06/02/15

DIGTE

Grzegorz Wróblewski

Strona cyklu

Matrix
autorzy_leksykon_300x300_Wroblewski
Grzegorz Wróblewski

Urodzony w 1962 roku w Gdańsku. Poeta, prozaik, dramaturg. Autor wielu książek (poezja, dramat, proza); m.in. Ciamkowatość życia (1992/2002), Planety (1994), Noc w obozie Corteza (2007), Nowa Kolonia (2007), Dwie kobiety nad Atlantykiem (2011), Wanna Hansenów (2013), Kosmonauci (2015), tłumaczony na kilkanaście języków, m.in. na język angielski (Our Flying Objects - selected poems, 2007, A Marzipan Factory - new and selected poems, 2010, Kopenhaga - prose poems, 2013, Let's Go Back to the Mainland, 2014). Dwukrotnie wyróżniony w Konkursie na Brulion Poetycki (1990, 1992). Stypendysta Duńskiej Rady Literatury i Duńskiej Państwowej Fundacji Sztuki. Należy do Duńskiego Związku Pisarzy (Dansk Forfatterforening). Od 1985 roku mieszka w Kopenhadze.

W Kopenhadze ukazała się właśnie kilka dni temu moja książka, wybór poetycki, Digte (Wiersze). Ciekawie przetłumaczona przez Judytę Preis i Jørgena Hermana Monrada. Jestem im za to niezmiernie wdzięczny! Wydawcą jest Det Poetiske Bureaus Forlag z Nørrebro, w porządku miejsce, które z miejsca polubiłem, ze wzgl. na ich przekłady Rimbauda, Boudelaire’a, czy Lorki, mojego zdecydowanie ulubionego poety. Do tej pory mam w głowie wiersze amerykańskie Lorki. Odwiedziłem też kiedyś jego dom w Granadzie, postać od lat zagościła w moim świecie, rodzaj respektu, pasujący rejestr… Dali mi w prezencie opasły tom, biografię Puszkina (autor Henri Troyat, w przekładzie na duński Stanislava Fluffa), wypadałoby się za to zabrać, dawno nie miałem z Puszkinem łączności, ale na podłodze, bo na półkach już brak miejsca, koczują niezliczone inne tytuły. Chyba tego nigdy nie nadrobię!  Digte – ponownie się uaktywniłem na ziemi duńskiej. Już 30 lat na wyspiarskim terenie… O wiele dłużej niż na Dolnym Mokotowie. Na spotkaniu autorskim pojawiło się sporo ważnych dla mnie osób, takich jak Doris Bloom, Olga Magieres, Torben Dalhof, Amir Hadziahmetovic, Janusz Tyrpak, Jerry Bergman. Z wieloma z nich przez długie lata współpracowałem, robiliśmy wspólne projekty artystyczne itd. Kopenhaski krajobraz! Nie zabrakło także duńskich poetów – Niels Hav, Per-Olof Johansson, czy Ole Lillelund, który mimo ciężkiej choroby dotarł na ten wieczór aż z Odense… W przygotowaniu mam kolejny zbiór, tym razem przełożony we współpracy z  przyjaciółką, interesującą poetką młodszego pokolenia, Louise Rosengreen. Zamierzam mu nadać tytuł Cindy’s vugge, czyli Kołyska Cindy. Jeszcze nie wiem, kto będzie wydawcą, ale chciałbym, żeby to była stara firma, Øverste Kirurgiske. Środowisko, z którym byłem tu przez długi czas związany. Wypuścili mi wiele książek, a w swoim piśmie, oprócz moich różnych rzeczy, publikowali także wiersze Andrzeja Bursy, Krzyśka Jaworskiego, Wojtka Wilczyka… W ostatnich latach grana była jakaś fatalna, czarna dziura przestrzenna, zmarł nagle jeden z redaktorów tego wydawnictwa, ktoś dla mnie podstawowy, charyzmatyczny poeta Martin Budtz (człowiek w moim wieku, miał jednak niestety „zbyt intensywną trasę życiową”). Prawo serii! Po nim odeszła Janka Katz, która mi matkowała w Kopenhadze, byłem z nią blisko, rodzaj horyzontalnego kontaktu, dobrego porozumienia, czegoś na pewno bardzo ważnego. Cieszy, że o jej literaturę zadbała w Polsce Bogusia Sochańska! Ich śmierć uderzyła we mnie z całą siłą, tak niewyraźnie czułem się jedynie raz, po zgonie Teodora Boka. Wtedy Kopenhaga przestała się dla mnie liczyć, zakończyły się planetarne debaty z Bokiem, świat się zmienił na zawsze. Teraz miałem w Warszawie niespodziewany akcent, zwiedzając dopiero co otwarte Muzeum Żydów, ujrzałem niewielką rzeźbę Teosia, jeszcze z jego czasów polskich. Doskonale, że tam się znalazła. Inna sprawa, że w Polsce powinno się wreszcie zorganizować wystawę retrospektywną Teodora Boka. To był przecież twórca ewidentnie przełomowy, o kolosalnym znaczeniu dla sztuki/kultury tego globu… Wiele najważniejszych rzeczy bezpowrotnie przepada, zajmujemy się nieistotnym shitem, podczas gdy wokół nas pulsują konstrukcje maksymalne, wymagające opieki, głębszej analizy. Nie wierzę w żadne prawa rynkowe, w trzecioligowych psychoanalityków i badaczy neuronów. I nie mam na myśli wyłącznie salcesonów i krainy nadwiślańskiej, to dotyczy także Teksasu, Camden Town albo Jutlandii. Czy coś z tych przeciętnych książek i instalacji przetrwało choćby sezon? Gdzie są eksperci, którzy wciskali nam namolnie fantazyjne opowieści o klasycystach i barbarzyńcach? Szkoda się tutaj rozwijać, nie chodzi przecież o frustrację, bardziej o zwykłe stwierdzenie faktu… Każdy z nas posiada zresztą tzw. faworytów, jakieś indywidualne punkty odniesienia. Dla mnie na przykład przetrwał Joe Strummer, bez niego nie wyobrażam sobie oddychania. Przetrwał na bank wspomniany tu wcześniej Teodor Bok. Jest poezja Reznikoffa, wiecznie żywy William C. Williams albo choćby Robert Creeley. Jest wspaniała Merry Fortune i Eileen Myles. Zza chmur spogląda na nas szalony Basquiat! Mamy ulubione kolory i typy ludzkie. U mnie zawsze był np. problem z użyciem w obrazach zieleni. Próbowałem się wielokrotnie przełamać, wykonałem kiedyś specjalnie serię „leśnych” akryli. Kocham trawę i także nudne, pionowe topole (i oczywiście panicznie boję się kokosów spadających na główkę, gdzieś w plażowych sceneriach Sri Lanki). Odważnie zakupiłem więc cały zestaw zielonych tubek. Już po kilku podejściach myślałem, że od tego sfiksuję. Nie wiem, czy seria optymalnie wyszła. Spodobała się natomiast znajomej, Marjorie – i to mnie mentalnie podbudowało… Ciekawie zinterpretowała jedno z tych eksperymentalnych płócien, pt. New Deal. Wygląda na to, że kontynuujemy dalej całą zabawę. Jak w wierszu o aniołku-diabełku Bursy. Są nadal na świecie górskie goryle, choć ich liczba w tragiczny sposób się zmniejsza. Nie mam możliwości technicznych, ekonomicznych na ich adopcję. Mogę o tym jedynie wspominać w tekstach albo przy okazji spotkań z pewnymi siebie, perfekcyjnie naoliwionymi androidami.

Okładka Digte, Kopenhaga 2015, z wykorzystaniem obrazu Amager with Wojtek Wilczyk (2014)