21/08/17

Łowcy kumulusów

Grzegorz Wróblewski

Strona cyklu

Matrix
autorzy_leksykon_300x300_Wroblewski
Grzegorz Wróblewski

Urodzony w 1962 roku w Gdańsku. Poeta, prozaik, dramaturg. Autor wielu książek (poezja, dramat, proza); m.in. Ciamkowatość życia (1992/2002), Planety (1994), Noc w obozie Corteza (2007), Nowa Kolonia (2007), Dwie kobiety nad Atlantykiem (2011), Wanna Hansenów (2013), Kosmonauci (2015), tłumaczony na kilkanaście języków, m.in. na język angielski (Our Flying Objects - selected poems, 2007, A Marzipan Factory - new and selected poems, 2010, Kopenhaga - prose poems, 2013, Let's Go Back to the Mainland, 2014). Dwukrotnie wyróżniony w Konkursie na Brulion Poetycki (1990, 1992). Stypendysta Duńskiej Rady Literatury i Duńskiej Państwowej Fundacji Sztuki. Należy do Duńskiego Związku Pisarzy (Dansk Forfatterforening). Od 1985 roku mieszka w Kopenhadze.

Powoli składam Miejsca styku, książkę, w której zamieszczę część wpisów z cyklu „Matrix”, a także inne (rozproszone) szkice, artykuły, poezje/prozy. Byłby to rodzaj „dziennika” (?), trudno to w sumie jakoś konkretnie zdefiniować. Pomyślałem, że wykorzystam w niej również rozmowy, wywiady ze mną przeprowadzone na przestrzeni wielu lat przez ciekawych, niekiedy bliskich mi ludzi, np. Krzyśka Jaworskiego, Rafała Wawrzyńczyka czy Bogdana Trojaka. Rozmowa z Bogdanem przeznaczona była dla czeskiego czytelnika. Prowadziliśmy ją mailowo po polsku, następnie Bogdan dokonał tłumaczenia i ukazała się w tamtejszym piśmie sieciowym „Lumir” w 2003 roku. Miała czeski tytuł: Basnik, jedlik a sberatel kumulu. Kawał czasu, upłynęło już 15 lat. Przeczytałem to ponownie i stwierdziłem, że prawie wszystko (!) nadal aktualne… Że warto opublikować po raz pierwszy wyjściową wersję polską. 2003–2017! Czy na Ziemi wydarzyło się coś istotnego? W Afganistanie ponownie zaczęto uprawiać mak. Heroina to konkret… Nie namówiono chłopów na uprawę ekologicznych warzyw/owoców. Zmarł Teodor Bok, mój najlepszy kopenhaski przyjaciel… Napisałem sporo książek i nie przybyło mi tatuaży. Nie obejrzałem w Prado Las Meninas Velázqueza. Jedynie (co z tego, że totalną) interpretację Picassa w Barcelonie. Nie dorobiłem się też stada perskich kotów. Za to skończyłem działalność planetarną z X, a potem zbyt mocno rozkochałem w boskiej Y. Koniec był „melodramatyczny”, prawdziwa katastrofa, o czym zdążyłem (oczywiście :) poinformować ludzkość w utworze „Blue Pueblo”, a także w wierszach z „Kosmonautów”. I nastała era „miłości platonicznej”. XYZ! Na zasadzie korespondencyjnej, bez tzw. romantycznych gwałtowności. Niech więc żyją wyższe formy poznania! Zacząłem lepiej załapywać Arystofanesa i polubiłem w końcu Friedricha Holderlina. Nie, drogie panie & panowie detektywi, nigdy nie zdradziłem i nie zdradzę Williama S. Burroughsa! On we mnie na zawsze pozostanie… XYZ – ktoś (z różnych powodów) nieosiągalny. Czyli mam ustatkowane życie wewnętrzne. Z motyką na księżyc nie będę się przecież porywał. Tymczasem Małgorzata II w sposób pragmatyczny rządziła Królestwem. Oddycham nadal na wyspie Amager. Wśród trolli, rockersów, Wikingów (nigdy nie dotarłem do Winlandii). Żadnych wypraw o charakterze kupieckim. Nie zajmowałem się aprowizacją wojsk Saurona (na co mnie ciągle namawiano). A oto nasza rozmowa z Bogdanem (bez jakichkolwiek poźniejszych korekt czy innych „ingerencji”).

Bogdan Trojak: Urodził się Pan w Gdańsku (to miasto hanzeatyckie, podobne chyba do Kopenhagi?), ale prawie całe dzieciństwo przeżył Pan w Wawrszawie. W jednym z tych miast na pewno powstał żelazny kapitał Pańskiej fantazji, bo, jak wiadomo, liczą się przede wszystkim przeżycia z dzieciństwa. Dla B. Schulza był to np. obraz dorożki z zapalonymi latarniami wyjeżdżającej z lasu. A dla Pana? Jakie w ogóle było Pana dzieciństwo?

Grzegorz Wróblewski: Faktycznie, urodziłem się w Gdańsku. W mieście mew i Schopenhauera. Mieszkałem tam jednak zaledwie 4 lata. Potem był okres warszawski (19 lat), no i wylądowałem ostatecznie (mam nadzieję, że nie ostatecznie) u Kierkegaarda (też mewy, ale bardziej tłuste) w Kopenhadze. Żyję tu od 1985 roku. Z Gdańska prawie nic nie kojarzę, pozostały mi jednak przeróżne pamiątki rodzinne, dokumenty itd. Są więc jakieś ślady i niekiedy próbuję sobie ten początek istnienia odblokowywać, niestety bez większego skutku. Ostatnio, gdy tam byłem, widziałem piaskownicę. To znaczy poinformowano mnie, że to właśnie była „moja piaskownica”… Zdarzają mi się oczywiście czasem delikatne przebłyski: plaża, lody na plaży, meduzy… Gdańsk to raczej opowieści rodzinne. Historia mojej rodziny. Dziadkowie pochodzili z Wolnego Miasta Gdańska (Freie Stadt Danzig). Dość skomplikowana historia. Trochę jak u Grassa. Prawdziwy kocioł – Polacy, Niemcy, Kaszubi. Mam ponoć ciekawe korzenie rodzinne, ale sam jestem chyba „bezkorzenny”. Nie czuję specjalnego przywiązania do Polski dzieciństwa i młodości czy do obecnej Danii. Nigdy nie analizuję kariery zawodowej mojego ojca ani matki. Obserwuję za to swój wyłysiały dywan i niebo. Jeśli już koniecznie dzieciństwo, to raczej byłaby to Warszawa. Ta beznadziejna, brudna i fascynująca zarazem Warszawa. Moja dzielnica – Dolny Mokotów. Przedszkole i szkoła podstawowa. Lekcje religii (w kościele parafialnym św. Kazimierza). Aniołki, pierwsza miłość, owocowe wina. Ale ciekawa sprawa. Też z tych lat 60./70. dużo sobie nie przypominam. Zdaje mi się, że funkcjonuję tylko w teraźniejszości i nie wiem, gdzie mi się podziało życie… Albo może inaczej: celowo nie chcę przypominać sobie dzieciństwa. Właśnie wtedy wykluł się we mnie ten „ulubieniec”, egzystencjalny robak, który do tej pory (coraz efektywniej) mnie drąży. Miałem klasyczne, bardzo regularne, czyli innymi słowy, koszmarne dzieciństwo. W niedzielę, po powrocie z kościoła, jadaliśmy gotowanego kurczaka. Potem zasiadaliśmy wspólnie przed telewizorem. Czy kojarzy Pan sobie może serial Bonanza? To było wspaniałe i ten czas nigdy już nie powróci. Mój ojciec zmarł 10 lat temu, matka nadal żyje. Może więc jeszcze raz Artur Schopenhauer: „Ze wspomnienia ulotniło się, mianowicie, wszystko, co było bez znaczenia, oraz wiele rzeczy niemiłych, mało więc pozostało”. Czyli w sumie, nie odpowiadając dokładnie na Pana pytanie, chyba jednak na nie dokładnie odpowiedziałem.

Kiedy i dlaczego zdecydował się Pan wyjechać z Polski? Czemu akurat Kopenhaga?

Dotarłem do Kopenhagi w grudniu 1985 roku. Wiadomo, jakie panowały wtedy w Polsce klimaty. Adekwatny może być tutaj np. cytat z Edwarda Gierka: „Spodziewany od kilku lat wzrost wydajności pracy niestety nie nadchodził, a tym samym nie rekompensował stałego wzrostu zarobków. Wymagało to działań radykalnych, należało po prostu czym prędzej podnieść ceny, aby zrekompensować nadmierny wypływ pieniędzy”. Ten pszenno-buraczany krajobraz… Stało się to w końcu nie do wytrzymania. Stwierdziłem, że życie jest zbyt krótkie i skomplikowane, żeby marnować je na „wotum zaufania do Biura Politycznego”. Kopenhaga to przypadek. Chcieliśmy wraz z żoną udać się w jakieś dalsze zakątki planety, ale w jakiś dziwny, mistyczny w sumie sposób pozostaliśmy tutaj. Nie dlatego, żeby coś tu nas specjalnie fascynowało. Nic z tych rzeczy. Wręcz przeciwnie. (Trochę patosu: od Polski kompletnie się oddaliłem, natomiast nigdy nie przybliżyłem się do Danii. Jestem więc człowiekiem znikąd. Cieszy i dobija mnie to niezmiernie…). Prawdopodobnie ze względu na kilku poznanych tu ludzi, na pewną polinezyjską maskę i kilka książek, do których się niespodziewanie przywiązałem. Targać się z tym bagażem po świecie nie miałoby przecież sensu. Powoli doszedłem do wniosku, że nie jestem jednak typem podróżnika (ja bardzo chętnie w Himalaje, ale niech mnie tam wpierw wygodnie przetransportują). A jeśli chodzi o chorobę (syndrom) emigranta… Dla mnie emigracją jest przejście na drugą stronę ulicy. Jestem oczywiście emigrantem.

Gdzie należy szukać Pańskich początków pisarskich? Czy można zdefiniować TO, co Pana „podżega” do pisania? I jaka lektura wywarła na Pana największy wpływ?

Prawdopodobnie chodziło (chodzi) o chęć komunikacji z drugim osobnikiem. Nic nowego i specjalnie oryginalnego! Coś na zasadzie sygnałów wysyłanych w kosmos. Takie przysłowiowe wołanie na pustyni… O poszukiwanie istot nadających podobnymi kanałami. Rozpoczęło się to w Polsce, gdzieś pod koniec burzliwych lat 70. Wtedy powstały pierwsze zapisy. I właśnie wtedy zaczęły opuszczać szufladę. Pierwsze czytania dla kolegów, a po kilku latach publikacje w pismach. Nigdy nie byłem malarzem i muzykiem (choć w tych „branżach” także działałem), zdało mi się, że może właśnie przy pomocy słów (przypasowała mi ta forma!), że może w ten sposób odnajdę kogoś, podobnie jak i ja, zdezorientowanego, pogubionego w tej ponurej, ziemskiej przestrzeni.

TO, jak Pan zapewne dobrze wie, nie jest takie proste do zdefiniowania. Można pobawić się oczywiście w przeróżne „okulary osobowości” i inne oszukane hasła. Świadomość? Baza? „Jedność ogarnia Wszystko, a Wszystko stapia się w Jedności?” Dysonans poznawczy w obrębie struktury własnego charakteru??? Obudziłem się rano, a wieczorem położyłem się spać? Tzw. lektury nigdy nie wywarły na mnie większego wpływu. Bardziej już może wszystkie te anonimowe twarze, dialogi na ławkach i pod ławkami. Nigdy nie byłem fanem jakiegoś konkretnego pisarza. Nie miałem swojego Mistrza i nie wzruszają mnie „Konkursy o Dzbanek Czarnoleskiego Miodu”. Podobały i podobają mi się jedynie poszczególne teksty, lista byłaby oczywiście bardzo długa. Byłyby to dla przykładu niektóre wiersze Williama C. Williamsa, Ch. Reznikoffa, Ivana Blatný’ego (w Polsce jego doskonały wybór wydało w 1993 roku pismo „BruLion”), Andrzeja Bursy, Rona Padgetta („Ron Padgett’s poems are remakably clear, almost invisibly so, like a refreshing glass of cold water” – jak słusznie zauważył swego czasu James Schuyler), Hugo Williamsa etc. Teksty piosenek Joe Strummera z „The Clash” (moja ulubiona punkowa kapela). Niekiedy Philip K. Dick, Jan Potocki (Rękopis znaleziony w Saragossie), Lorca (wiersze z cyklu „Poeta w Nowym Jorku”), Cortazar itd. Wymieszane style, obsesje, epoki… O tym można chyba w nieskończoność.

Uważa się Pan za człowieka znikąd, ale Pański świat poetycki funkcjonuje po polsku. Czy można więc powiedzieć, że „mieszka” Pan w języku?

Znikąd w sensie wszystkich tych przynależności – narodowych, etnicznych, gastronomicznych, ideologicznych… Przesądy i skrzywienia! Świat jest beznadziejnie chory. Wiadomo, o co chodzi. W Polsce traktowany bywam często jako pisarz duński (choć nie piszę przecież po duńsku, lecz po polsku, a moje rzeczy ukazują się w Danii jedynie w przekładach), natomiast w Danii oczywiście jako pisarz polski. Może więc jestem pisarzem duńskim tworzącym w języku polskim? Kto wie? Mutantem, Marsjaninem… Ułatwia to zresztą pracę polskim krytykom literackim, którzy na temat moich książek wolą raczej milczeć. Brakuje im szerokości geograficznej, numeru obuwia, długości mojego członka. I całe szczęście, bo ci polscy krytycy literaccy, ci „eksperci” od szufladkowania, to w większości przypadków nierozgarnięci, totalnie zakompleksieni debile.

Mój zapis powstaje – jak wiadomo – w języku polskim. Przyjeżdżając w odwiedziny do Warszawy, nadal potrafię kupić sobie bułkę. (Korzystając z możliwości: nigdy nie smakował mi tamtejszy salceson, natomiast duńskie piwo jest zbyt gazowane!) W jakim języku myślisz? – pytają mnie często znajomi Duńczycy. Odpowiadam im, że gdy chodzi o wszelką rachunkowość, to zawsze w języku polskim… Tak się (moja karma) złożyło i nigdy nie próbowałem tego zmieniać. „Mieszkam” i czuję się w miarę optymalnie jedynie w języku (kodzie?) Grzegorza Wróblewskiego. Mieszkam więc (nie)pokornie u siebie („żyć w iluzji i marzyć na jawie”). Tak mi się przynajmniej zdaje.

 Co uważa Pan w życiu za najważniejsze?

Pytanie z cyklu tych zasadniczych, horyzontalnych. To… że mimo wszystko żyję. Nie mam pracy, ale mam żonę, która jest ze mną. Komunikacja z drugim osobnikiem, niech Pan mi powie, czy białko może osiągnąć coś więcej? Woda nie kapie człowiekowi na głowę, sufit jest chwilowo szczelny. Bez patetycznych uniesień! Tu chodzi tylko i wyłącznie o każdy przeżyty dzień. Piętno Tanatosa, a jednocześnie radość z powodu wymycia sobie mydłem… przypuśćmy pleców (żeby było mniej wulgarnie). Paradoks. Każdy dzień to koszmar, to tajemnicze kolory i szumy, twarze, płyny… To po prostu wielki sukces.

Co Pana w życiu zawiodło?

Może inaczej. Nie zawiodły mnie na przykład psy. Miałem z nimi prawie zawsze dość dobre relacje. Nie rozumiem ludzi narzekających na kosmiczną samotność. Mają przecież dookoła siebie psy! Szukają ufo i bigfoota, inwestują w drogie teleskopy… Psy mnie z pewnością nie zawiodły. To taki optymistyczny akcent. Nie chcę się tu rozwodzić na temat mojej masochistycznej karuzeli. Nadal oddycham, więc muszę się jakoś bronić. Staram się szukać jasnych punktów. Nie jest to oczywiście proste. Każde błahe zdarzenie potrafi doprowadzić mnie do tzw. psychicznej katastrofy.

Czy warto w ogóle pisać wiersze w świecie, w którym liczy się przede wszystkim szybkość i powierzchowność?

A czy jest coś innego, co warto w życiu robić? Handel akcjami, stręczycielstwo? Krytyka literacka, malowanie obrazów, kręcenie filmów? Przed bólem zęba i zanikiem szarych komórek żaden śmiertelnik się jeszcze nie uchronił. Świat się przecież nigdy nie zmienił. Zawsze był powierzchowny!!! Dawniej były kamienne toporki i bursztyny, teraz jest dolar, Spice Girls, sekta Moona. Jeśli nie damy się wmanipulować w ten szalony wyścig szczurów (jak to zrobić?), wtedy poprawi się nam trawienie… Nikt nikogo nie zmusza do pisania wierszy. Wiadomo, że to często ekstremalny sport. Nic się na tym nie zarabia i można przez pomyłkę za bardzo w siebie uwierzyć (słynny termin „życiopisania”). Usłyszeć podszepty „nieczystych sił”… Kojarzymy przecież z historii (lub własnego podwórka) całą masę poetów nieszczęśliwców, straceńców, którzy popełnili głupstwa. Poszły w ruch strzykawki, połykali idiotyczne tabletki z powodu niedocenienia. Albo wariowali z poczucia misji. Jakiej misji??? Mamy obciąć sobie ucho? Trzeba na siebie uważać. Na pewno nie z powodu wierszy. Trzeba mieć do wszystkiego dystans. A pisać można w rzeźni i w klasztorze Zen. Będąc dyrektorem komputerowej firmy lub łowcą butelek po coca coli.

Jak wygląda typowy czytelnik Pańskich tekstów?

Okazuje się, że potrafi być dość „zróżnicowany”. Muszę tu trochę wyprostować temat. Moja twórczość kojarzona jest często z szeroko pojętym zjawiskiem subkulturowości. Padają w tym kontekście wiadome, obligatoryjne nazwiska, np. Bukowski, Burroughs, Bursa… Bzdura (zatrzymując się dla przykładu na literze „B”)! Chyba tylko dlatego, że kilka razy wypowiedziałem się dość krytycznie na temat tego ponurego, literackiego „establishmentu”, który ma zbyt częste tendencje do „definiowania” (klasycyści, barbarzyńcy, neoklasycyści, neobarbarzyńcy, neo, neo, anty, bla-bla-bla) wszystkiego co się porusza w trawie i pod pierzyną. Żyłem niepokornie, często zbyt ostro. Nie wybaczono mi tego. Więc mój czytelnik… Nie jest to wyłącznie wytatuowany punk czy inny romantyczny i bezkompromisowy rockers. Jest nim niekiedy również sędziwy i (super)poważny profesor filologii albo antropologii. Zdarzają się natchnione niewiasty, wdowy… cały krajobraz. A mówiąc jeszcze precyzyjniej – czytelnikami moich wierszy są ludzie, którzy przeczytali moje wiersze. Właśnie, to chyba najistotniejsze. Ludzie, którzy przeczytali. Zakładając, że tacy w ogóle istnieją, bo to może być tylko moja iluzja. Sytuację utrudnia fakt, że niezbyt lubię o swoich tekstach publicznie dywagować. Moje wieczory autorskie (bardzo rzadkie, nie preferuję tego typu zlotów) są dość konkretne. Czytam materiał i schodzę szybko ze sceny. Proszę mnie dobrze zrozumieć. To nie jest jakaś poza czy obsesja Thomasa Pynchona, nie ukrywam się przed listonoszem i nie likwiduję szkolnych zdjęć. Po prostu nie każdy z nas jest medialnym stworem.

Co można powiedzieć o współczesnej literaturze polskiej (ciekawi mnie na przykład porównanie z literaturą duńską)?

Każda przestrzeń ma swoje niespodzianki. A my mamy z kolei zawsze swoich „faworytów”. Dania, bo może najpierw kilka słów o Danii, to dość dynamiczny światek wydawniczy. Kraj liczy jedynie 5,5 miliona (!) mieszkańców, lecz wyjątkowo dużo się tutaj publikuje. Wynika to przede wszystkim z tradycji niektórych koncernów wydawniczych, które oprócz tytułów czysto komercyjnych przeznaczają część swoich zysków na druk nowych, stosunkowo nieznanych autorów. Rzecz w Polsce niemożliwa. Powoduje to, że mamy tu do czynienia ze sporą liczbą utalentowanych pisarzy, którym daje się szansę. Część z nich zaczyna być nagle widoczna na rynku, mówi się o nich. Wydawnictwa zajmują się solidną promocją, pojawiła się funkcja agentów, coś się w tym literackim interesie dzieje. Kilka lat temu przewidywano kryzys książki (internet), ale coroczne targi w Kopenhadze świadczą o czymś wręcz przeciwnym. Współczesna literatura duńska to moim zdaniem zjawisko dynamiczne. To nadal nordycka (jakoś tam stale modyfikowana) tradycja, a jednocześnie ciągły eksperyment. Bez tego (tak typowego w Polsce) podziału na literaturę „wysoką i niską”. Bez wojny starych z młodymi, bez wszystkich tych generacyjnych niesnasek. Wynika to także z faktu, że wszelkie nowości światowej literatury bardzo szybko do Danii docierały i docierają. Niekoniecznie przekłady, chodzi też o powszechną znajomość języków angielskiego i niemieckiego. Można czytać, docierać do wielu istotnych dzieł w oryginale. Zmienia to perspektywę, podejście do literatury jako takiej. Ludzie nie są zakompleksieni, nie wytwarzają sobie sztucznych hierarchii. Są osobiste kontakty z twórcami zagranicznymi. Duńczycy mają więc trochę większą orientację, nie wyobrażam sobie, żeby powstał tu np. kiedykolwiek termin „o’haryzmu”. Żeby wypisywano na temat beatników czy środowiska autorów szkoły nowojorskiej podobne niedorzeczności jak w Polsce. Żeby kogoś „gnębiono” za cytowanie Ginsberga czy Kerouaca. No i cała masa innych „faktorów”. Sytuacja polityczna, ekonomiczna, historia itd. Wiadomo, co działo się przez tyle lat (czy dekad) w Polsce. Dania to była zawsze oaza. Społeczne, ojczyźniane funkcje literatury (poeta – wieszcz) były tu raczej osłabione. W Polsce ciekawy był rok 1989. Wiele spraw wtedy się nagle odblokowało. Szkoda mi „BruLionu”. To było pismo zdecydowanie światowej klasy. Teraz panuje tam posucha. Koło się niestety zamknęło, po 5–7 latach relatywnej świeżości do głosu ponownie doszła sztywna, nudna pseudofilologia. Jest coraz mniej charyzmatycznych debiutów, kwitnie natomiast prowincjonalna (prowincjonalna w sensie negatywnym) krytyka literacka. No, ale jest kilku naprawdę wybitnych poetów i prozaików. W natarciu ponoć roczniki 80. Coś tam więc nadal pulsuje… Tak jak wszędzie.

Czy lubi Pan gotować?

Lubię przede wszystkim jeść, co, w kombinacji z na przykład piwem, powoduje kłopoty z utrzymaniem wagi. Gotowanie? Czasem się zdarza, oczywiście. Jak nie mam już kasy i nie mogę stołować się w restauracjach (wszystkie te wspaniałe kuchnie – chińska, włoska, turecka, japońska etc.). Więc przede wszystkim gastronomiczne lokale! Tutaj z miejsca podświadome skojarzenie z Hrabalem („Obsluhowal jsem anglickeho krale”). Jedzenie to z pewnością… temat! Podobnie jak obserwacja kumulusów.

Jak należy rozumieć przymiotnik nordycki?

Nordycki (po duńsku – nordisk), czyli skandynawski, północnoeuropejski. Można potraktować ten przymiotnik dość „spokojnie” i bez antropologicznych asocjacji. Tymczasem kojarzy się on nam automatycznie z jasnoblond włosami i wąskim nosem. Z miejsca myślimy o germańskim nadczłowieku. Przypominam sobie kilka opowiadań Karen Blixen. Pamiętamy ją najczęściej (zasługa filmu) z powodu Pożegnania z Afryką, ale ma ona na swoim koncie także inne zapisy. Właśnie nordyckie, dziwnie baśniowe i fantastyczne. Takich rzeczy nigdy by nie napisał autor nieznający tutejszych zapachów, odgłosów dochodzących z kopenhaskiej ulicy, który by nie przeżył, nie zobaczył na własne oczy skandynawskiej natury. Właśnie wtedy (przypadek Karen Blixen) sprawdza się nasz przymiotnik. Nordycki – zapominam o skandynawskiej jednostce wojskowej SS Wiking i przenoszę się do lasu pełnego kamiennych kręgów i innych życzliwych, mimo wszystko, krasnoludów. Jeszcze tylko mała uwaga. Filmy duńskie – Lars von Trier, Vinterberg, dogma. Tak wyglądają każde przeciętne urodziny-impreza w Danii. Wystarczy to tylko sfilmować. Zrobić zwykły dokument. W Polsce uznane by to było za szczyt konceptualizmu. Takie są właśnie te nordyckie redukcje i klimaty. Dla turystów, dla mieszkańców Pragi czy Warszawy kompletnie obce, nieludzkie, chłodne, niezrozumiałe… Pan ma u siebie swojego Golema, a oni tutaj kruka Huginna.

Czy odpowiadają Panu mgliste klimaty i zimy skandynawskie?

W Kopenhadze nie ma zimy i śniegu, panuje tu za to mgła, pada też często deszcz. Klimat wyspiarski, obsesyjny. Oczywiście, że chciałbym zamieszkać na przykład w Rzymie czy Barcelonie. Wikingowie, ich tarcze i toporki, może to być niezwykle przejmujące i ciekawe, lecz chyba nie na długo. Najciekawsze są momenty duńskie… antyduńskie, czyli „uniwersalne”. Przykłądowo Kierkegaard. Mgła może pomóc w osiągnięciu wyższego stopnia koncentracji. Może też doprowadzić człowieka do kompletnego szaleństwa. „Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma”. Ja bardzo chętnie w jakieś południowe, ciepłe rejony planety. Ale jak to zrealizować? Zna Pan może jakiegoś zdesperowanego menagera, który by się mną zaopiekował? Jechać tam na żebry pod kościołem (widziałem tego typu sceny w Barcelonie)? Za stary już na to jestem… Z drugiej strony z Danią jestem niejako „rozliczony”. Napisałem na pożegnanie „Kopenhagę”, funkcjonuję tu obecnie tylko na zasadzie „pasażera”. No i boję się, że zostanę tu pochowany (gdzieś ponoć trzeba). To byłoby największe nieporozumienie, tzw. życiowe fiasko. Wszędzie, tylko nie w Kopenhadze! Kwestia dekoracji. Dobrze jest przypasować sobie odpowiednie dekoracje. Polubić otoczenie. Pamiętając oczywiście, że papuga potrafi być równie bezkompromisowa jak wróbel czy mewa.

Żyje Pan w świecie germańskim. Jak patrzy Pan na przyszłość narodów słowiańskich?

Wszystko ulega gwałtownym zmianom. Niekiedy są to „ruchy” bardzo mało logiczne, po prostu nie z tego świata. Czy ktokolwiek był w stanie przewidzieć klęskę Warusa w Lesie Teutoburskim? Albo pojawienie się paranoicznego Adolfa Hitlera z jego równie paranoicznym produktem Mein Kampf („Germanie mają do spełnienia wielką czystą misję”)? Być może jesteśmy ostatnimi „przedstawicielami” narodów, a przyszłość to klonowanie, genetyczne manipulacje, przeszczepy, hodowle tkanek etc. Jakieś kolejne, niemożliwe jeszcze do przewidzenia ideologie i religie… nanorewolucja. Chaos? Klimat ponadnarodowy? Być może, być może, być może. Proszę pomyśleć choćby o Internecie i ostatnich 20 latach. Ale zmiany te nastąpią chyba dopiero po naszej śmierci, więc specjalnie się tym nie przejmuję. Narody słowiańskie mają przed sobą przyszłość… niewiadomą. Podobnie zresztą jak narody germańskie. Zapewne kojarzy Pan książkę Philipa K. Dicka The Man in the High Castle, która przedstawia inny wariant historii. A co zrobić w takim razie z teorią światów równoległych? Tajemnice fizyki? Wątpię. Dla mnie przewidywanie przyszłości jest czynnością beznadziejną, za przyszłość są odpowiedzialni ludzie, którzy „zorganizowali” nam wiadomą przeszłość. „To ci sami ludzie” – jakby powiedział dyktator Wojciech Jaruzelski. Nie mam z nimi nic wspólnego. Ostatnio pokłóciłem się z pewnym duńskim poetą. Zacytowałem mu grupę The Ramones: „I’m against it because I’m against it”. Niezbyt popularne stwierdzenie. W zasadzie definicja, motto Grzegorza Wróblewskiego.

Co sobie Pan wyobrazi, kiedy usłyszy Pan słowo Czechy?

Wiele rzeczy. Często ze sobą w ogóle nie związanych. To może być i Havel…, i samochód marki Škoda. Dynastia Przemyślidów i inwazja 1968. Knedliczki (knedle, pyzy? – ale czy to na pewno czeskie?) albo wczesne filmy M. Formana. Moglibyśmy dalej ciągnąć, z miejsca pomyślałem o muzyce – Plastic People of the Universe, Dunaj, DG 307… Czechy (byłem tam tylko raz przejazdem jako dziecko), język czeski to dla mnie (kosmiczna) groteska, egzystencjalny humor i autoironia, coś, czego nie było nigdy w Polsce (natomiast każdy chciałby tam być Hrabalem, Polska to zakompleksieni prozaicy, pragnący pisać jak Hrabal, było to szczególnie widoczne jakieś 5–10 lat temu). Wspomniałem już Panu wcześniej o Blatným. Kojarzę jeszcze kilka niezwykle udanych wierszy Miloša Doležala. Nie znam dokładnie jego twórczości, dotarłem tylko do kilku utworów przetłumaczonych na polski, ale te były naprawdę doskonałe. Podobnie z wierszami Jany Krejcarowej. No i Pańska akcja, czyli polska antologia  Bílé propasti, przetłumaczona na czeski, też kojarzy mi się z Czechami. Literatura, kuchnia i Škoda. Chyba coś w tym stylu.


Bogdan Trojak (ur. 1975, Czeski Cieszyn) czeski poeta, prozaik i tłumacz o polskich korzeniach. Autor pięciu zbiorów wierszy (m.in. Pan Twardowski, Jezernice, Strýc Kaich se žení), wierszy dla dzieci (Nok a Knedlíček), noweli (Brněnské metro) oraz opowiadań. Laureat najważniejszych czeskich nagród poetyckich Cena Jiřího Ortena oraz Magnesia Litera. Mieszka w Pradze. Uprawia winorośl i robi wino.