18/07/14

List otwarty do Joanny Mueller

Przemysław Rojek

Strona cyklu

Wieża Kurremkarmerruka
autorzy_leksykon_300x300_Rojek
Przemysław Rojek

Urodzony w 1978 roku w Nowym Sączu. Doktor literaturoznawstwa, nauczyciel języka polskiego w Liceum Ogólnokształcącym Zakonu Pijarów, były redaktor w kilku sieciowych przestrzeniach Biura Literackiego. Laureat Nagrody Archiwum Emigracji Biblioteki Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, stypendysta Fundacji na Rzecz Nauki Polskiej. Autor m. in. książki o Aleksandrze Wacie, bloga Bartleby de Angola oraz biBLiotecznego cyklu Wieża Kurremkarmerruka. Mieszka w Krakowie.

Kraków, 1-12 lipca 2014

Droga Joasiu,

dla lepszego efektu powinienem napisać, że jest bardzo późna noc z 1 na 2 lipca 2014 – nie będę jednak ukrywał, że noc nie jest aż taka późna, co ma swoje zalety: jeszcze przed chwilą widziałem, przemykając się na rowerze między ławkami zawłaszczonymi przez lokalne plemiona na rytualne obalanie wakacyjnych browarów, jak niesamowity nów zawisł na tym jedynym w swoim rodzaju późnowieczornym letnim niebie nad kubistyczną granią osiedli w krakowskich Bieńczycach (nie wiem, na ile znasz Kraków, ale tłumaczyć, którą jego część zajmują Bieńczyce, nie ma chyba sensu). Najważniejsze jest jednak to, że wracałem ze szpitala, w którym na drugą już noc została moja żona – z naszym wczoraj urodzonym synem.

Dlaczego o tym piszę właśnie do Ciebie? To chyba jasne: bo jesteś autorką bodaj najlepszej w historii polskiej literatury książki o ciąży (piszę ostrożnie „bodaj najlepszej”, bo jako że nigdy nie widziałem się w roli ojca, więc zupełnie nie interesowałem się tym, kto i co o ciąży napisał). I kiedy tylko przeczytałem Powlekać rosnące (końcem pierwszego trymestru), od razu wiedziałem, że o tych twoich „apokryfach prenatalnych” napiszę. I że zrobię to właśnie teraz. Można przyjąć, że jest to recenzja – ale dlaczego list otwarty? Bo nic innego niż list (taka mnie naszła ostatnio epifania) nie jest w stanie dźwignąć opowieści o wydarzeniu tak intymnym jak ciąża.

Nie ma co ukrywać, że będą to głównie glossy i apendyksy do tego, czego w ciąży nie zrozumiałaś – tak, właśnie Ty, matka trojgu: bo o ile nieprzeniknioną tajemnicą jest to, co dzieje się w mózgu, sercu, duszy i ciele kobiety powlekającej rosnące (Rosnące), o tyle drugą w kolejce do nieprzeniknioności tajemnicą jest mózgowa, duszna, cielesna i sercowa kotłowanina mężczyzny, którego kobieta jest w ciąży. I tak jak żaden facet nigdy nie napisze niczego sensownego o ciążeniu kobiety, tak żadna kobieta nie ma dostępu do tego powlekania drugiego stopnia, które jest udziałem mężczyzny. Nie wiem, czy wiesz, ale w kulturoznawstwie i psychologii istnieje nawet coś takiego, co nazywa się kuwada – chodzi o różne rytuały i praktyki magiczne (do dziś ponoć gdzieniegdzie uprawiane), których celem jest pomóc facetom przejść przez ten czas, na przykład przez teatralne reinscenizowanie przez mężczyzn sceny porodu. Tak o tym wspominam, bo w sumie to nie będę pisał o niczym innym (cały ten wpis miał się początkowo tak właśnie nazywać, syndrom kuwady) – i będzie to mieć formę, podobnie jak w Twojej genialnej (tak, właśnie genialnej: natchnionej przez geniusza czasu i miejsca z niczym nieporównywalnych) książce, olśnień i ich refleksów. Których kreślenie zaczynam właśnie teraz, przy pierwszym od dawna piwie (nieco przenoszona ciąża wymusza abstynencję: bo co by było, gdyby to już, teraz – i potem te nagłówki w pewnej nader opiniotwórczej gazecie codziennej: „Szok! Przemysław Rojek (36 l.), nauczyciel katolickiej szkoły, pijany na sali porodowej!”), wiedząc, że mecz Belgii ze Stanami Zjednoczonymi i tak mogę podglądać tylko jednym rozkojarzonym okiem. Zresztą – męczą się chyba jak potępieńcy, a piwo pewnie za chwilę mnie rozłoży… Tak w ogóle to miałem zacząć pisać już wczoraj, ale wtedy to już naprawdę leciałem na pysk – jakieś, oględnie licząc, trzydzieści osiem godzin na nogach: od niedzielnego popołudnia pierwsze poważniejsze symptomy, wieczorna wizyta w szpitalu, powrót do domu ze wskazaniem, żeby zgłosić się na wysokości wtorku bądź środy, bezsenna noc w towarzyszeniu coraz bardziej nieznośnym skurczom (w czasie coś koło trzech kwadransów drzemki przyśnił mi się Filip Zawada jako wzięty handlarz haszyszu), decyzja o powrocie do szpitala podjęta dokładnie (godzina nie do zapomnienia) o 4:19, potem poród i cały poniedziałek na neonatologii. Zresztą chciało mi się płakać: Rosnącego zostawiliśmy na sali opieki dla noworodków i kiedy wróciłem do domu, prześladowały mnie te jego wielkie, na krótką chwilę rozbudzone, bezbrzeżnie samotne oczy pod bezlitośnie trupim blaskiem jarzeniówek. Czułem się jakbym już teraz, na początku, zdradził swe ojcowskie powołanie – potem przypomniał mi się ten kawałek z Twojej książki, kiedy piszesz o swojej samotnej zimowej nocy w innym szpitalu, tak blisko i (paradoksalnie) tym okrutniej daleko od Twojej Hiperborejki, i zrobiło mi się może nie lżej, ale w każdym razie poczułem, że nie jestem w swoim doświadczeniu sam (miałem oszczędzić Kasi tej mojej refleksji aż do powrotu do domu, ale czuła dokładnie to samo i Rosnący wrócił do niej już o trzeciej rano). Skądinąd zabawne, jak to się wszystko przekłada choćby na żołądek, wczoraj ledwo wmusiłem w siebie po powrocie ohydne ruskie z mrożonki (uratowała je jedynie spora warstwa musztardy rosyjskiej), dziś, przy lepszym nieco nastroju, jeden powiew z osiedlowego KFC (którego mój żołądek na co dzień nie toleruje) wystarczył, by przyprawić mnie o skurcze głodowe.

Reszta kiedy indziej: piwo zrobiło swoje, a jutro – mam nadzieję – całą trójką wrócimy do domu (czeka mnie jeszcze solidne wietrzenie mieszkania z nielegalnego zapachu tytoniu; takie używkowe, fajczano-piwne odciążanie mózgu ojca w okolicach porodu też się chyba zresztą mieści w rytualnej logice kuwady). Może jeszcze popatrzę chwilę na mecz, choć zanosi się na dogrywkę, której już na pewno nie zdzierżę.

[…]

Ten znak opustki u góry to – jak się pewnie domyślasz – przerwa na sen. Wracam do pisania: nie będę już tak mocno tego, co mi się napisze, osadzał w tu i teraz, po prostu podzielę się z Tobą swoimi, wyżej obiecanymi, przypisami do Twojej książki. Umówmy się, że każdy z nich będę rozpoczynał – znów dla lepszego efektu – wielokropkiem (dodatkowo podkreślającym upływ czasu, który teraz zaczyna biec dla mnie w sposób nieporównywany z niczym, co poznałem do tej pory).

…metafizyka szpitalnych nocy. Wreszcie ciemne i wreszcie też puste korytarze, tu i ówdzie salowe wykonują – w jakimś spowolnieniu niczym z Sanatorium pod klepsydrą – ostatnie prace porządkowe, drzemiące dyżurki wypełnione zapachem kawy rozpuszczalnej i jedzenia z fast-foodów. Cała ogromna, architektonicznie odrażająca bryła (najgorszy wybryk czasem skądinąd niezłej myśli budowlanej doby Gierka, rozszalałej w szafowaniu szarościami gumolitu, pilśni, płyty paździerzowej, gipsowo-żelbetowych prefabrykatów, blachy falistej), w której czas wykoślawił każdy jeden kąt prosty – ładnieje. Starte ścierką mroku znika to wszystko, co za dnia czyni polskie szpitale miejscem zdatnym wyłącznie – a i to nie bardzo – do umierania: arogancja personelu, którego szarże rozpoznaje się właśnie po jakości owej arogancji, traktowanie pacjentów bez poszanowania dla minimum choćby prywatności, zbyt wysokie krany z ledwo letnią wodą, posiłki, które skutecznie wydłużają nieśmiałe próby rekonwalescencji; nocą nawet najbardziej pyskata pielęgniarka znajduje czasem wolę, by okazać swą ludzką (a wcale często również anielską) twarz.
Dla mnie jednak szpitalna noc będzie się kojarzyła chyba już na zawsze z podwodnymi dźwiękami zapisu KTG. Chodzi o ten ostatni, z tego szarego poniedziałkowego przedświtu… Jeszcze parę dni wcześniej, podczas rutynowej kontroli, śmialiśmy się z Kasią, że to ustrojstwo to taka „maszyna, która robi ping” z Sensu życia według Monty Pythona – służąca wyłącznie do wypluwania pokreślonej abstrakcyjnymi zygzakami taśmy papieru, z której wróżyć będą położne i lekarki. Teraz – przytulając żonę – patrzę i widzę bezwzględny, nieomylny sens gwałtownej konwulsji dolnego wykresu przy każdym skurczu. Liczę podziałki oznaczające upływ czasu: dwie minuty – igła w górę, trzy minuty – igła w górę, minuta – i w górę, minuta – w górę…

…drażniąca ilość jak najżyczliwszych esemesów, maili, telefonów (z premedytacją nieodbieranych); tak teraz, już po, jak i jeszcze chwilę temu, po terminie, ale jeszcze przed decyzją Błażeja o przejściu na drugą stronę brzucha. Skąd to irytujące wrażenie natręctwa, nachalności? Przecież wszyscy chcą dobrze… Kasia interpretuje to najcelniej: każda i każdy pytający, życzący, wspierający wyrywają nas z tego, co najważniejsze, z trwania w tu i teraz, z wsłuchiwania się w samych siebie. Wszyscy chcą, żeby to już, pocieszają nas na przyszłość – a przyszłość będzie tylko i wyłącznie taka, jak zdecyduje wyrzut hormonów. Jeśli przestaniemy się słuchać, pojawią się żądania, obawy, stres, wzajemne powarkiwania.
W dramatycznej rozmowie z soboty na niedzielę podejmujemy decyzję: nic nie planujemy, nie rozmawiamy o tym, co będzie za dzień i za trzy – tylko (i aż) robimy to, co w tym momencie.
Na pierwsze efekty tego odpuszczenia czekamy zaledwie do niedzielnego popołudnia.
A potem (a właściwie Potem) ma się aż do niepokoju sumienia intensywne wrażenie, że nie jest się w stanie sprostać oczekiwanej na wiadomą okoliczność radości: bo ta radość to na początku skryta jest głęboko pod lękami, nauką karmienia, wycieńczeniem spowodowanym kolejnymi bezsennymi nocami, niedojadaniem (bo czasu mało), nieporadnymi jeszcze próbami przewijania i rozumienia, co może znaczyć ten a nie inny płacz, niewyobrażalnym chaosem, w jaki zmienilo się codzienne życie (jakąż potężną siłą terapeutyczną jest wówczas kuchnia do posprzątania, zmywarka do zapełnienia). No i groteskowe rozkojarzenie: moim prywatnym rekordem jest próba (powstrzymana w ostatniej chwili przez Kasię) rozwieszenia prania na desce do prasowania… Podobno w Indiach jest gdzieś taki zwyczaj, że na drzwiach domu, w którym przebywa matka w połogu, ojciec przybija liść palmowy – i oznacza to, że aż do jego zdjęcia ten dom ma być najsilniejszym tabu, miejscem, którego progu niepodobna przekroczyć. Dokładnie na odwrót – myślę sobie – jak z żałobą, taką na przykład, jaka nakazana jest przez judaizm, gdzie specjalny strój i wygląd żałobnika są dla społeczności wiernych znakiem, że tego kogoś z jego żalem nie wolno pozostawiać w samotności… A u nas wszystko na opak: cierpiących stratę zostawia się samymi sobie, a tym, którzy muszą teraz jak najbardziej wchodzić w siebie, nie daje się ani momentu wytchnienia.

…odkryłem, dlaczego aż tylu facetów studiujących medycynę wybiera specjalizację położniczą: to bynajmniej nie jest oczywisty wybór, a przecież na porodówkach jak Polska długa i szeroka to właśnie panowie zerkają w czerniejące się włoskami główki w pochwach, nacinają krocza, cesarskim gestem wyciągają dzieciaki na świat bezpośrednio z jam brzusznych. Pomińmy powody banalne: bo w korporacjach lekarskich dominuje patriarchat, bo taka jest tradycja rodzinna i tatuś ma prywatny gabinet, bo najważniejsze to zostać lekarzem a specjalizacja jest kwestią drugorzędną, bo jakoś najlepiej szły mi przedmioty podprowadzające w tym kierunku, bo akurat to autentycznie mnie fascynuje. Nie, to wszystko – powtarzam – banały: żaden z nich nie tłumaczy, czemu lekarz-facet, który może (przynajmniej w teorii) na płaszczyźnie doświadczenia dojść do wspólnoty z pacjentem/pacjentką ze złamaną ręką, wadą wzroku, bólem żołądka, sięga tam, gdzie wszelkie ścieżki pełnego zrozumienia są dla niego na zawsze i nieodwołalnie zamknięte.
Moje odkrycie też jest w gruncie rzeczy banałem: to właśnie ta niedostępność jest powodem, dla którego chce się tam być. W polskiej rzeczywistości, z jej bardzo niskim poziomem średniej kultury intelektualnej i z miażdżącą przewagą myślenia magicznego nad racjonalnym, lekarz – pan i władca tego zdrowia, o którym nie od dziś wiadomo, że go należycie nie smakujesz, aż się zepsuje – jest kimś z pogranicza kapłana, czarnoksiężnika i osobowej figuracji naukowości jako takiej. O praktycznych (ekonomicznych zwłaszcza) przywilejach z tego społeczno-kulturowego usytuowania płynących nie ma tu co pisać, bo nie w tym rzecz – chodzi o to, że to właśnie pozaświatowa (z perspektywy męskiego rozumu) prawda porodu jest tym, co najpełniej daje poczucie bycia Faustem, po wyczerpaniu intelektualnych podniet sięgającym za granice dostępnego mu poznania.

…ludowe mądrości związane z ciążą, tak często obśmiewane – a przecież czasem należy słuchać ich pilniej niż sprzecznych głosów lekarskiego establishmentu. Jak przyszła mama ma zdrową cerę, to będzie chłopczyk, bo dziewczynka kradnie matce urodę – a nauka pokornie dopowiada, że owszem, bo produkcja testosteronu w męskim płodzie sprzyja znikaniu wyprysków skórnych u Powlekającej. Nie można przekraczać śpiącej matki w ciąży, bo się dziecko okręci pępowiną – a czy nie bywa czasem tak, że gwałtowne przebudzenia może rzeczywiście sprzyjać niekontrolowanym ruchom i niepożądanym przemieszczeniom w macicy? Szczęściarz w czepku urodzony – a przecież wiemy, że ten czepek z pęcherza płodowego faktycznie znakomicie chroni przed zarazkami właśnie w tym najbardziej krytycznym, traumatycznym momencie narodzin, co ongiś, jak podejrzewam, walnie zwiększało szanse przeżycia tego akurat, w czepku urodzonego malucha. Jak pępek odpadnie, to trzeba opić – i czy nie jest to pozostałość po czasach, gdy odpadnięcie resztek po pępowinie przemywano wysokooktanowym alkoholem?

…w najbardziej nawet hi-tech gabinecie ginekologicznym, pełnym wszelkich „maszyn robiących ping”, zawsze znajdzie się banalne tekturowe kółko z kalendarzem pozwalającym wyliczyć moment ciąży precyzyjniej niż wszystko inne. Biorąc go w ręce czuję, jakbym przenosił się w archaiczny czas wiedźm paktujących z Luną, wielką boginią płodnej kobiecości.

…rytuał i rynek: te dwa słowa najpełniej określają radykalną odmienność bycia w ciąży. Od razu stajesz się targetem i celebransem przymuszonym do odprawiania pewnej liturgii. Sprawa rynku to rzecz jakby bardziej oczywista: wciąga w swoje macki od pierwszej wizyty u ginekologa, na której już od razu zostaliśmy obdarowani pierwszą Firmową pieluszką (ba!, nawet książeczka ciąży – było nie było, część medycznej dokumentacji – też jest Firmowa), aż po opuszczenie szpitala parę dni temu – a to już jest kompletne szaleństwo, ilość gadżetów i ulotek firm kosmetycznych, medycznych, ubezpieczeniowych, żywieniowych, nawet sieci hipermarketów, z nawiązką rekompensuje w plecaku ubytek pieluch; książeczka zdrowia Błażeja wypełniona reklamami nie mniej niż wzięte czasopismo kobiece. Gorzej jest z tym rytuałem – bo nawet z nurtu, który można by nazwać przygotowującym do rodzicielstwa cokolwiek alternatywnego, nie da się wyrugować pewnych niewywracalnych rytualnych gestów obowiązujących faceta w ciąży. Mam więc zadbać o gotowość samochodu na wiadomy moment – a ja, choć posiadam prawo jazdy, kompletnie się z prowadzeniem auta nie znajduję; mam być chłodnym rozumem przeciwstawionym hormonalnemu szaleństwu – a przez sen krzyczę chyba po raz pierwszy od dzieciństwa i zjadam sobie resztki zakamienionego od tytoniu i kawy szkliwa na zębach; mam być wnikliwym i czułym psychologiem – zamiast tego skaczę od czasu do czasu Kasi do oczu z powodów bardziej niż nieistotnych i ewidentnie nie radzę sobie sam ze sobą. Nawet presja na to, by ojciec był obecny w czasie porodu – bo to niby takie naturalne – jest w gruncie rzeczy głęboko antynaturalistycznym, kulturalistycznym rytuałem: wszak od zawsze rodząca przechodziła pod wyłączne władztwo wtajemniczonych (także przez osobiste przejście) gremiów kobiecych… Rytuał, na który ciąża jako fakt kulturowy skazuje faceta, bywa po prostu nieludzki.

…dwa momenty, kiedy teoretyczna i nieuleczalnie wzrokocentryczna świadomość przyszłego ojca (której jeszcze niedostępny jest cielesny związek z dzieckiem) zmienia się w coś cokolwiek bardziej dotykalnego, doświadczeniowego: pulsowanie na ekranie przedpotopowego aparatu do USG cewki, z której rozwijać się będzie serce, i przebieranie, sortowanie, układanie stert ubranek dziecięcych od znajomych (to akurat jest niewątpliwym plusem bycia rodzicem raczej wiekowo dojrzalszym, sytuującym się na końcu kolejki). To pierwsze – i ani myślę wikłać się tu w dyskusje dalece bardziej niż tylko nierozstrzygalne, choć od razu zastrzegam, że daleko mi do integrystycznej jednoznaczności – czyni mnie jeszcze mocniejszym przedstawicielem nurtu prolajferskiego: dla mnie ta migotająca na szaro śnieżącym tle ciemna plama jest już życiem. Drugie uświadamia z pozakonceptualną siłą, że już za chwilę te wszystkie lalczane szmatki wypełnią się ciałem, przedwstępny brak obróci się w swoją własną pełnię.
Dramatyczna odwrotność tego doświadczenia: Jan Kochanowski szukający Urszuli w „nieszczesnym ochędóstwie” z Trenu VII, rozpaczny brak zamiast kwintesencjonalnej pełni.

…lęki o dziecko – nie rozumiałem, jak można sobie nie radzić z tak drobnymi przypadłościami Rosnącego, jak można nie przemówić do samego siebie i siebie przekonać, że ta kwintesencja najbardziej ulotnej kruchości, to życie mierzone zaledwie godzinami i dniami, dysponuje żywotnymi siłami z niczym niedającymi się porównać. Tymczasem nie jestem w stanie myśleć o niczym innym niż o tym, że coś jest nie tak ze ssaniem, że te smółki i mocze mieszczą się w normie nie dość pewnie, że traci na wadze trochę ponad miarę, że nie da się go dobudzić nawet pierwszym szczepieniem, że prawe oko mu ropieje. Odraczam maile i esemesy do rodziny i przyjaciół, bo wydaje mi się – tak, właśnie tak, nie inaczej – że się zadusi resztką wód płodowych, że umrze z pragnienia i głodu, że się zaziębi i też umrze.

…pierwsza noc całą trójką w domu – oczywiście nieprzespana. Płacze przez pół godziny – a mnie, zniecierpliwionego i poirytowanego, już ogarnia pewność, że z sobą w roli ojca pomyliłem się tak bardzo, jak jeszcze nigdy w życiu. Na szczęście jest ten moment, kiedy leżę obok niespokojnie drzemiącej, wciąż jeszcze rozdygotanej po porodzie i szpitalnym początku połogu Kasi, trzymając Błażeja na piersiach… dwie godziny poza przestrzenią i czasem, czuję każdą zmianę jego oddechu, każde uderzenie serca, wprowadzam go do swojej fantazmatycznej macicy. I drugi święty czas, poranek – zasypia nagle na brzegu łóżka, a ja, leżąc obok niego (jeszcze bardziej przy krawędzi), boję się zmienić swoją bardziej niż niewygodną pozycję. Żona naciąga na mnie koc, a ja zapadam w półtoragodzinny sen, krzepiący jak dawno, choć zawsze wydawało mi się, że z lęku o tę kruchość nigdy nie zasnę obok niej nawet na materacu rozmiarów pola golfowego.
No właśnie: przekraczane nie wiadomo jak i kiedy niemożności – zawsze wydawało mi się, że zmiana obsranej pieluchy to najwyższa forma rodzicielskiego heroizmu, a teraz babram się po łokcie w kupie szczęśliwy jak nieboskie stworzenie, że brzuszek pracuje jak należy.

…na sali porodowej, miażdżąc (niby to w ramach nakazanego przez rytuał gestu wsparcia) ramię Kasi, zamieniam się w jedno wielkie oko: widzę jednocześnie podjeżdżający stojak na kroplówkę i kuwetę z innymi złowieszczymi instrumentami, rejestruję na bieżąco skoki spadającego i wyrównującego się tętna Rosnącego-jeszcze-Powleczonego na ekranie KTG, widzę kolejnego wchodzącego do sali lekarza rozkładającego całe to ustrojstwo do pierwszego badania noworodka, nie tracę z oczu brzucha żony, przez który przeciska się Błażej – a i tak nie wiem, w jakim ułamku sekundy na piersiach matki pojawia się obklejona krwią, śluzem i wodami płodowymi gruda roztętnionego życia, która już za chwilę zaczerpnie pierwszy oddech i wyda pierwszy krzyk. Potem – oczywiście – się rozpłakałem.
Podobno tego pierwszego oddechu nigdy nie wypuszcza się z płuc do końca – i aż do śmierci nosimy w sobie powietrze, którego nabraliśmy właśnie wtedy.

Joasiu, będę kończyć. Raz dlatego, że wzywa mnie Rosnący, dwa – bo taką listę mógłbym ciągnąć w nieskończoność (zauważyłem, że często używałem sformułowania „nieporównywalny z niczym”; może to niegramatyczne, ale tak zostanie, bo właśnie owa nieporównywalność, bezprecedensowość usprawiedliwia założoną niedokończoność tego listu).

Pozdrawiam Cię serdecznie od całej naszej trójki,

Przemek

P.S. Twoją książkę powinno się czytać w ciąży najmniej raz na trymestr: to taki reader’s work in progress, którego lektura odwraca się o sto osiemdziesiąt stopni przy każdym kolejnym kroku wiodącym w głąb ciąży, porodu, połogu oraz tego, co potem – czyli co przede mną.

P.P.S. Link do tego listu zamieszczam też na moim drugim blogu, Bartleby de Angola, bo i tam wypadałoby się objawić jako sekundarny Powlekający, a to, co tu napisałem, wyczerpuje – mniej temat, bardziej mnie. Tam też znajdziesz – jeśli oczywiście chcesz – zdjęcie Błażeja (wedle logiki tego, co właśnie kończę pisać, jest chyba jasne, że fotka – takie sobie szczeniackie selfie – będzie z tatą).

Serdeczności,

P.