25/06/14

Absolutyzm i nieważność

Przemysław Rojek

Strona cyklu

Wieża Kurremkarmerruka
autorzy_leksykon_300x300_Rojek
Przemysław Rojek

Urodzony w 1978 roku w Nowym Sączu. Doktor literaturoznawstwa, nauczyciel języka polskiego w Liceum Ogólnokształcącym Zakonu Pijarów, były redaktor w kilku sieciowych przestrzeniach Biura Literackiego. Laureat Nagrody Archiwum Emigracji Biblioteki Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, stypendysta Fundacji na Rzecz Nauki Polskiej. Autor m. in. książki o Aleksandrze Wacie, bloga Bartleby de Angola oraz biBLiotecznego cyklu Wieża Kurremkarmerruka. Mieszka w Krakowie.

Pisząc to, co będę pisać, czuję się dość niezręcznie… Polemizując z tekstem Andrzeja Franaszka Nie wejdziem do królestwa, gdzie poezja czysta (opublikowanym w świątecznym numerze „Gazety Wyborczej” z 21-22 czerwca tego roku) chciałbym pozostać wiernym niewyrażonemu wprost przez autora imperatywowi, by rozmawiać jak czytelnik z czytelnikiem, by wymienić się naszymi czytelniczymi sympatiami i antypatiami bez nadmiernych teoretycznych autoasekuracji… Z drugiej jednakowoż strony, tak dalece nie wierzę w to, co wydaje mi się równie wyrazistą implikacją nurtującego mnie tekstu (implikacją – jak to z implikacjami bywa – utajoną), a czym jest tęsknota za nigdzie nieusytuowanym, niczym niezmąconym punktem widzenia tego, co literackie i literacko (nie)ważne, że muszę być świadom, iż za moimi słowami kłaść się będzie cień tego, kim jako czytelnik zinstytucjonalizowany jestem: niespełnionym akademikiem, domorosłym i dysponującym cieniuśkim dossier publikacji krytykiem literackim, blogerem hobbystycznym i niepogodzonym z rządzącymi blogosferą regułami gry, nauczycielem języka polskiego, redaktorem Tawerny…

Tak, chciałbym móc skryć się za poręczną formułą, że wyrażanych tu poglądów nie należy utożsamiać z oficjalnym stanowiskiem Tawerny i Biura Literackiego, ale wiedząc, że to nie do końca możliwe, spróbuję się jakoś do tej polemiki ustawić. Więc tak: nie jestem, nie byłem i najpewniej nie będę jednostką w tak zwanym życiu literackim – nie mogę się powoływać na towarzysko-wódczane zażyłości z poetami, bo jako ktoś obdarzony dość pokrętnym zmysłem towarzyskim, koneksji takowych nie posiadam; kiedyś było to dla mnie nawet przyczyną niejakich zgryzot, ale od pewnego czasu zaczynam dostrzegać tegoż stanu plusy, a najgłówniejszym jest możliwość spoglądania na wyżej wzmiankowane życie literackie z pewnego (pozwalam sobie mniemać, że zdrowego) dystansu. Kariery akademickiej nie zrobiłem, bo nie byłem w stanie (ani w ochotności) sprostać zarówno intelektualnym, jak i personalnym tejże kariery wymaganiom. Wiersze pisywałem umiarkowanie żenujące, teksty krytycznoliterackie niewiele lepsze, ale od czasu do czasu ktoś to zechciał – być może omyłkowo – opublikować. Uczenie – mam nadzieję, że choć odrobinę nietuzinkowe – języka polskiego i dana mi przez Artura Bursztę możność nieskrępowanego harcowania po obrzeżach literatury i jej instytucji w połączeniu z prowadzeniem zapewne kompletnie nieczytanego bloga w całości zaspokajają moje ambicje. Doświadczeniem pokoleniowym, kształtującym mnie jako dojrzałego czytelnika, były późnoszczeniackie lektury Świetlickiego, Sosnowskiego, Tkaczyszyna-Dyckiego i jeszcze kilkudziesięciu innych, którzy uświadomili mi, że poezją można gospodarzyć inaczej (nie lepiej ani nie gorzej – po prostu inaczej) niż Różewicz, Miłosz, Herbert i Białoszewski. Obecnie (w pokornym uświadomieniu sobie własnej czytelniczej niewydolności) z wolna docieram do dwóch ważnych momentów czytelniczego oświecenia: że – po pierwsze – jak mnie jakaś książka nuży, to daję sobie z nią spokój; i że – to po wtóre – mój estetyczny kręgosłup nie ucierpi od naprzemiennego czytania Virginii Woolf i Stephena Kinga, podobnie jak zachowuję postawę wyprostowaną słuchając Pearl Jamu zaraz po Toivo Tulevie i oglądając filmy Tarkowskiego w przerwach między przypominaniem sobie odcinków Miasteczka Twin Peaks.

I tu się nie mogę nie zgodzić z zasadniczą tezą tego właśnie przeze mnie czytanego (jak i poprzedniego, zatytułowanego przez redakcję „Gazety Wyborczej” Dlaczego nikt nie lubi nowej poezji?, opublikowanego w świątecznym numerze dziennika z 22-23 marca 2014 roku) artykułu Andrzeja Franaszka, która to teza doskonale współbrzmi z moimi najskrytszymi czytelniczymi intuicjami: każdy tracący czas na brnięcie przez literaturę jest w brnięciu tym absolutnym suwerenem, samodzierżawnym i tyrańskim dyktatorem reguł, na których opiera się gra w literaturę. Czyli – prościej (a może nawet prostacko) rzecz ujmując – każdemu podoba się to, co się podoba, coś kogoś rusza dlatego, że nie rusza go co inne. To podobanie się i ruszanie rozmaicie możemy nazywać, różnie motywować: Andrzej Franaszek przez wszystkie formy gramatyczne odmienia kategorię wzruszenia i oczywiście ma do tego pełne prawo; ja pewnie myślałbym raczej o radości. Pewna moja znajoma mawia, że literatura dobra to taka, przy której czytaniu coś ją łechce pod kolanem, a jedna z uczonych przeze mnie klas ustaliła kiedyś taką oto fenomenalnie wszechstronną (a jednocześnie platońsko binarną) klasyfikację tekstów, które dzielić się mogą jedynie na „dziwne” i „fajne” – i to też jest dobrze. A już  najlepiej tak, jak w znakomitym żarcie, który krążył jakiś czas temu po sieci: że prawdziwy mężczyzna rozpoznaje tylko trzy kolory: fajny, pedalski i ch…owy.

I wszyscy czytamy tak właśnie: wybierając to, co wzruszające, dające radość, łaskoczące w kolano i fajne, a unikając rzeczy dziwnych, pedalskich i ch…owych. A skoro tak, skoro zgadzam się z Andrzejem Franaszkiem co do najgłębszej istoty obu jego tekstów, to z czym w takim razie cała ta polemika?

Nie z merytoryczną zawartością obu tekstów – choć niektóre rzeczy budzą mój głęboki intelektualny sprzeciw: kiedy Andrzej Franaszek (w tekście z marca) pisze, że „ironia jest bronią słabych, tych, którzy klęskę próbują pokryć inteligentną zgryźliwością”, to mam ochotę zapytać (w ślad za polemiką Marcina Sendeckiego, również opublikowaną w „Gazecie Wyborczej”), jakim cudem zdanie takie wygłasza uznany literaturoznawca, któremu przecież powinny być znane – choćby z korpusu podstawowych lektur teoretycznoliterakich – jakiekolwiek wyimki z pism Paula de Mana; gdy stwierdza z kolei (to już szkic czerwcowy), że „twórcza ewolucja samego Wata zmierzała w dużej mierze do przejrzystości i prostoty”, to zastanawiam się, jak do owej rzekomej „przejrzystości i prostoty” mają się rozlewne, encyklopedyczne i (jakżeby inaczej) piętrowo ironiczne utwory, takie jak Ody, Żółw z Oxfordu, Na spacerze, Odjazd Anteusza, Hymn (wszystkie z ostatniej książki poety), czy również pochodzący z późnego okresu jego twórczości Poemat bukoliczny. Nie mam też zamiaru tropić zdumiewających sprzeczności, jakie przecinają tekst Franaszka, choć nijak nie mogę ze sobą uzgodnić, jak można z jednej strony żałować, że „nie ma już panów od poezji”, żal ten motywując apodyktycznym sądem, wedle którego „kultura opiera się na mistrzach, prawodawcach, hierarchii, a nie na demokracji, politycznej poprawności i poszanowaniu wszystkich gustów”, by w chwilę później sugerować, że duża część najnowszej poezji finguje swą komunikacyjną nieprzenikliwość po to jedynie, by łasić się do akademii. Skoro nie akademie wyznaczają hierarchie, za którymi Franaszek tak tęskni (a z którą to tęsknotą w tekście zatytułowanym Lęk przed wpływem rozprawia się w mocnych słowach na swoim tawernianym blogu Tadeusz Pióro) – to kto?… Nie o to jednak mi chodzi – niejakie misjonarskie zacietrzewienie, które nieobce jest także enuncjacjom Franaszka, nie takie nieścisłości usprawiedliwia. I z gustami estetycznymi monografisty Miłosza także dyskutować nie zamierzam – bo ostatecznie co mi tam do tego, że on lubi Łukasza Jarosza, Mariusza Grzebalskiego i Krystynę Dąbrowską, podczas gdy ja cenię sobie (co nie znaczy, że nie raduje mnie również liryka wspomnianej trójki, a raczej dwójki, bo z Dąbrowską, może skutkiem nazbyt pobieżnej lektury, mam solidny kłopot) Marcina Sendeckiego i Darka Foksa, do których twórczości Andrzej Franaszek odnosi się – najdelikatniej ujmując – z pryncypialną pobłażliwością. A że zupełną małostkowością byłoby zwracanie uwagi na to, iż szanowany redaktor w swym drugim tekście postanowił objawić się z łaskawą znajomością tych akurat pisarzy, którzy poprzednio weszli z nim w polemiczne szranki (Sendecki, Julia Fiedorczuk, Miłosz Biedrzycki), więc również i tego nie będę się czepiał. I wreszcie – last but not least – nie piszę tego, co piszę, jako apologeta Biura Literackiego, choć wrogi ironii Franaszek z ironią wcale zgryźliwą pozwala sobie mniemać, że niechęć Coetzee’ego do pewnego nurtu liryki współczesnej bynajmniej nie wynika z tego, że ten ostatni „nie zna zbyt dobrze produkcji wydawniczej oficyny Biuro Literackie”. Wspomniana przez Franaszka oficyna jakoś sobie – mam nadzieję – poradzi również bez mojej apologii, ale że w czasach, gdy ściany obrastają uszami nie gorzej niż pewien krzew w sypialni carskiej, trzeba pewne rzeczy stawiać nadmiernie jasno, więc śpieszę wyprzedzająco donieść, że mój pryncypał ani tego pisanego właśnie przeze mnie tekstu nie zamawiał, ani nic o nim nie wie, ani też nie jestem pewien, czy byłby z niego szczególnie zadowolony. (Na marginesie, żeby dwie polemiczne pieczenie na jednym przysmażyć ogienku: gdybym chciał bronić Biura i jego szefa, to zacząłbym od tego, co na stronie internetowej Wrocławskiej Nagrody Poetyckiej Silesius wypisuje w tekście pod efektownym tytułem Wojaczek – dzieła. Niestety wszystkie Mirosław Spychalski, ale wydaje mi się to nazbyt małe, a może wręcz nikczemne, by honorować to choć jednym polemicznym zdaniem).

Co zatem uwiera mnie w obu – a zwłaszcza w ostatnim – inkryminowanych szkicach? Rzecz dość prosta: Andrzej Franaszek nie tylko staje jako czytelnik po pewnej określonej stronie filozofii uprawiania poezji – on uznaje, że cała reszta nie jest zbyt wiele warta, a zatem (w domyśle) również jej czytelnicy nie są godni miana prawdziwych koneserów prawdziwej poezji. A czymże jest prawdziwa poezja? Sprawa podobnież prosta: to poezja, która komunikuje się ze swoim lektorem, która go wzrusza, która mówi rzeczy istotne i prawdy tego świata dotykające. A która poezja komunikuje, wzrusza, istotowo dotyka świata? Taka, którą za takową uznał Andrzej Franaszek… Nie, nie żartuję – owszem, w mojej symplifikacji brzmi to groteskowo, ale niestety, nie znajduję innej sankcji dla tego, co na poezję prawdziwą namaszcza wybitny biograf wielkiego poety, niż jego prywatny gust. I jeszcze raz: nic mi do tego, co podoba się Franaszkowi – może mu się podobać Szymborska i Dąbrowska, mógłby Rymkiewicz i Ziemianin, jego wola; ale gdy w pozorującym obiektywistyczny dyskurs (w drugim ze swych tekstów tamten pierwszy Andrzej Franaszek śmiało nazywa „diagnozą stanu współczesnej polskiej poezji”), a w istocie będącym po prostu wyłącznie opowieścią o pewnym równoprawnym z innymi sposobie czytania artykule dokonuje się próba niczym nieuzasadnionego uprzywilejowania własnego punktu widzenia – budzi się we mnie gwałtowny sprzeciw. Nie podzielam gustów Franaszka, obca jest mi jego metoda uprawiania krytyki literackiej, nie łączę się z nim w jałowej nostalgii na okoliczność społecznej nieważności poezji, bo z tą nieważnością dawno już się pogodziłem i w niczym ona nie przeszkadza czerpać mi przyjemności ani z czytania, ani z pisania o czytaniu, ani z uczenia czytania innych (a nawet jeszcze gorzej: nieczytająca poezji ziemia Ulro nie zmierza w moim przekonaniu do samozagłady ani odrobinę szybciej od świata rządzonego przez poetów) – i dlatego protestuję, bo opresywność postawy zaprezentowanej w obu tekstach godzi w moją czytelniczą suwerenność. Niewiele dla mnie wynika również – by sięgnąć po przykłady skrajne – z redukcjonistycznie politycznej metodologii czytania Slavoja Žižka i ze strukturalistycznego esencjalizmu młodego Rolanda Barthesa, ale tam mogę się kontrargumentacyjnie oprzeć na pewnym mocnym wywodzie i spróbować przeciwstawić mu własne racje; tymczasem Franaszek żongluje kategoriami skrajnie nieweryfikowalnymi, trudno dyskutowalnymi, które albo można przyjąć na wiarę, albo nie. Kłopot jedynie w tym, że ci niewierzący automatycznie zepchnięci zostają do kategorii nie innych, ale gorszych, takich, którym niedostępne jest niebo prawdy poetyckiego wzruszenia. A to – przepraszam za brutalność porównania – nie różni się niczym od metody dyskusji uprawianej (z powodzeniem niestety) przez Janusza Korwin-Mikkego, gdzie myślący inaczej nie są partnerami w debacie, ale złodziejami, zdrajcami, bolszewikami, lewackimi świniami…

Dowody? Proszę bardzo.

Powiada Franaszek o Aleksandrze Wacie: „[…] czytamy go dziś z poruszeniem nie z powodu wczesnych awangardowych prób, jak «namopaniki» czy poemat «JA z jednej strony i JA z drugiej strony mego mopsożelaznego piecyka», ale dzięki późniejszym, mierzącym się z doświadczeniem bólu klarownym, a chwilami wręcz ascetycznym liniom […].” Przepraszam bardzo – jakie my? Podpisany pod tym wyznaniem Andrzej Franaszek – jasne, nie mam nic przeciwko. Ale mnie na przykład Piecyk porusza nie mniej niż powojenna poezja Wata – choć oczywiście w inny sposób, w inne czytelnicze synapsy mi się wwierca. A może Franaszek ma jakiś argument natury frekwencyjnej, może policzył, że wielbicieli Wierszy śródziemnomorskich jest więcej niż tych Bezrobotnego Lucyfera? Jeśli nawet by tak było (a śmiem wątpić; zbyt wielu poznałem wyznawców młodego Wata zgoła fanatycznych, by dało się ich sprowadzić do nieznaczącej garści miłośników pisarskich kuriozytów – chyba że za takich uznamy również Czesława Miłosza, który o Piecyku miał zdanie dalece bardziej niż aprobatywne), to jak ma się to do przywoływanej tu wcześniej deklaracji niewiary Franaszka w możność demokratycznego stanowienia hierarchii literackich ważności? A skoro tak, to I would prefer not to – nie życzę sobie, by pojedynczy sąd czytelniczy z absolutystyczną dezynwolturą (wzmocnioną – śmiem na bezczelnego twierdzić – jedynie opiniotwórczą rangą „Gazety Wyborczej” i uprzywilejowanym prawodawczym statusem samego Andrzeja Franaszka) awansować do rangi czegoś, co unieważnia inny (mój), równie zasadny. A już na pewno prosiłbym, by nie podpisywać tego per my, wolałbym nie.

Dalej: „duchowa i intelektualna inspiracja, dialog ze społeczeństwem, który był dany choćby Herbertowi, nigdy nie przytrafi się Joannie Mueller”. Po pierwsze: co kryje się pod mgławicowymi pojęciami „duchowej i intelektualnej inspiracji”; prócz tego, że są to koncepty tak niedookreślone, że można nimi szachować każdą heurystyczną odmienność – i nic w tym złego, ale jeśli ktoś chce cokolwiek udowadniać („diagnozować”), to jednak z poszanowania dla ewentualnego dyskutanta powinien starać się używać sformułowań o minimalnym choćby potencjale intersubiektywności. Po drugie: lektura książki eseistycznej Joanny Mueller Powlekać rosnące pozwala sformułować sąd dokładnie odwrotny: dialog ze społeczeństwem (społecznością kobiet w stanie z niczym nieporównywalnym, czyli w ciąży – ewentualnie z ich cokolwiek wrażliwszymi facetami), jaki jest dostępny autorce, nigdy nie przytrafi się Zbigniewowi Herbertowi, który tak bardzo oddał się wzniosłej kontemplacji pryncypiów, że o wielu kwestiach najintymniej ludzkich nie ma absolutnie nic ciekawego do powiedzenia. A może Franaszek zechce wyłączyć kobiety w ciąży ze społeczności czytających? Czy też zacznie przekonywać je, że więcej prawdy o dwuznacznej metafizyce cesarki, skurczów partych, chorób płodu i poronień znajdą w Przesłaniu pana Cogito? Po trzecie wreszcie: skąd Andrzej Franaszek wie, że „nigdy” – czyżby zadekretował już, jak będą wyglądać wszystkie przyszłe książki Joanny Mueller i czy dysponuje transcendentną wiedzą o tym, jakie będą reguły społecznej komunikacji literaturą w przyszłości? Zwłaszcza w tej ostatniej kwestii wydaje mi się, że nie: inaczej nie trwałby tak mocno w obronie dogmatu o uniwersalności Herberta, który z roku na rok okazuje się twórcą coraz bardziej niezrozumiałym bez bardzo mocno doprecyzowanego, doraźnego kontekstu historyczno-politycznego.

I tak dalej – bo choć Andrzej Franaszek lubi powoływać się na wielkie autorytety, to najpierwszym z nich jest właśnie Zbigniew Herbert. A Herbert – jak każdy pisarz wybitny – bywa piekielnie niebezpieczny, zwłaszcza wtedy, gdy zamiast go czytać, zaczyna się weń wierzyć. Andrzejowi Franaszkowi postawa żarliwego wyznawcy zdaje się bliska – dlatego tak mocno reaguje na coś, co wydaje mu się obrazą jego wiary. Herbertowi zaś – w tym przynajmniej wypadku – redaktor i monografista zawdzięcza nade wszystko dogmat o istnieniu jakiejś uniwersalnej estetyki, która usprawiedliwiać ma wszelki rygoryzm (co widać zwłaszcza wtedy, gdy z wielkopańska ocenia on jako udatny ten czy tamten wers bądź utwór, by jednocześnie zanegować całą resztę). Wszyscy wszak pamiętamy słynne zdanie z Potęgi smaku o przydatności nauki o pięknie dla życia… Ale Andrzej Franaszek, który przecież sam powołuje się również na Zygmunta Baumana, powinien też mieć w pamięci to, jak mocno filozof ten w Etyce ponowoczesnej przeciwstawiał się nadmiernemu fetyszyzowaniu postawy estetycznej, która często sankcjonuje symboliczny gwałt na tym, co w jakikolwiek sposób inne. Bo dla Andrzeja Franaszka prawdziwe i wzruszające zdaje się jedynie to, co nie jest – jak w końcówce innego wiersza Herberta – „płaczem kochanków / w małym brudnym hotelu / kiedy świtają tapety”. Ja bym jednak dopominał się w poezji również o prawo bycia właśnie dla tego, co małe i nieważne, co bez poezji skazane byłoby na nieistnienie – nawet jeśli byłaby to ta tak postponowana przez Franaszka językowa nieprzejrzystość, świadectwo tego najbardziej obciążającego egzystencjalnego dramatu, jakim jest niemożność skomunikowania się ze światem. Bo z godnymi poezji prawdą, wzruszeniem i pięknem może i bywa tak, jak w Dlaczego klasycy – ale znacznie częściej chyba wygląda to tak, jak w Hotelu Rzeszów Jacka Dehnela:

Oto temat dla sztuki (niech się Tukidydes
przed nim schowa, wraz z flotą, w skalistej zatoczce) –
płacz kochanków w hotelu. Brudnym, choć nie małym:
dziesięć pięter betonu, kubiki zaduchu,
które stały przez lata nad tą dziurą w ziemi.
Będzie tam centrum czegoś. Nowe i błyszczące.

Ale tych dwóch się nie da wymienić na innych,
skreślić, potem nadpisać, zbudować od podstaw.
I odtąd będą nieśli, osobno, przez życia,
niezwiązane z sobą, tamtych dwóch z hotelu:
zasmarkanych, spuchniętych od łez nastolatków
objętych w kwadratowym, niedomytym oknie,
których starcy (jak z farsy weneckiej) tak długo
rozdzielali, aż w końcu rozdzielili. Będą
szli, jechali, płynęli, lecieli przez lata
z tym zburzonym budynkiem jak z odłamkiem w mięśniu,
bezpowrotni, straceni. Czy przynajmniej jeden
z nich.