23/08/14

Niezaufane połączenia

Przemysław Rojek

Strona cyklu

Wieża Kurremkarmerruka
autorzy_leksykon_300x300_Rojek
Przemysław Rojek

Urodzony w 1978 roku w Nowym Sączu. Doktor literaturoznawstwa, nauczyciel języka polskiego w Liceum Ogólnokształcącym Zakonu Pijarów, były redaktor w kilku sieciowych przestrzeniach Biura Literackiego. Laureat Nagrody Archiwum Emigracji Biblioteki Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, stypendysta Fundacji na Rzecz Nauki Polskiej. Autor m. in. książki o Aleksandrze Wacie, bloga Bartleby de Angola oraz biBLiotecznego cyklu Wieża Kurremkarmerruka. Mieszka w Krakowie.

Myślałem, że w wakacje będę miał cokolwiek więcej czasu na pisanie… „Myśleć to ty sobie możesz” – zadecydował mój kilkutygodniowy pierworodny i złapał mnie za prawą rękę dokładnie w chwili, gdy otworzyłem komputer. Oczywiście nie mogę jej (ręki) zabrać – raz dlatego, że nie mogę w ścisłym sensie niemożności, bo skubany ma naprawdę sporo siły, a mocować się z nim nie będę. Dwa – bo jak ją zabiorę, to zaraz się obudzi, a tego z kolei nie chcę. Bardzo nie chcę; ha! w sumie to aż śmieszne, że jeszcze parę tygodni temu wydawało mi się możliwe zrozumieć, jak bardzo można nie chcieć, by taki berbeć się zbudził…
No dobra, ale to tylko tak tytułem wstępu i wyjaśnienia: bo pomysłów na pisanie mam sporo i są to pomysły (jak sobie i dla siebie mniemam) ważne, a możliwości takiego ich tekstowego obrobienia, by miało to sens – ni cholery, więc pomyślałem sobie, że będę tu wrzucał przez parę najbliższych dni takie sobie glossy, przyczynki, marginalia; coś, co mi się pomyślało ostatnio o tym, co mi się czytało. To skądinąd strategia, którą dość lubię – zapisywać swoje ulotne i nad daną książką ulatujące myśli, przynależne tylko tej a nie innej chwili, a potem dopiero posplatać je w większe całości i zobaczyć, co wyjdzie… Wypraktykowałem to pisząc szkic o wyborze wierszy Ryszarda Krynickiego, publikowany w swoim czasie w Przystani – szkic w formie dziennika; i tak się rozochociłem, że czasem roję sobie, iż tak będzie wyglądać moja książka o poezji (summa, której zapewne nigdy nie napiszę), że będzie intymnym dziennikiem czytania różnych ważnych dla mnie pisarzy.
Zabawna historia z tym Krynickim: chciałem sobie teraz sprawdzić, czy ten mój tekst jeszcze gdzieś tam sobie wiruje, ale okazało się, że przy którejś z kolejnych przeprowadzek Biura Literackiego i Przystani w nowe rejony internetu stracił się, przeminął z bajtami. Z jednej – nomen omen – strony oczywiście szkoda, ale nie ma tego złego; próba dotarcia do tamtego kawałka, kwitowana przez moją wyszukiwarkę złowieszczą powiestką, że próbuję uruchomić „niezaufane połączenie”, podsunęła mi tytuł do tego, co właśnie piszę, na który to tytuł nie miałem coś pomysłu.
Tak, właśnie „niezaufane połączenia”: niesprawdzone, intuicyjne, próbne i próbujące opowieści o moich kolizjach z tekstami i kontekstami. Może będą trzy, może trzynaście, może dwadzieścia trzy; będą takie na pięć zdań, takie na piętnaście, ale może i te na pięćdziesiąt pięć też się zdarzą, kto wie? Tymczasem jednak uczyńmy – jak w słynnej instrukcji obsługi swojej nie mniej słynnej Gry w klasy rozporządził tłumaczony przez Zofię Chądzyńską Julio Cortázar – „trzy ozdobne gwiazdki równoznaczne ze słowem «koniec»” i dokładnie tak, jak w wielkiej powieści Argentyńczyka, potraktujmy ten koniec jako właściwy początek.

***

Wśród lekturowych planów na letni czas miałem też nowe, przysposobione przez Adama Pomorskiego, tłumaczenie Biesów Fiodora Michajłowicza. Czytając je teraz właśnie – a raczej pożerając – nie mogę nie zacytować tego, co w debacie Tawerny o książkach na wakacje napisał Wojciech Bonowicz: „Moje najbardziej niezwykłe wakacyjne doświadczenie lekturowe to były Biesy czytane… na plaży w Chorwacji. Okoliczności nie sprzyjały lekturze, a lektura nie sprzyjała okolicznościom. Dookoła wszyscy czytali Dana Browna i Stiega Larssona, słoneczko paliło, a ja strona po stronie brnąłem coraz głębiej w mroki opisane przez Dostojewskiego. Teraz myślę, że niewykluczone, iż to ów kontrast sprawił, że tamta lektura była tak intensywna, tak żarłoczna. Przez długi czas potem nie mogłem czytać niczego, co napisane było prozą. W zestawieniu z Biesami wszystko wydawało mi się powierzchowne i nijakie”. No właśnie: nie wiem, czy Bonowicz też sięgnął po nową translację najbardziej ponurej powieści Mistrza z Pitra (choć mając niejakie podejrzenia co do zastraszających rozmiarów erudycji wzmiankowanego Bonowicza, podejrzewam też, że nie mogło być inaczej i że wszystkie poprzednie spolszczenia Biesów znakomity monografista Tischnera ma w małym palcu), ale ja chciałem właśnie o tym, co z książką tą zrobił Pomorski – a zrobił coś takiego, że od teraz nie mam już wątpliwości, że to właśnie on jest największym polskim tłumaczem, co najmniej wśród tych żyjących. Wątpliwości te – odkąd w zachwyceniu pochłonąłem Pomorskiego przekładającego Fausta i wiersze Mandelsztama – nie były zresztą jakieś poważne, ale od jego Biesów rozwiały się już ostatecznie.
Pierwsze wrażenie: te nowe Biesy strasznie jakoś spuchły. Wrażenie okazuje się zresztą złudne: konfrontacja z tym, co mam na półce, z wydaniem warszawskiego PIW-u z 1977 roku (a co – pamiętam dobrze – kupiłem jakimś jesiennym porankiem na pierwszym roku studiów w antykwariacie na krakowskiej ulicy Czarnowiejskiej) pokazuje, że różnica w ilości stron nie jest znaczna, raptem kilkadziesiąt, czyli – w obliczu gabarytów całej powieści – tyle co nic; ot, po prostu odświeżona, piękna edycja krakowskiego Znaku oferuje czytelnikowi przyjemnie gruby papier… Niemniej jednak zdziwienie pozostaje: bo teraz Biesy okazują się grubsze niż wydani w identycznej serii Bracia Karamazow, a jakoś tak się przyjęło (chyba nie tylko u mnie) traktować ostatnią powieść Dostojewskiego jako właśnie największą, czemu zresztą sprzyja opinia, że to przecież historia Aloszy, Iwana i Dymitra jest wielkim testamentem wielkiego prozaika. A co ważniejsze: czytając Biesy z takim właśnie przedwstępnym zdziwieniem, nie mogę oprzeć się pokusie tropienia tego, co też tę książkę aż tak (niby) rozdęło.
Moje zachwycenie koncentruje się na tym, jak fenomenalnie zwielokrotnił Pomorski głosy wszystkich bohaterów Biesów i jak znakomicie wykorzystał różne rejestry polszczyzny – na czele z tym już nawet nie mówionym, ale wprost gadułowatym i – mimo pozorów literackości – knajacko-familiarnym. Sformułowana prawie równo wiek temu teza Michaiła Bachtina o tym, że powieści Dostojewskiego charakteryzują się wykorzystaniem żywiołu polifoniczności wyrosłego z ludowej tradycji karnawałowej, dawno już się zleksykalizowała do postaci formułki przyswajanej (mniejsza o to, z jakim poziomem zrozumienia) przez zaliczających kurs teorii literatury studentów jak polonistyki długie i szerokie – ale bodaj dopiero teraz można się o tym przekonać na własne uszy. I tu mógłbym z dziką radością zacząć cytować niegramatyczne (ale zapierające dech ekspresywnością) wynurzenia Kiriłłowa, deliryczny bełkot Lebiadkina, sięgające w głąb najsubtelniej zarysowanego obłędu kwestie Marii Timofiejewnej… Poprzestanę jednakowoż na jednym tylko przykładzie – na sławnym pierwszym opisie powierzchowności Nikołaja Wsiewołodowicza Stawrogina. Opis to oczywiście nieprzypadkowy, głęboko zakorzeniony w rzeczywistości ówczesnej kultury rosyjskiej, o czym aż nadto dowodnie przekonują czytelnika przyrządzone na użytek powieści przypisy Pomorskiego – a te przypisy to też osobna heca: splecione z niemożliwie porozbijanych wtrąceniami zdań, rozlewne, dygresyjne, mnożące anegdotyczne szczegóły przy wzmiankach o najbardziej nawet marginalnych nazwiskach, zdają się przejmować z języka Dostojewskiego jego niepohamowaną grandilokwencję. No ale Nicolas: jak być może niektórzy jeszcze pamiętają (ja pamiętam aż nadto dobrze; pokusiłem się kiedyś z przyczyn trywialnych i praktycznych, bo na użytek własnego kursu języka rosyjskiego, o własnoręczną pożal-się-Boże-translację tego właśnie fragmentu z oryginału), że cechą charakterystyczną jego wyglądu jest to, iż wszystko w nim wydaje się aż nazbyt doskonałe, co w połączeniu daje efekt obrzydliwości, choć trudnej do jednoznacznego zdefiniowania. Autorzy dotychczas znanego mi przekładu Biesów – Tadeusz Zagórski i Zbigniew Podgórzec – piszą o wyliczanych poszczególnych elementach fizys młodego Stawrogina, że były one – odpowiednio – „jak gdyby zanadto”, „jakoś zanadto”, „zanadto”, „zbyt” jakieś tam. I wszystko niby jest w porządku, ale Pomorski rozstrzyga to jeszcze lepiej: najpierw jako człon porównujący jest – trzykroć –  „jakieś takie aż nadto”, a potem „aż nadto”. Ktoś mógłby się skrzywić i powiedzieć – parafrazując filmowego cesarza Józefa z Amadeusza, który za podpuszczeniem Salierego krytykuje protekcjonalnie partytury Mozarta, w których jakoby miało być „za dużo nut” – że Pomorski i potrzebuje aż trzech modulatorów jednego przysłówka, i niestylistycznie się powtarza… A to przecież o to chodzi: jest w tym i niesmak, i niepewność co do własnego sądu, i owa niemożność rozstrzygnięcia, co właściwie jest nie tak z twarzą Nikołaja Wsiewołodowicza – niemożność, która tak walnie będzie współkonstytuować dalszą, by nadużyć Nietzschego, arcyludzką nieludzkość bohatera. Nade wszystko zaś – od razu widzi się, że tego się nie pisze, że to się mówi. Nadmierna literackość – tak sobie dziś z perspektywy czasu myślę, być może nawet nieco krzywdząco – rozwiązań zaproponowanych przez Zagórskiego i Podgórca (teraz dopiero zwracam uwagę na niezamierzoną zabawność zestawienia tych dwóch „okołogórskich” nazwisk) osłabia efekt książki, która nie jest do czytania, której należy wysłuchać jak delirycznej opowieści przy samowarze i wódce, w jakimś zajeździe przy jednej z rosyjskich dróg – poplątanych jak zdania Pomorskiego.

***

Siła ostatnich zdań.
Bramy raju Jerzego Andrzejewskiego: „I szli całą noc”; Lekcja martwego języka Andrzeja Kuśniewicza: „Bierze mróz przed świtem”. Te dwa przychodzą mi właśnie do głowy, choć kolekcjonerzy słynnych cytacji pewnie zaczęliby od Ulissesa albo Podróży do kresu nocy, również te Biesy, o których powyżej, kończą się wcale mocnym akordem. Ale mnie zawsze, ilekroć myślę o genialnych zakończeniach, nastręczają się właśnie te – wryte w moją czytelniczą świadomość tak mocno, że po tylu latach od lektury (wstyd – albo może i nie wstyd – przyznać, że jednokrotnej) wciąż jeszcze mogę przywołać je z pamięci, choć obu książek po całości nie pamiętam aż tak, jakbym chciał i jakby na to z pewnością zasługiwały.
O sile metaforycznej i symbolicznej, o możliwych (i nie) potencjach intertekstualnych obu tych prostych komunikatów można napisać pewnie jeszcze tyle samo rozpraw, ile o jednej i drugiej powieści już napisano. A mnie jakoś chyba najbardziej ujmuje właśnie coś odwrotnego: to, że jest tu jakaś naga siła, która nie poddaje się nadmiernemu przeintelektualizowanemu znieczuleniu. Bramy raju – wiadomo: ukryta pod pozorami historii krucjaty dziecięcej uniwersalna opowieść o Bogu, namiętności, historii, złu i dobru, zamknięta w dwóch zdaniach, z których pierwsze ciągnie się przez kilkadziesiąt stron, podczas gdy drugie ma właśnie tyle, ile ma: cztery wyrazy, dwanaście liter. Lekcja martwego języka – też niby wiadomo (choć może trochę mniej): wzniosła celebracja nostalgii za kruszejącym niczym porcelana (tak wiele tej niszczonej porcelany u Kuśniewicza!) światem cesarsko-królewskiej utopii, która nigdy się nie ziściła i w związku z tym konstytuuje się dopiero tu, w swoim niepowstrzymanym obumieraniu, jako przedmiot niekończącej się melancholijnej enumeracji. I co z tego? Co z tego, skoro oba te ostatnie zdania wyjmują mnie poza ramy jakiejkolwiek konceptualizacji, stawiają w obliczu czegoś poza- i ponadrefleksyjnego. Tak jakby na piśmie fikcji kładły pieczęć nieważkiego, przypadkowego życia. Po prostu – szli całą noc. Bierze mróz przed świtem – i tyle, bierze i już. A co ponad to – od złego pochodzi: od demona interpretacyjnej histerii, który we wszystkim musi szukać czegoś innego niż to, co jest.

***

Ole, bohater Końca punku w Helsinkach Jaroslava Rudiša, pielęgnuje bardzo swoisty typ smutku, który lokuje go cokolwiek na zewnątrz konwencjonalnej, melancholijno-nostalgiczno-żałobnej triady sposobów celebrowania straty. Nie jest nostalgikiem, bo jakkolwiek ciąży mu jego zbuntowana młodość, to nie ma w sobie tego niezbędnego dla nostalgii imperatywu idealizacji minionego; co prawda jest właścicielem baru (tytułowych Helsinek) w rozpadającej się, industrialnej części Berlina, w którym to barze – jednym z ostatnich – można jeszcze palić i do którego ściągają różnego rodzaju niedoumarli pogrobowcy gniewnych lat 80., ale nie ma w tym nic z taniego kombatanctwa. Na melancholika z kolei za mało w nim koncentracji na niedefiniowalnym przedmiocie utraty, owym freudowskim „nic, które boli” – zresztą duża część narracyjnej maestrii Rudiša wyżywa się w umiejętności kreacji bohatera, który wydaje nam się bezbrzeżnie smutny, choć nijak nie da się go na tym smutku, wprost wyartykułowanym, przychwycić. Ma w sobie pewien potencjał bycia żałobnikiem (czego jednakowoż przez większość powieści możemy się tylko domyślać), bo nie może przepracować w sobie pamięci o chwilowym i – jak wolno przypuszczać – tragicznie zakończonym związku z czeską punkówą Nancy, poznaną podczas koncertu Die Toten Hosen; ale to też do końca nie to…
Moim własnym dowodem na to, że Ole żyje jednak w dominium niekończącego się smutku, jest sznyt, który bohater pija bodaj częściej niż detektywi ze szwedzkich kryminałów czarną kawę. Czym jest sznyt? To – wedle słów powieści – jeden z niezliczonych czeskich sposobów picia piwa: nalewa się pełną szklankę piany, czeka aż opadnie, a potem się konsumuje.
Tym, którzy choć raz dostąpili niebotycznej radości picia piwa w knajpie gdzieś na głuchej czeskiej lub słowackiej prowincji (zwłaszcza w prehistorycznych czasach przedunijnych), sznyt może się pomylić z tym niekończącym się oczekiwaniem na napełnienie kufla: pod kran podjeżdża pierwszy, wypełnia się pianą i wędruje na koniec kolejki złożonej z, powiedzmy, pięciu naczyń. Kiedy wraca na początek – dopełnia się go następną warstwą kożucha piany i tak w kółko, aż wreszcie będzie w nim po brzegi klarownej, złocistej niczym karpacka jesień treści… Ileż w tym wzniosłej liturgii, ileż mądrej nauki misteryjnego oczekiwania na spełnienie – niepojętej dla zidiociałych autokarowych wycieczek z Polski, gonionych od zabytku do zabytku!… Sznyt to jednak coś innego: to po prostu odstała piana, nalana tylko jeden raz. Różnica w smaku – wierzcie lub nie, a najlepiej spróbujcie – jest fundamentalna.
Bo sznyt jest po prostu smutny – zatrzymuje się na bardzo, bardzo cienkiej granicy dzielącej coś jeszcze pijalnego od jednego z najbardziej hańbiących doświadczeń kubków smakowych, czyli od zwietrzałego piwa. Jest w nim jakiś egzystencjalny ciężar, ale podminowany ironią, która niczego nie pozwala traktować nazbyt dosłownie. Pijąc sznyta nie doznaje się – jak przy ostatniej, ciepłej wódce, kiedy już niebo barwi się irytująco różowawym seledynem – poniżającej beznadziejności istnienia, ani nie przeżywa się oczyszczająco bezprzedmiotowego buntu wobec zła kosmosu (to z kolei czai się w nieprzejrzystych butelkach taniego wina obalanych między jednym a drugim obsikiwaniem przykościelnego muru). To nie: choć odrobina podejrzenia, że zarówno życie, jak i uniwersum mogłyby trochę bardziej się postarać, kryje się gdzieś w kolejnych łykach – ale patrzy się na to z pewną dozą fundamentalnego pogodzenia, ze stoicką afirmacją czegoś, co po prostu jest, jakie jest; lepsze (ale też gorsze) nie będzie.
I choć dalej nie wiem, co tak naprawdę trapi Olego, to dopiero teraz naprawdę i w pełni rozumiem, że po prostu jest smutny, rozumiem – całkowicie dosłownie – jak jego smutek smakuje. Ot, fundamentalna hermeneutyczna różnica – sformułowana już ponad wiek temu przez Wilhelma Diltheya – między wiedzą a rozumieniem, zamknięta w szklance sznyta. Dramatyzm tej różnicy widać najlepiej w takim oto dialogu Olego (rozumienie) z ojcem (wiedza) – dialogu na tyle ważkim, że powtórzonym na skrzydełku okładki… Gdybym dziś musiał, jak ongi, brnąć przez Diltheya ze studentami, jak Boga kocham, zadałbym przeczytanie tego właśnie fragmentu, żadnego innego. Polszczyźnie przyswoiła Katarzyna Dziedzic:
„- Ja teraz najchętniej piję sznyta. Jest dobry z każdego piwa. – Sznyta? A co to? – Taka czeska specjalność, nauczył mnie tego jeden prażanin. Po prostu nalewasz sobie szklankę piany i czekasz, aż zejdzie. – Czyli pijesz pianę? – Nie, sznyta”.

***

Widzę, że gadatliwy się robię, a moje „niezaufane połączenia” zaczynają urągać regułom gry w blogowanie. To tymczasem przerywam. Ciąg dalszy – najpewniej – nastąpi, tyle mogę obiecać (a może tym mogę postraszyć).