­zy­nu oso­bli­wo­ści.

W poło­wie XIX w. 40% popu­la­cji Wiel­kiej Bry­ta­nii było anal­fa­be­ta­mi, w dwu­dzie­sto­le­ciu mię­dzy­wo­jen­nym w Pol­sce było to ponad 20% popu­la­cji. Ale dla pozo­sta­łych, czy­li oby­wa­te­li czy­ta­ją­cych w owych spo­łe­czeń­stwach, Klub Pic­kwic­ka i Potop były z pew­no­ścią potęż­nym doświad­cze­niem wspól­no­to­wym i poko­le­nio­wym. Wań­ko­wicz cudow­nie opi­sał histe­rycz­ną modę na czy­ta­nie i odpy­ty­wa­nie się wza­jem­ne z Poto­pu. Całe fra­zy Sien­kie­wi­cza weszły na poko­le­nia do języ­ka potocz­ne­go. Do pew­ne­go stop­nia jest to porów­ny­wal­ne do nie­daw­nej „pot­te­ro­ma­nii”. 

Dziś, jeśli czy­ta­my (bo prze­cież bli­sko 60% popu­la­cji Pol­ski nie się­ga po książ­kę w ogó­le), to oprócz poja­wia­ją­cych się co jakiś czas „mega­hi­tów”, mamy fak­tycz­nie zna­czą­co więk­szy wybór niż kie­dyś: może­my znać wymie­nio­nych już Sol­nit, Twar­do­cha, Mey­er, czy autor­kę 50 twa­rzy lub jesz­cze tysią­ce innych, choć z oczy­wi­stych powo­dów nie czy­ta­my ich wszyst­kich. Ludzie czy­ta­ją­cy Tokar­czuk nie muszą, ale prze­cież mogą być rów­no­le­gle czy­tel­ni­ka­mi Mey­er.

Na mar­gi­ne­sie odno­tuj­my, że dziś może­my część z tych tek­stów też obej­rzeć w for­mie fil­mu czy spek­ta­klu lub wysłu­chać jako audio, co przy­czy­nia się dodat­ko­wo do uwspól­nia­nia kodów, prze­żyć, tema­tów – ale w ten obszar już jed­nak nie wcho­dzę, pochy­lam się nad innym aspek­tem.

Roz­wa­ża­jąc wspól­no­to-twór­czą rolę lite­ra­tu­ry, zasta­na­wiam się, czy oprócz same­go wybo­ru czy­tel­ni­cze­go (tego co czy­ta­my i o czym dys­ku­tu­je­my) spra­wą fun­da­men­tal­ną, two­rzą­cą być może zde­cy­do­wa­nie potęż­niej­sze rowy we wspól­no­cie, nie jest posta­wa pod­sta­wo­wa: a mia­no­wi­cie, czy w ogó­le czy­ta­my.

Wspól­no­ta wewnętrz­nie sple­cio­na

Bo ludzie regu­lar­nie czy­ta­ją­cy książ­ki – cze­go­kol­wiek by nie czy­ta­li (i tu, świa­do­ma tego, co piszę, uży­wam jed­nak sło­wa „cze­go­kol­wiek”), to ludzie, któ­rzy tą wła­śnie aktyw­no­ścią ćwi­czą swój mózg, pozy­sku­ją pew­ne kody kul­tu­ro­we, języ­ko­we, skła­dnio­we, wie­dzę, zdo­by­wa­ją kom­pe­ten­cje for­mu­ło­wa­nia myśli, ubie­ra­nia ich w zda­nia i argu­men­ta­cję, wal­ki o swo­je sta­no­wi­sko. Dostrze­gam pewien para­doks. Wyda­je się nam, iż jeste­śmy naj­da­lej od tego dru­gie­go ple­mie­nia, tych innych, któ­rzy czy­ta­ją nie to, co my uwa­ża­my za dobre, tyl­ko coś inne­go (i to dzia­ła w obie/wszystkie stro­ny), któ­rzy wal­czą o te swo­je lek­tu­ry i war­to­ści, z któ­ry­mi się ście­ra­my i któ­rzy są iry­tu­ją­cy w stop­niu dopro­wa­dza­ją­cym nas do osten­ta­cyj­ne­go wyrzu­ca­nia ich ze zna­jo­mych na takim czy innym medium spo­łecz­no­ścio­wym. A prze­cież to są ludzie, któ­rzy nas roz­sier­dzi­li, ponie­waż wła­śnie weszli z nami w deba­tę, bo mają kom­pe­ten­cje języ­ko­we, by to zro­bić, bo nasze losy splo­tły się z nimi we wspól­no­cie języ­ka i komu­ni­ka­cji. Czy­ta­ją co inne­go, mają boha­te­rów, któ­rzy nam zde­cy­do­wa­nie nie odpo­wia­da­ją, mamy wra­że­nie, że mówią „innym języ­kiem” ale czyż nasze z nimi star­cia nie są dowo­dem na to, że wła­śnie z nimi jeste­śmy – mimo wszyst­ko – we wspól­no­cie, wewnątrz któ­rej deba­tu­je­my, wal­cząc o poglą­dy, gusta lite­rac­kie, wybo­ry, oce­ny?

Aż zoba­czy­li ilu ich
Poczu­li siłę i czas
I z pie­śnią, że już bli­sko świt
Szli uli­ca­mi miast

Zwa­la­li pomni­ki i rwa­li bruk
„Ten z nami, ten prze­ciw nam!”
„Kto sam ten nasz naj­gor­szy wróg!”
A śpie­wak wła­śnie był sam.

Marc Lam­bert, mój kole­ga po fachu, szef Scot­tish Book Trust, opo­wie­dział mi histo­rię, któ­ra zosta­nie we mnie na zawsze. Jego orga­ni­za­cja pra­cu­je w wię­zie­niach i jeden z osa­dzo­nych powie­dział do nie­go tak: „Wiesz Marc, dzię­ki Wam czy­tam i uczę się słów, znam ich coraz wię­cej. Gdy­bym znał te wszyst­kie sło­wa wcze­śniej, nie sie­dział­bym dziś. Wcho­dzi­łem w bój­ki, ponie­waż nie potra­fi­łem wyra­zić tego, co czu­łem i cze­go potrze­bo­wa­łem, nie zna­łem słów, któ­re są do tego potrzeb­ne. Atak fizycz­ny był dla mnie jedy­nym spo­so­bem wyra­ża­nia sie­bie”. Piszę te sło­wa i – choć je znam – nadal się trzę­sę – ze współ­czu­cia i z obu­rze­nia.

Dla­cze­go jako spo­łe­czeń­stwa tak dosko­na­le roz­wi­nię­te, spo­łe­czeń­stwa, któ­re oto­czo­ne są bogac­twem, wie­żow­ca­mi, tech­no­lo­gią i nie wiem czym jesz­cze, nadal nie potra­fi­my dopiąć tej pro­stej rze­czy i wes­przeć każ­de dziec­ko bez wyjąt­ku, by je wypo­sa­żyć w kom­pe­ten­cje języ­ko­we w stop­niu wystar­cza­ją­cym do pra­wi­dło­we­go funk­cjo­no­wa­nia w spo­łecz­no­ści?!

Czy­tam od nowa tekst „Murów” i widzę w nim zupeł­nie inne tre­ści niż daw­niej. Widzę ludzi pozo­sta­wio­nych samych sobie, ludzi, któ­rych jako spo­łecz­ność nie wspar­li­śmy, któ­rych zigno­ro­wa­li­śmy w pogo­ni za swo­imi spra­wa­mi, jaki­miś mira­ża­mi roz­wo­ju. Jest ich nawet dużo, „zoba­czy­li ilu ich…”, ale nie sta­li się wspól­no­tą, któ­ra coś razem budu­je, oba­la­jąc podzia­ły, „poczu­li siłę”, ale nie weszli w deba­tę, nie zaan­ga­żo­wa­li się w pro­ces ście­ra­nia się poglą­dów, gustów lite­rac­kich, wal­ki o lek­tu­ry, „zwa­la­li pomni­ki, rwa­li bruk”.

A mury rosły, rosły, rosły
Łań­cuch koły­sał się u nóg

 Prze­sta­ję wiel­bić moją kul­to­wą pieśń mło­do­ści, choć dostrze­gam strasz­li­wą praw­dę tego obra­zu. Spo­łe­czeń­stwo nie­zau­wa­ża­ją­ce osób, któ­re potrze­bu­ją wspar­cia, nie­dba­ją­ce o budo­wa­nie praw­dzi­wej pod­mio­to­wo­ści każ­de­go i każ­dej ze swo­ich miesz­kań­ców, to spo­łe­czeń­stwo, któ­re samo two­rzy fun­da­men­ty murów i któ­re następ­nie dzi­wi się, że one rosną.

Oczy­wi­ście świa­do­mość tego, jak kry­tycz­nie waż­ne dla naszych moż­li­wo­ści budo­wa­nia wspól­no­ty i uczest­ni­cze­nia w niej są kom­pe­ten­cje języ­ko­we – jest dość świe­ża. Abso­lut­nie nie jest moją inten­cją kry­ty­ko­wa­nie poprzed­nich poko­leń, to my jeste­śmy poko­le­niem, któ­re już tę wie­dzę ma i któ­re­go zada­niem jest odpo­wied­nio zare­ago­wać. Nie kry­ty­ku­je­my leka­rzy rekla­mu­ją­cych papie­ro­sy w latach sześć­dzie­sią­tych dwu­dzie­ste­go wie­ku, ale lekarz, któ­ry robił­by to dziś, pew­nie stra­cił­by pra­wo do wyko­ny­wa­nia zawo­du.

Wspól­no­ta włą­cza­ją­ca

Zmar­ła nie­daw­no Dol­ly Par­ton stwo­rzy­ła w 1995 roku Dol­ly Par­ton Ima­gi­na­tion Libra­ry i od tego cza­su roz­da­ła 330 milio­nów ksią­żek. Mówi­ła wie­lo­krot­nie, że inspi­ra­cją do tego dzia­ła­nia był jej wspa­nia­ły i bar­dzo inte­li­gent­ny ojciec, któ­ry nie potra­fił czy­tać ani pisać. Uwa­ża­ła, że mógł­by osią­gnąć dużo wię­cej, gdy­by ktoś mu dał książ­ki w dzie­ciń­stwie. A on jej mówił, że jej dzia­łal­ność pro­czy­tel­ni­cza jest dużo waż­niej­sza niż jej karie­ra kró­lo­wej muzy­ki coun­try. Par­ton była feno­me­nem trud­nym do opi­sa­nia; jako jed­na z nie­wie­lu połą­czy­ła Ame­ry­kę ponad podzia­ła­mi, a jej wpływ na przy­bli­ża­nie się reali­za­cji postu­la­tu o wspól­no­cie, któ­ra niko­go nie pozo­sta­wia poza swo­im krę­giem, był nama­cal­ny.

Opo­wieść o więź­niu dostrze­ga­ją­cym zwią­zek przy­czy­no­wo-skut­ko­wy mię­dzy swo­im funk­cjo­nal­nym anal­fa­be­ty­zmem a osa­dze­niem nie stoi w sprzecz­no­ści z obra­zem bar­dzo inte­li­gent­ne­go i dobrze funk­cjo­nu­ją­ce­go anal­fa­be­ty, ojca Dol­ly Par­ton. Pierw­szy jest ilu­stra­cją tego, co widać w sta­ty­sty­kach (że oso­by nie­czy­ta­ją­ce czę­ściej tra­fia­ją do wię­zień niż czy­ta­ją­cy), dru­gi jest genial­nym przy­kła­dem oso­by wymy­ka­ją­cej się sta­ty­sty­kom, któ­ra stwo­rzy­ła wspa­nia­łą wspól­no­tę rodzin­ną, pozo­sta­jąc poza obie­giem lite­ra­tu­ry pisa­nej („pisa­nej”, bo nie wie­my, jak funk­cjo­no­wa­ła opo­wieść prze­ka­zy­wa­na ust­nie w tej rodzi­nie, gdzie Dol­ly była jed­ną z dwa­na­ścior­ga rodzeń­stwa – jest spo­ra szan­sa, że opo­wia­da­li sobie bar­dzo dużo histo­rii i mie­li moc­no roz­wi­nię­te kom­pe­ten­cje języ­ko­wo-komu­ni­ka­cyj­ne…). Sta­ty­sty­ki poka­zu­ją nam, że coś się wyda­rza z takim czy innym praw­do­po­do­bień­stwem, ist­nie­nie przy­pad­ków o tra­jek­to­riach nie­zgod­nych ze sta­ty­sty­ka­mi nie zaprze­cza praw­dzi­wo­ści sta­tyst­ki: ist­nie­nie rudych Pola­ków nie zaprze­cza stwier­dze­niu, że więk­szość za nas ruda nie jest.

A zatem, kom­pe­ten­cje języ­ko­we (z któ­ry­mi się nie rodzi­my, tyl­ko musi­my je zbu­do­wać dzię­ki roz­mo­wie, czy­ta­niu, pisa­niu) to fun­da­ment, bez któ­re­go nie jeste­śmy w sta­nie we wspól­no­cie funk­cjo­no­wać. Czy­ta­nie, roz­mo­wa, śro­do­wi­sko języ­ko­we naj­pierw je wspie­ra, a następ­nie dosko­na­li. To dzię­ki nim potra­fi­my współ­two­rzyć splo­ty debat, któ­ry­mi nasza spo­łecz­ność żyje. Lite­ra­tu­ra sama w sobie two­rzy pew­ne wię­zi już na pozio­mie wspól­no­ty języ­ka i ima­gi­na­rium, ale głę­bo­ka wspól­no­ta two­rzy się w kon­tak­cie: dzię­ki naszym umie­jęt­no­ściom komu­ni­ka­cji (potrze­bu­je­my słów jako narzę­dzia komu­ni­ka­cji) pro­wa­dzi­my deba­ty, w dużej czę­ści sku­pio­ne wokół tek­stów (ich tre­ści, for­my, naszych wra­żeń i prze­żyć wokół nich), wymie­nia­my się myśla­mi, wspól­nie roz­wa­ża­my, two­rzy­my idee i ide­ały, budu­je­my nowe pomy­sły, zaczy­na­my być goto­wi do wcie­la­nia ich w życie, podej­mu­je­my dzia­ła­nia. Lite­ra­tu­ra i powyż­sze pro­ce­sy spo­łecz­ne, któ­re są nie­ja­ko efek­tem jej czy­ta­nia, to jeden z fun­da­men­tów wspól­no­to­wo­ści i warun­ków roz­wo­ju naszej cywi­li­za­cji.

Myślę, że nie tyl­ko stać nas dziś na to, ale że wręcz w naj­le­piej poję­tym inte­re­sie naszej spo­łecz­no­ści (czy będzie nią Pol­ska, czy Euro­pa, czy Mazow­sze, czy jakaś inna spo­łecz­ność, na któ­rą mamy wpływ) leży, by dostrzec tych „pozo­sta­wio­nych samym sobie” i wdro­żyć dzia­ła­nia mają­ce na celu sku­tecz­niej­sze włą­cze­nie ich w sple­cio­ną wspól­no­tę czy­ta­ją­cych.

Wyrwij murom zęby krat

Nie­do­pusz­cza­nie do two­rze­nia się murów to oczy­wi­ście pro­ces, nie da się tego zała­twić jed­nym roz­po­rzą­dze­niem. Mówi­my nie tyl­ko o wdro­że­niu takich czy innych dzia­łań, ale o pew­nej zmia­nie myśle­nia. Z takim celem dzia­ła mię­dzy inny­mi Koali­cja Czy­ta­ją­ca Pol­ska.  Wypra­co­wu­je­my i krok po kro­ku sta­ra­my się wpro­wa­dzać roz­wią­za­nia, któ­re temu słu­żą.

W publi­ka­cji „Czy­ta­ją­ca Szko­ła” sfor­mu­ło­wa­li­śmy postu­lat, by szko­ła sta­wa­ła się eko­sys­te­mem czy­tel­ni­czym, w któ­rym każ­de dziec­ko wcho­dzą­ce do pierw­szej kla­sy z niski­mi kom­pe­ten­cja­mi języ­ko­wy­mi otrzy­my­wa­ło­by wspar­cie: by wyrów­ny­wać jego czy jej szan­se w porów­na­niu do kole­gów z rodzin, gdzie się dużo czy­ta­ło. Zapra­szam tutaj: Czy­ta­ją­ca Szko­ła – Fun­da­cja Powszech­ne­go Czy­ta­nia.

W opu­bli­ko­wa­nej nie­daw­no bro­szu­rze „Czy­ta­ją­ce Pań­stwo” kre­śli­my wizję wspól­no­ty, któ­ra anga­żu­je swo­je bar­dzo róż­no­rod­ne zaso­by na rzecz prze­kształ­ca­nia się w spo­łecz­ność, w któ­rej żad­ne dziec­ko nie zosta­nie bez wspar­cia. Zapra­szam tutaj: Czy­ta­ją­ce Pań­stwo – Fun­da­cja Powszech­ne­go Czy­ta­nia.

Jako Koali­cja Czy­ta­ją­ca Pol­ska wyzna­je­my zasa­dę, że każ­dy i każ­da z nas ma wpływ – czy jeste­śmy samo­rzą­dem w Zabrzu, czy biblio­te­ką w Choszcz­nie, żłob­kiem z Pozna­nia, czy szko­łą w Kato­wi­cach, rodzi­cem z Lubli­na czy fir­mą z Łodzi – skąd­kol­wiek jeste­śmy i gdzie­kol­wiek pra­cu­je­my – może­my mieć wpływ. Lite­ra­tu­ra czy­ta­na i prze­ży­wa­na może naszą wspól­no­tę sca­lać, odna­wiać, oży­wiać i wzbo­ga­cać.

A mury runą, runą, runą
I pogrze­bią sta­ry świat!

W sło­wach Kacz­mar­skie­go na koniec „mury rosły, rosły, rosły”, ale czy­ta­nie lite­ra­tu­ry to nie wdra­ża­nie roz­po­rzą­dzeń. To prze­twa­rza­nie pokar­mu, któ­ry nas wzno­si do pod­mio­to­wo­ści i budu­je spraw­czość naszych wła­snych decy­zji i dzia­łań. Oświe­tla dro­gę, dzię­ki cze­mu sami wybie­ra­my kie­run­ki i może­my wybie­rać dla nasze­go świa­ta inne zakoń­cze­nia.


Przy­pi­sy:
[1] Drew J. The new­spa­per and perio­di­cal mar­ket. In: Led­ger S, Fur­ne­aux H, eds. Char­les Dic­kens in Con­text. Lite­ra­tu­re in Con­text. Cam­brid­ge Uni­ver­si­ty Press; 2011:109–116.
[2] Char­les Kni­ght, The Old Prin­ter and the Modern Press, 1854, https://www.gutenberg.org/ebooks/59966

O AUTORZE

Maria Deskur

Wydawca, ekspertka upowszechniania czytania. Absolwentka romanistyki UJ, Literatury francuskiej na Sorbonie oraz komunikacji społecznej na Université Lumière w Lyonie. Współzałożycielka wydawnictwa Muchomor, współtwórczyni serii „Basia” i „Czytam sobie”, wieloletnia dyrektor zarządzająca wydawnictw: Egmont oraz Burda, współfundatorka i prezeska Fundacji Powszechnego Czytania. Zwyciężczyni konkursu Zwyrtała 2019 na najlepszy pomysł na promocję czytelnictwa za akcję „Książka na receptę. Recepta na sukces”, autorka poradnika upowszechniania czytania Supermoc książek oraz współautorka poradnika Supermoc książek. #TataTeżCzyta, Ashoka Fellow od 2023 roku. Prywatnie – mama czwórki dzieci, rowerzystka.